Tag Archives: Znak

“Przeczucie” Tetsuya Honda

Nie sądziłam, że książka Hondy tak bardzo mi się spodoba i tak mocno wciągnie mnie w swoją historię. Sięgnęłam po nią z ciekawości, bo chyba jeszcze nie zdarzyło mi się czytać niczego spod japońskiego pióra, a przynajmniej niczego osadzonego we współczesnych czasach i dzisiejszych realiach. Coś super świeżego po kryminałach amerykańskich, polskich i skandynawskich, którym oczywiście niczego nie brakuje.

Komisarz Reiko Himekawa nie ma lekko. W tak patriarchalnym społeczeństwie, jakim jest Japonia, Reiko to jedyna kobieta w wydziale, a w dodatku dowódca zespołu. Nie wszystkim się to podoba, kobieta komisarz to nie jest tu coś, co zdarza się często. Reiko musi pracować dwa razy ciężej niż koledzy i na dodatek odpierać czasem niewybredne komentarze.

str. 19 – “Otrzymała nominację na komisarza w bardzo młodym wieku – miała dwadzieścia siedem lat – mimo że nie korzystała z trybu kariery urzędnika. Wkrótce potem zaangażowała ją Tokijska Policja Metropolitalna, gdzie została szefem zespołu”.

Tymczasem nad brzegiem stawu rybnego ktoś znajduje zwłoki owinięte w niebieski foliowy worek, dość mocno związane zwykłym sznurkiem. Ciało ofiary zostało brutalnie okaleczone, a większość ran zadano ofierze prawdopodobnie po śmierci. Zespół Reiko poprowadzi śledztwo, ale zanim pani komisarz zdąży na dobre przyjrzeć się sprawie, niespodziewanie pojawia się kolejne ciało.

A potem kolejne.

Do zespołu Reiko zostaje przydzielony wraz ze swoimi śledczymi drugi komisarz, jako że wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą. I nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, w końcu połączone siły obu zespołów powinny szybciej i sprawniej ze wszystkim sobie poradzić, dodatkowo wspierać się na polu śledztwa. Niestety ów komisarz, z którym ma pracować Reiko, to Kensaku Katsumata, do bólu wręcz nieznoszący swojej młodszej koleżanki, szykanujący jej postępowanie i ją samą na każdym niemal kroku i dość dosadnie wypominający jej płeć, urodę i niewybrednie przypominający jej, gdzie tak naprawdę jest miejsce kobiety w społeczeństwie. Cóż, u nas kobieta w policji to żadna nowość i nikogo to nie dziwi. Nikt też z tego nie żartuje, ani z kobiet policjantek nie szydzi. Japonia to kraj konserwatywny, a policja to hermetyczne pudło, w którym kobiet zwyczajnie nie ma. Tak więc Reiko Himekawa nie tylko musi się zmagać ze śledztwem, ale również z uwagami kolegi, często nieprzyjemnymi i niesprawiedliwymi. I tak już po prostu jest.

Poznanie metod działania tokijskiej policji to dla mnie coś zupełnie nowego. I przyznaję, że było to naprawdę ciekawe i dość zaskakujące doświadczenie. Najbardziej zdumiało mnie to, że policjanci za każdym razem gdy mieli potrzebę przemieszczenia się z miejsca na miejsce, robili to pociągiem. Nie autem policyjnym, nawet nie prywatnym, ale miejską koleją. I czasem brzmiało to zabawnie, że muszą się śpieszyć, by zdążyć na pociąg o tej czy o tej godzinie. Druga taka zdumiewająca mnie rzecz, to ilość wymierzonych przez Reiko policzków na tych niespełna trzystu pięćdziesięciu stronach powieści.

Poza tym metody śledcze Tokijskiej Policji Metropolitalnej nie różnią się jakoś uderzająco od tych, które znamy już z literatury amerykańskiej, polskiej czy skandynawskiej. Większy nacisk jest tutaj kładziony na hierarchię dowodzenia oraz etykietę, przykładowo my podajemy drugiemu człowiekowi rękę, Japończycy się kłaniają.

