Tag Archives: Kryminał

“Nora” Katarzyna Puzyńska

“Nora” to już dziewiąty tom znanej wszystkim sagi o policjantach z Lipowa. Przeczytałam wszystkie i choć stanowią one całość i warto poznać każdy chronologicznie, to każdy zawiera w sobie osobną historię. Na tę chwilę nie wiem, czy planowane jest wydanie dziesiątego tomu (pewnie tak) i czy saga nadal będzie kontynuowana (pewnie tak), jednak ja już podziękuję i na tej dziewiątej części zakończę moją przygodę z Lipowem.

Kilka pierwszych książek bardzo mnie wciągnęło, “Łaskun” był dla mnie szczytem góry lodowej, po której reszta – niestety – spadała już coraz niżej. Po “Czarnych narcyzach” już się poważnie zastanawiałam czy brnąć dalej, a “Norę” właściwie kupiłam z przyzwyczajenia… No bo jak to tak, tyle książek z cyklu przeczytałam, ta się ukaże i jej nie wezmę? I to był błąd, trzeba było posłuchać intuicji.

“Nora” to właściwie klon wszystkich innych książek z serii. Oczywiście historia jest inna, trupy są inne, tło wydarzeń też, jednak cała reszta to dokładnie to samo, co już było i o czym czytaliśmy już jakieś… osiem razy.

To, co mogło mi się podobać poprzednio, teraz tylko irytowało, bo też ile razy można czytać początki rozdziałów w stylu: “Aspirant Daniel Podgórski (…)”, “Młodsza aspirant Emilia Strzałkowska (…)”. Przecież my ich już znamy! Zdążyliśmy poznać ich słabości i zalety w ciągu tych tysięcy przeczytanych stron, setek rozdziałów i kilku historii. Generalnie irytowało mnie to od czasów “Motylka”, czyli od pierwszego tomu, ale po kilku kolejnych… Zwyczajnie nie idzie tego znieść, jest wytarte, nudne, oklepane.

Postaci nadal jak na karuzeli. Weronika ciągle nie wie, czego chce od życia, jest tak bezbarwna, że aż nieciekawa, nużyły mnie sceny, w których występowała. Daniel znowu stara się być miły i dobry, ciągle pali papierosy, a jak ich nie pali, to myśli o tym, że strasznie by chciał zapalić. I niestety też nie wie, czego właściwie chce. Emilia ciągle boi się ciasnych pomieszczeń, a Klementyna… Perełka pierwszych kilku tomów, tak inna, tak dziwna, niesympatyczna do tego stopnia, że nie sposób było jej nie lubić. Nadal rzuca tymi samymi, wytartymi do cna, frazesami, nie wnosi do treści kompletnie niczego nowego, bo zwyczajnie jesteśmy w stanie przewidzieć, co i jak powie i jak się zachowa w obliczu takiej czy takiej sytuacji.

Powieść ma ponad osiemset stron, co przy takim, a nie innym formacie, jest strasznie niewygodne w użytkowaniu, poza tym uważam, że schudnięcie o jakąś jedną trzecią stron, książce wyszłoby tylko na dobre. Za dużo tu gadaniny. Ktoś coś robi, przesłuchuje świadka, po czym wraca na komendę i powtarza całemu zespołowi to, czego dowiedział się od świadka. Tego naprawdę można było uniknąć. Akurat to ostatnie drażniło mnie już w poprzednich tomach, bo jest to moim zdaniem zbędne (chyba że wniosłoby coś nowego do sprawy). Ledwie dotarłam do 300-setnej strony i miałam już ochotę porzucić lekturę, ale zaparłam się i czytałam dalej. Akcja się wprawdzie rozkręciła, ale niesmak już pozostał i niecierpliwie wyczekiwałam końca.

Jeśli chodzi o historię, to jest tu sporo nawiązań do “Czarnych narcyzów”, co akurat średnio mi się podobało ze względu na niemożność przeczytania książek nie po kolei. Jedna z miejscowych dziewczyn – Berenika – znika któregoś dnia i nikt nie wie, gdzie się podziała. Sprawa wygląda podejrzanie tym bardziej, że w szpitalu psychiatrycznym ginie pacjentka, która odegrała dość poważną rolę w poprzednim dochodzeniu policji. Czy wydarzenia te mają jakiś wspólny mianownik? I czy Berenika ponownie zwiała z domu, jak to robiła już wielokrotnie?  Czy tym razem jednak stało się coś poważniejszego?

