Author Archives: Papuzie pióro

“Przeczucie” Tetsuya Honda

Nie sądziłam, że książka Hondy tak bardzo mi się spodoba i tak mocno wciągnie mnie w swoją historię. Sięgnęłam po nią z ciekawości, bo chyba jeszcze nie zdarzyło mi się czytać niczego spod japońskiego pióra, a przynajmniej niczego osadzonego we współczesnych czasach i dzisiejszych realiach. Coś super świeżego po kryminałach amerykańskich, polskich i skandynawskich, którym oczywiście niczego nie brakuje.

Komisarz Reiko Himekawa nie ma lekko. W tak patriarchalnym społeczeństwie, jakim jest Japonia, Reiko to jedyna kobieta w wydziale, a w dodatku dowódca zespołu. Nie wszystkim się to podoba, kobieta komisarz to nie jest tu coś, co zdarza się często. Reiko musi pracować dwa razy ciężej niż koledzy i na dodatek odpierać czasem niewybredne komentarze.

str. 19 – “Otrzymała nominację na komisarza w bardzo młodym wieku – miała dwadzieścia siedem lat – mimo że nie korzystała z trybu kariery urzędnika. Wkrótce potem zaangażowała ją Tokijska Policja Metropolitalna, gdzie została szefem zespołu”.

Tymczasem nad brzegiem stawu rybnego ktoś znajduje zwłoki owinięte w niebieski foliowy worek, dość mocno związane zwykłym sznurkiem. Ciało ofiary zostało brutalnie okaleczone, a większość ran zadano ofierze prawdopodobnie po śmierci. Zespół Reiko poprowadzi śledztwo, ale zanim pani komisarz zdąży na dobre przyjrzeć się sprawie, niespodziewanie pojawia się kolejne ciało.

A potem kolejne.

Do zespołu Reiko zostaje przydzielony wraz ze swoimi śledczymi drugi komisarz, jako że wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą. I nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, w końcu połączone siły obu zespołów powinny szybciej i sprawniej ze wszystkim sobie poradzić, dodatkowo wspierać się na polu śledztwa. Niestety ów komisarz, z którym ma pracować Reiko, to Kensaku Katsumata, do bólu wręcz nieznoszący swojej młodszej koleżanki, szykanujący jej postępowanie i ją samą na każdym niemal kroku i dość dosadnie wypominający jej płeć, urodę i niewybrednie przypominający jej, gdzie tak naprawdę jest miejsce kobiety w społeczeństwie. Cóż, u nas kobieta w policji to żadna nowość i nikogo to nie dziwi. Nikt też z tego nie żartuje, ani z kobiet policjantek nie szydzi. Japonia to kraj konserwatywny, a policja to hermetyczne pudło, w którym kobiet zwyczajnie nie ma. Tak więc Reiko Himekawa nie tylko musi się zmagać ze śledztwem, ale również z uwagami kolegi, często nieprzyjemnymi i niesprawiedliwymi. I tak już po prostu jest.

Poznanie metod działania tokijskiej policji to dla mnie coś zupełnie nowego. I przyznaję, że było to naprawdę ciekawe i dość zaskakujące doświadczenie. Najbardziej zdumiało mnie to, że policjanci za każdym razem gdy mieli potrzebę przemieszczenia się z miejsca na miejsce, robili to pociągiem. Nie autem policyjnym, nawet nie prywatnym, ale miejską koleją. I czasem brzmiało to zabawnie, że muszą się śpieszyć, by zdążyć na pociąg o tej czy o tej godzinie. Druga taka zdumiewająca mnie rzecz, to ilość wymierzonych przez Reiko policzków na tych niespełna trzystu pięćdziesięciu stronach powieści.

Poza tym metody śledcze Tokijskiej Policji Metropolitalnej nie różnią się jakoś uderzająco od tych, które znamy już z literatury amerykańskiej, polskiej czy skandynawskiej. Większy nacisk jest tutaj kładziony na hierarchię dowodzenia oraz etykietę, przykładowo my podajemy drugiemu człowiekowi rękę, Japończycy się kłaniają.