“Przeczucie” to bardzo ciekawy, wciągający kryminał, który wnosi do gatunku coś nowego, coś zupełnie innego i choć miłośnik każdego suspensu ma tu szansę szybko wpaść na trop mordercy (kto wie, czy nawet nie szybciej niż Reiko), to książka trzyma w napięciu do samego końca. Znajomość tożsamości mordercy nie odbiera nam przyjemności z lektury, nie niweluje napięcia, ani nie psuje intrygi. Lekkie pióro Hondy przydaje książce autentyczności i sprawia, że powieść czyta się szybko i przyjemnie.

str. 93 – “W pewnym sensie wciąż tkwię w pułapce – w domu, który miał się spalić i raz na zawsze zniknąć z powierzchni ziemi. Długotrwałe poczucie uwięzienia sprawiło, że moje życie stało się piekłem: smród, wrzaski, przekleństwa, bicie, szaleństwo, skłonność do samozniszczenia”.

Kim jest zabójca? Czy rzeczywiście to seryjny, czy może jednak morderca doczekał się naśladowców? Komu uda się go zdemaskować? Inteligentnej i pięknej Himekawie czy może przebiegłemu, ale doświadczonemu komisarzowi Katsumacie? No i czy tej dwójce uda się popracować razem, bez niesnasek i uszczypliwości? Cóż, tego wszystkiego Wam nie powiem, warto bowiem sięgnąć po tę książkę i przekonać się samemu. Nie brakuje w niej zwrotów akcji i choć nie spływa co chwilę krwią, ma też kilka mroczniejszych stron.

str. 293 – “Na samym końcu korytarza wisiała czarna kotara. Nie było innego wejścia, więc ją odsunąłem. Za nią znajdowało się coś w rodzaju tunelu z czarnymi zasłonami po obu stronach. Szedłem dalej, aż nagle jakiś głos kazał mi się zatrzymać. Facet z latarką w czarnej masce przyglądał mi się spomiędzy dwóch zasłon. Za każdym razem procedura jest taka sama. Podaje się nazwisko, a oni sprawdzają, czy pasuje do twarzy. Wtedy też płaci się za wejście. Potem idzie się dalej korytarzem do sali, która przypomina widownię”.

Warto wspomnieć, że jest to pierwsza część z cyklu powieści o Reiko, a jak podaje wydawca, w Japonii sprzedała się ona w ponad czterech milionach egzemplarzy, nakręcono również na jej podstawie filmy oraz seriale.

Bardzo gorąco polecam, na pewno się nie zawiedziecie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu ZNAK Literanova.

*cytaty pochodzą z książki

 

“Erynie” Marek Krajewski

To moja pierwsza książka Marka Krajewskiego, na którego powieści miałam już chętkę wiele miesięcy temu. “Erynie” to drugi tom cyklu opowiadającego o komisarzu Popielskim. Ostatnio ciągle trafiam na cykle, bezwiednie zaczynając od lektury drugiego tomu serii, by potem musieć wrócić do pierwszego. Inaczej nie potrafię, muszę nadrobić. Oczywiście o wiele łatwiej byłoby zorientować się najpierw, czy to, co trzymam właśnie w rękach, nie jest przypadkiem częścią jakiejś serii, ale z tyłu okładki nie zawsze jest o tym wzmianka, a jak już kupię i zacznę czytać, to przecież na półkę nie odłożę. W przypadku tej konkretnej książki wyszło tak, że pierwszą część cyklu pt.: “Głowa Minotaura” mam nawet w domu, ale nie wiedziałam wcześniej, że są one w jakiś sposób powiązane. Tak więc zaczęłam serię od “Erynii”, ale na szczęście nie brakowało mi jakoś tego pierwszego tomu.

