Tag Archives: Kryminał

“Sieć podejrzeń” George Harrar

Kryminał czy raczej może powieść podszyta dreszczem, do tego mocno przesycona filozofią i psychologią – to właśnie jedna z nowszych propozycji wydawnictwa Wielka Litera.

Evan Birch, ogólnie szanowany profesor i wykładowca filozofii na Pearce College, wiedzie spokojne, poukładane życie, dzieląc swój czas pomiędzy pracę a rodzinę. Jego żona Ellen również pracuje i prowadzi dom, synowie – bliźniaki, Adam i Zed, chodzą do szkoły. Z pozoru być może nieco nudne, takie życie wystarcza Evanowi, który jest człowiekiem bardzo spokojnym i nie łaknącym większych przygód. Właśnie wydał książkę o filozofii pt.: “Niespokojne umysły” – poznajemy go w chwili, gdy otrzymuje on od wydawcy paczkę z egzemplarzami autorskimi.

I nagle, pośród tego stoickiego spokoju, szarości dnia codziennego i stagnacji, pojawia się ona: Joyce Bonner. A właściwie trudno nawet tak dosadnie stwierdzić, że się pojawia – prawdopodobnie została porwana. I niestety wszelkie poszlaki wskazują, że to właśnie Evan mógł mieć z tym coś wspólnego.

Spokój Evana rozpada się nagle niczym domek z kart, a sieć podejrzeń oplata jego rodzinę do tego stopnia, że podkopuje ich zaufanie do niego: jako ojca, męża, pracownika, nauczyciela… Z czasem dowodów przybywa, a Evan przestaje już ufać samemu sobie.

Czy rzeczywiście jedno słowo, jeden gest, jedna nieopatrznie podjęta decyzja, mogą aż tak mocno zaważyć na czyimś życiu? Czy wszystko w nas jest przesądzone? Czy może jednak mamy jakiś wpływ na to, co się z nami dzieje?

str. 297 – “Nazwę je więc zbiegami okoliczności, jeśli pan woli. W tej sprawie jest ich wiele, a lata pracy nauczyły mnie, że zbiegi okoliczności zawsze zdarzają się z jakiegoś powodu”.

“Sieć podejrzeń” pokazuje, że nawet zgoła niewinne czynności, codzienne, często rutynowe, mogą nas wplątać w gąszcz wydarzeń, które z kolei nierzadko mogą nas doprowadzić wręcz do zguby. I nawet jeśli – tak jak Evan Birch – unikamy problemów, żyjemy uczciwie i nie krzywdzimy innych, to i tak nie jest powiedziane, że nie spotka nas w życiu coś kompletnie nieprzewidzianego, coś złego, coś, z czym nie będziemy potrafili sobie poradzić.

Powieść przesycona jest filozofią, co niestety nie wszystkim może przypaść do gustu. Nie ma tu nagłych zwrotów akcji, gonitw, ani strzelanin. Akcja toczy się powoli, statycznie i nie gna naprzód na łeb, na szyję. To książka dla tych, którzy lubią zagłębiać się w psychologię człowieka i wnikliwie ją studiować.

Autor zastanawia się tutaj, jak pewne zdarzenia wpływają na człowieka i jego zachowanie i czy w określonych sytuacjach mamy możliwość pokierowania swym losem. Bo kto wie, czy tak naprawdę cokolwiek zależy od nas? A może kiedy się boimy, podejmujemy złe lub niewłaściwie decyzje?

str. 24 – “(…) strach to fundament, na którym opiera się całe nieszczęście ludzkości”.

Nasz bohater, Evan, to nieźle nakreślona postać, da się lubić, choć chwilami może się wydać mało interesujący. Jest racjonalny, realnie stąpający po ziemi, wie, czego chce i jest zadowolony z życia. Nie polubiłam za to jego żony, Ellen. Wydała mi się okropnie irytująca, przemądrzała, nieciekawa, w kółko rzucająca złotymi myślami, nie wiem, czy znalazłabym jedno zdanie wypowiedziane przez Elen, które brzmiałoby zwyczajnie, tak szaro i prosto, jak to bywa w życiu codziennym.

Samo wydanie nie zawiera błędów, a jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do bardzo cienkiego papieru, na którym gdzieniegdzie prześwitywał druk.

