Tag Archives: Kryminał

“Z zimną krwią” Tess Gerritsen

“Z zimną krwią” nie jest nową książką autorki. Jej pierwsze wydanie to rok 1996, jednak ta akurat książka dotąd jakoś do mnie nie dotarła. Tym bardziej cieszę się, że pojawiają się na rynku tego rodzaju wznowienia, zwłaszcza jeśli dotyczą książek moich ulubionych autorów, a Tess z pewnością do takich właśnie należy.

Na pewno nie jest to też jedna z najlepszych powieści Tess. Zwłaszcza ci, którzy swoją przygodę z autorką (podobnie jak ja) rozpoczęli od tak doskonałych thrillerów jak “Chirurg” czy “Skalpel”, mogą uznać “Z zimną krwią” za książkę zupełnie przeciętną, płytszą i dużo gorszą od tamtych. Warto jednak pamiętać, że Tess Gerritsen zaczynała swą pisarską karierę właśnie od takich powieści. Myślę też, że nie jest dobrze spoglądać na te wcześniejsze pozycje przez pryzmat ich autora: możemy wówczas sporo przeoczyć i dużo stracić. A “Z zimną krwią” należy do książek całkiem dobrych i warto ją przeczytać.

Bohaterka powieści – Nina – zostaje porzucona przez swojego narzeczonego tuż przez ceremonią ślubną, w kościele. Chwilę później kościół wylatuje w powietrze i pojawia się pytanie: kto i dlaczego chce zabić Ninę? A może jednak nie chodzi o nią? Może to pastor się komuś naraził? Albo któryś z weselnych gości? Kiedy jednak ktoś usiłuje zepchnąć z drogi samochód Niny, sprawa zdaje się być jasna. Chociaż nie… Wcale nie jest jasna. Nina nie ma wrogów, pracuje w szpitalnej izbie przyjęć jako pielęgniarka, niesie ludziom pomoc, nikogo nigdy nie skrzywdziła. Jest zwyczajną, młodą kobietą, nie popełniła żadnego wykroczenia, nikomu nie podpadła, nikomu się nie naraziła. Kto więc i dlaczego czyha na jej życie?

Do śledztwa włącza się Sam Navarro, szef Wydziału ds. Zamachów Bombowych. Niestety zapewnienie ochrony Ninie, a do tego zlokalizowanie i zidentyfikowanie sprawcy, wcale nie należy do prostych zadań. Zwłaszcza, że Bombiarz – jak go ochrzczono – atakował już w paru miejscach w mieście. Nie wiadomo, gdzie zaatakuje ponownie, nie wiadomo, kogo ma na celu i policja nie jest w stanie przewidzieć, gdzie teraz się pojawi.

Atmosfera lęku i napięcia towarzyszy naszym bohaterom w tym samym stopniu, co nam, kiedy towarzyszymy im w ukrywaniu się i tropieniu zabójcy.

str. 56 – “Natychmiast zgasił światło w sypialni i sięgnął po broń. Wśliznął się do holu, zatrzymał się przy wejściu do salonu i szybko omiótł wzrokiem panującą tam ciemność”.

Powieść napisana jest bardzo dynamicznie. Z akcji wpadamy w akcję, jedno wydarzenie goni drugie. Powieść nie jest długa, liczy sobie raptem nieco ponad 230 stron, czyta się ją migiem i choć wielu rzeczy można się zwyczajnie domyślić, nie odbiera to wcale przyjemności z lektury. Być może chwilami akcja wydawała mi się nieco powierzchowna, ale zarówno całość, jak i zakończenie są ciekawe i ogólnie książka jest bardzo dobra.

Na uwagę zasługuje również wątek poboczny dotyczący specyficznego układu Niny z jej rodzicami, zwłaszcza z matką. A trzeba wiedzieć, że matka Niny to osoba ogromnie antypatyczna, co wywołuje wiele emocji.

str. 47 – “Przepraszam bardzo, ale czy nie od tego są matki? By nas podnieść i otrzepać?”.