Akcja powieści to maj 1939 roku, a wszystko rozgrywa się we Lwowie. To właśnie tutaj, pewnego dnia, w okrutny i bardzo brutalny sposób, zostaje zamordowany mały Henio. Przed śmiercią dziecko było torturowane i z sekcji lekarz wywnioskował, że umierało długo. Policja oraz okoliczni mieszkańcy są wstrząśnięci przerażającą zbrodnią. Policjanci są zgodni, że śledztwo powinien poprowadzić komisarz Edward Popielski.

Lwów, w obliczu nadchodzącej wojny, jest niezwykle niespokojny, zaś sam Popielski wzbudza w ludziach podobny jak ona niepokój. Ze względu na męczące go ataki epilepsji, woli pracować raczej o zmierzchu niż za dnia, zatem wielu świadków odwiedza po prostu w nocy, nie bacząc na to, co powiedzą. Śledztwo jest trudne, a kiedy wkrótce sprawca porywa i krzywdzi kolejne dziecko, Popielski już wie, że nie ma ani chwili do stracenia. Mordercę nazywa Herodem i aby go odnaleźć, sięga do kontaktów podziemnego światka – tych mniejszego i większego kalibru. W nich właśnie, w przestępcach i drobnych złodziejaszkach, pokłada duże nadzieje na odnalezienie zabójcy. Jednocześnie stara się zapewnić bezpieczeństwo swojej własnej rodzinie – córce i wnukowi. Ktoś im grozi i Popielski jest przekonany, że groźby z całą pewnością są powiązane ze śledztwem w sprawie zabójstwa Henia Pytki.

str. 45 – ” – Świat podziemny, świat złodziei i bandytów, jest pańską gubernią, a pan jej gubernatorem. W tej guberni rządzi tylko pan. Pańscy poddani są ludźmi honoru! Żaden kieszonkowiec nie okradnie kobiety w ciąży, żaden bandyta nie napadnie na dziecko, żaden urka nie poharata ani staruszki, ani wariata. Takie są zasady w pańskiej guberni, zgadza się?”.

Lwów roku trzydziestego dziewiątego wcale nie jest piękny i czarujący. Przeciwnie, tam, gdzie na ogół musi udać się Popielski, jest obskurnie, brzydko, biednie i przede wszystkim niebezpiecznie. Miastem trzęsą zbrodniarze – lepiej unikać tu podejrzanych miejsc i zakątków i nie szukać guza. Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi.

Czy Edwardowi Popielskiemu uda się schwytać mordercę? A co, jeśli w całej tej sprawie, jest drugie dno? Czy zabójca jest chorym psychopatą, czy raczej bardzo inteligentnym strategiem?

str. 126 – “Popielski stał, trzymając Kazia przed sobą, i patrzył na mężczyznę. Wiedział, że nie może teraz wypuścić dziecka z rąk, aby pojmać zbrodniarza. Chłopiec unieruchomił Popielskiego, uczynił go bezbronnym i wydał całkiem na łaskę swojego kata”.

Czy naszemu bohaterowi uda się uchronić swoją rodzinę i samemu wyjść bez szwanku ze skomplikowanej intrygi?

Edward Popielski to bardzo ciekawa i niepospolita postać. W pierwszej chwili skojarzyła mi się mocno z Cormoranem Strikiem z powieści Roberta Galbraitha (“Wołanie kukułki” – moja opinia: http://marta.kolonia.gda.pl/connieblog/?p=1418, “Jedwabnik” – moja opinia: http://marta.kolonia.gda.pl/connieblog/?p=1897). To doświadczony detektyw i bardzo dobry policjant. Przydzielany do spraw beznadziejnych, trudny w obejściu i skomplikowany we współżyciu z innymi. Epilepsja, na którą choruje, wizje, których doświadcza w dość bolesny sposób, mocno utrudniają mu życie.

str. 128 – “Nagle część warsztatu stała się niewidoczna. Czarne plamy zaczęły skakać i łączyć się w jakieś obłe kształty. Sięgnął do kieszonki po okulary i wtedy usłyszał głos (…). Plamy tańczyły i zalewały pole widzenia. Usłyszał w uszach szum. Takie omamy słuchowe zawsze go nachodziły przed atakiem. To był epileptyczny wiatr”.