“Sieć podejrzeń” to pozycja, którzy ponad krwawe thrillery i pełne zawiłości i zagadek kryminały, przedkładają śledztwo i szukają w książce czegoś ponad pościgi, ponad tożsamość zabójcy czy też jego motywy. Polecam tym, którzy lubią książki spokojne, do poduszki i których nie znudzi statyczna i powoli biegnąca akcja pióra George’a Harrara.

Za książkę i możliwość jej przeczytania bardzo dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.

*cytaty pochodzą z książki

“Po zapadnięciu nocy” Fred Vargas

Na francuskie współczesne kryminały zwróciłam uwagę po spotkaniu z “Koronkową robotą” Pierre’a Lemaitre’a. Do przeczytania najnowszej powieści Fred Vargas zachęcił mnie opis wydawcy na okładce.

Mroczny klimat i nieuchwytny zabójca to to, co w tego rodzaju książkach lubię najbardziej. Bohater powieści Fred Vargas, inspektor Jean-Baptiste Adamsberg, ścigał swego czasu brutalnego mordercę, który jako narzędzia zbrodni używał prawdopodobnie czegoś o trzech ostrzach. Po wielu latach morderca pojawia się znowu. Adamsberg jest mocno tym poruszony, ponieważ z tego, co wie, zabójca nie żyje od blisko dwudziestu lat. Czy to na pewno on? Czy raczej jego naśladowca? I choć właściwie nikt nie wierzy przeczuciom inspektora, ten jest właściwie pewien swego.

str. 21 – “Tym razem wydało mu się, że wyczuł atak na ułamek sekundy przed faktem. Leżące na stole dłonie zacisnął w pięści i tak próbował zapobiec wtargnięciu. Spinając ciało, przywołując myśli o czym innym, wyobrażając sobie czerwone liście klonu. Na nic: zmora przeszła przez niego jak tornado pustoszące pola, prędkie, nieuniknione i gwałtowne, po czym obojętnie porzucające ofiarę, aby gdzie indziej kontynuować swoje dzieło”.

Czy morderca z widłami wrócił? Czy też może Adamsberg ma obsesję i omamy? Co jest prawdą, a co wytworem jego wyobraźni? Adamsberg – jak dotąd – zawsze ufał swoim przeczuciom policjanta. Nigdy nie wątpił w swoją pewność siebie, ani w swoje umiejętności i logikę. Tymczasem pewnego wieczora ginie młoda kobieta. Nie ma żadnych podejrzanych, a ostatni widział ją właśnie Adamsberg. Policja odkrywa, że morderca użył ostrego, trójzębnego narzędzia. Niestety inspektor tamtego wieczora się upił i kompletnie nie pamięta, co wówczas robił. Nagle, zupełnie niespodziewanie, z policjanta staje się uciekinierem. Tylko czy Adamsberg może zaufać samemu sobie, skoro zupełnie nie pamięta, co robił tamtej feralnej nocy? Kto tak naprawdę popełnił tę okrutną zbrodnię? Czy Adamsberg na pewno jest bez winy?

Dość mroczny klimat powieści kontrastuje z elokwentnym stylem wypowiedzi autorki, nieco humorystycznym i chwilami nawet zabawnym.

str. 127 – “Bretońska naleśnikarnia w centrum starała się przypominać ojczyste strony właściciela, na wystrój składały się bowiem sieci, koła ratunkowe i suszone ryby. Oraz trójząb”.

Bardzo nietypowo tożsamość zabójcy znamy od samego niemalże początku powieści. I nie zastanawiamy się, kim on jest. Nie szukamy go pośród książkowych bohaterów, nie podejrzewamy każdej z postaci, nie zastanawiamy się nawet nad podejrzanymi, nad motywami, nad alibi poszczególnych osób. Tutaj od początku wiele wiemy, a jednak – mimo to – powieść i tak trzyma w napięciu. Inspektor usiłuje rozgryźć, w jaki sposób morduje zabójca, poszukuje związku między ofiarami, podobieństw pomiędzy morderstwami, a wreszcie zastanawia się nad własną niewinnością.

