Tag Archives: Replika

“Sąd ostateczny” Anna Klejzerowicz

Jakiś czas temu poczytałam opinie o tej książce w portalu LC i zadziwiła mnie pewna równowaga pomiędzy tymi pozytywnymi i mniej pochlebnymi. Na ogół opinie o danej książce są sobie bliskie, tutaj ta ogromna rozbieżność mocno mnie zastanowiła i w końcu postanowiłam wreszcie przeczytać serię o Emilu.

“Sąd ostateczny” to moja trzecia powieść Anny Klejzerowicz (poprzednie to “List z powstania” i “Ostatnią kartą jest śmierć”). Ponieważ pierwsze bardzo mi się podobały, wiedziałam już wtedy, że na pewno jeszcze wrócę do autorki i do jej książek.

Bohaterem “Sądu ostatecznego” jest były policjant Emil Żądło, który obecnie zajmuje się dziennikarstwem śledczym. Niestety brak zleceń, ciekawych tematów oraz wypalenie zawodowe skutkują ostatnio lekką depresją. Emil nie ma ochoty na nic, była żona domaga się zaległych alimentów, potencjalny szef wyśmiewa jego ostatni artykuł. Emilowi zupełnie się nie układa. Ani w życiu prywatnym, ani w zawodowym. Rankiem na siłę szuka powodu, by wstać z łóżka. I kiedy nie widzi już zupełnie nadziei na jakąkolwiek zmianę na lepsze, spotyka przypadkiem swoją dawną znajomą, Dorotę i jej narzeczonego Damiana. Ci proponują mu współpracę, jako że prowadzą gazetę. Gazeta wprawdzie dopiero raczkuje, ale Emil od razu się zgadza. Oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że z początku wiele nie zarobi, jednak cieszy się i z tego. Tymczasem nad ranem media grzmią o okrutnej zbrodni popełnionej w Gdańsku. Okrutny zabójca zamordował dwójkę młodych ludzi, a ich obnażone ciała, groteskowo związane razem, porzucił w oliwskim lesie. Emil nie od razu kojarzy, o kogo chodzi, a kiedy już to do niego dociera, za wszelką cenę postanawia odnaleźć mordercę.

Współpracując z policją, wymienia się ze znajomym informacjami. Namierzenie zabójcy nie jest jednak wcale takie proste, a czas ucieka. Wkrótce zabójca uderza po raz kolejny…

str. 176 – “Wielkie Dzieło się rozpoczęło. A gdy wybije godzina zero – czas cofnie się i zmieni bieg historii. Nastanie Nowa Epoka.
Dzięki niemu.
Niebiosa zaakceptowały jego plan.
Pobłogosławiły mu.
Uspokojony wolno ruszył do przodu. Rysy jego twarzy złagodniały, napięte mięśnie rozluźniły się i odprężyły, mrok w oczach rozpłynął się”.

“Sąd ostateczny” to bardzo dobrze skonstruowany kryminał. Nie ma tu czasu na nudę, akcja rozkręca się szybko i każdy dialog oraz opis pchają ją naprzód. Niesamowicie ujęły mnie opisy Gdańska, które przewijają się przez całą powieść, a przy tym są naturalne, niewymuszone i pięknie wplecione w całość. Nie jestem Gdańszczanką z urodzenia. Urodziłam się i wychowałam w Warszawie i do Gdańska przyjechałam na stałe w wieku dwudziestu pięciu lat. I wcale nie uległam urokowi i czarowi tego miasta. Sekrety Gdańska zaczęłam odkrywać dopiero kilka lat temu, jego klimat i zakątki poznaję dopiero od jakiegoś czasu. Temat wprawdzie nigdy nie był mi tak zupełnie obcy, ponieważ stąd pochodzi mój tata, a dokładniej z Wrzeszcza. Dzisiaj bardzo często zabieram córkę do miasta, tam spacerujemy, odkrywamy, zwiedzamy. Powieść osadzona w realiach dzisiejszego miasta, miasta, w którym mieszkam, bohaterowie przemierzający dzielnice Gdańska czy to tramwajem, czy samochodem lub pieszo, pojawiające się w tekście nazwy znajomych ulic, dzielnic, którymi sama niejednokrotnie spacerowałam, to jeden z największych atutów “Sądu ostatecznego”. Już samo to wystarczyło, bym pozostała pod urokiem książki jeszcze długo po odłożeniu jej na półkę. Atmosfera miasta, w którego tle rozgrywa się akcja powieści, dodaje niezwykłego smaku.