“Erynie” to z pewnością nie lektura prosta, łatwa i swobodna w odbiorze. Z racji miejsca i czasów, w których rozgrywa się akcja, język, jakim posługują się bohaterowie, jest specyficzny i dość trudny. Chwilami trzeba się dobrze zastanowić, o czym rozmawiają. Lwowska gwara, do tego slang z kręgów przestępczych, spod celi, nierzadko dosadne i rubaszne, mogą sprawić odbiorcy nieco trudności, ale jednocześnie przydają powieści autentyczności i klimatu.

Postaci w powieści są świetnie wykreowane, autentyczne, prawdziwe aż do bólu. Skomplikowana intryga wciąga czytelnika w swe zawiłości i nie pozwala się oderwać od akcji. To dość mroczna lektura, thriller z prawdziwego zdarzenia z doskonałym tłem obyczajowym. Książka ma jedną wadę, choć nie tak istotną dla samej powieści. Otóż, jak dla mnie, ma zbyt małą czcionkę. Bardzo utrudniała mi ona czytanie, zwłaszcza jak gdzieś było nieco ciemniej, a pod ręką zabrakło mi okularów.

Jak wspomniałam, to moja pierwsza książka Marka Krajewskiego, a na półce czekają na mnie jeszcze dwie. Mam zamiar nadrobić pozostałe powieści autora i śledzić na bieżąco nowości wydawnicze.

“Erynie” to rarytas dla każdego czytelnika, który lubi dobre thrillery. Niekoniecznie takie, które od początku do końca broczą krwią. To świetnie skonstruowana powieść, bardzo dobrze napisana, z niebanalnym zakończeniem i ciekawymi postaciami. Bardzo gorąco polecam.

*cytaty pochodzą z książki

“Emilka Piórko i zaczarowane drzwi” Holly Webb

Książki Holly Webb zajmują w pokoju mojej siedmioletniej córki całą jedną półkę. Mamy ich coś koło trzydziestu. Seria z Emilką Piórko jest dla nas raczej nowością, choć drugi tom mamy już od kilku miesięcy. Nie czytałyśmy, ponieważ później okazało się, że należy do serii i zaczekałyśmy cierpliwie na pierwszą część, którą akurat minionej Gwiazdki przyniósł Mikołaj.

Emilka jest na pozór zwykłą dziewczynką. Ma dziesięć lat i dwie starsze siostry – bliźniaczki – Lilię i Laurę oraz młodszego brata, Roberta. Tata Emilki, Oliwer, jest pisarzem, tworzy mrożące krew w żyłach historie o potworach, a mama – Ewa – projektuje ubrania. Jak wszystkie dzieci Emilka chodzi do szkoły podstawowej, ma bliską przyjaciółkę, Martę, lubi się bawić, spędzać czas z koleżankami i swoją rodziną i zachowuje się zupełnie tak, jak wszystkie inne dzieci. A do tego mieszka w niezwykłym domu, pełnym starych obrazów i luster, zabytkowych mebli, nietypowych drzwi i trochę innych, niż gdzie indziej, pokoi.

“(…) w wieżyczce był pokój Emilki. Przy oknie stało obrotowe krzesło – na nim trzymała wszystkie swoje misie (…). Na zielonych drzwiach wejściowych wisiała metalowa kołatka w kształcie syrenki, która wydawała głuchy dźwięk przy pukaniu. Emilia zauważyła, że syrenka wygląda, jakby miała bardzo zły humor. Należało się jednak tego spodziewać, skoro wszyscy ciągle uderzali nią o drewno”.