Atmosfera grozy bije z każdej strony książki, niepewność i lęk towarzyszy bohaterom na każdym kroku, właściwie nieustannie. Fakt iż nie wiemy, gdzie przebywa zabójca, sprawia że stale spodziewamy się jakiegoś “wybuchu”, fajerwerków, czegoś, co nami porządnie potrząśnie.

Fred Vargas nie jest autorką, o której można powiedzieć, że ma lekkie pióro. Książka na pewno nie czyta się lekko i jednym tchem. Bywały chwile, kiedy musiałam się wrócić o parę zdań i przeczytać fragment jeszcze raz. Mimo to, powieść wciąga, trzyma w napięciu i mocno niepokoi. Nawet kiedy odkładałam książkę na bok, stale o niej myślałam.

str. 354 – “Adamsberg zastygł. Biała smoczyca. Biały smok (…). Mocno ściskając w palcach długopis, Adamsberg starał się wypatrzyć kamienie madżonga na wykazie sędziego w jego “układzie honorów”.

“Po zapadnięciu nocy” to trzymający w napięciu kryminał z zaskakującymi zwrotami akcji i niesztampowym mordercą. Polecam zwłaszcza tym, którzy w zalewie literatury amerykańskiej i skandynawskiej, poszukują czegoś nowego i innego.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Sonia Draga


*cytaty pochodzą z książki

Zapisz

“Trawers” Remigiusz Mróz

“Ekspozycja” i “Przewieszenie” postawiły poprzeczkę niesamowicie wysoko, więc moje oczekiwania – nie ukrywam – również powędrowały mocno w górę.

Od wydarzeń z “Przewieszenia” minął jakiś czas. Dla Wiktora Forsta były to trudne i nerwowe miesiące, które z pewnością wolałby on spędzić zgoła inaczej. By uciszyć nawracające migreny oraz nerwy i towarzyszący mu niepokój, Wiktor sięga do środków, które powszechnie niedostępne i ogólnie zabronione, wcale nie są łatwe do zdobycia. Czas zabija czytając. A czyta wszystko, co tylko wpadnie mu w ręce. Więzienie zobojętniło go na to, co dzieje się wokół. Perspektywa spędzenia w zamknięciu wielu lat, nie nastraja go, rzecz jasna, optymistycznie. I wtedy, zupełnie nieoczekiwanie, pojawia się szansa odmiany losu, a na drodze Forsta staje bezkompromisowa adwokat Joanna Chyłka – znana czytelnikom z innego cyklu autorstwa Remigiusza Mroza.

Tymczasem w góry wraca Bestia z Giewontu. Znowu giną ludzie, turyści ponownie nie mogą czuć się bezpieczni. Tym razem na ich życie nie czyhają wyłącznie góry…

str. 316 – “Na wspomnienie o linie spojrzeli na siebie nerwowo. Byli zupełnie zieloni. Nie mieli bladego pojęcia o tym, na co się pisali. Patrząc na takich ludzi Eliaszowi zdarzało się pomyśleć, że dobrze byłoby wypuszczać wszystkich turystów powyżej określonej wysokości z przewodnikami. Przynajmniej byłby jakiś element idiotoodporny. Prawdziwy przewodnik nigdy nie zabrałby tych dwojga w góry”.

Dla policji zabójca jest kompletnie nieuchwytny. W dodatku najwyraźniej wysyła Forstowi ukryte wiadomości, prowokuje go. Wiktor zdaje sobie sprawę z tego, że jest jedyną osobą, która ma szansę ująć zabójcę.

W międzyczasie w Kościelisku, w ośrodku dla uchodźców, ginie turysta. W jego ustach policja znajduje syryjską monetę. Prokurator Wadryś-Hansen oraz policja, z Osicą na czele, zastanawiają się, czy to tragiczne wydarzenie ma coś wspólnego ze śmiercią turystów na szklaku i z Bestią z Giewontu.

Wiktor jest nieustępliwy. Za wszelką cenę chce dopaść mordercę. Jest mu raczej obojętne, co będzie później. Forst ma tylko jeden cel. W dodatku dochodzi do wniosku, który z początku wydaje mu się wręcz absurdalny. Niemożliwy. Jednak po wielu dniach i nocach rozmyślań, dzieli się nim z Osicą, który omal go nie wyśmiewa… Forst ma jednak przeczucie i nie pozwala się zbyć. Robi wszystko, by postawić na swoim i wyruszyć za mordercą w góry.

str. 502 – “Wiktor zdawał sobie sprawę, że powinien poszukać szlaku. Idąc bezrefleksyjnie pod górę, narażał się na niebezpieczeństwo wpadnięcia w rozpadlinę. Bez komórki pod ręką mogłoby to okazać się równoznaczne ze śmiercią.