str. 24 – “Przez moment zapragnął wysiąść tu i przejść się dawno niewidzianymi ulicami. Małachowskiego, Słowackiego, Partyzantów, potem cienistą Jaśkową Doliną, gdzie starannie ostatnio odrestaurowane stare dworki i mieszczańskie pałacyki puszą się nowymi elewacjami. Może taki spacer pozwoliłby mu odzyskać równowagę ducha. Podobno nic tak nie pomaga jak dobre wspomnienie. Jednak dziś nie mógł już sobie na to pozwolić. Zbliżała się druga, miał do załatwienia ważniejsze sprawy (…). Kolejka ruszyła szybko w stronę Gdańska Głównego”.

Intryga poprowadzona jest ciekawie i z polotem. Lubię książki, które nie nużą, które ciągle zaprzątają moje myśli, nawet w tych chwilach, kiedy jestem zmuszona powieść odłożyć.

Całości dopełniają świetnie nakreślone postaci. Zarówno te pierwszoplanowe, jak Emil czy Marta oraz te poboczne, wcale nie mniej ważne. To bohaterowie niesłychanie autentyczni, z krwi i kości, nieprzerysowani, obdarzeni całą plejadą zalet i wad, dzięki którym są podobni do nas, do ludzi zwyczajnych, do tej znacznej większości, z którą mamy do czynienia w życiu. Oni też się boją, też borykają się z różnymi problemami, mają własne rozterki, doświadczenie życiowe, kłopoty i marzenia. Ich też przeraża morderca i to, czego ów może się jeszcze dopuścić. Przeżywają zbrodnie oraz fakt, że zabójca wciąż pozostaje na wolności.

str. 107 – “Zerwał się na równe nogi, strącając na podłogę książki i papiery. Zanim zrozumiał, że był to tylko sen, poczuł największą grozę życia i śmierci. Przerażenie spowodowało, że zaczął się dusić (…). Obrazy ze snu przypominały mu sceny z tryptyku Memlinga, ale i jeszcze coś. Coś, czego nie mógł zidentyfikować, a co przyprawiało go o dreszcz obrzydzenia i grozy”.

Styl pani Anny Klejzerowicz, o czym już pisałam przy okazji opinii o książce “List z powstania” (http://marta.kolonia.gda.pl/connieblog/?p=1554), to właśnie coś, co bardzo, ale to bardzo lubię. Lekkie pióro, potoczny, codzienny język, treść, która czytelnika pochłania, ciekawy pomysł i cudne tło. I ten romantyzm gdzieś tam, pomiędzy wierszami, delikatny, poetycki, choć to przecież kryminał.

“Sąd ostateczny” to też niezwykła lekcja historii. Przyznaję, że nigdy dotąd nie przyjrzałam się obrazowi Hansa Memlinga. Dopiero teraz zrobiłam to uważniej. Rys historyczny, jaki nakreśliła autorka, to również ta szczególna perełka, dla której naprawdę warto po tę książkę sięgnąć. Zwłaszcza że historia obrazu jest niezwykle umiejętnie i subtelnie wpleciona w całość, brakuje tu wymuszenia i nachalności, przez co książkę czyta się rewelacyjnie, gładko i szybko.

Bardzo polubiłam głównego bohatera, Emila Żądło. No ale z takim nazwiskiem ciężko byłoby okazać się nudnym. A o Emilu można wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest postacią nudną.

Nie mogę się już doczekać lektury kolejnych książek z serii o Emilu, a są to jeszcze “Cień gejszy” i “Dom Naszej Pani”, a autorka przyznaje, że pisze właśnie czwartą książkę z cyklu, z czego ogromnie się cieszę. A przy okazji warto wspomnieć, że “Sąd ostateczny” jest pierwszą taką pełnowymiarową powieścią Anny Klejzerowicz.

Książkę polecam miłośnikom dobrego kryminału oraz wszystkim tym, którzy cenią polską prozę współczesną i polskich autorów.

