Tag Archives: Obyczajowe

“Miraże” Sylwia Zientek

Mimo że z samego początku nie mogłam się jakoś z tą książką zaprzyjaźnić, to po przeczytaniu paru pierwszych rozdziałów, mocno się już wciągnęłam. I choć nie jest to ani kryminał, ani mój ulubiony thriller, to po przeczytaniu pozostaje mi tę powieść wyłącznie polecić. I to właściwie wszystkim czytelnikom, którzy będą mieli okazję trzymać ją w rękach.

To poruszająca historia młodego poety Juliana, który właśnie rozpoczyna swoją pierwszą pracę w redakcji magazynu “Bluszcz”, a niedługo później spotyka na swej drodze Liliannę, z którą wkrótce wiąże swoją przyszłość. Lilianna Korczyńska to młodziutka mężatka, która znudzona swym życiem rodzinnym, układami z nieciekawym mężem Tadeuszem oraz wychowywaniem córki, marzy o tym, by coś w swoim życiu zmienić. Pragnie bywać wśród artystów, poszukuje rozrywek kulturalnych w lokalach, interesuje ją poezja, najnowsze nowinki w świecie mody oraz towarzystwo ludzi takich jak ona sama. Ustabilizowane życie u boku nierozrywkowego, choć na swój sposób kochającego ją, męża, zwyczajnie ją nudzi. I męczy. Myśl o tym, że do końca życia to wszystko ma właśnie tak wyglądać, po prostu ją przeraża. Lilianna usiłuje włączyć się w towarzyskie życie Warszawy, chce bywać wśród znanych i lubianych, chce uczestniczyć w ważnych wydarzeniach miasta. Zwłaszcza podziwia styl życia i twórczość Ireny Krzywickiej i marzy o tym, by ją poznać. Bardzo by chciała być taką kobietą jak ona. Tymczasem trwa w małżeństwie, które – jest o tym mocno przekonana – koszmarnie ją ogranicza.

str. 116 – “Dla kobiet inteligentnych i ambitnych małżeństwo było niczym więcej jak złotą klatką, w której obumierały. Pełna entuzjazmu, ciekawa świata osoba jak Lili, zmuszona do ograniczania swoich zajęć do zarządzania nianią i kucharką, musiała się dusić w towarzystwie nudnego, oschłego męża i jego znajomych prawników, dla których najbardziej wyrafinowaną formą rozrywki były spotkania brydżowe i komentowanie aktualnych głośnych procesów”.

Nie mogąc żyć tak, jak o tym marzy, Lili ucieka w świat wyobrażeń, poezji i filmu, gdzie może podziwiać na ekranie piękne aktorki i przystojnych, szarmanckich aktorów. Jej fascynacja Julianem wynika głównie z tego, że mężczyzna pisze wiersze, a przy tym jest delikatny i czuły, zauroczony śliczną Lili, zakochany i dogłębnie przekonany o tym, że to właśnie ona dałaby mu szczęście. Ona z kolei widzi w nim swoją szansę na inne życie, bardziej ekscytujące od tego, które wiedzie obecnie. Nie chce bowiem sprowadzać swojej roli jako kobiety wyłącznie do dbania o ognisko domowe i do rodzenia dzieci.

Julian, na co dzień borykający się z biedą oraz szeregiem problemów, wraz z przyjęciem pracy w redakcji, zaczyna nieco optymistyczniej spoglądać w przyszłość.

str. 175 – “Pomyślał, że ogromnie lubi tę pracę, nieustający rozgardiasz, chaos i gorączkę. Nie chciał stracić posady, dzięki której mógł się utrzymać, ale i rozwijać zawodowo”.

Niestety nosi on w sobie tajemnicę, którą nie może się z nikim podzielić. Zwłaszcza z Lili. Sekret, który ukrywa Julian, to jego brzemię, z którym poeta nie potrafi się pogodzić. To on jest głównym bohaterem “Miraży”. To powieść o wewnętrznym dramacie młodego człowieka w czasach, kiedy o wielu sprawach nie mówiono, ani nawet nie wiedziano. Kiedy ktoś w jakimś stopniu różnił się od większości – czy to z powodu swej fizyczności, czy też pod każdym innym względem – był postrzegany jako ktoś dziwny, nie do końca normalny, niepasujący do reszty – kogoś takiego środowisko nie mogło tak po prostu zaakceptować.