Lekkie pióro autorki, nieskomplikowany język, łatwość przelewania myśli na papier i umiejętność przykuwania uwagi czytelnika to z pewnością plusy tej książki. Dzięki nim powieść zajęła mi raptem trzy godziny.

Jak w większości pierwszych książek Tess, także tutaj znajdziemy połączenie thrillera (a może raczej sensacji) z romansem. Myślę, że proporcje te rozkładają się po równo na oba gatunki. Jeśli jednak nie lubicie romansów, nie zrażajcie się. Ja również ich nie lubię, a książka bardzo mi się podobała. Największą jej zaletą jest dynamiczna, szybka akcja i brak jakiejkolwiek nudy.

Myślę, że warto po tę książkę sięgnąć, zwłaszcza jeśli lubicie powieści sensacyjne. No i oczywiście jesteście fanami Tess Gerritsen. Gorąco polecam.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Harper Collins Polska

*cytaty pochodzą z książki

“Nazywam się Milion” Karina Krawczyk

“Nazywam się Milion” to najnowsza powieść od Wydawnictwa Dlaczemu i kolejna pozycja, której patronuje, między innymi, Papuzie pióro, co ogromnie mnie cieszy.

Książka od razu przyciągnęła moją uwagę. W świecie, w którym nawet fakt, co twój sąsiad jadł na śniadanie, nie jest dzisiaj już żadnym sekretem, pojawia się nagle tajemnicza dziewczyna. Nie wie, a raczej nie pamięta, skąd pochodzi, gdzie dotąd mieszkała. Nie jest zorientowana w sytuacji politycznej naszego kraju, nie pamięta znaczenia niektórych słów. Ze snu wyrywa ją wizerunek kobiety, którą być może kiedyś znała… Niestety nie wie nawet, gdzie jej szukać, ani czy ta w ogóle kiedykolwiek istniała. Może jest tylko i wyłącznie wytworem jej wyobraźni?

Dziewczyna jest zagubiona. Prosi o pomoc komisarza lubelskiej policji – Pascala Kirskiego. Ku swemu zdumieniu policjant odkrywa, że dziewczyny nikt nie zna, nikt jej też nie szuka, nikt nie zgłosił zaginięcia. Nie wiadomo zupełnie, skąd się wzięła. Jedyną rzeczą, jaką o niej w tej chwili wiadomo to to, że teraz mówią na nią Milion.

str. 459 – “Przyprowadził ją policjant, błąkała się po naszym lubelskim dworcu. Była ubrana w piżamę. Sprawdziliśmy, czy ktoś zgłaszał zaginięcie kobiety. Obdzwoniłam inne szpitale psychiatryczne, ale nic. Nikt nigdy jej nie szukał”.

Kirski wyszedł właśnie ze szpitala i równolegle z poszukiwaniami tożsamości dziewczyny cierpiącej na amnezję, prowadzi śledztwo dotyczące rozprowadzania dopalaczy. A te zbierają swe okrutne żniwo wśród młodych, często nadal nieświadomych zagrożenia, jakie te niosą, ofiar. Temat mocno na czasie, na pewno wart tego, by o nim mówić i pisać jak najwięcej.

Książka jest napisana przystępnym i nieskomplikowanym językiem, przez co dobrze i dość szybko się czyta. Z początku miałam wrażenie lekkiego chaosu, które po paru krótkich rozdziałach na szczęście znikło. Akcja się rozkręciła i nabrała wiatru w żagle. Rzecz dzieje się w Lublinie, ale nie tylko i jako mieszkanka Gdańska, bardzo doceniłam sceny rozgrywające się w moim mieście i z przyjemnością je czytałam.

To, co mnie w powieści raziło i czego miałam przesyt, to piłka nożna. Piłka wszechobecna co kilka stron, często i dużo. Osobiście nie lubię piłki nożnej i te sceny, opisy kolejnych meczy, jakieś ciekawostki z nimi związane, zwyczajnie mnie znudziły. Na szczęście jest ich o wiele mniej w dalszej części albo zwyczajnie nie zwracałam już na nie tak bacznej uwagi.