Poza głównym wątkiem mamy tu mnóstwo wątków pobocznych, co na ogół ciekawie rozwija akcję, ale w “Norze” można się pogubić w tłumach bohaterów i licznych historii z nimi związanych. Poza tym, szczerze mówiąc, ileż można zamordować ludzi w tym niewielkim, biednym Lipowie? I ilu zwyrodnialców się tam może kręcić?

Historia sama w sobie może i jest ciekawa, intryga nieźle utkana, a dochodzenie interesujące, jednak książka ogólnie przegadana, rozwleczona, a krótkie rozdzialiki zamiast potęgować klimat i napięcie, mnie osobiście tylko irytowały. Nie potrafiłam polubić żadnego z bohaterów, to niezdecydowanie każdego z nich powoduje, że żaden nie jest nakreślony wyraźnie, żaden się nie wyróżnia, każdy jest taki sam. Mam wrażenie, że większość z nich nawet wyraża się w podobny do siebie sposób.

I dlatego jest to moje ostatnie spotkanie z sagą o policjantach z Lipowa. Nie będę książki polecać, nie będę odradzać, sami musicie zdecydować. Myślę, że jeśli ktoś czyta od początku, będzie czytać dalej (choć ja też czytałam od samego początku i zawsze na bieżąco). Myślę też, że jeśli któraś kolejna książka zacznie Was denerwować, nużyć bądź uznacie, że “to już było, tylko w innych okolicznościach”, to dotrzecie do momentu, do którego właśnie dotarłam ja i skończycie na którymś z kolei tomie…

Sądzę, że winien jest tu popyt. Wydawnictwo wydaje i zarabia, autorka również, więc trzeba wydawać więcej i więcej, żeby zarobić więcej i więcej. I tak następuje jakieś wypalenie i zmęczenie materiału. A moim zdaniem o wiele korzystniej byłoby napisać i wydać coś zupełnie nowego – też by się sprzedało. Każdy fan Katarzyny Puzyńskiej kupiłby pewnie coś, co by się ukazało na rynku wydawniczym. I o ileż ciekawiej byłoby przeczytać coś nowego, coś innego, coś ciekawego, poznać nowych bohaterów, obejrzeć nowe miejsca i wciągnąć się w wir nowych, fascynujących historii. Jeśli ukaże się coś takiego, to pewnie jeszcze dam szansę autorce, bo do Lipowa już na pewno nie wrócę.

“Antykwariat pod Błękitnym Lustrem” Martin Widmark

Jaka powinna być książka dla dzieci? Wciągająca, ciekawa, kolorowa? A może pełna magii? Oczywiście co kto lubi i co się komu podoba. Jednak lekkie pióro i ten specyficzny magiczny klimat Martina Widmarka to coś, czemu zarówno ja sama, jak i moja dziesięcioletnia córka, nigdy nie potrafimy się oprzeć.

“Antykwariat pod Błękitnym Lustrem” to pierwszy tom serii o Dawidzie i Larisie i choć czytałam już serie o Lassem i Mai oraz o Nelli Rapp (tego samego autora), to “Antykwariat (…)” mocno się od nich różni. Przede wszystkim nie jest to już książka dla maluchów, to lektura przeznaczona dla ciut starszych dzieci. I powiem Wam, że również dorośli mogą się mocno wciągnąć w przygody Dawida, ponieważ od samego początku książka jest ciekawa i bardzo wciągająca.

Dawid to zwykły uczeń gimnazjum, trochę nieśmiały, raczej zamknięty w sobie, małomówny. Jego rodzice wyjechali na misję do Afryki, więc mieszka u bliskiego znajomego, Melchiora, który prowadzi antykwariat. Dawid lubi to miejsce, lubi też swojego gospodarza i nie narzeka. W szkole poznaje nową koleżankę, Larisę, z którą niedługo później się zaprzyjaźnia. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nadszedł pewien dzień. Tego pewnego dnia znika Melchior. Ot tak, po prostu. Dawid bardzo się martwi i wraz z Larisą usiłuje dowiedzieć się, gdzie jest antykwariusz i co się właściwie stało. Tajemnicza wiadomość od Melchiora potęguje tylko ich ciekawość i wywołuje dziwny lęk. Atmosfera panująca w antykwariacie i sekrety, jakie przyjdzie im odkryć to clue całości, właśnie to sprawia, że książka ta nie pozostawia czytelnika obojętnym. Nastolatkowie będą też musieli odpowiedzieć na trudne pytania dotyczące ludzkiego życia i istnienia oraz na te dotyczące moralności i tego, jak daleko może się posunąć człowiek w poszukiwaniu odpowiedzi.