Emilka jest szczęśliwa w rodzinnym domu, niczego jej nie brakuje, jednak od dłuższego już czasu, nie przestaje się zastanawiać nad jedną tajemniczą dla niej rzeczą. Już dawno zauważyła, że nie jest podobna do żadnego z członków swojej rodziny, ani do rodziców, ani do rodzeństwa. Jej siostry, subtelne i delikatne, choć różnią się od siebie wyglądem, przywodzą na myśl zwiewne elfy, a brat, nadzwyczajnie szybki, czasem wydaje się Emilce o wiele dojrzalszy i starszy niż jest w rzeczywistości. I nagle, któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie, okazuje się, że cała rodzina Emilki to wróżki! Nie jest to spojler, jak sądzę, ponieważ tę informację możecie przeczytać z tyłu na okładce oraz we wszelkich opisach wydawcy.

“To ciągle Mama – potrafiła ją rozpoznać – ale wyglądała jakoś inaczej. Włosy miały jeszcze bardziej ognisty kolor niż zwykle, a wokół jej twarzy rozpościerała się łuna lśniąca od magii. Jej srebrzystoszare oczy zajmowały teraz połowę twarzy, a w ich środku zdawały się kręcić wiry wodne. Emilka wpatrywała się w nią zauroczona i kiwała się otulona urzekającym zaklęciem Mamy”.

I taka właśnie jest ta książka, ze wszelkich miar magiczna, od początku do końca. Dom, pełen przejść do innych światów, niezwykłe istoty, tajemnicze drzwi i pełna zagadek dziewczynka z obrazu. Naprawdę trudno oprzeć się magii tego niezwykłego domu, w którym wszystko może się okazać zupełnie inne, niż jest w rzeczywistości. Książki, których bohaterowie zdają się patrzeć na nas, zaskoczone, zdumione, zadumane, drzwi, w tajemniczy sposób zmieniające swoje kolory, schody, rosnące nagle i zmieniające się pod palcami.

“Schody rosły. Z drewnianych elementów, które podtrzymywały poręcz, wyrastały cieniutkie małe gałązki i drobne listki. Na jej oczach pączki otwarły się, wypuszczając ze środka zielone wachlarzyki. balustrada była szorstka i w dotyku przypominała korę drzewa”.

Początkowo Emilka nie zdaje sobie sprawy z niezwykłości owego domu i swojej rodziny. Uważa się za zwyczajną córkę zwyczajnych rodziców. Dopiero później zaczyna dostrzegać drobiazgi wskazujące dobitnie na to, że nie do końca wszystko jest takie, jak u innych ludzi, jak u innych dziesięcioletnich dziewczynek. Jak potoczą się losy Emilki i jej rodziny? Czy wróżki są dobrymi istotami czy może jednak tak nie do końca? Co się stanie, kiedy dziewczynka przejdzie przez jedno z wielu tajemniczych przejść i znajdzie się w świecie, którego nie zna?

“Koniec końców Robert odłożył swój widelec na talerz i przy akompaniamencie metalu uderzającego w porcelanę popatrzył na Ewę i Oliwera.
– A nie możemy jej po prostu powiedzieć?”.

Książka kierowana jest do dzieci w wieku od ośmiu lat w górę, raczej do dziewczynek. Moja córka nie przestawała się nią zachwycać i nie mogła się doczekać dalszego ciągu. Jak tylko ją skończyłyśmy, od razu zaczęłyśmy czytać drugi tom. Emilka stała się jedną z jej ulubionych bohaterek, a tego zaszczytu dotychczas nie dostąpiła żadna istota ludzka, zawsze były to pieski, kotki, kaczuszki, a nawet jeden jednorożec (wszystkie wymienione postaci oczywiście z książek tej samej autorki). Emilka to urocza dziewczynka, jest mądra i wesoła, a jednocześnie bywa zadumana i zamyślona. Potrafi dostrzegać rzeczy, które dla innych są zupełnie zwyczajne, dla niej nabierają one magii i specyficznego charakteru.

