Tag Archives: Zielona Sowa

“Widmo Pana Stopka” Pamela Butchart

Nie mogłam się doczekać tej książki, każdy bowiem z kolei tom, to gwarantowane salwy śmiechu, nowa przygoda i nowe szalone pomysły czwórki przyjaciół.

“Widmo Pana Stopka” to już siódma część perypetii Mai i jej kolegów z czwartej klasy. Tym razem, nie wiadomo, z jakiego powodu, miejsce Pana Stopka zajmuje nowa… Pani Stopek. K woli wyjaśnienia, Pan Stopek to osoba, która pomaga dzieciom przechodzić przez ulicę. Maja, Franek, Zosia i Marysia postanawiają dowiedzieć się, skąd ta nagła zmiana i gdzie podział się “stary” Pan Stopek. Został porwany? Wyjechał do Rzymu? Umarł? Tymczasem na szkolnym boisku, za stara szopą, ukazuje się dzieciom dziwaczna mgławicowa chmura, a przecież wszyscy wiedzą, że owa szopa to NAJSTRASZNIEJSZE miejsce na całym terenie szkoły.

str. 61 – “Franek zerknął na mnie niepewnie, bo dla każdego było jasne, że stara szopa na rowery jest bezsprzecznie NAJSTRASZNIEJSZYM obiektem na boisku. Przyprawia nas o gęsią skórkę”.

W dodatku później przyjaciele dostrzegają płynącą w powietrzu tyczkę Pana Stopka, która przyprawia ich o dreszcze i wspólnie dochodzą do wniosku, że ów zaginiony z całą pewnością jest widmem i właśnie wrócił, by ich wszystkich dopaść.

Pozostaje tylko pytanie: dlaczego?

W dodatku Maja ma stale zimne stopy, mimo noszenia rajstop. Czy to sprawka ducha? Cóż, dzieciom nie pozostaje nic innego, jak wypytanie o wszystko wszechwiedzących sekretarek, co wcale nie jest takie proste, bo jak wszyscy w szkole wiedzą, niemiłych sekretarek nigdy nie poucza nawet sam pan dyrektor.

str. 28 – “Sekretarka wychyliła się jeszcze bardziej i zauważyłam pod jej brodą długi, ciemny włos, co było raczej dziwne, ponieważ była kobietą, a włos był pojedynczy i nie rozumiałam, skąd się tam wziął ani dlaczego nie został wyrwany”.

Cała historia obfituje w zabawny humor sytuacyjny, w liczne gagi, śmieszne dialogi i masę absurdalnych nieraz scen, które stają się udziałem dzieci w wyniku częstych nieporozumień. Książki Pameli Butchart to bomby energetyczne i kiedy już się zaczęło czytać, ciężko jest przerwać bez dotarcia do końca. Dlatego też przeczytanie “Widma Pana Stopka” zajęło mi raptem niecałe dwie godziny. Każde dziecko, które sięgnie po książeczki Butchart, z pewnością będzie się świetnie bawiło w trakcie czytania i przeżywania perypetii Mai. Zwłaszcza, że książka podszyta jest takim specyficznym dreszczykiem, który dzieciom na ogół bardzo się podoba i który sprawia, że książka jest nie tylko ciekawsza, ale również bardziej intrygująca, a młodzi czytelnicy przecież uwielbiają zagadki. A te, w których pojawiają się widma, duchy i zjawy, to idealne trafienie w punkt.

Dlatego też razem z bohaterami będziemy usiłowali wydedukować, co takiego naprawdę stało się z Panem Stopkiem i gdzie ów Pan przesiadywał, gdy akurat nie stał przy przejściu dla pieszych.