Akcja powieści toczy się głównie w Warszawie w latach 1934-35, jedynie epilog przenosi nas w czasie do lat sześćdziesiątych. Wiosna lat trzydziestych to czasy, kiedy Warszawa tętni życiem towarzysko-artystycznym. W Adrii czy Cafe Swann można natknąć się na poetów i pisarzy, na Tadeusza Boya-Żeleńskiego, na Juliana Tuwima, Witolda Gombrowicza czy Jarosława Iwaszkiewicza. Kawiarnie i kluby pełne są bywalców, światowców i arystokratów. Autorka stworzyła niezwykle klimatyczny obraz Warszawy z lat trzydziestych, maja pachnącego bzami, ulic i uliczek, których atmosfery w czasach współczesnych darmo już można szukać.

str. 10 – “Gdyby tylko w taki dzień mógł znaleźć się w Warszawie. Drzewa wzdłuż Alei Jerozolimskich zapewne już wybuchły zielenią. Można byłoby usiąść na ławeczce pod rozłożystymi koronami na placu Napoleona, najpiękniejszym z placów miasta, podziwiając otaczające go kamienice o finezyjnie zdobionych fasadach i dachach najeżonych licznymi wieżyczkami. Z tą klasyczną zabudową kontrastowała współczesna architektura sięgającego nieba najwyższego budynku w mieście. Był to niebotyk z prawdziwego zdarzenia, po którego ścianie ślizgało się miedziane słońce”.

I choć te opisy są bardzo plastyczne i ujęły mnie bardzo, zwłaszcza że Warszawa jest moim rodzinnym miastem, to chwilami byłam nimi odrobinę znużona. Na kilku pierwszych stronach znalazło się zbyt wiele nazw: miejsc, ulic oraz nazwisk, przez co strony te brzmią chwilami jak przewodnik turystyczny po Warszawie pierwszej połowy XX wieku. Tutaj książka jest ciut przegadana, ale dotyczy to na szczęście tylko początku powieści, więc ostatecznie można przymknąć na to oko. Zabrakło mi natomiast tłumaczenia francuskich zwrotów i zdań – nie ma ich w “Mirażach” dużo, ale jednak są i takie tłumaczenia powinno się w książce znaleźć.

Bardzo spodobało mi się opisane na kartach powieści życie w redakcji. Atmosfera tam panująca, przygotowania do składania kolejnego numeru magazynu, wymyślanie sloganów reklamowych produktów codziennego użytku i ludzie tam pracujący. Żałowałam, że scen tych jest tak niewiele.

Bardzo polubiłam Juliana Szewca, szczerze współczując mu sytuacji życiowej oraz osobistego dramatu i masy wątpliwości, jakie dopadały go każdego dnia. Za to Lilianna nie wzbudziła mojej sympatii w ogóle. Zapatrzona wyłącznie w czubek własnego nosa, sprawia wrażenie, jakby nie obchodziło ją nic ponad to, co powiedzą ludzie i jak będą ją postrzegać. To, jak się pokaże przed innymi, jest dla niej ważniejsze nawet od zdrowia i samopoczucia córki.

“Miraże” to pełna emocji powieść obyczajowa o dokonywaniu wyborów, o spełnianiu marzeń, o ludzkich słabościach, o niesprawiedliwości losu, o dramatach, wreszcie o dojmującej samotności, niezrozumieniu i odrzuceniu. To również opowieść o tym, że każdy, niezależnie od tego, kim jest i jaki jest, ma prawo do szczęścia i spełniania swoich marzeń. Warto po nią sięgnąć, gorąco polecam.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

 

*cytaty pochodzą z książki

“Jesień w Brukseli” Katarzyna Targosz

Przyznaję, że zwiódł mnie tytuł. “Jesień w Brukseli” – miałam nadzieję odwiedzić na kartach książki Brukselę, ponieważ niewiele o niej wiem i chętnie przeszłabym się z bohaterami ulicami Belgi. Tymczasem tutaj Bruksela to po prostu część nowego komfortowego Osiedla Europejskiego w Krakowie.

Bohaterką powieści Katarzyny Targosz jest Konstancja, do bólu wręcz nieznosząca swojego imienia i każąca na siebie mówić Sisi. Konstancja ma przyjaciółkę Elizę, brata Przemka i byłego faceta, który właśnie wyjechał do Tybetu szukać sensu życia, wyższych idei i – przede wszystkim – malować mandale. Konstancji zostawił nowe mieszkanie, ładne i przestronne, na ładnym, nowoczesnym osiedlu, z ładnym, ogromnym kredytem. Dziewczyna właśnie się rozpakowuje. Usiłuje zabić stres wywołany nadchodzącą rozmową o pracę. Jest grafikiem i projektuje gry komputerowe. Wkrótce poznaje Bartka, potem swojego – być może przyszłego – szefa, o ile oczywiście dostanie tę pracę, a ponieważ nowa gra ma być osadzona w realiach średniowiecza, a ona niewiele na ten temat wie, szuka pomocy na forum internetowym. I tu poznaje jeszcze jednego mężczyznę, z którym później, regularnie rozmawia.