Wadą książeczki są bardzo długie rozdziały. Jej ich tradycyjnie osiem, jak w innych książkach autorki, jednak tutaj są naprawdę długie i chwilami miałam problem, by przeczytać córce wieczorem dwa naraz. Musiałyśmy dzielić je na pół, a tego nie lubimy.

Skromna, kolorystycznie przyjemna okładka, przyciąga wzrok. Bardzo mi się podoba, jak wszystkie okładki tej serii. Dzieciom na pewno również się spodoba. Duża czcionka ułatwi samodzielne czytanie młodszym czytelnikom.

I na koniec jeszcze jeden cytat. W książeczce nie brakuje bowiem sytuacji, kiedy czujemy lekki dreszczyk.

“Zrobiła krok naprzód, podchodząc do tej samej rzeki, przy której we śnie spotkała dziewczynkę z zielonymi włosami. Wtedy zachowywała się przyjacielsko, przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Może powiedziałaby jej, gdzie się znajdują. I jak wrócić do domu, skoro drzwi zniknęły”.

Gorąco polecam dziewczynkom w wieku Emilki i tym troszkę młodszym jak moja siedmiolatka, a także tym starszym. I tym, które dzieciństwo już dawno mają za sobą, polecam mamom i ich córkom. Czytajcie i poznajcie Emilkę Piórko – warto!

*cytaty pochodzą z książki

“Bezdomna” Katarzyna Michalak

Sama z siebie chyba po tę książkę bym nie sięgnęła, ale poleciła mi ją koleżanka, która jest tak samo “czytata” jak ja, uznałam więc, że książka powinna mi się spodobać. Początkowo nasuwało mi się ciągle, że strasznie w niej dużo zbiegów okoliczności. Że przecież to właściwie niemożliwe, by wszystko tak się zapętliło, jak to przedstawiła autorka. Potem jednak uznałam, że tak musiało po prostu być i że nie było innych możliwości, jak te, które opisała Katarzyna Michalak.

Tytułową bezdomną jest Kinga Król, która pod starą kurtką i rękawiczkami bez palców, skrywa ból, straszliwą życiową tragedię i poczucie winy tak ogromne, że nie pozwala jej ono zwyczajnie i normalnie żyć. I któregoś dnia czara się przepełnia, Kinga czuje, że dłużej tego nie zniesie, zamyka się w śmietniku, łyka garść prochów, zapija je wódką i mając nadzieję, że już więcej się nie obudzi, czeka. Czeka na śmierć. Tymczasem pech chce, że wraz ze swoją przegraną osobą, zamknęła w śmietniku kota. Zwykłego burasa, który teraz, mrucząc, usiłuje się do niej przytulić. A na domiar złego drzwi śmietnika nagle się otwierają i staje w nich kobieta. Widząc bezdomną i tak samego porzuconego kota, zaprasza oboje do siebie na wigilię. Bo Kinga na noc swojej śmierci wybrała właśnie noc wigilijną. Nie przypuszczała, że w tę niezwykłą noc ktoś zechce wyrzucać takie sobie zwyczajne śmieci. Kinga przyjmuje zaproszenie, bo mimo, iż pijana i naćpana, rozpoznaje w kobiecie kogoś ze swojej – jakże odległej teraz – przeszłości.

Kobietą, która zaprosiła Kingę na kolację, jest Joanna Reszka, dziennikarka pracująca obecnie dla brukowca. Jej chęć pomocy nie jest do końca tak altruistyczna, jak się wydaje. Aśka wietrzy po prostu dobry temat. No bo proszę bardzo, oto ona, zaprasza do swojego małego, wymuskanego mieszkanka, brudną i śmierdzącą alkoholem i wymiocinami bezdomną. O tak, byłby z tego dobry artykuł…

To spotkanie ze sobą dwóch kobiet zmieni życie ich obu, pytanie tylko, której bardziej.