Warto rzec również słówko na temat samego wydania, bo choć w książce nie ma kolorowych, pięknych ilustracji, to książka wydana jest prześwietnie. Podobnie, jak inne tomy, zawiera masę prostych rysunków autorstwa Thomasa Flinthama, zabawnych, z humorem, w dodatku są one niemalże na każdej stronie. Do tego wiele słów w tekście pisanych jest wersalikami, a wielu fragmentom nie brakuje ozdobników i arabesek w postaci a to chmurek, a to gwiazdek, podkreśleń i akcentów podobnych do tych, jakie stosuje się w komiksach. To niesamowicie przyciąga uwagę najmłodszych czytelników i na pewno sprawi, że dzieci będą czytać chętniej, a te, które jeszcze samodzielnie nie czytają, na pewno będą z zainteresowaniem śledzić akcję podczas czytania przez dorosłego. To jeden z przykładów – tych dobrych – jak powinna wyglądać książka dla dzieci.

Dociekliwa Maja, przebojowa i odważna Zosia, przedsiębiorczy Franek oraz delikatna i wiecznie mdlejąca Marysia – jeśli jeszcze ich nie znacie, polecam sięgnąć po książki Pameli Butchart. Na pewno nie pożałujecie czasu spędzonego z tymi specyficznymi książeczkami. Można je czytać w różnej kolejności, więc nie zaszkodzi zacząć od najnowszej. Polecam gorąco, zarówno dzieciom, jak i dorosłym, wybuchy śmiechu i doskonały humor – gwarantowane.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.

*cytaty pochodzą z książki

“O chłopcu, który pływał z piraniami” David Almond

Bywają takie książki, w których akcję i klimat trzeba się wciągnąć. Często musimy przeczytać dwa, trzy rozdziały, by w ogóle nabrać ochoty na dalszą lekturę. Trafiałam już też na takie, które tak skutecznie od samego początku mnie zniechęcały, że nie byłam w stanie ich ukończyć. Zdarzają się jednak również takie perełki, które od pierwszych zdań czytelnika pochłaniają, a ten wsiąka w ich atmosferę, przeżywa wszystko wraz z głównym bohaterem i ze wszystkich sił pragnie, by mu się powiodło. Taką właśnie książką jest “O chłopcu, który pływał z piraniami”.

Stanley Potts mieszka przy Rybim Zaułku 69. Opiekuje się nim wujek i ciocia i wszystko układa się dobrze. Niestety pewnego dnia wujek Ernest wpada na szalony pomysł produkowania ryb w puszkach i cały dom przekształca w fabrykę. Stanowi nie podoba się teraz ani dom pełen dziwacznych rurek, ani hałas, jaki powodują maszyny, ani unoszący się wszędzie wokół paskudny zapach. Wujek jednak, ogarnięty dziwnym szałem robienia rybnych konserw, nie dostrzega niczego poza nimi. I niestety w końcu wydarza się coś, co łamie serce małego Stana i zmienia go na zawsze. Nie widząc innego wyjścia, chłopiec odchodzi z domu i wraz z wesołym miasteczkiem wyrusza w długą drogę.

str. 78 – “- Witaj w naszej małej rodzinie – powiedział Dostoyevsky i docisnął pedał gazu. W mgnieniu oka miasto i wszystko, co Stan dotąd znał, zostało daleko w tyle”.

Od tej pory Stan pracuje w wesołym miasteczku, poznając różnych, ciekawych ludzi i życie zupełnie inne, niż to, które do tej pory prowadził. Przyjdzie mu po raz pierwszy spróbować pieczonego w ognisku kartofla, pozna historię Dostoyevsky’ego – właściciela stoiska z rybkami, które Stan bardzo pokocha, a wreszcie ujrzy w akcji słynnego Pancho Pirellego, który pływa z piraniami.