str. 46 – “Zatrzymałem się na progu i nasłuchiwałem. Było zupełnie cicho. Zawołałem Melchiora, ale mój głos odbił się tylko nieprzyjemnie od ścian sklepu. Wszedłem do środka, zamknąłem za sobą drzwi i przekręciłem klucz. Coś było nie tak. Czułem to całym sobą”.

Bohaterowie to dzieciaki z krwi i kości, nie są to superbohaterowie, nie mają nadzwyczajnych zdolności. Larisa jest wprawdzie oczytana, inteligentna i pewna siebie, ale kto nie zna takich nastolatków? Razem z Dawidem tworzy ciekawą parę: ona energiczna, on spokojny. Polubiłam oboje.

Książkę napisano w pierwszej osobie, o wszystkim dowiadujemy się od Dawida. Naszpikowana jest sytuacjami i scenami pełnymi tajemnic, lekko kryminalnymi, takimi w sam raz dla starszych dzieci. Czytając czujemy dreszczyk emocji, a sekrety, który odkrywamy wraz z bohaterami, często powodują zdumienie, zaskoczenie i niedowierzanie.

str. 121 – “W budce wartownika było ciemno, więc bez przeszkód udało nam się przeskoczyć przez ogrodzenie. Kiedy zeszliśmy do nabrzeża, uderzyła w nas chłodna bryza znad morza. Słabe światło latarni padało na dźwigi i kontenery stojące wzdłuż brzegu. Było upiornie cicho”.

Warto wspomnieć, że książka została pięknie wydana. Ma twarde okładki, ciekawe szkice wewnątrz i bardzo wygodny format, sporo mniejszy od tradycyjnego. Czyta się bardzo wygodnie, a tych nieco ponad sto sześćdziesiąt stron z pewnością nie będzie też wielkim wyzwaniem dla dzieci i na pewno dadzą sobie z powieścią radę. Na dodatek, aby podsycić ciekawość, autor kończy rozdziały w takich momentach, że siłą rzeczy chcemy czytać dalej i ciężko jest tę książkę odłożyć.

Jak wcześniej wspomniałam, jest to pierwszy tom serii o Dawidzie i Larisie, z tego, co wiem, ukazały się już kolejne trzy. Mamy je z córką w planach, Wam również polecam przygody Dawida, świetnie się je czyta. No i warto samemu się przekonać, jak z pewnymi problemami poradzą sobie nasi bohaterowie i co zrobią w obliczu odkryć, jakich dokonają.

Bardzo gorąco polecam, zarówno dorosłym, jak i dzieciakom od 8 lat.

*cytaty pochodzą z książki

“Opuszczone miasto” Ben H. Winters

“Niestety nie mam już czasu. Siedemdziesiąt siedem dni, w zasadzie już tylko siedemdziesiąt sześć, mniej niż trzy miesiące… ale kto by to liczył?
Nie mam już czasu”.

Co można zrobić w ciągu siedemdziesięciu sześciu dni? Może wiele… Jednak kiedy się zastanowić, to czy bylibyśmy w stanie zdążyć zrobić wszystko, o czym dotąd marzyliśmy? Czy wystarczyłoby nam czasu, żeby się pożegnać z bliskimi, z przyjaciółmi, by przytulić rodziców, dzieci, psa? Powąchać kwiaty?

Maja, gigantyczna asteroida, która nieubłaganie zmierza do Ziemi, na zawsze zmieniła przyszłość wszystkich ludzi na świecie. Większość z nich porzuciła pracę, domy, plany i wyjechała do ciepłych krajów, gdzie w dostatku – przepuszczając oszczędności swego życia – czekają na koniec świata.