“Przeczucie” to bardzo ciekawy, wciągający kryminał, który wnosi do gatunku coś nowego, coś zupełnie innego i choć miłośnik każdego suspensu ma tu szansę szybko wpaść na trop mordercy (kto wie, czy nawet nie szybciej niż Reiko), to książka trzyma w napięciu do samego końca. Znajomość tożsamości mordercy nie odbiera nam przyjemności z lektury, nie niweluje napięcia, ani nie psuje intrygi. Lekkie pióro Hondy przydaje książce autentyczności i sprawia, że powieść czyta się szybko i przyjemnie.

str. 93 – “W pewnym sensie wciąż tkwię w pułapce – w domu, który miał się spalić i raz na zawsze zniknąć z powierzchni ziemi. Długotrwałe poczucie uwięzienia sprawiło, że moje życie stało się piekłem: smród, wrzaski, przekleństwa, bicie, szaleństwo, skłonność do samozniszczenia”.

Kim jest zabójca? Czy rzeczywiście to seryjny, czy może jednak morderca doczekał się naśladowców? Komu uda się go zdemaskować? Inteligentnej i pięknej Himekawie czy może przebiegłemu, ale doświadczonemu komisarzowi Katsumacie? No i czy tej dwójce uda się popracować razem, bez niesnasek i uszczypliwości? Cóż, tego wszystkiego Wam nie powiem, warto bowiem sięgnąć po tę książkę i przekonać się samemu. Nie brakuje w niej zwrotów akcji i choć nie spływa co chwilę krwią, ma też kilka mroczniejszych stron.

str. 293 – “Na samym końcu korytarza wisiała czarna kotara. Nie było innego wejścia, więc ją odsunąłem. Za nią znajdowało się coś w rodzaju tunelu z czarnymi zasłonami po obu stronach. Szedłem dalej, aż nagle jakiś głos kazał mi się zatrzymać. Facet z latarką w czarnej masce przyglądał mi się spomiędzy dwóch zasłon. Za każdym razem procedura jest taka sama. Podaje się nazwisko, a oni sprawdzają, czy pasuje do twarzy. Wtedy też płaci się za wejście. Potem idzie się dalej korytarzem do sali, która przypomina widownię”.

Warto wspomnieć, że jest to pierwsza część z cyklu powieści o Reiko, a jak podaje wydawca, w Japonii sprzedała się ona w ponad czterech milionach egzemplarzy, nakręcono również na jej podstawie filmy oraz seriale.

Bardzo gorąco polecam, na pewno się nie zawiedziecie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu ZNAK Literanova.

*cytaty pochodzą z książki

 

“Festiwal” Andrzej Dziurawiec

Kiedy Wydawnictwo W.A.B. zaproponowało mi egzemplarz recenzencki “Festiwalu”, dłuższą chwilę się zastanawiałam. Autora nie znałam, a treść książki wydawała mi się bardzo kontrowersyjna. No ale cóż, ta kontrowersyjność właśnie przeważyła i “Festiwal” trafił w moje ręce. Czy było warto?

W starej destylarni turyści znajdują zwłoki, jak się okazuje, jednej z uznanych i aktywnie działających feministek. To właśnie tutaj, przed dwoma laty, dziś już emerytowany policjant, Szubert, zakończył swoje śledztwo. Być może Szubert tak bardzo nie zaangażowałby się teraz w tę sprawę, gdyby nie fakt, iż ofiara to znana w swoim środowisku autorka poczytnych książek Zoe de Dick Devotique i jednocześnie matka bliskiej przyjaciółki policjanta, Havy. Wprawdzie kontakty matki z córką trudno uznać za choćby poprawne, jednak Szubert nie może i nie chce odpuścić.