Stan jest chłopcem raczej nieśmiałym, skrytym, nie wierzy we własne siły i możliwości. Cichy i grzeczny, początkowo bardzo tęskni za domem, ciocią Annie i wujkiem Ernestem. Pomimo psychicznego bólu, jaki sprawił mi wuj, krzywdy, jaką mu wyrządził owładnięty szałem produkowania konserw, chłopcu bardzo mu go brakuje.

str. 104 – “Tej nocy, kiedy wreszcie wracają do przyczepy, Stan kładzie się na ławce pod kocem, z trzynastoma rybkami do kompanii u swojego boku. Księżyc świeci przez małe okienko przyczepy, a on patrzy w górę i śle w mrok swoją tęsknotę”.

Z biegiem czasu jednak Stan zaczyna marzyć, by tak, jak sławny Pirelli, pływać z piraniami. Czuje się do tego wręcz stworzony.

str. 190 – “Stan nie jest pewien, czy rozumie, czy nie. Zagląda do akwarium. Piranie przepływają obok, nie zwracając na niego uwagi. Widzi ich zęby, widzi, jak górna szczęka zazębia się z dolną, i nie może powstrzymać drżenia”.

Mistrz Pirelli opowiada mu o piraniach, a Stan jest nimi coraz bardziej zafascynowany. Ale czy wystarczy mu odwagi? Czy uda mu się pokonać lęk? Czy jego przygoda w wesołym miasteczku pomoże mu nabrać pewności siebie?

Stanley ma złote serce i jest bardzo czuły na krzywdę. Empatyczny, potrafi słuchać innych, potrafi wesprzeć ich rozmową, a nawet samą swoją obecnością. Bo mimo, że troszeczkę nieśmiały i skryty, jedno jest pewne: Stanley Potts wyrośnie na dobrego człowieka.

To książka o tym, jak radzić sobie z przeciwnościami losu. O samotności, o odwadze, o tym, że wcale nie musimy być idealni. To również opowieść o tym, jak radzić sobie z bólem, o miłości i o przebaczaniu. Także o szczęściu i marzeniach. Bo nawet jeśli nie mamy pewności, czy nasze marzenia mają szansę się spełnić, to warto je pielęgnować. Marzenia sprawiają, że mamy motywację, że chcemy nadal się starać.

Stan też ma swoje marzenia i uczy się je spełniać. Ciężko nad tym pracuje, zwłaszcza że czuje, iż ma jakiś – bliżej nieokreślony – dar.

str. 59 – “Z kawałkiem tortu w ręku Stan wycofał się do swojego kredensu. Kruszył ciasto na kawałeczki i karmił nimi rybki. Ich małe pyszczki otwierały się i zamykały, jak gdyby śpiewały mu Sto lat, więc Stan wtórował im cicho”.

Książka podzielona jest na trzy części: Fabryka, Wesołe Miasteczko i Akwarium z piraniami. Te z kolei bardzo pomysłowo nazywane są kolejno: “jeden”, “dwa”, “trzy” i tak dalej, co na pewno spodoba się dzieciom. Rozdziały są niedługie i przejrzyste, a sama powieść pisana jest prostym, nieskomplikowanym językiem, dostosowanym do odbioru przez młodego czytelnika. Miewa ona wprawdzie fragmenty, które mogą dzieciom sprawić pewne trudności (głównie ze względu na celowo zmienioną pisownię), na szczęście jest ich relatywnie niewiele.

Książkę czyta się szybko i lekko, a od jej lektury bardzo ciężko się oderwać. Sądzę, że niejedno dziecko odnajdzie w Stanleyu samego siebie, swoje cechy, niepewność i poczucie bycia nikim szczególnym. Lektura powieści “O chłopcu, który pływał z piraniami” pomoże dzieciom spojrzeć na siebie innymi oczami, pomoże także odszukać w sobie coś wyjątkowego. Może talent do rysowania? Może ładny głos? Niektórzy szybko biegają, inni ślicznie piszą, a jeszcze inni doskonale liczą. Każdy na swój sposób jest wyjątkowy, warto o tym pamiętać.

Bardzo gorąco polecam.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.