W końcu dotarł do pierwszego trudnego miejsca. Musiał wspiąć się po łańcuchu, a potem z pomocą klamer obejść niewielką turnię. W lecie wyglądało to niezbyt ciekawie, bo trzeba było cały swój los złożyć w dobrym chwycie kawałka metalu wystającego ze skały. W zimie wyglądało to jak miejsce, gdzie wszystko się kończy”.

Podobnie jak w poprzednich tomach z cyklu, również i tutaj akcja nie zwalnia nawet na chwilę. Wątek o uchodźcach wpasowuje się idealnie w czasy, w jakich przyszło nam żyć. I choć pozostaje on tłem wielu sytuacji, nie gryzie mocno w oczy, a wprowadzenie go przydaje książce autentyczności.

Od strony technicznej, Mróz – jak zwykle – rewelacyjny. Jego styl i lekkość pióra to to, co uwielbiam w książkach. Niedługie rozdziały, przeskakiwanie od bohatera do bohatera, od sytuacji do sytuacji, stale trzymają czytelnika w napięciu i nie pozwalają na przerwę w lekturze.

str. 361 – “Przez moment trwał w bezruchu, po czym zacisnął usta i z impetem trzasnął pięścią w blat. Nie poczuł bólu. Uderzył jeszcze raz, a potem złapał kartkę i ruszył w kierunku drzwi. Zamknął je z hukiem i truchtem skierował się do recepcji”.

Pewnie jak znaczna większość czytelników trylogii o Forście, niecierpliwie czekałam na finał i na rozwiązanie kilku kluczowych wątków. I gdyby chodziło o jakąś inną książkę, innego autora, musiałabym napisać, że zakończenie mnie trochę rozczarowało. Ale to jest Remigiusz Mróz. Zakończenie “Ekspozycji” sprawiło, że zbierałam szczękę z podłogi. “Przewieszenie” mną mocno potrząsnęło. Naiwnością byłoby sądzić, że “Trawers” zakończy się teraz jakimś mdłym i ckliwym happy endem, a wszyscy bohaterowie będą żyli długo i szczęśliwie. Oczywiście nie oczekiwałam tego, to zupełnie nie w stylu Mroza, no i właściwie nie spodziewałam się niczego innego, jak kolejnego finału wbijającego mocno w fotel.

W końcu wyszło tak, że jestem trochę zła na autora, że losy bohaterów nie potoczyły się tak, jak JA bym tego chciała. Z drugiej z kolei strony, jestem mu wdzięczna, że ponownie mnie zaskoczył i zapewnił dawkę naprawdę mocnych i dobrych emocji.

Cała trylogia ma – w moim odczuciu – dodatkowy pozytyw. Jeśli chodzi o górskie wspinaczki i góry w ogóle, pozostaję nadal kompletnym laikiem. Czytanie o tym było dla mnie fantastyczną przygodą. I nie ukrywam, że odkrywanie sekretów Tatr w taki sposób bardzo mi odpowiada.

Przyznaję, że “Przewieszenie” porwało mnie bardziej. Bardziej mnie wciągnęło i mocniej trzymało w napięciu. Nie znaczy to oczywiście, że “Trawers” nie wpasował się w moje gusta albo że jest gorszy od reszty książek z serii. Nie, absolutnie tak nie jest. To doskonale napisana trylogia, z idealnie snutą intrygą, z genialnie zarysowanymi postaciami, że świetnie skonstruowaną akcją kryminalną.

Remigiusz Mróz to jeden z najlepszych polskich pisarzy współczesnych.

I choć trochę zwlekałam z sięgnięciem po jego powieści, to teraz cieszę się, że przede mną jeszcze seria z Chyłką oraz kilka innych, pojedynczych, książek. Z ogromną też niecierpliwością czekam na filmową wersję perypetii komisarza Forsta.