Niestety bardzo szybko domyśliłam się, kim jest ów internetowy nieznajomy i to trochę zepsuło mi całą zabawę. W sumie nie wiem za bardzo, co mogłabym o tej książce napisać, ponieważ nic się w niej właściwie nie dzieje. Wszystko zaczyna się w czwartek 19 września, kończy we wtorek 31 grudnia. Na przestrzeni tych trzech miesięcy jesteśmy świadkami perypetii Konstancji, która poznaje kolejnych mężczyzn i pracuje nad projektem, który może zaważyć na całej jej karierze. Wieczorami na ogół imprezuje, drinki i browarki oraz poranny kac są tutaj na porządku dziennym.

Z przykrością muszę stwierdzić, że nie polubiłam głównej bohaterki. Konstancja bez przerwy na wszystko narzeka, ciągle jęczy i marudzi, wszędzie dopatruje się fałszu i zagrożeń. Problemy topi w drinkach, wypala w papierosach i koi seksem z dopiero co poznanym mężczyzną. Rano budzi się z kacem i zniechęcona rozpoczyna kolejny dzień. No i ważne dla mnie: Konstancja nie cierpi zwierząt. Mówi o nich, że są “brudne i cuchną, niszczą meble, hałasują i zabierają czas” (str. 20). Nie mam pojęcia, z jakimi zwierzętami miała dotychczas do czynienia nasza bohaterka, ale jako ktoś, kto ma wszelkie zwierzaki od ponad trzydziestu lat informuję, iż żadne z nich nigdy nie cuchnęło i nie było brudne. Oczywiście przyjmuję do wiadomości, że nie każdy musi być miłośnikiem zwierząt, ale bardzo mnie to do bohaterki zniechęciło.

Jej brat – Przemek – póki co nie pracuje, prowadzi jakieś dziwne interesy. Co chwilę pije piwo lub pali trawkę (nie ważne czy to ósma rano, czy wieczorem) i choć na ogół jest przy Konstancji, to bywa, że nie jest w stanie jej pomóc będąc po wpływem podejrzanych substancji.

Polubiłam za to bardzo sąsiada Konstancji, Zenona, starszego pana, ciepłego i uczynnego. Był prawdziwą perełką pośród całej reszty postaci.

Mimo, że bohaterki mają po trzydzieści lat, książka jest pisana językiem bardzo młodzieżowym, który na dłuższą metę był dla mnie dość męczący i uciążliwy.

Dopiero koło sto trzydziestej strony wydarzyło się w powieści coś, dzięki czemu na chwilę książka mnie wciągnęła (całość ma dwieście trzydzieści stron).

W trakcie czytania nasunęło mi się skojarzenie z serią o Bridget Jones – głównie przez styl autorki i wszechobecny humor. Konstancja przypominała mi też trochę Lilę z “Kwiatu cieplarnianego”. Wspomniany przeze mnie humor to ogromna zaleta “Jesieni w Brukseli”. Humor sytuacyjny, językowy, ogólny w powieści, jest widoczny nawet w niektórych nazwiskach. A przewija się on na kartach książki przez prawie cały czas, umilając nam lekturę. Uważam, że to najistotniejsza zaleta “Jesieni (…)”. Mój ulubiony cytat to zdecydowanie:

“Jak chcesz przyjemności, to zjedz sobie mleko w tubie” (str. 42).

“Jesień w Brukseli” została wydana przez wydawnictwo Janka. To pierwsza książka tego wydawcy, jaka do mnie trafiła. Ładna, gustowna okładka, wygodna czcionka i brak błędów – bardzo udane wydanie. W tekście nie ma byków, cyrków z przecinkami, literówek (natknęłam się na zaledwie jedną i to mało istotną).

Podsumowując: książka mnie osobiście nie przypadła za bardzo do gustu. Nie jestem jednak miłośniczką powieści obyczajowych, choć przyznaję, że czasem po takie sięgam. Tutaj zabrakło mi więcej “dziania się”. To książka wyłącznie dla miłośników gatunku, oni na pewno znajdą tutaj coś, co im się spodoba. Polecam głównie paniom.