Autor sięga daleko do tematu środowisk feministycznych, LGBT oraz drag qeens, prowadzi wielowątkową fabułę, w której duże znaczenie ma również prywatne życie bohaterów. Nie każdemu może się to spodobać, mnie jednak książka wciągnęła. I nie tylko dlatego, że historia została nakreślona nowatorsko i interesująco, ale także dlatego, że choć mamy do czynienia z kryminałem, to jest on naszpikowany dość specyficznym humorem. A to sprawia, że odbieramy tę powieść zupełnie inaczej niż zwykły, tradycyjny kryminał. Autor ma ciekawe poczucie humoru, ironiczne i niebezpośrednie, czasem mocno zawoalowane. Sam już dobór nazwisk głównych bohaterów – Szubert i Szuman –  był dla mnie wskazówką, że poczucia humoru autorowi z całą pewnością nie zabraknie.

str. 136 – “Właściciel psa wyglądał… hm… niecodziennie. Po trzydziestce, średniego wzrostu, pulchny, brodaty, w bordowym peniuarze. Na jego lewym ramieniu siedziała zielona papuga. Ładnie się komponowali…”.

To, co bardzo mi się w książce spodobało to fakt, że bohaterowie nie są z gruntu tacy dobrzy i bez wad. Tutaj każdy człowiek ma wady i zalety, co przydaje historii autentyczności i co nie wydaje się czytelnikowi sztuczne i wyolbrzymione. Nie ma tu czerni i bieli, za to jest mnóstwo odcieni szarości. Każdy z bohaterów przeżywa wzloty i upadki, a podejmowanie decyzji jest dla nich trudne i czasem wręcz niemożliwe do przebrnięcia. No i kto wie, czy dana decyzja jest słuszna? Nie wie tego nikt, a ryzyko w związku z tym podejmowane może doprowadzić do serii nieoczekiwanych zdarzeń, niekoniecznie po myśli głównych bohaterów.

Dla miłośników klasycznego kryminału może tu zabraknąć takiego typowego dla tego gatunku śledztwa. Morderstwa, śledztwa, poszukiwania zabójcy. Śledztwo prowadzone jest w cieniu festiwalu feministycznego i zostaje właściwie zepchnięte na dalszy plan. Morderca zostaje przez autora w miarę szybko zdemaskowany, ale nie przeszkadza to czytać dalej i czerpać przyjemności z pozostałej lektury, a tożsamość zabójcy możemy też odkryć sami, choć nie wiem, czy będzie to rzeczywiście takie proste. Morderca jest inteligentny i dość przebiegły. Z początku policja zupełnie nie radzi sobie z namierzeniem zabójcy, brakuje podejrzanych, motywów, śladów.

str. 209 – “Mimo wręcz ostentacyjnej bezczelności swych zbrodni morderca wciąż nie popełnił znaczącego błędu. Był niewiarygodnie przebiegły albo sprzyjało mu niesamowite szczęście. Lub jedno i drugie. Po trzecim morderstwie w ciągu pięćdziesięciu kilku godzin śledczy dowiedzieli się, że sprawca ma krótko przystrzyżone ciemne włosy. Tylko tyle”.

Opowiedziana przez Andrzeja Dziurawca historia to fikcja literacka, o czym nawet wspomina sam autor, ale postaci są na tyle autentyczne, że mogłaby być to powieść oparta na faktach. Brak wybielonego superbohatera, którego żadna kula się nie ima, ekstraświetnego we wszystkim, o urodzie amanta, z tragiczną przeszłością, to dzisiaj naprawdę coś nowego. Prawdziwy bohater, taki z krwi i kości, aż do bólu autentyczny, zaskakujący i chwilami dający nam nieźle popalić, to jest coś, co zawsze będzie przeze mnie w powieści dostrzeżone. Wolę czytać o tych realnych ludziach, takich jak my wszyscy, niż o przerysowanych, nie posiadających wad postaciach, które kompletnie nie mają racji bytu.

“Festiwal” to dobre pióro. Lekkie i naturalne. To też zwykły język, choć chwilami bardzo dosadny, za to docierający do czytelnika i z jakiegoś powodu zupełnie nie wprawiający go w zażenowanie pomimo faktu pojawiania się w tekście słów zwyczajowo uważanych za dość nieprzyzwoite. Autor ma wyczucie smaku i świetnie potrafi operować językiem, a to dzisiaj wcale nie taka popularna umiejętność.