*cytaty pochodzą z książki

“Potomek” Graham Masterton

Dawno już nie czytałam niczego autorstwa Mastertona. Kiedy więc ostatnio w bibliotece wpadła mi w ręce książka “Potomek”, nawet nie zajrzałam na tył okładki i wypożyczyłam w ciemno. Kiedy byłam nastolatką czytałam wszystko Mastertona, co tylko ukazywało się w Polsce. Do tej pory mam dość pokaźny zbiorek jego opowieści. Trafiałam już wśród nich na książki bardzo dobre i na te mniej ciekawe, zawsze jednak wracam do Mastertona z ogromnym sentymentem.

Bohaterem “Potomka” jest James Falcon, kapitan kontrwywiadu armii Stanów Zjednoczonych Ameryki. Niby żadna wyjątkowo szczególna funkcja, Falcon jednak jest specem od tropienia… wampirów. W czasie II wojny światowej wampiry były masowo wykorzystywane przez nazistów do bezpośrednich walk z przeciwnikiem. W tamtych czasach kapitan Falcon zasłynął jako wybitny spec i choć teraz, po kilkunastu latach, sprawy zdawały się nieco przycichnąć, to James ponownie jest proszony o wsparcie. W Londynie, w bardzo okrutny sposób, zostają zamordowani ludzie. Wielu ludzi. Falconowi wystarcza jeden rzut oka na okaleczone zwłoki i wydarte z piersi serca, by mieć pewność, z kim ma do czynienia. Nocni ludzie, niemal nieuchwytni, o wiele silniejsi i stokroć szybsi od zwykłego człowieka, wcale nie są łatwi do wytropienia. Wampiry, a raczej strzygi – jak nazywa je Falcon – wśród których występują zarówno te żywe, jak i martwe, to istoty nie posiadające sumienia. Opowieści o strzygach towarzyszą Jamesowi od dzieciństwa. Jego matka, która pochodziła z Rumunii, opowiadała mu wiele historii o nich, ponieważ są one niejako wpisane w historie i tradycje rumuńskie, więc siłą rzeczy nie były one dla Jamesa zbyt zaskakujące.

Falcon tropi strzygi nie tylko z wielkim poświęceniem, ale – można by rzec – z pasją maniaka pragnącego wytępić je wszystkie z powierzchni ziemi. Wie o nich niemal wszystko: o ich słabościach, o tym, jak działają, dokąd chodzą, gdzie szukają ofiar. Wie również to, co najważniejsze: wie, jak je uśmiercić. Na wszelkie akcje zabiera ze sobą zestaw pomocnych przedmiotów, dzięki którym może wampira unieszkodliwić. Zestaw zawiera w sobie między innymi srebrny pejcz, gwoździe, którymi do krzyża przybito Chrystusa, kompas do wykrywania obecności strzyg, piłę chirurgiczną, Biblię, zwykły czosnek oraz inne rzeczy, bez których walka z jakimkolwiek wampirem spaliłaby na panewce. Dużą też rolę w tropieniu strzyg spełniają odpowiednio szkolone psy wraz ze swoim przewodnikiem. Na przestrzeni tych kilku lat opisanych w książce, Falcon współpracuje z kilkoma takimi psami.

str. 166 – “Bullet podjął trop wampirów niemal natychmiast i ruszył przed nami z nosem przy ziemi. Poprowadził nas na skraj parku, zmierzając w kierunku lotniska. Od czasu do czasu natrafialiśmy na ścieżce na krople krwi, co dowodziło, że rudowłosa dziewczyna odniosła bardzo poważne rany”.

Akcja książki rozgrywa się na przestrzeni kilku lat w Antwerpii, Londynie oraz Stanach Zjednoczonych. Do samego tematu wampiryzmu i wampirów autor podszedł nieco inaczej niż większość pisarzy, czyniąc z nich bestie bez serc, bez duszy, okrutne, złe, łaknące ludzkiej krwi za wszelką cenę. Pokonanie wampira to rzecz trudna, śmiertelnie niebezpieczna i do tego wymagająca sporo doświadczenia i wprawy. Poza tym, że Falcon bardzo chce chronić ludzi przed atakami wampirów oraz wybić tyle strzyg, ile się tylko da, ryzykując nawet własnym życiem, przede wszystkim musi wytropić najgroźniejszego z nich Dorina Dukę, z którym ma do załatwienia również pewne osobiste porachunki.

str. 138 – “Tylko że ja przecież wiedziałem, kto to zrobił. Nie miałem najmniejszych wątpliwości. Wiedziałem również, dlaczego tak się stało. Wczesnoporanny autobus, pełen zaspanych robotników jadących na pierwszą zmianę, musiał być dla Duki i jego żywych strzyg niemal salą restauracyjną na kołach”.