Henry Palace nie pracuje już w policji, więc kiedy o pomoc zwraca się do niego jego dawna znajoma, Martha Milano, podchodzi on do jej sprawy mocno sceptycznie. Martha prosi, by Henry odnalazł jej zaginionego męża. Henry nie jest pewien, czy w ogóle powinien dawać jej jakieś nadzieje. Czasy są niespokojne, wielu ludzi zaginęło i wielu z nich nie chce dać się odnaleźć.

Wiadomo już, że po zderzeniu asteroidy z naszą planetą, wszelkie życie przestanie istnieć. Większość ludzkości zginie w wyniku uderzenia, reszta zmierzy się z konsekwencjami katastrofy, z pożarami, trzęsieniami ziemi i zapewne ten kompletnie nierówny pojedynek z siłami natury, przegra. Nie ma innej możliwości.

str. 111 – “Najbardziej wiarygodne dowody naukowe mówią, że w dniu zderzenia atmosfera Ziemi zapłonie jak podczas niewyobrażalnie silnej eksplozji nuklearnej. Niemal całą planetę pochłonie upiorny żar. W wybrzeża kontynentów uderzą fale tsunami wyższe od wieżowców, topiąc każdego człowieka w promieniu setek kilometrów od punktu zero. Cały glob ucierpi także podczas łańcuchowych erupcji wulkanów i przepotężnych trzęsień ziemi, po tak mocnym uderzeniu przemieszczą się bowiem wszystkie płyty tektoniczne. Na koniec popioły przesłonią na całe lata słońce, co spowoduje zniknięcie procesu fotosyntezy, magicznego triku, dzięki któremu istnieje cały łańcuch pokarmowy.

Tak mówią, ale jak będzie, tego nie wie nikt”.

Czy lepiej byłoby wiedzieć dokładnie, co się stanie i móc się przygotować? Czy może jednak lepiej nie wiedzieć i nie myśleć? Tylko czy to w ogóle możliwe, by stając twarzą w twarz z końcem wszystkiego, co znamy, zamknąć swój umysł na to, co będzie?

Henry zgadza się poprowadzić śledztwo – postara się odszukać męża dawnej znajomej. Czuje się nie do końca w porządku wobec niej, ale przez wzgląd na stare czasy i znajomość, rozpoczyna poszukiwania. Zadanie okazuje się być trudniejsze, niż Palace sądził, że będzie. Po drodze wychodzą na jaw sprawy i zagadki, o których dotąd nie miał pojęcia i które zmieniły jego postrzeganie pewnych wydarzeń oraz zachowań ludzkich. Henry’emu przyjdzie się zmierzyć z własnymi słabościami i lękami, które mimo nadchodzącego kataklizmu, każdy człowiek nadal posiada. Towarzyszy mu we wszystkim psiak Houdini, który jest prawdziwą ozdobą powieści i bez którego nie wyobrażam sobie już Henry’ego Palace’a.

str. 231 – “Szczeka tam, na dole. Houdini, piękny wierny pupil, nawołuje mnie. Hałasuje tak bardzo, abym nie zasnął, albo dlatego, że dostrzegł na niebie ciekawie wyglądającą chmurę, a może po prostu upaja się brzmieniem własnego głosu, jak to psy mają w zwyczaju”.

Jeśli czytaliście “Ostatniego policjanta”, pierwszy tom trylogii, pamiętacie zapewne, że powieść była raczej statyczna, tutaj już akcja zdecydowanie przyspiesza, nie brakuje jej zwrotów, napięcia, gęsiej skórki i dreszczyku emocji.

str. 97 – “Próbuję się wyrwać. Usiłuję coś powiedzieć, lecz nie mogę. W przydymionym świetle widzę zmrużone błyszczące oczy napastnika”.

Jak i poprzednia, również ta książka pisana jest w pierwszej osobie, w czasie teraźniejszym. Sprawia to wrażenie napięcia, ciągłego podenerwowania, stresu i lęku przed tym, co ma w bliskim czasie nadejść. Siedemdziesiąt sześć dni to już tak niewiele… Świadomość nieuniknionej katastrofy pozwala nam przyjrzeć się zarówno bohaterom, jak i wydarzeniom z zupełnie innej – jakże innowacyjnej – perspektywy. Tutaj dosłownie wszystko wygląda inaczej.