Jest też w książce trochę fragmentów, który nijak nie pasowały mi do całości i których można było zwyczajnie uniknąć, bo niczego właściwie do historii nie wnosiły. Takim fragmentem jest historia życia Adolfa Hitlera. Większość już ją pewnie zna, nie wniosła ona kompletnie niczego do powieści i nie miała też właściwie niczego wspólnego ani z bohaterami, ani z sensem całości.

Za to bardzo wciągnęła mnie historia z przeszłości dotycząca Franka i Poli, która działa się w gdańskim domu dziecka – niecierpliwie czekałam na kolejne sceny i bardzo żałuję, że nie było ich więcej. Czytając je, wkraczamy w zupełnie inny klimat, chwilami niepokojący, wręcz złowieszczy. Jakbyśmy przenosili się do zupełnie innej książki i innych bohaterów – chwilami akcja biegnie dwutorowo, co zazwyczaj jest dość ciekawym zabiegiem autora i również tutaj odbieram go jako duży plus.

Książka liczy sobie przeszło pięćset stron, jednak czyta się dość szybko, głównie za sprawą bardzo krótkich rozdziałów i przeskakiwania od bohatera do bohatera. To skutecznie pcha akcję naprzód i nie pozwala nam się nudzić. Powieść biegnie wielowątkowo, jednocześnie rozwiązuje się kilka różnych spraw, choć niektóre są ze sobą powiązane. Chwilami daje nam to poczucie chaosu, ale później wsiąkamy w akcję i przestaje nam to przeszkadzać, a całość śledzimy z zaciekawieniem. Wielokrotnie treść ociera się o historię, o II Wojnę Światową, o Majdanek, o przeżycia z czasów obozów koncentracyjnych, o różne wydarzenia z przeszłości, które tworzą bardzo ciekawą otoczkę dla czasów współczesnych. Klimat tajemnicy i historycznej przeszłości, odkrywanie jej sekretów, doszukiwanie się drugiego dna, budują bardzo ciekawe tło dla bohaterów książki.

Akcja powieści biegnie dość spokojnie, ale mniej więcej w połowie nabiera tempa, dość mocno przyspiesza i aż do końca już nie zwalnia. To sprawia, że powieść wciąga mocniej niż na początku i trudniej się od niej oderwać. I jeśli z początku czytelnik uważa, że w książce niewiele się dzieje, to z pewnością szybko zmieni zdanie.

“Nazywam się Milion” to dobra, wciągająca książka, z bardzo dobrze nakreśloną fabułą, z ciekawymi bohaterami i z relatywnie nowatorską historią. Polemizowałabym trochę, czy aby na pewno jest to kryminał, ale to już w sumie pozostawiam do osądzenia Wam. Sięgnijcie po książkę, jest ciekawa, wciągająca, spod pióra polskiej autorki i z wieloma zaletami, które czynią z niej wartościową i bardzo interesującą lekturę. Gorąco polecam.

Za książkę i patronat bardzo dziękuję Wydawnictwu Dlaczemu

*cytat pochodzi z książki

“Pocałunek kata” Mons Kallentoft

Mons Kallentoft zadebiutował w 2000 roku powieścią “Pesetas”, za którą zgarnął prestiżową nagrodę i został uznany za jednego z przodujących pisarzy szwedzkich. Osobiście o nim aż do teraz nie słyszałam, być może dlatego, że powieści skandynawskie omijam szerokim łukiem. Podchodziłam do nich kilka razy, ale zarówno książki Camillii Lackberg, jak i Jo Nesbo, nie wciągnęły mnie zupełnie. Miałam więc drobne obiekcje przed lekturą “Pocałunku kata”. Na szczęście udało mi się z książką zaprzyjaźnić, choć spodziewałam się czegoś znacznie lepszego.