*cytat pochodzi z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Kieszenie przeszłości” Aneta Rzepka

Jakiś czas temu obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie sięgnę po żadne powieści obyczajowe, ponieważ zwyczajnie mnie one nudzą. Ale tym razem zaciekawił mnie mocno opis i fragment książki, więc postanowiłam ją jednak przeczytać. No i nie żałuję.

Bohaterkami “Kieszeni przeszłości” są dwie dziewczyny: Ola, obecnie pani prezes rodzinnej firmy oraz Kornelia, maturzystka. Obie borykają się w życiu z różnymi przeciwnościami losu. Ola, która od dziecka czuje się gnębiona przez własnego ojca (zarówno psychicznie, jak i fizycznie), ciągle dąży do doskonałości. Bycie idealną to cel jej życia, we wszystkich właściwie jego aspektach. Biorąc przykład ze związku własnych rodziców, Ola woli nie wiązać się z mężczyznami. Jej związki są przelotne, przygodne i nic nie warte, oparte jedynie i wyłącznie na szybkim seksie. Kornelia natomiast musi stawić czoła nie tylko swoim własnym demonom, ale również tym, które dręczyły jeszcze kiedyś jej matkę. Kornelia jest dziewczyną subtelną i delikatną, tkwi w związku z chłopakiem, który brakiem szacunku i brutalnością usiłuje ją całkowicie od siebie uzależnić. Na szczęście za namową przyjaciółki Kornelia w końcu z nim zrywa i niedługo potem wiąże się z kimś innym.

W powieści szybko pojawiają się też Marcin i Błażej. Marcin, dotychczas bawidamek, lubujący się w krótkich, typowo erotycznych przygodach z kobietami, teraz zafascynowany jest cichą i delikatną Kornelią. Błażej z kolei zwraca uwagę na Olę.

Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni kilku miesięcy. Oczywiście wymieniona przeze mnie czwórka bohaterów, to nie wszystkie postaci “Kieszeni przeszłości”. Spotkamy tu jeszcze przyjaciół głównych bohaterów, matkę Oli – Katarzynę, babcię Kornelii, znajomych, sąsiadów i kilka osób, które wywierają ważny wpływ zarówno na akcję książki, jak i na jej bohaterów. A sama książka liczy sobie trzysta pięćdziesiąt stron i dzięki krótkim podrozdziałom, czyta się bardzo szybko.

Minusy? Mnie osobiście drażniła narracja. Rozdział czytamy w trzeciej osobie, za chwilę mamy przeskok do osoby pierwszej i już za moment ponownie czytamy o kimś w osobie pierwszej, ale opowiada już kto inny niż przez chwilą. Nie lubię zabiegów tego rodzaju. Burzą one rytm całości, wprowadzają bałagan i chaos. Chwilami czułam się przez te zmiany jakbym oglądała program typu “Szpital” albo “Ukryta prawda”. Programów w tym stylu też nie lubię: akcja i za chwilę reakcja w formie wypowiedzi wszystkich zainteresowanych. Jest to uciążliwe i do książki w ogóle mi nie pasuje. W samej historii, która toczy się w paru różnych aspektach, pojawiało się zbyt wiele zbiegów okoliczności – czy to wada? Chyba nie, ale po prostu zwróciłam na to uwagę.

Nie podobało mi się też, że o pewnych sytuacjach dowiadywaliśmy się z opisów autorki, ale już po fakcie. Choćby o wizycie w pracowni plastycznej, o pobycie jednej z bohaterek w szpitalu, o jakiejś poważniejszej sprzeczce. Zamiast skonfrontować bohaterów ze sobą lub daną sytuacją, autorka po prostu krótko pisze, że wydarzyło się wczoraj to i to. I na ogół zamyka ów opis w dwóch, trzech zdaniach. Czasem też pewne dialogi brzmiały sztywno, ale to akurat naprawdę tylko czasem.

Książka mi się spodobała. Autorka ma lekki, przyjemny styl pisania, który łatwo wpada w oko i ucho i który jest bardzo miły w odbiorze. To lekkie pióro pani Anety sprawia, że książkę czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Porusza ona ważne, współczesne problemy ludzi nie tylko młodych, ale w każdym wieku. Pokazuje, że za błędy każdy z nas musi odpokutować. Pokazuje też, że każdy, niezależnie od sytuacji, zasługuje na drugą szansę i że jeśli taka szansa zostaje nam dana, naprawdę warto z niej skorzystać. Druga może się już nie pojawić.