*cytaty pochodzą z książki

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

“Noah ucieka” John Boyne

Noah Bayleywater ma osiem lat. W jego rodzinnym domu dzieje się coś, co go przeraża i z czym Noah nie potrafi się uporać: jego mama bardzo choruje. Chłopiec myśli, że jeśli ucieknie w świat i znajdzie się z dala od problemów, wszystko zniknie, a on sam przestanie się bać. Chłopiec wyrusza przed świtem, jeszcze po ciemku, skradając się cichutko do furtki. Wędrując przed siebie przemierza wioski i maleńkie miasteczka, aż w końcu dociera do miejsca bardzo niezwykłego, w którym poznaje pewnego starca.

str. 34 – “I choć właściwie nie miał takiego zamiaru, poczuł, że jego dłoń wyciąga się, chwyta klamkę, naciska ją, otwiera drzwi. Zanim się zorientował, znalazł się w sklepie, a drzwi zamknęły się za nim stanowczo”.

Choć Noah wcale się tego nie spodziewa, wizyta w sklepie z marionetkami zupełnie odmieni jego życie. Starzec opowiada mu o sobie i o swoich wspomnieniach, a Noah słucha z zapartym tchem, poznając kolejne historie marionetek, które w życiu starca odegrały dość istotną rolę i które nadal są dla niego bardzo ważne.

“Noah ucieka” to książka o przemijaniu i obietnicach. Mimo iż kierowana do dzieci (powyżej dziewięciu lat), porusza ona ważne i niestety realne problemy, jakie prędzej czy później dotkną każdego z nas. Przemijanie, choroba, śmierć. To trudne tematy, których często wolelibyśmy oszczędzić naszym dzieciom. Niestety są one ściśle związane z naszym życiem, a książka ta może być doskonałym pretekstem do rozpoczęcia takiej trudnej rozmowy z dzieckiem. Na przykładzie tego, co przeżywa Noah i tego, co zmusiło go do ucieczki z domu, warto dziecku wytłumaczyć, czym jest starość, przemijanie i dlaczego starzec tak bardzo nie lubi powracać do pewnych wspomnień.

str. 70 – “Od lat nie zaglądałem do środka. Ona… kryje wiele wspomnień. Czasem niezwykle trudno stawić czoła pamiątkom z przeszłości. Jedno spojrzenie może sprawić, że zaczniesz się smucić. I żałować”.

Dlaczego dotrzymywanie słowa jest takie ważne? Dlaczego żałujemy, gdy nie uda nam się spełnić danych obietnic? Dlaczego Noah boi się wrócić do domu, nie wiedząc, co tam zastanie? Dlaczego ludzie się starzeją? Co się stanie z naszymi bliskimi, kiedy my będziemy robić się coraz starsi i starsi? Dlaczego ludzie się starzeją?

Noah zastanawia się, czy nie byłoby lepiej być kimś innym. Może wtedy powrót do domu tak by go nie przerażał. Może nie miałby też problemów? Patrząc na starca, który żałuje pewnych niedotrzymanych dawno temu obietnic, Noah sądzi, że w ogóle nie powinien już wracać do domu rodzinnego… Ale starzec ma również miłe i dobre wspomnienia i Noah nie jest już niczego taki pewien.

str. 184 – “Nigdy nie powinieneś pragnąć stać się kimś innym niż jesteś – powiedział cicho starzec. – Pamiętaj o tym. Nie proś o więcej, niż otrzymałeś. Może się to okazać największym błędem twojego życia”.

Czy Noah zdobędzie się na odwagę i stanie twarzą w twarz z tym, czego tak bardzo się boi? Czego tak mocno żałuje starzec? Jedno jest pewne: życie Noaha już nigdy nie będzie takie samo.