“Potomek” liczy sobie ponad trzysta dwadzieścia stron, ale książkę czyta się szybko i lekko, w ogóle nie czuć tej objętości. Przeczytałam ją w dwa dni. Nie jest rozwleczona i nużąca, akcja stale posuwa się naprzód, a co za tym idzie, żaden opis i żaden dialog się nie dłużą. Klimat grozy towarzyszący nam przez całość lektury, nie słabnie ani na moment. Nie ma tu też – drażniącego mnie osobiście – biegu ku finałowi, który zdarzył się już w kilku książkach autora. Ma się wówczas wrażenie, że autor chciał powieść szybko skończyć, więc końcówka rozpisana jest raptem na trzech czy czterech stronach i kompletnie nie trzyma już w napięciu. Bardzo tego nie lubię. Tutaj finał otrzymał tyle stron, ile powinien, przy tym jest zaskakujący, logiczny i ciekawy. Być może parę rzeczy można wywnioskować podczas lektury, bo i temat wampirów wcale nie jest nowatorski i rzadki, ale nie psuje to zupełnie przyjemności z czytania.

“Potomek” to książka z całą pewnością warta przeczytania. Polecam wszystkim, którzy lubią horrory i powieści grozy, takie z dreszczykiem i dobrym klimatem. Dla miłośników autora to pozycja obowiązkowa – przeczytajcie koniecznie.

*cytaty pochodzą z książki

“Przejażdżka” Jack Ketchum

To moje pierwsze spotkanie z tym autorem i po “Przejażdżce” wiem, że z pewnością nie ostatnie. To bardzo mocna, brutalna lektura, wyłącznie dla posiadaczy stalowych nerwów i miłośników thrillera i sensacji.

Pewien barman, Wayne Lock, któregoś dnia widzi parę: mężczyznę i kobietę, którzy mordują człowieka. Na ten widok czuje gwałtowny przypływ adrenaliny, podekscytowanie i chore podniecenie. Oczywiście chore to jest ono pewnie tylko dla nas, dla niego raczej jest to coś ekscytującego. W jego umyśle rodzi sie absurdalny plan. Postanawia porwać tę parę, a potem wspólnie z nimi kogoś zamordować. Nie wie i właściwie zupełnie go to nie obchodzi, że Carole i Lee mieli powód, by zabić tamtego mężczyznę.

Pewnego dnia pojawia się w ich domu i grożąc im bronią, zabiera ich na morderczą przejażdżkę. Podróży tej nie zapomni żadne z nich. Już nigdy.

Książka jest niesłychanie brutalna, dosadna, krwawa, chwilami budząca wstręt. Okrutność i bezwzględność dominują tu na każdym kroku. Ketchum śmiało i bez zahamowania wykracza poza granice wszelkich norm społecznych oraz moralnych, ukazując, jak dalece okrutna może być istota ludzka. Pokazuje spaczoną psychikę człowieka obsesyjnie marzącego o tym, by kogoś skrzywdzić, by sprawić mu ból i w końcu bezwzględnie i bezlitośnie zabić. Pokazuje też, jak morderstwo wpływa na zabójcę o spaczonej osobowości, co robi z jego umysłem, z jego psychiką. On już nigdy nie będzie taki, jaki był przedtem. Zupełnie jakby to, czego się dopuścił, zniszczyło również jakiś fragment jego samego. I to bezpowrotnie, nieodwracalnie. Tego fragmentu własnej duszy zabójca już nigdy nie odzyska. Nawet gdyby bardzo chciał.