“Przeszłości nie zmienisz. Trzeba żyć teraźniejszością, stawiać czoła dzisiejszym problemom i robić wszystko, aby przyszłość była szczęśliwa”.

Chwilami reakcje bohaterów wydawały mi się dziwne lub mocno przesadzone. Zamiast wyjaśnić sprawę i porozmawiać, wstają i zwyczajnie wychodzą. Ot tak, po prostu.

Przyznaję jednak, że historia dwóch przyjaciółek wciągnęła mnie i z zainteresowaniem śledziłam ich perypetie. Zwłaszcza, że problemy, z jakimi się one zmagają, są bardzo uniwersalne i mogłyby dotknąć większości z nas. Uniwersalne są też historie obu kobiet. Gama uczuć, jakie im towarzyszą, od miłości do nienawiści, tak samo pojawia się w życiu wielu ludzi. Takich kobiet jak Ola i Kornelia z pewnością jest wiele wśród nas. Na dobrą sprawę każda z nas mogłaby taka być. One też przeżywają rozterki dnia codziennego, mają kłopoty, obawy, przeżywają radości, odnoszą sukcesy i ponoszą porażki. Mają marzenia. Do spełnienia niektórych dążą za wszelką cenę, inne chowają głęboko w sercach, bojąc się rozczarowań.

Bohaterów autorka nakreśliła całkiem dobrze, są oni realistyczni i prawdziwi, nie wyidealizowani, obdarzeni zarówno zaletami, jak i wadami. Nie sprawiają wrażenia postaci wydartych z innego świata, nierealnych, a już na pewno nie są krystalicznie doskonałe. A to oczywiście przydaje autentyczności całej książce.

“Kieszenie przeszłości” to zwyczajna, choć ciekawa i wciągająca powieść obyczajowa (raczej dla kobiet), bez fajerwerków i mocnych zwrotów akcji. I choć pewne wydarzenia opisane przez autorkę wydały mi się w lekturze z lekka naciągane, to sądzę, że i tak warto po nią sięgnąć i przeczytać. Polecam.

*cytat pochodzi z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Znak ostrzegawczy” Iwona Bińczycka-Kołacz

Wcale nie zacznę tej recenzji od słów, że rzadko sięgam po książki o tematyce obyczajowej, że wolę sensacyjne i thrillery lub kryminały i tak dalej…

“Znak ostrzegawczy” to powieść ze wszech miar obyczajowa, a do sięgnięcia po nią zachęcił mnie wyrwany z całości fragment, notka wydawcy oraz ładna, skromna okładka. Uznałam, że dam jej szansę. Zaczęłam czytać w sobotę wieczorem, w niedzielę skończyłam i muszę przyznać, że jestem naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczona. Oczywiście nigdy nie jest tak, że z góry klasyfikuję powieść obyczajową jako nieudaną, bo nie przepadam za gatunkiem. Nigdy nie oceniam książki po samym gatunku i chętnie sięgam po wszystko, bo nigdy nie wiadomo, czym zostanę zaskoczona. Tutaj spodziewałam się opowieści o życiu dwóch kobiet, no i właśnie to dostałam. Zwykła, obyczajowa opowieść o dzisiejszych kobietach, całkiem zwyczajnych, o ich problemach i rozterkach, o ich marzeniach, o małżeństwie, zdradzie, miłości i przyjaźni. Niby nic takiego, czemu więc mówię, że jestem pozytywnie zaskoczona?

Na przykładzie książki pani Iwony widać doskonale, ile znaczy lekkie pióro autora, zgrabny język oraz umiejętność wykreowania zwyczajnych postaci w sposób ciekawy i przyciągający uwagę. Bo nasze bohaterki: Kamila i Agata, to naprawdę zwyczajne, właściwie niczym niewyróżniające się, dziewczyny.

Kamila mieszka w małym domku za miastem, ma kilkuletniego synka Jasia oraz męża Jarka, który poza swoją pracą i telewizją świata nie widzi. Kamila pracuje jako przewodnik i oprowadza turystów po mieście. I tutaj plus ode mnie dla książki, ponieważ jej akcja w większości toczy się w Krakowie, mieście, w którym nigdy nie byłam, a bardzo bym chciała. Opisy miasta, sugestywne i klimatyczne, zgrabnie wpleciona w fabułę, skutecznie mnie zauroczyły.