Szwecja. Zwykły dzień. Jakiś szaleniec porywa samolot i trzymając w ręce “bukiet” granatów, grozi wysadzeniem wszystkiego w powietrze. Chwilę później policja znajduje nagie zwłoki nastolatki w zgniatarce do samochodów. Policjanci są bezradni, bo zanim zdołają wykonać jakiś ruch, ginie kolejna osoba.

Inspektor Malin Fors usiłuje powiązać zabójstwa ze sobą, szukając czegokolwiek, co mogłoby je łączyć. Niestety niczego takiego nie może znaleźć. Sprawy zupełnie nie ułatwia fakt, że kobiecie mocno daje się we znaki jej uzależnienie od alkoholu.

str. 107 – “Nad wzgórzem zwieszają się korony starych dębów i gdy Malin lekko obraca głowę, widzi plac zabaw, gdzie niecałe dziesięć lat temu znaleziono zgwałconą dziewczynę”.

Nad śledztwem pracują dodatkowo ściągnięci policjanci, usilnie próbujący odnaleźć jakieś powiązania pomiędzy ofiarami oraz miejscami zbrodni. Niestety – póki co – kompletnie nic do siebie nie pasuje i napotykają tylko masę niewiadomych.

Przełom nastąpi dopiero później.

Powieść pisana jest w trzeciej osobie, w czasie teraźniejszym. Wydaje mi się, że byłaby o wiele lepsza i bardziej przystępna, gdyby autor poprowadził ją w czasie przeszłym. Jest bardzo niewiele książek napisanych w formie takiego właśnie reportażu, w czasie teraźniejszym, które mi się podobały. To jest styl typowy dla sprawozdań, który tutaj akurat nieszczególnie pasuje. Wprawdzie w trakcie czytania można się trochę przyzwyczaić, ale jednak powieść zyskałaby wiele bez tego.

Piękne wydanie przywołało wspomnienia, kiedy to wszystkie książki były wydawane z dbałością o każdy szczegół: twarda okładka z obwolutą, przejrzysty druk, żadnych błędów.

Zabrakło mi większej ilości opisów miasta, otoczenia, miejsc, ale być może jest to związanie z akcją prowadzoną w czasie teraźniejszym, gdzie nie ma po prostu żadnej dodatkowej chwili na zbędne opisy.

Skomplikowane śledztwo prowadzi do zaskakującego zakończenia, a to – z kolei – do szokującego epilogu. Akcja, mimo iż nie gna na łeb na szyję, cały czas trzyma w napięciu. Klimat grozy idealnie współgra z osobistymi problemami głównej bohaterki.

str. 15 – “Wyrwali mi oddech z piersi i uszło im to na sucho. Zabili tą, którą najbardziej kochałem, i nie spotkała ich żadna kara. Za arogancję. Bezwzględność”.

str. 123 – “Niech mi ktoś pomoże kochać wszystkich ludzi, myśli Malin. Proszę, niech mi ktoś pomoże, ktokolwiek”.

Autor jest raczej oszczędny w słowach, książka nie jest przegadana i wszystko w niej doskonale się zazębia. Dopracowana historia, wszechobecna groza oraz realistyczni bohaterowie, składają się na dobrą, kryminalną powieść o dusznej, gęstej atmosferze.

Mons Kallentoft nie ma lekkiego pióra. Książka nie należy do lektury prostej w odbiorze, wymaga od czytelnika skupienia. Czasem musiałam się cofnąć do nazwisk czy miejsc, by je sobie przypomnieć. Skandynawskie nazwy to chyba element nieco ponad moje siły, jak choćby nazwa parku, przy której w kółko się zacinałam. Oczywiście mówię to z przymrużeniem oka.

“Pocałunek kata” to pozycja dla czytelników lubujących się w thrillerach oraz skandynawskich kryminałach. Polecam wszystkim miłośnikom kryminalnych zagadek. Warto również nadmienić, że autor stworzył cały cykl o Malin Fors, więc można się spodziewać wielu zagadkowych, intrygujących perypetii inspektorki szwedzkiej policji w kolejnych książkach z serii.