Okładka przyciąga wzrok, zniszczone miasto, zrezygnowany człowiek i pies rasy biszon, który na tym ciemnym, przytłaczającym tle, wygląda co najmniej dziwnie. Bardzo udana grafika, pasująca i oddająca klimat całości. Klimat świata bez przyszłości…

Jak to jest nie mieć przyszłości? Polecam sięgnąć po książkę. Koniecznie zacznijcie jednak od pierwszego tomu, by nie przeoczyć żadnego zdarzenia z życia Henry’ego, zwłaszcza że warto przyjrzeć się, jak rośnie napięcie w miarę upływającego czasu. Asteroida nie czeka, gna naprzód, by zakpić sobie z ludzkości i bardzo dosadnie pokazać ludziom, że nie są oni niezniszczalni, a samo życie potrafi być bardziej kruche od szkła.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu RM.

*cytaty pochodzą z książki

“Wtyczka” Duane Swierczynski

Sarie to na pozór zwykła nastolatka. Chodzi do szkoły, czasem imprezuje, zawiera przyjaźnie. Mieszka z ojcem i młodszym bratem, stara się uczyć oraz wywiązywać z innych swoich obowiązków. Ot zwykła, przeciętna dziewczyna, jakich wszędzie wiele… Znacie pewnie takie dziewczyny…

Czy wiecie jednak, jak to jest znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie?

Otóż Sarie dotąd nie wiedziała.

Aż do feralnego dnia, kiedy to dziwny zbieg okoliczności zaprowadził ją w miejsce, w którym wcale znaleźć się nie chciała. Ów zbieg okoliczności zmienia w życiu Sarie wszystko i chwilami dziewczynie wydaje się, że już nic nigdy nie będzie takie, jak kiedyś, a ona sama nigdy nie wyjdzie na prostą. I że nigdy nie wróci do beztroskich chwil, zwyczajnych problemów nastolatki i dylematów w stylu: “które spodnie dzisiaj włożyć”…

Podczas gdy inne dziewczyny chodzą na zakupy, umawiają się w parku czy też spotykają się w dyskotece, Sarie zostaje policyjną wtyczką. I muszę przyznać, że bardziej podoba mi się oryginalne określenie tego, czym od teraz będzie się zajmować nasza bohaterka: Canary, czyli “kanarek”. Tak brzmi również oryginalny tytuł książki – być może stąd także żółty kolor okładki. Ma ona ogromną zaletę; możecie być pewni, że nie przegapicie tej książki na półce w księgarni – żółta okładka niezwykle rzuca się w oczy.

str. 385 – “Serafino… piękne imię, na marginesie… Dobra, powiem ci, czego się domyślam, a ty mnie w razie czego popraw. Ale jesteś szpiclem, prawda?”.
“Wolę określenie kanarek”.

Czytając, zastanawiałam się właściwie, czy to na pewno Serafina jest tu główną bohaterką. Równie dużo i często towarzyszymy Benowi Wildey’owi, policjantowi, który kontaktuje się z Sarie. Na dodatek, w trakcie czytania, co chwilę zmienia nam się perspektywa. Raz na wszystko patrzymy z punktu widzenia Sarie, a za chwilę Bena. W kolejnym rozdziale wszystko oglądamy z perspektywy trzeciej osoby. Jest to początkowo trochę mylące, potem jednak można się przyzwyczaić.

Podobnie zmienia się czas, chwilami teraźniejszy, za moment przechodzi w przeszły. Powieść napisana jest w sposób dość nietypowy, do zmian, o których wspomniałam, należy dodać jeszcze różną czcionkę, gdzieniegdzie postać pamiętnika, zmienną formę dialogów, czasem sporo wersalików.

Akcja powieści rozgrywa się w Filadelfii i choć głównie śledzimy losy Sarie, a o wielu wydarzeniach czytamy najpierw z jej punktu widzenia, a później jeszcze opowiada nam o nich narrator, to nie jest to wcale nużące. Takie spojrzenie pozwala nam przyjrzeć się wielu aspektom z różnych stron, co jest bardzo ciekawe i dość nowatorskie. Mimo iż książka nie obfituje w nagłe zwroty akcji, wszystko przebiega raczej spokojnie, nie brakuje tutaj klimatu. Chwilami przechodzą nas dreszcze, a zakończenie – mnie osobiście – bardzo zaskoczyło, bo nie było to coś, czego się spodziewałam po bohaterce, ani coś, czego w ogóle spodziewałabym się po tej książce.

str. 120 – “Rozglądam się. Ulica przypomina plan filmu o zombie, po którym włóczy się gromada sennych statystów czekających aż ktoś im powie, co robić. Naćpani wydają się wszyscy”.