“Przejażdżka”, to książka wręcz wynaturzona. Z pewnością jedna z najokrutniejszych, jakie czytałam w życiu. Tutaj nic nie jest ładne i przyjemne. Spaczone ludzkie dusze, złe charaktery, bestialskie postaci z okrutnością we krwi, to charakterystyczna cecha tej powieści. Bohaterowie to nie ludzie, jakich spotykamy wychodząc z domu, na ulicy, w biurach, sklepach czy gdziekolwiek indziej. To nie są nasi znajomi, przyjaciele ani sąsiedzi. Główny bohater “Przejażdżki” to indywiduum bez serca, bez duszy. Bez sumienia. I bez skrupułów. Nawet najmniejszych.

Autor również nie ma skrupułów, by przekazać nam w sposób niezwykle dosłowny stan umysłu Wayna oraz to, co ten planuje zrobić i czego w końcu się dopuszcza.

Wayne, który właściwie nie dostrzega niczego złego, ani niewłaściwego w zastrzeleniu przygodnej osoby, podnieca się już samą myślą o morderstwie. Za wszelką cenę chce poznać mechanizm, który każe potencjalnemu zabójcy popełnić zbrodnię. Chce wiedzieć, co się wówczas dzieje w jego głowie. Sam, zabijając, nie odczuwa wyrzutów sumienia, a jeśli kiedykolwiek je miał, teraz nie pozostał po nich już żaden, najmniejszy nawet, ślad.

“Przejażdżka” to męska lektura. Nie oznacza to wcale, że polecam ja wyłącznie męskiej części czytelników. To po prostu książka dla ludzi o bardzo mocnych nerwach. Ogólnie jest to dobra powieść, twarda, trzymająca w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. To jedna z tych lektur, które po ukończeniu zostają w głowie i ciężko o nich zapomnieć. W przypadku “Przejażdżki” wcale nie jestem pewna, czy to aby zaleta. Bo tej konkretnej książki czytelnik wolałby chyba jednak nie pamiętać. A to z kolei jest komplement – tak sobie myślę – dla autora. W końcu każdy autor chciałby pozostać w umyśle i pamięci swojego czytelnika. A tą książką Ketchum na pewno to osiągnie.

Warto wspomnieć o warsztacie pisarskim autora, którego styl bardzo mi się spodobał. Jest dopracowany z dokładnością co do każdego szczegółu. Widać tu lekkie pióro i doświadczenie, dzięki czemu nawet tak trudną powieść czyta się szybko. Nie powiem, że przyjemnie, bo tutaj nic nie jest przyjemne, ale szybko.

Polecam fanom horroru oraz thrillera, o stalowych nerwach i mocnym żołądku. Nie zawiedziecie się.

“Poczęcie” Chase Novak

Bardzo głośna ostatnimi czasy książka. Opisy wydawcy i sugestywna okładka zachęciły mnie do zakupu. Nie wiedziałam, że pod pseudonimem Novak kryje się znany amerykański pisarz Scott Spencer. Ponieważ jednak i tak nie znam twórczości Spencera, to i tak nie sugerowałabym się jego wcześniejszymi powieściami.

Na dzień dobry już zniechęciła mnie w “Poczęciu” narracja. Prowadzona jest ona wprawdzie trzecioosobowo, ale w czasie teraźniejszym. Podobnie jak niektóre reportaże lub typowo dziennikarskie artykuły. Ciężko się czyta takie coś, zwłaszcza że książka wcale cienka nie jest (ma ponad 360 stron) i miałam apetyt oraz nadzieję na dobrą i mocną lekturę.

Bohaterowie “Poczęcia” to Alex i Leslie Twisdenowie. Małżeństwo od kilku lat bezskutecznie stara się o dziecko. Niestety wszelkie zabiegi, badania i procedury pozostają póki co bez pozytywnego odzewu ze strony natury. Bojąc się, że ta sytuacja zaszkodzi ich – zgodnemu dotychczas – małżeństwu, Leslie zaczyna mówić o adopcji. Jednak Alex namawia żonę na jeszcze jedną, już ostatnią próbę. Właśnie dowiedział się o pewnym lekarzu i procedurze, jakiej ten poddaje bezpłodne pary. Jest bardzo skuteczny, choć nikt do końca tak naprawdę nie wie, na czym owa procedura polega. Lekarz nazywa się Kis i przyjmuje w swoim gabinecie w Słowenii. Autor chyba celowo wybrał kraj, o którym Ameryka nic praktycznie nie wie. Kraj dla nich tyle egzotyczny, co zacofany i dziwny. Doktor Kis podaje Twisdenom niezwykle bolesne i nieprzyjemne zastrzyki, po których Leslie zachodzi wkrótce w ciążę. W chwili jednak, kiedy para decydowała się na leczenie u Kisa, nie spodziewała się, jak straszne skutki uboczne ma cała procedura i przyjęcie zastrzyków. Początkowo są one drobne, ale z biegiem czasu dotykają one już nie tylko ich strony fizycznej, ale również psychiki. I to jest dużo gorsze i bardziej przerażające od zmian fizycznych.