“Kolejnym obowiązkowym punktem programu była Huta Sendzimira. Zajrzeli też do Opactwa Cystersów w Mogile, po czym udali się w kierunku Alei Róż – ulicy zaplanowanej na trasę pochodów. Wpadli na kawę z fusami do Stylowej – najstarszej kawiarni (obecnie restauracji) Nowej Huty, przypominającej z wyglądu te z filmów Barei. PRL się tu zatrzymał – na stołach leżały wykrochmalone obrusy, w oknach zwisały dekoracyjne firany, a puszysta kelnerka z obfitym biustem i niebieskimi powiekami odzywała się typowym znudzonym głosem bufetowej z “tamtych” czasów”.

Druga bohaterka książki, Agata, stanowi zupełne przeciwieństwo Kamili. Zarówno pod względem wyglądu, jak i zachowania oraz charakteru. Ciężko określić, czy te dwie kobiety się przyjaźnią, chyba raczej nie, ale są dobrymi koleżankami i chętnie się spotykają. Agata, wraz z mężem Szymonem, stara się o dziecko i od paru już lat nie mogą doczekać się wymarzonego potomka. Po trzech latach bezowocnych starań Agata w końcu zachodzi w ciążę, ale niestety nie wie jeszcze, że będzie to dla niej pasmo smutków, rozpaczy i łez.

Aga jest szczęśliwa w swoim małżeństwie, świetnie dogaduje się z Szymonem, oboje mają podobne oczekiwania od życia oraz marzenia. Kamila, kompletnie lekceważona przez męża, który nie potrafi (a może również nie chce) okazywać jej żadnych ciepłych uczuć, czuje się w małżeństwie samotna i nieszczęśliwa. Bardzo brakuje jej czułości, zrozumienia, przytulenia czy choćby małego buziaka na do widzenia. Niestety rywalkami Kamili w jej związku są praca męża oraz telewizja. Jarek bowiem najchętniej spędza wolny czas na kanapie, z pilotem w ręku. Chłodny i oschły, nie zapewnia żonie poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji.

Obie kobiety mają swoje sekrety, które poznamy w trakcie czytania, a ich życie zazębia się o siebie, odsłaniając nam kolejne brakujące fragmenty jednej układanki. Na jaw wychodzą niedopowiedzenia i niedokończone sprawy z przeszłości, prowadząc nas do dość zaskakującego finału.

Jak wspomniałam, autorka ma lekkie pióro, co sprawia, że książkę po prostu chce się czytać i chce się wiedzieć, co się dalej wydarzy. Losy Agaty i Kamili przeplatają się ze sobą w niedługich rozdziałach, chwilami łącząc się i spotykając na tej samej drodze. Ich rozterki, którymi często dzielą się jedna z drugą, przypominają kłopoty kobiet na całym świecie. Podjęcie właściwej decyzji – choć może nam wydaje się proste z naszego punktu widzenia – dla nich wcale takie jasne i proste nie jest. Każda z nich jednak dąży do tego, by próbować spełniać marzenia.

“Marzenia są nam dane po to, byśmy mogli wiedzieć, jak wyglądałoby życie przy odrobinie szczęścia. Zły los nie ma do nich dostępu, przynajmniej ich nie może nam zabrać! Wszystko inne jest zmienne, niepewne.”

Kamila jest dobrą matką, stara się też być dobrą żoną. Niestety pozostaje rozdarta, ponieważ z jednej strony postępuje tak, jak czuje, że powinna postępować, a z drugiej marzy o czułej, ciepłej miłości, jaką dawał jej Gerard, jej pierwsza miłość, której nigdy nie zapomniała. Z kolei Agata żyje od owulacji do owulacji i swoje życie (oraz życie swojego męża) podporządkowuje prawie wyłącznie pragnieniu posiadania dziecka.

“Znak ostrzegawczy” to książka o kobietach dla kobiet. To do nich jest kierowana, choć sądzę, że wielu mężczyzn też mogłoby się z nią zapoznać, choćby po to, by poszukać w niej odpowiedzi, czego w małżeństwie poszukuje kobieta, a także co tak naprawdę zapewnia jej poczucie stabilizacji, bezpieczeństwa i zaufania.

Minusem powieści są anglojęzyczne wtrącenia w tekście, czasem słowa, czasem zdania, a czasem nawet całe strofy piosenek, które nie są tłumaczone. Być może większość Polaków zna język angielski, jednak do znudzenia powtarzam, że polska książka, polskiego autora, wydana w Polsce, powinna takowe tłumaczenie zawierać.