Sarie nie czuje się dobrze z faktem, że została wtyczką. To dla niej coś uwłaczającego, coś, czego powinna się wstydzić. Wolałaby nie mówić nikomu o tym na głos. Cóż, teraz myśli o sobie bardziej jak o TI 137 (Tajnej Informatorce 137) niż o Sarie, zwłaszcza że Wildey wyraża się o niej i zwraca do niej per Wzorowa Studentka. Może trochę pogardliwie, może ironicznie, ale tak naprawdę nie ma on niczego złego na myśli. Zwyczajnie też nie jest raczej zachwycony ich nieoczekiwaną współpracą.

str. 89 – “(…) skoro już jestem kapusiem, to powinnam nauczyć się, jak nim być. A tak w ogóle to nie cierpię słowa “kapuś”. Sprawdzam synonimy w internecie i wszystkie są straszne (…)”.

Początkowo wszystko przebiega leniwie, ale później akcja powieści przyspiesza, pojawiają się sceny, które powodują u nas gęsią skórkę, a atmosfera przypomina tę z filmów o gangsterach z lat dziewięćdziesiątych, co mnie akurat bardzo pasowało. Jedyny minus tej książki, w moim mniemaniu, to zbyt dużo przekleństw, ale być może to moje przewrażliwienie, bo ogólnie nie lubię nadużywania wulgaryzmów.

Początkowo sądziłam, że będzie to książka dla młodzieży z racji tego, że główna bohaterka jest nastolatką, jednak teraz, po lekturze, uważam, że odbiorcą jest raczej czytelnik dorosły.

To nietypowa powieść, nieszablonowa i specyficzna, mogę ją polecić miłośnikom kryminału i powieści sensacyjnej, sądzę że się nie zawiodą.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu RM.

*cytaty pochodzą z książki

“Tamta dziewczyna” Erica Spindler

Erica Spindler to jedna z tych autorek, po których książki sięgam bez wgłębiania się w opis powieści czy ich recenzje w Internecie. I bez nich wiem, że pomysł będzie niezły, a akcja przykuje moją uwagę. Być może nie jest to coś, co wbije mnie w fotel i nie da przestać czytać, ale na pewno wciągnie, na pewno mi się spodoba i z całą pewnością nie znuży.

“Tamta dziewczyna” to najnowsza powieść autorki, w której poznajemy Mirandę Rader, policjantkę, której przeszłość pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście dzisiaj kobieta żyje zgodnie z prawem, sama go strzeże i pilnuje porządku. Niestety jako nastolatka aż nazbyt często popadała w konflikty z prawem. Pochodziła z biednej dzielnicy miasteczka Harmony w Luizjanie, wychowywała się z braćmi, a matka, której nieszczególnie leżał na sercu los nastoletniej córki, już dawno zaniechała prób sprowadzenia jej na dobrą drogę. Randi robiła, co chciała, chodziła, gdzie chciała, nie przejmowała się nikim i niczym. Aż do tamtego feralnego dnia…

Czy gdyby udało się sprowadzić wtedy pomoc, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy Randi miałaby wówczas szansę wyjść na prostą? Czy jej życie wówczas miałoby jakiś sens? Próbowała, ale że zawsze miała nie po drodze z prawem i uczciwością, kłamała na potęgę i zmyślała, by tylko ocalić własną gorącą głowę, nikt jej nie uwierzył. A przecież mówiła prawdę… To właśnie wtedy tak bardzo potrzebowała wsparcia i tego, by ktoś stanął po jej stronie, a nie patrzył na nią jak na notoryczną kłamczuchę.

Teraz, po latach, Miranda stoi po drugiej stronie, stronie prawości i uczciwości, ciężko pracuje, cieszy się szacunkiem kolegów i stara się nie wracać do przeszłości. Tylko czy to jest tak do końca możliwe?

str. 203 – “Przypomniała sobie oskarżenie, które padło z ust jej brata: “Wydaje ci się, że możesz uciec przed przeszłością?””.