Autorowi pozostaje tylko pogratulować, zaś czytelnikom niezmiennie polecam: czytajcie serię o Wiktorze Forście po kolei, zaczynając od “Ekspozycji”, kończąc “Trawersem”.

“Przewieszenie” Remigiusz Mróz

Wystarczyła mi jedna książka Mroza, by stwierdzić, że każdą kolejną kupię w ciemno. By wiedzieć, że każdą muszę przeczytać. Że muszę ją mieć i widzieć na swojej półce. Wiedziałam to już po przeczytaniu “Ekspozycji”, która porwała mnie od pierwszej strony i trzymała w napięciu do ostatnich słów, gdzie dosłownie rzuciła mnie na kolana i długo nie pozwalała się z nich podnieść. Sądziłam, że bardziej już autor nie może mnie zaskoczyć. Sądziłam, że “Ekspozycja” jest tak dobra, że nie sposób, by kolejna powieść była lepsza. Myślałam, że to zwyczajnie niemożliwe.

I wtedy przeczytałam “Przewieszenie”.

Zdezorientowana i wstrząśnięta, długo zbierałam szczękę z podłogi. Siedziałam na ogrodowym krześle, pięknie świeciło słońce, śpiewały ptaki, a ja trzymałam książkę na kolanach i nie mogłam się otrząsnąć.

Remigiusz Mróz nie ma sobie równych jeśli chodzi o tego rodzaju zaskoczenia, przynajmniej w moim przekonaniu. I nawet jeśli wszystko wydaje się oczywiste, to zapewniam, że u Mroza, może mieć wiele różnych stron. I wiele wyjaśnień. A sam autor to moim zdaniem jeden z najlepszych polskich pisarzy współczesnych.

Drugi tom cyklu o Forście zaczyna się mniej więcej od tego miejsca, w którym skończyła się “Ekspozycja”. Wiktor i tym razem tropi niebezpiecznego mordercę, który działa w górach. Niestety pewne zbiegi okoliczności sprawiają, że cień podejrzeń pada też na samego Forsta, przez co komisarz ma mocno utrudnione zadanie i porządnie ograniczone pole działania. W dodatku prokurator wręcz depcze mu po piętach… Tymczasem zabójca poszukuje swych ofiar na szklakach górskich, wypatrując ich wśród mniej doświadczonych turystów. Wiktor chce go odnaleźć i złapać za wszelką cenę, nawet kosztem własnego bezpieczeństwa, własnej wolności czy życia.

I to właściwie wszystko, co mogę Wam powiedzieć o tej książce, nie zdradzając za dużo, bo cokolwiek bym dalej napisała – będę spoilerować.

Mogę jednak zdradzić, że “Przewieszenie” trzymało mnie w napięciu znacznie bardziej niż pierwszy tom cyklu, a samą książkę czytało mi się o wiele szybciej. To jedna z tych powieści, które ciężko jest przerwać i odłożyć. Ciągle chciałam wiedzieć, co będzie dalej i jak rozwinie się akcja. “Przewieszenie” pochłania czytelnika na podobieństwo groźnych i zdradliwych gór i nie pozwala myśleć o niczym innym.

str. 238 – “Kątem oka dostrzegła pięść z prawej strony. Kiedy trafił ją w skroń, zahuczało jej w głowie. Wypuściła kieliszek, ale nie słyszała, jak szkło rozbiło się na podłodze.
Zatoczyła się w bok i pewnie by upadła, gdyby nie złapał jej napastnik. Moment ulgi trwał jednak tylko ułamek sekundy. Potem przywalił jej po raz kolejny. Ostatnim, co zapamiętała, była obojętność na jego twarzy”.