Powieść nie jest przegadana mimo swoich lekko ponad 460 stron i czyta się bardzo dobrze, to lektura dla lubujących się w tajemniczych zbrodniach oraz tych, którzy lubią wraz z detektywem doszukiwać się śladów i tropić mordercę. Ci, którzy wolą szybsze tempo i akcję goniącą akcję, mogą nieco się znudzić, za to miłośnicy kryminału i łączenia go z prywatnym życiem bohaterów, na pewno się tutaj odnajdą. Polecam gorąco.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

*cytaty pochodzą z książki

“Zemsta i przebaczenie. Tom III. Rzeka tęsknoty” Joanna Jax

“Rzeka tęsknoty” to już trzeci tom z cyklu “Zemsta i przebaczenie” Joanny Jax. O poprzednich możecie przeczytać na blogu “Narodziny gniewu” i “Otchłań nienawiści”.

Nasi bohaterowie nadal zmagają się z zawirowaniami II wojny światowej. Niezależnie od tego, jakiej są narodowości i po której stronie barykady stoją, okrucieństwo wojny dotyka każdego z nich. Cierpienie, niepewność, strach – te uczucia towarzyszą im na każdym – bez wyjątku – kroku. Bo wojna to zło, jest do szpiku kości okrutna, brutalna, brudna, ohydna i bardzo, ale to bardzo niesprawiedliwa. Bo najwięcej cierpień przysparza dzieciom. Dzieciom, które na świat patrzą z niewinnością i ciekawością, a w czasie wojny z przerażeniem i dojmującą paniką.

str. 37 – “Przycupnął na murku, rozpamiętując koleżankę, by potem wodzić oczami po tym koszmarnym miejscu, gdzie jedynie śmierci i cierpienia było pod dostatkiem. Patrzył na wymizerowane sieroty, w podobnym do niego wieku, brudne i wychudzone, w połatanych ubraniach, tulące się do ścian budynków. Ich spojrzenia były puste i beznamiętne. Jakby nie znali albo nie pamiętali innego świata niż ten, na który patrzyli”.

A jednak mimo grożącego ludziom niebezpieczeństwa, groźby aresztowania przez Gestapo, przesłuchań, łapanek, a nawet utraty życia, nie brakowało odważnych i dobrych ludzi. To właśnie oni dzielili się z głodnymi jedzeniem, z chorymi lekarstwami, sierotom dawali kochający, troskliwy dom, ratowali żydowskie dzieci z getta, ukrywali Żydów w swoich piwnicach, pomagali potrzebującym. Mimo wszechogarniającego lęku o siebie, o bliskich i o przyszłość, Alicja i Hanka nadal tkwią w tej wojennej zawierusze w różnych miejscach na świecie. Tajemnice i sekrety, jakie im towarzyszą i jakie muszą w sobie nosić, nie ułatwiają im zmagania się z wojenną codziennością.

Jednak wojna nie uznaje kompromisów, jest tak samo bezwzględna dla każdego. Gdzie w niej miejsce na miłość? Czy ma ona w ogóle podczas niej sens? Po co ryzykować, skoro może ona i tak przynieść więcej cierpienia i bólu niż radości? Skomplikowana natura miłości nijak nie pasuje do ciemnego tła wojny. Ale czy rzeczywiście?

str. 202 – “Miłość była prosta. Jeśli kogoś kochasz, dla niego zawsze znajdziesz siły, by się podnieść, gdy upadniesz”.

A może to właśnie miłość daje zakochanym siły i motywację do walki? To dzięki niej widać światełko w tunelu. Joanna Jax udowadnia, że ta najprawdziwsza miłość nie boi się przeszkód. Czy to działania osób trzecich, czy też okupacja i towarzyszący jej ciągły strach, miłość potrafi pokonać i to. Pod warunkiem oczywiście, że jest szczera i prawdziwa.