Za książkę i możliwość zrecenzowania bardzo dziękuję serwisowi JakKupować.pl


*cytaty pochodzą z książki

“Furia” Sandra Brown

Czytam książki Sandry Brown od ponad dwudziestu pięciu lat. Nie pamiętam takiej, która by mi się nie spodobała, za to pamiętam kilka takich, które wbiły mnie w fotel i również takie, które nie pozwalały iść spać. Bywało, że czytałam do trzeciej czy czwartej rano. I przyznaję, że do dziś nie przechodzę obojętnie wobec książek autorki, bo każda niemal jest gwarancją naprawdę dobrej, trzymającej w napięciu, lektury. Zwłaszcza, że kilkanaście lat temu trafiałam raczej na romanse z dreszczykiem sensacji, a teraz są to powieści sensacyjne z dodatkiem romansu, co pasuje mi o wiele bardziej.

“Furia” dotarła do mnie w tajemniczej czarnej kopercie. Od razu wiedziałam, że będzie to coś specjalnego. Zwłaszcza, że w ślad za książką, z koperty wypadł woreczek strunowy, a w nim… No cóż, jako stała bywalczyni strzelnicy, nie musiałam zgadywać dwa razy: łuski po nabojach z glocka. To był dopiero smaczek, dziękuję bardzo Wydawnictwu Edipresse Książki :)

Bohaterka “Furii”, Kerry Bailey, dziennikarka, znana, lubiana i ceniona przez opinię publiczną, uparcie próbuje przeprowadzić wywiad ze znanym bohaterem narodowym, majorem Franklinem Trapperem. Dwadzieścia pięć lat temu major wyprowadził kilka ocalałych osób z hotelu Pegasus w Dallas, w którym wybuchło kilka ładunków wybuchowych, a na własnych rękach wyniósł małą dziewczynkę. Niestety Trapper jest uparty i nie ma zamiaru udzielać żadnych wywiadów, nie robi tego już od lat. I nawet niespotykany upór i dziesiątki telefonów Kerry nie mogą tego zmienić. Dlatego też nieugięta kobieta decyduje się dotrzeć do majora przez jego syna, prywatnego detektywa, który wcale nie jest tym faktem zachwycony. Jego układy z ojcem pozostawiają wiele do życzenia, dawne niesnaski i animozje sprawiają, że na samą myśl o rozmowie z ojcem, Johnowi cisną się na usta same niecenzuralne słowa. Jednak z kilku powodów – znanych wyłącznie jemu samemu – w końcu postanawia przedstawić dziennikarkę ojcu.

To, co wydarzy się później zaważy na całym życiu Kerry oraz syna majora Trappera. Nieznani sprawcy napadają bowiem na dom majora, w którym Kerry przeprowadza wywiad. Kim są sprawcy? I dlaczego włamali się do domu? I czego tak naprawdę chcieli od bohatera narodowego i dziennikarki? Kerry, która cudem unika śmierci, nie od razu zaczyna lękać się o własne życie, jednak splot wydarzeń, które następują później, daje jej namacalnie odczuć, że jej bezpieczeństwo wisi na włosku.

Nagle się okazuje, że nikomu nie można zaufać.
Nagle każdy jest podejrzany.
Nagle w każdym człowieku upatruje się wroga.

Kerry Bailey i John Trapper muszą połączyć siły, by dowiedzieć się, kto tak naprawdę stoi za zamachem bombowym w Dallas sprzed dwudziestu pięciu laty. John wprawdzie ma swoje podejrzenia, niestety prawie nikt mu nie wierzy. Czuje, że jest sam, a jedynym jego sprzymierzeńcem nieoczekiwanie staje się Kerry.