Jak wspominałam już na początku, książka ujęła mnie urokliwymi, niezwykle klimatycznymi, opisami miasta wplecionymi w całość akcji, choćby takimi, jak ten poniżej:

“Nie mogąc dać słowa, milczała. Nie naciskał na przysięgę bez pokrycia. Odprowadził ją do wyjścia. Szła Bracką na trzęsących się nogach, serce dudniło jej głośniej niż tętent koni ciągnących bryczki po krakowskim Rynku. W głowie szumiało wypite wino, serce rozdzierały niespodziewane, zdumiewające wiadomości.

Zapadł już zmrok. Dzień gasł, ale miasto nie miało zamiaru zasypiać. Zaczynało swoje nocne życie. Szarość wieczora rozświetlały latarnie, ozdoby świąteczne i lampki na ogromnym, bogato zdobionym, bożonarodzeniowym świerku”.

Historia obu kobiet wciągnęła mnie na tyle mocno, że poświęciłam tej książce większość niedzieli. Nie jest to ciężka, niczym cegła, lektura, ale opowieść o kobietach takich, jak my. Takie kobiety jak Kama i Agata są wśród nas, spotykamy je codziennie, mijamy na ulicy, mówimy im “dzień dobry”. Kto wie, może jedna z nich właśnie spaceruje z psem blisko naszego domu? Albo co rano odprowadza dziecko do szkoły? Gorąco polecam lekturę “Znaku ostrzegawczego”. Myślę, że się nie zawiedziecie, a przyjemny styl autorki, bogaty język i umiejętność kreślenia postaci sprawią, że bardzo przyjemnie spędzicie z książką czas.

*cytaty pochodzą z książki
**za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

“Piąte – nie zabijaj” Anna Kasiuk

Niezmiernie rzadko sięgam po powieści obyczajowe. Wolę pozycje mocniejsze, bardziej wciągające i takie, w których można natrafić na porządne trzęsienie ziemi. No ale nie samą sensacją człowiek żyje. Książka “Piąte – nie zabijaj” zainteresowała mnie głównie opisem wydawcy, pomyślałam sobie, że warto oderwać się na moment od thrillerów i kryminałów.

Bohaterką powieści jest Agnieszka. Agnieszka ma trzydzieści dwa lata i właśnie doświadczyła traumatycznego przeżycia: w wypadku samochodowym zginęli jej rodzice. Została całkiem sama, z pięcioletnim bratem Dawidem i niejasnymi planami na przyszłość. Postanawia sprzedać dom rodziców i wraz z bratem przeprowadzić się daleko od rodzinnej miejscowości, by rozpocząć nowe życie. Los rzuca ich oboje do pensjonatu gdzieś w górach, którego właścicielką jest Aniela, matka trzech dorosłych synów. Przyjmuje ona Agnieszkę i Dawida z otwartymi ramionami. Aniela to zdecydowanie najbardziej barwna postać w książce: ciepła, serdeczna, mądra, obiektywna i bardzo, ale to bardzo sprawiedliwa. Polubiłam ją od razu, bo też trudno chyba byłoby jej nie lubić. Agnieszka czuje się w pensjonacie na tyle dobrze, że właściwie zostaje tam na stałe. Tutaj poznaje miłość swego życia, Jacka, który prowadzi warsztat samochodowy w miasteczku.

Agnieszka walczy ze swoimi demonami i koszmarami sennymi, które ciągle zakłócają jej spokój ducha. W snach widzi swoich rodziców w płonącym aucie lub w innych sytuacjach, zwykle przerażających i niepokojących. Mocno doskwierają jej ataki paniki i chwilami sobie z nimi zupełnie nie radzi. Chce jednak zrobić wszystko, by zapewnić Dawidowi spokojne dzieciństwo, w czym bardzo pomaga jej Aniela i jej synowie.

Autorka nieźle nakreśliła bohaterów, właściwie czworo bohaterów, czyli Agnieszkę, Anielę, Dawida i Jacka. Reszta potraktowana jest raczej powierzchownie, ale też nie ma zbyt wielkiego wpływu na akcję książki.

Wszystko oglądamy z punktu widzenia głównej bohaterki, ponieważ książka pisana jest w pierwszej osobie, za czym akurat ja osobiście nie przepadam, choć oczywiście w trakcie czytania łatwo się do tego przyzwyczaić. Niestety również czas mi kompletnie nie podszedł, ponieważ powieść została napisana w czasie teraźniejszym. Męczy mnie takie czytanie i szczerze mówiąc, jedynie “Bez wyboru” Leny Nowicz przeczytałam jednym tchem, pomimo tego czasu teraźniejszego. To jest świetny styl na reportaże, sprawozdania oraz krótkie formy, jak na przykład opowiadania. Do powieści zupełnie mi nie pasuje.