Podobnie jak w pierwszym tomie, również i tutaj mamy do czynienia z doskonałym warsztatem pisarskim i niesłychanie lekkim piórem. Mróz tworzy bohaterów, którym wierzymy, ponieważ nie są oni doskonali. Bo podobnie jak my – zwykli ludzie – mają wady. Chwilami nawet zastanawiałam się, czy postaci wykreowane przez Mroza mają w ogóle jakieś zalety. Na ogół jest tak, że główny bohater ponad dziewięćdziesięciu procent powieści to postać pozytywna. Większość z nich to wyidealizowani bohaterowie o komplecie tych cech, które powszechnie uważane są za te dobre. Lubimy ich, chcemy być tacy jak oni, doszukujemy się w nich podobnych cech do naszych w nadziei, że faktycznie moglibyśmy się z nimi utożsamiać. Takie postaci obdarzone są na ogół jedną wadą i na tym ich charakterystyka się zamyka. Tymczasem Forst ma chyba więcej tych negatywów, niż cech pozytywnych. Jest arogancki, cyniczny, zgorzkniały, nie liczy się ze zdaniem innych, nawet swoich przełożonych, łamie normy powszechnie uznawane za moralne, często postępuje niezgodnie z prawem. Bywa, że nawet niezgodnie z własnym sumieniem, jeśli instynkt podpowiada mu, że tak właśnie postąpić powinien. Mimo to, nie sposób Wiktora Forsta nie lubić. Czy jest on bohaterem negatywnym? Wedle mojej opinii absolutnie nie. Świat nie jest tylko czarny lub tylko biały. Nie zawsze można wybrać albo zło, albo dobro. Nie zawsze popierałam czyny Wiktora, ale rozumiałam i rozumiem jego motywy. Niecierpliwie też czekam, co przyniesie mu przyszłość.

str. 262 – “Wiktor upadł na kolana i zaczął nerwowo rozrzucać książki. Powieści sensacyjne, kryminalne, historyczne… nie było niczego o buddyzmie, (…) niczego, co mogłoby posłużyć za wskazówkę (…).
Wiktor wiedział, że czas się skończył. Klnąc co niemiara, podniósł się, gotowy do ucieczki. Teraz albo nigdy. Za moment będzie już za późno”.

A ponieważ 18 maja, czyli właśnie dzisiaj, swoją premierę ma “Trawers”, trzeci i ostatni już tom cyklu o Forście, zachęcam Was gorąco do zakupu. Warto przeczytać wszystkie trzy książki, jeszcze zanim komisarz Forst zagości na ekranach naszych telewizorów. Bo nie wiem, czy dotarła do Was ta wiadomość, ale prawa do ekranizacji trylogii zostały już sprzedane. Pozostaje tylko pogratulować autorowi, życzyć mu dalszych sukcesów i w międzyczasie wypatrywać filmu (lub serialu). Osobiście czekam teraz na mój własny “Trawers” i chyba zostawię go sobie na jakieś wolne dni, bo znając już Remigiusza Mroza, ciężko będzie się od książki oderwać.

Zachęcam do lektury “Przewieszenia” i jednocześnie namawiam, byście czytali serię o Forście po kolei: “Ekspozycja”, “Przewieszenie” i “Trawers”. Bardzo gorąco polecam, wierząc że Mróz zrobi międzynarodową karierę i usłyszą o nim czytelnicy nie tylko w naszym kraju. To wspaniałe, że mamy TAKICH pisarzy. Czytajcie Mroza!

PS. Jeśli ktoś ma chęć poznać autora lepiej, polecam jego stronę internetową: http://remigiuszmroz.pl/

*cytaty pochodzą z książki

“Żniwa zła” Robert Galbraith

Po przeczytaniu “Wołania kukułki” i “Jedwabnika” z ogromną niecierpliwością czekałam na kolejny tom perypetii Cormorana Strike’a. Jak tylko pojawiły się zapowiedzi, szybko książkę zamówiłam. Czy powieść dorównuje swoim poprzedniczkom? Czy porwała mnie podobnie jak tamte? No i czy warto ją przeczytać?

“Żniwa zła” rozpoczynają się spokojnie i zwyczajnie. Z pozoru przeciętny dzień zastaje naszych bohaterów w agencji detektywistycznej. Cormoran i Robin pracują właśnie nad jedną ze spraw, gdy do biura przychodzi kurier i wręcza Robin – partnerce Strike’a – paczkę. Niczego niepodejrzewająca kobieta otwiera przesyłkę i z przerażeniem wstrzymuje oddech, kiedy widzi w niej… nogę. Odciętą, ludzką i na oko kobiecą. Zszokowana Robin z początku jest przekonana, że jej nazwisko na przesyłce to zwyczajny zbieg okoliczności i że paczka została skierowana na adres agencji Cormorana, a nie do niej osobiście. Jednak późniejsze wydarzenia sprawiają, że zarówno Robin, jak i Strike podejrzewają, że nazwisko Robin na paczce nie zostało umieszczone tam przypadkowo.