Typową i charakterystyczną rzeczą u Sandry Brown jest nieopuszczające czytelnika napięcie, trzymające go od samego początku do końca. I mimo, iż znamy pewnych podejrzanych, a o innych z kolei nie mamy pojęcia, to czyta się świetnie. A może wcale nie znamy podejrzanych? Autorka przez cały właściwie czas trzyma nas w niepewności i tak naprawdę nie wiemy do końca, czy nasze przypuszczenia są słuszne.

Główna bohaterka to pewna siebie, zdecydowana i zdeterminowana kobieta, profesjonalnie podchodząca do swojej kariery i tego, czym się zajmuje. Swoje sukcesy zawodowe zawdzięcza wyłącznie sobie i może być z nich dumna. W obliczu niebezpieczeństwa nie panikuje, zachowuje zimną krew, co wpływa na naszą dla niej sympatię. Da się ją po prostu lubić, racjonalna i praktyczna, jest przy tym bardzo kobieca i z miejsca wpada w oko Johnowi.

str. 159 – “Kerra Bailey wyznaczała sobie cele i trzymała się programu pozwalającego je osiągnąć. To nie w jej stylu uciekać nocą w towarzystwie mężczyzny o wątpliwej reputacji, który działał impulsywnie, któremu zdarzało się kręcić i kłamać, o czym dobrze wiedziała, którego zresztą poznała zaledwie tydzień wcześniej i to wtedy, kiedy był zbyt skacowany, by stanąć prosto. No więc co tutaj, do diabła, w tej chwili robiła?”.

Pożądanie i namiętność na tle śmiertelnego niebezpieczeństwa to znak rozpoznawczy Sandry Brown. Tutaj uczucie przeplata się z sensacją, z zagrożeniem czającym się w cieniu, z obawą napotkania wycelowanej w nas lufy pistoletu. Wraz z upływem czasu sprawy komplikują się coraz bardziej, wartka akcja nie pozwala się nudzić nawet na chwilę i choć z całą pewnością czytałam już bardziej wciągające powieści autorki, to tej również niczego nie brakuje. Nie jest przegadana, nie jest za długa, czyta się szybko i dobrze, styl autorki to lekkie pióro, niezwykle przystępne dla czytelnika w odbiorze, a język prosty i codzienny.

Pierwsze, co rzuca się w oczy w kontakcie z książką, to świetna okładka, jakby trochę w 3d, do tego format, który bardzo lubię – nieco większy od przeciętnego, bardzo wygodny w czytaniu i ogólnym użytkowaniu. Świetny druk, dobra czcionka, przejrzysty układ stron. Oczywiście nie to liczy się najbardziej podczas czytania, ale są to takie detale, od których zależy cała przyjemność z lektury, dla mnie wyjątkowo ważne. W tekście brak jakichkolwiek błędów, żaden chochlik nie wkradł się w treść, zresztą jak zwykle u Edipresse. Ogromny plus za to piękne wydanie.

To, co jest najlepsze w tej powieści, to oczywiście klimat. Bardzo lubię historie sensacyjne, gdzie nad bohaterami “wisi” groźba, gdzie muszą uciekać, ukrywać się, a każdy napotkany człowiek może im zagrażać. I ani oni, ani my – czytelnicy – nie wiemy, komu można, a komu nie można zaufać. Duszna atmosfera robi się coraz bardziej przytłaczająca, gdy na wierzch wypływają sprawy i machloje sprzed lat.

str. 191 – “Od strony na wpół podciągniętych żaluzji wpadało dość światła, by zobaczyć, że wszystko zostało przewrócone do góry nogami. Szuflady powyciągano z metalowej szafki, a ich zawartość leżała rozrzucona po całej podłodze. Poduszki na kanapie pocięto i wybebeszono. Krzesła i lampy były poprzewracane”.