Powieść podzielona jest na dwie części. Pierwsza – krótsza (76 stron) – opisuje starania Twisdenów o dziecko, wizytę u Kisa oraz ciążę Leslie aż do narodzin dzieci. Druga – znacznie obszerniejsza – zaczyna się w chwili, gdy bliźnięta mają po dziesięć lat. Adam i Alice nie wiedzą, dlaczego ich rodzice zamykają ich na noc w pokojach, twierdząc że to dla ich dobra i bezpieczeństwa. Adam ukrywa w pokoju monitor (elektroniczną nianię), przez którą słyszy dochodzące z sypialni rodziców dzikie odgłosy, przerażające dźwięki i – zatrzymujące wręcz bicie jego dziecięcego serca – rozmowy. O nich. O dzieciach. O tym, co mogliby im zrobić. O tym, co się z nimi dzieje. O zmianach, jakie zaszły i nadal zachodzą w ich ciałach i psychice po zastrzykach doktora Kisa. Adam strasznie się boi i planuje ucieczkę. Wraz z siostrą chce zniknąć z tego domu, który przyprawia ich o gęsią skórkę, chce się znaleźć jak najdalej od rodziców, którzy zamiast ich chronić i zapewnić im poczucie bezpieczeństwa, są ich największym zagrożeniem. I największym koszmarem.

Wszystko to brzmi dość ciekawie, prawda? Niestety takie nie jest i tu pojawia się spore rozczarowanie książką, która robiła wrażenie naprawdę interesującej i innej od wszystkich lektury. Owszem, można rzec, że jest inna, ale raczej nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Książka zamiast lęku i grozy, budzi raczej wstręt, ale myślę, że nie to jest jej główną wadą. Bo horror niekoniecznie musi być straszny i przerażający, może właśnie budzić odrazę, która złoży się na akcję pełną grozy i ohydnego obrzydzenia. Niestety gorsze jest to, że książka jest zwyczajnie nudna. O ile pierwsza część wciąga i mnie bardzo zainteresowała, to druga (dla przypomnienia ta znacznie obszerniejsza), jest nużąca, za długa i często nie do końca jasna. Wiele wydarzeń opisanych jest na zasadzie: wydarzyło się to i to, w wyniku czego stało się to i tamto. I ciągle ten nieszczęsny czas teraźniejszy – psuje niesamowicie już i tak rozwleczoną akcję.

Zapowiadało się całkiem nieźle. Mamy tu przecież dwójkę dzieci, które przerażone, za wszelką cenę unikają konfrontacji z rodzicami, bojąc się ich, zresztą nie bez powodu. Dzieci uciekają, a w ślad za nimi rusza Alex i Leslie. Rodzeństwo nie ma dokąd uciekać, nie wie, komu może zaufać, z góry zakłada, że i tak nikt mu nie uwierzy. Poza rodzicami dzieci nie mają rodziny, znajomych i przyjaciół, więc ich sytuacja wydaje się być beznadziejna. Jedno, czego pragną, to znaleźć się jak najdalej od rodziców i to jest główny zamysł tej drugiej części, tylko że zabrakło tutaj dynamiki i to zepsuło całość. To wszystko razem prowadzi do dość przewidywalnego finału. I niestety nawet w tej końcówce brakuje polotu i fajerwerków, brakuje czegoś, dzięki czemu nie mogłabym uznać czasu spędzonego z tą książką za stracony.

Cóż, nie polecam. Chyba że macie możliwość wypożyczenia książki z biblioteki, by przekonać się na własne oczy, czy faktycznie jest ona taka kiepska. Bo na zakup to naprawdę szkoda pieniędzy. Lepiej kupić sobie coś innego.

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.