“Noah ucieka” to powieść autora “Chłopca w pasiastej piżamie”. Jest głęboka, nostalgiczna, szczera i bardzo mądra. Najlepiej czytać ją razem z dzieckiem, by móc od razu podyskutować z nim o refleksjach, jakie są udziałem czytelnika podczas jej lektury. To nie jest powieść lekka i prosta w odbiorze, nawet dla osoby dorosłej. Świat postrzegany oczami ośmiolatka często bywa dziwny i niezrozumiały. I choć niektóre postaci i zdarzenia, jakie są udziałem naszego małego bohatera, wydają się niezwykłe i niesamowite, czasem wręcz magiczne, wielu z otaczających go spraw Noah nie rozumie. Nikt dotąd nie rozmawiał z nim o trudnych rzeczach, o otaczającym go świecie, ani o chorobie mamy, ani o jego lękach i niepokojach. Noah boi się i ucieka, bo zwyczajnie nie potrafi zmierzyć się z problemami samotnie.

Drodzy rodzice i opiekunowie, “Noah ucieka” to piękna, błyskotliwa, mądra i cudownie niesamowita książka. Przeczytajcie ją swoim dzieciom, przeczytajcie ja sami sobie. Zakończenie Was dodatkowo poruszy, roztkliwi, rozczuli, zaskoczy. A już na pewno nikogo z Was ta niedługa książeczka nie pozostawi obojętnymi. Bardzo gorąco polecam.

 Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.

*cytaty pochodzą z książki

Zapisz

Zapisz

“Zadziwiające Miasta Minecraft” Kristen Kearney i Yazur Strovoz

Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach jest na świecie ktoś, kto przynajmniej choćby nie słyszał gdzieś, kiedyś, o Minecrafcie. Jeśli są tacy ludzie, to pewnie nieliczni. Ci, co słyszeli, orientują się, że chodzi o grę. Większość z tych natomiast wie, że owa gra opiera się na budowaniu z bloków oraz przetrwaniu. Reszta ludzi gra w Minecrafta.

Osobiście zetknęłam się z grą jakoś przed trzema laty, kiedy to zainteresowała się nią moja córka. Budowała i budowała. Wszystko: od małych domków i miasteczek, aż po bardziej skomplikowane formy, na gigantycznych smokach kończąc. Sama gra, zrzeszająca dziesiątki milionów graczy, jest ewenementem na skalę światową. A ponieważ i ja się wciągnęłam w jej świat do tego stopnia, że sama tworzę teraz mapy przygodowe dla córki, nie mogłam obojętnie przejść obok magazynów i książek o Minecrafcie.

“Zadziwiające Miasta Minecraft” to jedna z tych propozycji, do których warto zajrzeć, by przekonać się, jak niezwykłe budowle może wyczarować gracz z sześciennych bloków. Bogato ilustrowana, ciekawie opisana i opatrzona bajecznym wstępem irlandzkiego pisarza Juliana Gougha (autora Poematu Kresu), jest ona niezwykle apetycznym kąskiem dla każdego miłośnika gry.

str. 9 – “Autor trybu kreatywnego Minecraft, Notch, stwierdził: “Nie znam tajemnicy ludzkich serc. Ale zapewne jesteś człowiekiem, ufam, że nim jesteś. W takim razie idź i zbuduj to, co kryje się w ludzkich sercach”.

Książka zebrała w sobie jedne z najokazalszych budowli, jakie powstały w świecie gry i podzieliła je na cztery kategorie: Miejskie Metropolie, Fantastyczne Królestwa, Strefy Futurystyczne i Krainy Historyczne. Każda opisana budowla czy miasteczko, zawiera autora projektu, podaje czas budowy oraz jej szczegóły, a także stronę internetową, na której możemy znaleźć więcej informacji. Największym i najważniejszym smaczkiem każdego rozdziału są wskazówki dla graczy i budowniczych od samych autorów kolejnych projektów. Piszą oni i doradzają, jak podjąć się budowy własnych pomysłów, od prostej latarni ulicznej i dach miejskiego domu, aż po epickie kopuły Adamantis czy tunel metra z wszelkimi jego szczegółami. Znaczną większość książki stanowią zdjęcia (zrzuty ekranów) konkretnych projektów, ogromne wrażenie wywołują podawane przy budowlach czasy budowania każdego z nich liczone w tygodniach, miesiącach i nierzadko latach. Znajdziemy tu miasta Minecraft, które są wyłącznie wytworem wyobraźni ich architektów i nie mają odwzorowania w świecie rzeczywistym. Są jednak również takie, których projekty zostały oparte na prawdziwych, realnych budowlach, jak choćby Infinite Loop, siedziba firmy Apple, Katedra Lem czy autobusy, średniowieczne domy lub replika Turning Torso, najwyższego drapacza chmur w Szwecji.