To książka, w której nie ma dynamicznych zwrotów akcji, ale nie ma też zbędnych opisów i dialogów. Tu wszystko jest na miejscu, w ilości takiej, jakiej potrzeba. Idealnie wyważonej, perfekcyjnie ułożonej. Chwilami czytamy wszystko z punktu widzenia osoby trzeciej, narratora. Chwilami czytamy zwierzenia Kingi, chwilami Aśki. Wszystkie odkrywają część przeszłości obu kobiet, wspomnień często traumatycznych, przykrych, bolesnych. Kinga decyduje się opowiedzieć Joannie, jak i dlaczego znalazła się na ulicy, bo przecież kiedyś miała dom, męża, pracę, przyszłość… A Joanna, węsząc nadal dobry temat, postanawia wysłuchać tego, co tamta ma do opowiedzenia.

To powieść o wybaczaniu. Nie tyle innym, co głównie sobie. Powieść o tym, że nie zawsze, nawet jeśli inni twierdzą inaczej, możemy dostać drugą szansę. Czasem jej po prostu nie ma. I choćbyśmy nie wiadomo, co robili i co mówili, to jej nie odnajdziemy. Takie jest życie, nie zawsze nam sprzyja. A jeśli nie wybaczymy sobie samym własnych błędów, nawet tych najgorszych, nigdy nie zaznamy spokoju. Z drugiej strony, warto też zastanowić się, czy swoim bliskim i przyjaciołom poświęcamy wystarczająco dużo uwagi i czy w razie ich problemów, jesteśmy w stanie je dostrzec? Bo przecież nie każdy potrafi o nich mówić, nie każdy jest chętny do zwierzeń i nie każdy potrafi się otworzyć nawet przed bliską osobą. A jeśli zlekceważymy objawy depresji, obsesji, czy czegokolwiek innego, co nas zaniepokoi, czy nie będzie potem za późno, by komuś pomóc? Czy nie pożałujemy, że nie zrobiliśmy niczego, by wyciągnąć dłoń do kogoś, kto najbardziej jej w danym momencie potrzebuje? Czy będziemy potrafili zrozumieć motywy, jakimi kierują się inni w sytuacjach dla nas kompletnie irracjonalnych? I czy będziemy się starali kogoś wytłumaczyć, czy też raczej pierwsi rzucimy kamieniem?

Książka została napisana prostym językiem, spotkałam się z zarzutami, że zbyt wiele w niej niecenzuralnych słów. Owszem, moim zdaniem rzeczywiście w wielu miejscach można było ich uniknąć, ale da się przeżyć i tragedii pod tym względem nie ma. Język jest dosadny, chwilami brutalny, czasem rynsztokowy – ale jaki ma być, skoro główna bohaterka od roku mieszka na ulicy i każdy dzień jest dla niej w zasadzie walką o przetrwanie? Choć mam wrażenie, że Aśka przeklina częściej niż Kinga 😉

“Bezdomna” jest powieścią, która potrafi szokować. Zaskakiwać. Zasmucać. Niestety temat nie jest tematem łatwym i przyjemnym i nie oczekujcie po książce miłej i prostej lektury na lato. To dość ciężka książka, choć kiedy się ją czyta, wcale nie robi takiego wrażenia, bo czyta się ją naprawdę szybko. Dopiero później, kiedy się ją skończy i na chwilę zagłębi w refleksji nad nią, dochodzimy do wniosku, że to jednak nie taka prosta i łatwa książeczka na wakacje. A że chwilę się nad nią zamyślicie, to pewne. Trudno przejść obok niej obojętnie. Ja nawet nie potrafię sprecyzować, czy mi się podobała. Na pewno mną poruszyła, nie żałuję, że przeczytałam, cieszę się, że ją poznałam, że poznałam Aśkę i Kingę i ich historie. No i jest to moje pierwsze spotkanie z Katarzyną Michalak, a dzięki “Bezdomnej”, na pewno nie ostatnie.

 

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.