Wiele w “Furii” jest rzeczy przewidywalnych, jest to coś jednocześnie bardzo amerykańskiego, jak i charakterystycznego dla autorki. Mimo to wcale nie czyta się książki gorzej, nie jest ona przez to mniej intrygująca. Czytam książki Sandry Brown od ćwierć wieku, znam jej styl, znam bohaterów, zdążyłam poznać to, jak myśli i jakich intryg oraz zakończeń można się po niej spodziewać, jednak mimo to, za każdym razem, czytanie jej książek to dla mnie ogromna przyjemność.

To jest powieść dla czytelników, którzy lubią powieści sensacyjne, kryminały, thrillery, a także dla wszystkich, którzy chętnie sięgają po połączenie książek sensacyjnych z romansem, z przewagą jednak sensacji. No i na pewno jest to pozycja dla każdego miłośnika Sandry Brown, jej talentu do zawiłych historii i bohaterów, takich prawdziwych, z krwi i kości.

Ze swojej strony bardzo polecam, książkę czyta się jednym tchem, a szybkie tempo i dynamiczna akcja nie pozwalają się od niej oderwać. To bardzo dobra lektura.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki

*cytaty pochodzą z książki

“Nora” Katarzyna Puzyńska

“Nora” to już dziewiąty tom znanej wszystkim sagi o policjantach z Lipowa. Przeczytałam wszystkie i choć stanowią one całość i warto poznać każdy chronologicznie, to każdy zawiera w sobie osobną historię. Na tę chwilę nie wiem, czy planowane jest wydanie dziesiątego tomu (pewnie tak) i czy saga nadal będzie kontynuowana (pewnie tak), jednak ja już podziękuję i na tej dziewiątej części zakończę moją przygodę z Lipowem.

Kilka pierwszych książek bardzo mnie wciągnęło, “Łaskun” był dla mnie szczytem góry lodowej, po której reszta – niestety – spadała już coraz niżej. Po “Czarnych narcyzach” już się poważnie zastanawiałam czy brnąć dalej, a “Norę” właściwie kupiłam z przyzwyczajenia… No bo jak to tak, tyle książek z cyklu przeczytałam, ta się ukaże i jej nie wezmę? I to był błąd, trzeba było posłuchać intuicji.

“Nora” to właściwie klon wszystkich innych książek z serii. Oczywiście historia jest inna, trupy są inne, tło wydarzeń też, jednak cała reszta to dokładnie to samo, co już było i o czym czytaliśmy już jakieś… osiem razy.

To, co mogło mi się podobać poprzednio, teraz tylko irytowało, bo też ile razy można czytać początki rozdziałów w stylu: “Aspirant Daniel Podgórski (…)”, “Młodsza aspirant Emilia Strzałkowska (…)”. Przecież my ich już znamy! Zdążyliśmy poznać ich słabości i zalety w ciągu tych tysięcy przeczytanych stron, setek rozdziałów i kilku historii. Generalnie irytowało mnie to od czasów “Motylka”, czyli od pierwszego tomu, ale po kilku kolejnych… Zwyczajnie nie idzie tego znieść, jest wytarte, nudne, oklepane.

Postaci nadal jak na karuzeli. Weronika ciągle nie wie, czego chce od życia, jest tak bezbarwna, że aż nieciekawa, nużyły mnie sceny, w których występowała. Daniel znowu stara się być miły i dobry, ciągle pali papierosy, a jak ich nie pali, to myśli o tym, że strasznie by chciał zapalić. I niestety też nie wie, czego właściwie chce. Emilia ciągle boi się ciasnych pomieszczeń, a Klementyna… Perełka pierwszych kilku tomów, tak inna, tak dziwna, niesympatyczna do tego stopnia, że nie sposób było jej nie lubić. Nadal rzuca tymi samymi, wytartymi do cna, frazesami, nie wnosi do treści kompletnie niczego nowego, bo zwyczajnie jesteśmy w stanie przewidzieć, co i jak powie i jak się zachowa w obliczu takiej czy takiej sytuacji.