Książka “Zadziwiające Miasta Minecraft” została wydana na ciężkim, kredowym papierze i wygląda bardzo elegancko. Przyjemnie jest wziąć ją do rąk i przeglądać. Kierowana głównie do młodzieży i dorosłych, zaciekawi również młodszych graczy, którzy na pewno bardzo chętnie pooglądają screeny z gry i minecraftowe budowle. To piękne wydanie będzie idealne również w postaci upominku dla fana gry. Jest to jedna z tych pozycji, do których można wracać w nieskończoność i w każdym projekcie odkrywać coraz to nowe szczegóły i wskazówki. Będzie też cudowną książką do poszukiwania ogromu inspiracji dla każdego minecraftowego budowniczego. Także takiego, który głównie grywa w trybie survival.

Żeby nie było idealnie, znalazłam w książce kilka uchybień, które dla niedoświadczonego gracza nie będą miały raczej znaczenia, zaś kogoś, kto spędził w minecraftowym świecie wiele godzin, mogą nieco kłuć w oczy. Sądzę, że jest to kwestia tłumaczenia i być może tłumacz nie zna gry, ale nazwanie Kresu Krańcem, a Smoka Kresu – analogicznie – Smokiem Krańca, wywoła zdumienie (a może i nierzadko wręcz oburzenie) każdego zaprawionego w bojach gracza Minecrafta. Zwłaszcza takich, którzy już w Kresie byli (często niejednokrotnie) i smoka pokonali, zdobywając jedyne w swoim rodzaju trofeum. Podobnie mamy tu “znak” zamiast “tabliczki”, “ramkę” zamiast “obrazu” (nie wiem wobec tego, jak by nazwano “ramkę na przedmiot”) i “żużel” w miejsce “żwiru”. W jednym zdaniu znalazłam też mały błąd ortograficzny, który zapewne umknął gdzieś korekcie.

Generalnie jest to książka, którą gorąco polecam każdemu graczowi fascynującemu się Minecraftem i jego światem. Ale nawet tym, którzy nie mają pojęcia, czym jest ta gra i tym, którzy coś tam wiedzą, ale kompletnie nie rozumieją jej fenomenu, również polecam pooglądać “Zadziwiające Miasta Minecraft”. Sami zobaczcie, jak fantastyczne budowle wyczarowują najlepsi projektanci i gracze. Bo jest to po prostu gra, której możliwości są wręcz niczym nieograniczone, a jedyne, co może tu budowniczego ograniczyć, to tylko jego własna wyobraźnia. Zwłaszcza, że sam Minecraft jest zadziwiający w swojej – jakże idealnej – prostocie.

str. 9 – “W świecie Minecraft poruszamy się wśród platońskich idei. Owce stanowią ideę owiec, a góry ideę gór. Szczegóły i detale uzupełnia nasza wyobraźnia. Minecraft jest pod wieloma względami światem filozoficznym, w którym wszystko zredukowane zostało do idei, do najprostszej z możliwych form”.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

“Mała Lotta i renifery” Holly Webb

Holly Webb to zdecydowanie jedna z ulubionych autorek mojej córki. Staramy się czytać wszystko tej autorki, co ukazuje się w Polsce, ale przed nami jeszcze mnóstwo pozycji, z czego obie się cieszymy, choć na półce oko cieszy już całkiem spory zbiorek.