Kto i dlaczego wysłał Robin Ellacott odciętą nogę? Czy zdarzenie to miało charakter osobisty? Czy może jednak związane było z jedną z prowadzonych przez Cormorana spraw? I – co najbardziej frapuje Strike’a – do kogo owa noga należała? Czy kobieta, której ją odjęto, żyła jeszcze?

Wielowątkowa powieść Roberta Galbraitha rozkręca się bardzo powoli. Początek książki jest wręcz nużący i właściwie nie wiem, czy to za sprawą wlokącej się akcji, czy może pogaduszek każdego z każdym, jednak minęło sporo czasu, zanim się wciągnęłam. Natomiast po przebrnięciu przez ten nieco nudnawy początek, czytało się już całkiem dobrze. Akcja obraca się wokół śledztwa i ludzi, których Cormoran podejrzewa nie tylko o przysłanie do agencji ludzkiej nogi, ale również o zabójstwo. Śledzimy tu w krótkich rozdziałach rozmyślania mordercy, nie wiedząc oczywiście, kim ten człowiek jest. Wstawki te wystarczają jednak, by stwierdzić, że człowiek ten nie jest do końca normalny.

str. 291 – “Gorzko zawiedziony wrócił do Tego wczesnym wieczorem. Wiedział, że będzie musiał z Tym siedzieć przez następne dwa dni i ta perspektywa pozbawiła go resztek samokontroli. Gdyby mógł wykorzystać To, tak jak zamierzał wykorzystać Sekretarkę, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej, to byłoby jego wybawienie: spieszyłby się do domu trzymając noże w pogotowiu – ale się nie odważył. Potrzebował Tego żywego i całkowicie podporządkowanego”.

Jak i w poprzednich tomach serii o Cormoranie, również tutaj mamy do czynienia z mocno skomplikowaną intrygą oraz wieloma wątkami pobocznymi. W “Żniwach zła” jest też więcej scen z życia prywatnego bohaterów, co akurat bardzo mi się spodobało. Zwłaszcza, że w życiu Robin wiele się obecnie dzieje, a w związku z wydarzeniami, które są jej udziałem, przeżywa ona wiele wzlotów i upadków, zarówno w pracy, jak i w życiu osobistym. Praca u Strike’a jest jej wymarzonym zajęciem. Robin bardzo chce zostać równorzędną partnerką Cormorana w interesach, marzy o byciu prawdziwym detektywem. Strike uważa, że kobieta ma dryg i talent do tej pracy, ale kiedy zdaje się, że ktoś ją obserwuje, Strike stwierdza, że Robin powinna trochę zwolnić, a to z kolei jest powodem licznych nieporozumień pomiędzy nimi, ponieważ Robin się z jego zdaniem w tym temacie absolutnie nie zgadza.

Zabrakło mi w powieści tych cudnych, klimatycznych opisów ulic Londynu, których pod dostatkiem było w dwóch pierwszych książkach. Owszem, można nieco owego klimatu znaleźć, ale w porównaniu do poprzednich tomach, jest go tutaj jak na lekarstwo.

str. 395 – “Zapalili i przez chwilę stali bez słowa. Ludzie przechodzili chodnikiem, idąc w obu kierunkach, zmęczeni po wielu godzinach siedzenia w biurach. Zbliżał się wieczór. Bezpośrednio nad nimi miedzy indygo nadchodzącej nocy a koralowym neonem zachodzącego słońca został wąski pasek zwyczajnego nieba, nudnego, nijakiego powietrza”.

str. 385 – “Wreszcie w niedzielę pogoda się popsuła. Deszcz obmył spalone słońcem parki, zatańczyły wycieraczki samochodów, turyści przywdziali foliowe poncza i na przekór wszystkiemu, brnęli przez kałuże”.

Brakowało mi w “Żniwach zła” tego plastycznego, pełnego niesamowitej atmosfery miasta, wieczornych latarni, metra, nocnych pubów. Jakoś tak z lekka jałowo się tu bez tego wszystkiego zrobiło. Pusto. Również zakończenie mnie trochę rozczarowało, zabrakło w nim bowiem fajerwerków. Zamiast tego dowiadujemy się zwyczajnie, kto zabił, bo akurat na to właśnie wpadł w danej scenie Strike. Narrator nas o tym fakcie informuje i tyle. Jakoś tak nie pasowało mi to do Strike’a. Jego spokój po tym odkryciu kompletnie odbiegał od tego, jak zapamiętałam Cormorana z poprzednich książek.