Powieść ma ponad osiemset stron, co przy takim, a nie innym formacie, jest strasznie niewygodne w użytkowaniu, poza tym uważam, że schudnięcie o jakąś jedną trzecią stron, książce wyszłoby tylko na dobre. Za dużo tu gadaniny. Ktoś coś robi, przesłuchuje świadka, po czym wraca na komendę i powtarza całemu zespołowi to, czego dowiedział się od świadka. Tego naprawdę można było uniknąć. Akurat to ostatnie drażniło mnie już w poprzednich tomach, bo jest to moim zdaniem zbędne (chyba że wniosłoby coś nowego do sprawy). Ledwie dotarłam do 300-setnej strony i miałam już ochotę porzucić lekturę, ale zaparłam się i czytałam dalej. Akcja się wprawdzie rozkręciła, ale niesmak już pozostał i niecierpliwie wyczekiwałam końca.

Jeśli chodzi o historię, to jest tu sporo nawiązań do “Czarnych narcyzów”, co akurat średnio mi się podobało ze względu na niemożność przeczytania książek nie po kolei. Jedna z miejscowych dziewczyn – Berenika – znika któregoś dnia i nikt nie wie, gdzie się podziała. Sprawa wygląda podejrzanie tym bardziej, że w szpitalu psychiatrycznym ginie pacjentka, która odegrała dość poważną rolę w poprzednim dochodzeniu policji. Czy wydarzenia te mają jakiś wspólny mianownik? I czy Berenika ponownie zwiała z domu, jak to robiła już wielokrotnie?  Czy tym razem jednak stało się coś poważniejszego?

Poza głównym wątkiem mamy tu mnóstwo wątków pobocznych, co na ogół ciekawie rozwija akcję, ale w “Norze” można się pogubić w tłumach bohaterów i licznych historii z nimi związanych. Poza tym, szczerze mówiąc, ileż można zamordować ludzi w tym niewielkim, biednym Lipowie? I ilu zwyrodnialców się tam może kręcić?

Historia sama w sobie może i jest ciekawa, intryga nieźle utkana, a dochodzenie interesujące, jednak książka ogólnie przegadana, rozwleczona, a krótkie rozdzialiki zamiast potęgować klimat i napięcie, mnie osobiście tylko irytowały. Nie potrafiłam polubić żadnego z bohaterów, to niezdecydowanie każdego z nich powoduje, że żaden nie jest nakreślony wyraźnie, żaden się nie wyróżnia, każdy jest taki sam. Mam wrażenie, że większość z nich nawet wyraża się w podobny do siebie sposób.

I dlatego jest to moje ostatnie spotkanie z sagą o policjantach z Lipowa. Nie będę książki polecać, nie będę odradzać, sami musicie zdecydować. Myślę, że jeśli ktoś czyta od początku, będzie czytać dalej (choć ja też czytałam od samego początku i zawsze na bieżąco). Myślę też, że jeśli któraś kolejna książka zacznie Was denerwować, nużyć bądź uznacie, że “to już było, tylko w innych okolicznościach”, to dotrzecie do momentu, do którego właśnie dotarłam ja i skończycie na którymś z kolei tomie…

Sądzę, że winien jest tu popyt. Wydawnictwo wydaje i zarabia, autorka również, więc trzeba wydawać więcej i więcej, żeby zarobić więcej i więcej. I tak następuje jakieś wypalenie i zmęczenie materiału. A moim zdaniem o wiele korzystniej byłoby napisać i wydać coś zupełnie nowego – też by się sprzedało. Każdy fan Katarzyny Puzyńskiej kupiłby pewnie coś, co by się ukazało na rynku wydawniczym. I o ileż ciekawiej byłoby przeczytać coś nowego, coś innego, coś ciekawego, poznać nowych bohaterów, obejrzeć nowe miejsca i wciągnąć się w wir nowych, fascynujących historii. Jeśli ukaże się coś takiego, to pewnie jeszcze dam szansę autorce, bo do Lipowa już na pewno nie wrócę.

Copyright © 2020. Powered by WordPress & Romangie Theme.