Tymczasem ginie Richard Stark, profesor anglistyki na Uniwersytecie Luizjany w Harmony, syn rektora uczelni. Harmony to miasteczko uniwersyteckie, a rektor uczelni jest jak bóg, nic więc dziwnego, że poruszone tym morderstwem jest całe miasto, a policja postawiona zostaje w stan najwyższej gotowości. Randy przydzielają do sprawy i wtedy wszystko zaczyna się komplikować. Na miejscu zbrodni policja znajduje odciski palców Mirandy. Skąd się tam wzięły? Policjantka nie wiedziała, kim jest ofiara, nie miała pojęcia o jej istnieniu aż do tego dnia, gdy Starka zamordowano. Niestety, zupełnie jak przed wielu laty, teraz też nikt jej nie wierzy. Randi czuje się, jakby znowu miała piętnaście lat. Koledzy zaczynają w nią wątpić, a na jaw wyłaniają się kolejne niepokojące fakty. Miranda jest coraz bardziej podłamana i nie wie, jak z tego wszystkiego wybrnąć.

Erica Spindler buduje nastrój w sposób, jaki przykuwa naszą uwagę na długo i który sprawia, że myślimy o książce nawet wóczas, gdy nie mamy jej w rękach. Miranda to bohaterka pewna siebie, zdecydowana i na wskroś uczciwa. Polubiłam ją, choć jej pewne decyzje mnie zaskakiwały, ale przecież o to właśnie w powieści chodzi, żeby działo się coś nieoczekiwanego i niespodziewanego.Specyficzny nastrój i napięcie, które wzmaga się wraz z ilością przewracanych kartek, to plus tej książki. Nic się tutaj nie wlecze, akcja idzie wartko i dość szybko, a klimat potęguje wkradająca się w życie bohaterki niepewność, lęk i skierowane na nią podejrzenia.

str. 202 – “Zatrzymała się dokładnie tam. Wysiadła, omiotła wzrokiem okolicę. Niewiele się tu zmieniło przez czternaście lat.
Niewiarygodne. Przecież w naturze mamy ciągły ruch, ciągłą zmianę. Rośnie, kwitnie, więdnie, obumiera.
Tymczasem to miejsce wyglądało tak, jakby zatrzymało się w czasie.
Chyba że jej własny umysł płatał jej figle.
Na ołowianych nogach, pchana wyłącznie siłą woli, ruszyła w kierunku drzew.
Jej drzewo (…)”.

Powieść prowadzona jest dwutorowo, w większości rozdziałów podążamy wraz z Randi tropem mordercy Starka, są też takie, w których poznajemy historię bohaterki sprzed lat. Bardzo mnie one wciągnęły, pozwoliły zrozumieć, dlaczego Miranda postępowała tak, jak postępowała, skąd wziął się jej konflikt z braćmi, z matką i dlaczego właściwie jest taka, jaka jest. Co bardzo mi się podoba, każdy otwarty wątek został zamknięty i wyjaśniony i nie pozostało w powieści żadnych niedomówień. Ogromny plus.

“Tamta dziewczyna” to dobra książka, choć nie jest najlepszą książką autorki, jaką czytałam. Erica Spindler pisze nieskomplikowanym językiem, więc powieść czyta się szybko i łatwo, nie zatrzymujemy się nigdzie na dłużej, nie wkrada się tu nigdzie nuda, a lekkie pióro sprawia, że chcemy wiedzieć, co będzie dalej. Do tego ta cudna okładka – niesamowicie wpada w oko. No i format książki również mi się spodobał, książka jest trochę większa od standardowych wydań, dobrze leży w rękach i świetnie wpasowuje się w wieczorne czytanie w łóżku 😉 W tekście nie ma błędów, literówek i innych byków, więc czyta się bardzo dobrze.

W moim odczuciu powieść nie jest thrillerem, jest na to zbyt łagodna, choć miejsce zbrodni i sam początek wskazują na coś zupełnie przeciwnego. Jest to jednak dobry kryminał, który z czystym sumieniem mogę polecić miłośnikom zarówno kryminału, thrillera, jak i powieści sensacyjnych.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Edipresse Książki

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2018. Powered by WordPress & Romangie Theme.