Język, chwilami niedopracowany, brzmi fragmentami jak pamiętnik nastolatki. Chyba za dużo pojawiło się tutaj takich przyziemnych czynności, które wykonuje na co dzień Agnieszka, a to właśnie patrzy w lustro, a to robi pianę w wannie, a to musi zapalić papierosa. Pewnie, takie stwierdzenia wzbogacają tekst, o ile nie jest ich zbyt wiele następujących szybko po sobie. Tutaj miałam przesyt.

Jest też coś, czego czepiam się w każdej polskiej książce, mianowicie w trzech lub czterech miejscach pojawiają się fragmenty piosenek w języku angielskim i nie ma zamieszczonego ich tłumaczenia. Jestem zdania, że skoro polska książka, polskiego autora, wydana w Polsce, to takie tłumaczenie powinno się w niej znaleźć.

Zdania, czasami wydawały mi się zbyt długie, zbyt rozwlekłe, przez co gubiłam sens, innym razem stawały się krótkie, zwięzłe, jak w opisach sytuacyjnych. Pojawiły się tu błędy stylistyczne, które powinny zostać wychwycone, jeśli nie przez korektę autorską, to przez tę przeprowadzoną w firmie wydawniczej. Przykładowo:

“Niemal dobiega moich uszu, wymawiane z przerażeniem moje imię”.

“Ubrany w luźne jeansy i powyciągany T-shirt z roztrzepaną krótką blond czupryną”.

Tego rodzaju zdań można było uniknąć podczas ponownego sprawdzania tekstu. No i autorka bądź wydawca nie mogli się zdecydować, czy droga biegnie “do nikąd” czy “donikąd“.

Jednak największym koszmarem tej książki są przecinki. W połowie przestałam już zaznaczać miejsca, gdzie były błędnie wstawione albo te, w których ich zabrakło. Nagminnie pojawiały się przed słowem “bądź”, przed którym przecinka nie stawiamy (nie stawiamy przecinka przed: albo lub czy bądź). Albo, podobnie jak w poniższym przykładzie, pojawiały się ot tak, właściwie nie wiem, po co i dlaczego.

“Nie ma się, czego bać”.

Analogicznie przecinków brakowało tam, gdzie powinny były się one znaleźć. Niestety przez te kwiatki z przecinkami, książkę czytało mi się bardzo ciężko. I choć uważam, że ma pewien potencjał i mogłaby być całkiem niezła, to niestety wymaga ona porządnego dopracowania tekstu. Teraz mam wrażenie, że po prostu ukazała się przed wszelką korektą, taka wersja beta.

Zainteresował mnie w powieści jeden motyw, niestety już pod koniec, którego Agnieszka długo nie ujawniała i sądzę, że gdyby położyć na niego większy nacisk, powieść byłaby o wiele ciekawsza i bardziej wciągająca, co widać było w końcówce książki. No i jest tu pewne zdarzenie pomiędzy głównymi bohaterami (nie mogę przytoczyć, żeby nie spojlerować), którego nie potrafiłam jakoś ogarnąć. Na miejscu bohaterki postąpiłabym zupełnie inaczej, uciekała gdzie pieprz rośnie i nie oglądała się za siebie. Ona podjęła inną decyzję, czego kompletnie nie potrafię zrozumieć. No ale tak to już jest, kiedy postaci literackie podejmują decyzje, z którymi my, czytelnicy, zupełnie się nie zgadzamy.

I jeszcze całkiem przyjemny cytat:

“Bo to nieszczęśliwy zbieg nakładających się na siebie wypadków. Niestety ja nie wierzę w zbiegi okoliczności. Bez względu na to, czy są szczęśliwe, czy też nie. Jestem zdania, że wszystko jest już zaplanowane, a my mamy szansę wyboru drogi z kilku dostępnych możliwości. I tym samym ponosimy odpowiedzialność za każdą z podjętych decyzji”.

Spodobał mi się, pozwolił się na chwilę zatrzymać i pomyśleć, zwłaszcza że powieść kończyłam czytać już w nocy.

To nie jest dynamiczna, pełna akcji książka, to historia wyłącznie dla miłośników powieści obyczajowych, bez specjalnych wzlotów i upadków, do przeczytania w kilka godzin albo w dwa czy trzy wieczory. O ile oczywiście nie zrażą Was i nie zniechęcą te błędnie stawiane przecinki w ilości bardzo dużo.

* cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2022. Powered by WordPress & Romangie Theme.