“Mała Lotta i renifery” była prezentem gwiazdkowym dla córki. Wśród swoich książek ma ona takie, które czyta sama oraz te, które czytamy wspólnie, na przykład każda na głos po rozdziale. I tę właśnie przeczytałyśmy razem.

Tytułowa Lotta przyjechała właśnie z rodzicami na uroczystość dziewięćdziesiątych urodzin swojej prababci. Prababcia dziewczynki jest postacią bardzo barwną i ciekawą. Za swych młodzieńczych lat, wraz ze swoją rodziną, wędrowała z reniferami, prowadząc je na tereny, gdzie mogły się paść i rodzić młode. Lotta jest zafascynowana tymi zwierzętami i na dobrą sprawę mogłaby w ogóle nie opuszczać farmy. Podczas urodzinowego przyjęcia Lotta wymyka się do pokoju prababci i z zapartym tchem słucha jej opowieści. Zmęczona – zasypia.

Kiedy się budzi, nie siedzi już u stóp prababci, a leży w lavuu (w namiocie ludu Saamów). Na zewnątrz kręcą się ludzie. Mężczyźni przygotowują się do wyprawy, kobiety pakują dla nich prowiant. Do namiotu wchodzi dziewczynka, Erika, która pogania Lottę, by ta się już ubierała i wychodziła. Lotta dochodzi do wniosku, że wydarzyło się właśnie coś bardzo niezwykłego. Z jakiegoś powodu przeniosła się w czasie wstecz, a Erika to nikt inny, jak jej prababcia. Lotta mocno wierzy, że nie stało się to bez powodu. Razem z resztą grupy ma wyruszyć w podróż z reniferami. Wśród nich jest mały reniferek Karl i jego mama Róża, którzy potrzebują pomocy. Czy Lotcie i Erice uda się ocalić Karla?

Dziewczynki zmierzą się z mrozem i śniegiem, rwącą rzeką, nocą w lesie, chłodem, strachem, a nawet z watahą wilków.

To książka o odwadze, przyjaźni, o pokonywaniu własnych słabości i nauce wiary we własne siły. To opowieść o miłości do zwierząt tak silnej, że ważniejszej nawet od własnego bezpieczeństwa, wartej zaryzykowania życiem. A pokonywanie przeciwności losu, kiedy przyroda wcale tego nie ułatwia i nie umila, nie jest proste. Przed dziewczynkami bardzo trudne, ciężkie i niebezpieczne godziny. Czy będą mogły liczyć jedna na drugą? Czy odnajdą drogę wśród śniegu i lodu?

“Mała Lotta i renifery” to ciepła opowieść dla dzieci powyżej sześciu lat. Jak zwykle od Wydawnictwa Zielona Sowa otrzymujemy pięknie wydaną książkę, z którą starsze dzieci poradzą sobie same: duży druk, proste słownictwo – to na pewno zachęci młodych czytelników do samodzielnej lektury. Obrazki, choć nie są kolorowe, z pewnością dopełnią całości i pobudzą wyobraźnię. Przy tym dzieci poznają nieco faktów z życia ludu Saamów, a na końcu książeczki znajdą mały słowniczek z trudniejszymi wyrazami oraz garść informacji o reniferach, opiece nad nimi, o psach, specjalnie wyhodowanych do pasania tych zwierząt, a także o porach roku w krajach skandynawskich.

Książki Holly Webb charakteryzuje ciepło, którego również tutaj nie brakuje. Szczypta magii, również dość dla autorki charakterystyczna, sprawia że książkę czyta się lekko i szybko, a samo opowiadanie mocno wciąga i zmusza do refleksji. Jeśli mam wybierać pomiędzy książkami Webb, to ta jest jedną z lepszych jej powieści dla dzieci.

Bardzo gorąco polecam.

Copyright © 2024. Powered by WordPress & Romangie Theme.