I choć klimatu zarówno “Wołania kukułki”, jak i “Jedwabnika”, można się gdzieś tu doszukać, to do “Jedwabnika” tej książce jednak jest ciut daleko. Absolutnie nie twierdzę, że “Żniwa zła” to kiepska książka, bo tak wcale nie jest. Tyle że “Jedwabnik” podniósł poprzeczkę bardzo wysoko i miałam po nim wobec kolejnej powieści Roberta Galbraitha, naprawdę dość wysokie oczekiwania. I pewnie właśnie dlatego “Żniwa zła” mnie nie oczarowały.

Za to nadal niezmiennie uwielbiam postać głównego bohatera. Cormoran Strike to jeden z moich ulubionych literackich detektywów. Lubię go za jego obcesowość, dosadność, za to, że zdanie innych na jego temat mało go obchodzi, no i w końcu za przenikliwy, logiczny umysł. A najbardziej lubię odkrywać w każdej książce coraz to nowe fakty dotyczące Strike’a i jego życia. Bo każdy tom pokazuje coś nowego, czego dotychczas nie wiedzieliśmy i co powoli pozwala nam układać mozaikę przeszłości Cormorana. Bo na tym polu zawsze coś do odkrycia jeszcze pozostaje, a fakty dotyczące Strike’a, to istne rarytasy.

str. 175 – “Zachował wspomnienia piękna z dzieciństwa, zwłaszcza z okresów spędzonych w Kornwalii: morza, połyskującego o poranku, błękitnego niczym skrzydło motyla, tajemniczego szmaragdowego i cienistego świata Rabarbarowej Ścieżki w ogrodzie Trebah, białych żagli unoszących się w oddali jak morskie ptaki na wzburzonych, ciemnoszarych falach”.

W dodatku sama postać Strike’a nie przypomina mi żadnego innego bohatera, jakich w trakcie swojej długoletniej przygody z czytaniem poznałam, a to ogromnyy plus. Jego spokój i opanowanie idą w parze z gwałtowną naturą i choć czasem Strike uważa, że nie ma sensu się powstrzymywać przed daniem komuś w mordę, kiedy trzeba, potrafi też być bardzo cierpliwy – o ile wymaga tego sytuacja.

str. 357 – “Robin bała się, że Strike może wybuchnąć w tej eleganckiej, białej przestrzeni, gdzie miłośnicy sztuki rozmawiali ściszonym głosem. Nie wzięła jednak pod uwagę samokontroli, jakiej były oficer Wydziału do spraw Specjalnych nauczył się w ciągu długich lat prowadzenia przesłuchań. Uprzejmy uśmiech, z jakim słuchał Burzy, był wprawdzie nieco ponury, lecz Strike zachowywał spokój”.

Jak na kryminał przystało, nie brakuje w książce scen – może nie mrożących krew w żyłach – ale na pewno trzymających w napięciu.

str. 316 – “Nie wolno mu było spanikować. Nie wolno było uciekać. Hałas by go zgubił. Powoli przesuwał się wzdłuż siatki otaczającej stare samochody w stronę ciemnej plamy, która mogła albo prowadzić na sąsiednią ulicę, albo być ślepym zaułkiem. Wsunął zakrwawione noże z powrotem do kurtki, wrzucił jej palce do kieszeni i skradał się dalej, wstrzymując oddech”.

“Żniwa zła” nie są książką z porywającą akcją, która goni na łeb na szyję. Powieść jest raczej statyczna i posuwa się naprzód wolno i spokojnie. Książkę polecam, zwłaszcza tym, którzy znają już “Wołanie kukułki” i “Jedwabnika”, choć uważam, że ze wszystkich książek z cyklu, jest najsłabsza. Nadal pozostaje jednak dobrym kryminałem, z logiczną intrygą i z lekka mroczną, ponurą atmosferą. Czekam też na kolejne tomy serii i z pewnością po nie sięgnę.

*cytaty pochodzą z książki

 

 

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.