W “Rzece tęsknoty” to Alicja i Hanka są postawione na pierwszym planie. Wojna przyniesie im obu niepewne jutro, a jej okrucieństwo dotknie ich zimnymi paluchami. Obie będą musiały podjąć trudne decyzje, od których zależeć będzie ich życie, spokój i przyszłość.

Powieść Joanny Jax to kalejdoskop uczuć i emocji. I podobnie jak zmieniają się kalejdoskopowe kolorowe szkiełka, tak i one potrafią się odmienić w mgnieniu oka. Miłość, nienawiść, lęk, w końcu przyjaźń… Przyjaźń, w imię której warto zaryzykować własne życie. Własną wolność. Wszystko, co tylko mamy.

Po lekturze książki jeszcze bardziej niecierpliwie czekam na kolejny tom sagi (już we wrześniu), a jednocześnie nachodzi mnie pewna refleksja. Jak zakończyłaby się wojna, gdyby nie tysiące ludzi ryzykujący swoje życie dla innych? Bez tego całego dobra, wielkich serc, altruizmu i bezinteresowności, ilu ludzi by zginęło? Ilu zmarłoby w getcie? Jakie to szczęście, że takich dobrych ludzi nie brakuje. I nie brakowało wtedy…

Paradoksalnie – wydaje mi się – że w obliczu brutalności okupacji, holocaustu, bombardowań i zła wojny, więcej pojawiało się wówczas tego, co dobre, niż dziś, w ogólnie panującej znieczulicy. Dziś mamy wszystko, czego właściwie zapragniemy i nie potrafimy tego nawet docenić. A wtedy? Zwykła cebula, pajda chleba i miarka mąki były na wagę złota.

str. 363 – “(…) piękno, które tak niegdyś pokochał, może tkwić także w prostocie dnia codziennego, szumie drzew i dźwięku stukających o pomost łódek. W spokojnej tafli jeziora otulonej wysokimi trzcinami, małych domach z niebieskimi okiennicami i w rytmie życia, które wyznaczają wschody i zachody słońca”.

Tak wiele jest piękna wokół nas. Warto się rozglądać, warto w szarzyźnie codzienności nauczyć się dostrzegać drobne, jaśniejsze kolory. To właśnie te drobiazgi nadają naszemu życiu sensu, a w czasie wojny, to one dodawały ludziom nadziei.

Takie książki pozwalają nam spojrzeć z bliska na okoliczności i problemy, o jakich znaczna większość z nas nie ma pojęcia. To nam daje powód do głębokiej refleksji. Pomyślmy o tych ludziach, których ich własne przeżycia zmieniły na zawsze. O tych, którzy przeżyli i mogli nam o tym opowiedzieć.

I o tych, którzy tej szansy nigdy nie mieli.

Polecam gorąco “Rzekę tęsknoty” miłośnikom powieści obyczajowych, zwłaszcza tym, którzy lubią mieć za tło wydarzenia II wojny światowej.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwom Videograf SA.

*cytaty pochodzą z książki

“Czas Herkulesów” Marcin Wroński

Nigdy dotąd nie miałam przyjemności ani okazji zetknąć się z twórczością Marcina Wrońskiego, choć niejednokrotnie oglądałam i czytałam opinie o jego książkach. Na pewno pojawiły się one w moich czytelniczych planach, zarówno tych bliższych, jak i dalszych i choć plany mam dość napięte, ucieszyła mnie niezwykle okazja, jaka się nadarzyła w postaci właśnie najnowszej powieści Marcina Wrońskiego.

“Czas Herkulesów” to dziewiąte i zarazem ostatnie już spotkanie czytelnika z komisarzem Zygmuntem Maciejewskim. Jak wspomniałam, nie znam jeszcze twórczości autora i jego książek o Maciejewskim, jednak nie przeszkadzało mi to zupełnie w lekturze tej konkretnej opowieści, więc śmiało można po nie sięgać nie po kolei.

Jeśli podzielimy gatunek kryminału na swego rodzaju podgatunki, to ten retro należałby pewnie do jednego z moich ulubionych. Dlaczego? Cóż… Klimat, klimat i jeszcze raz klimat.

Akcja najnowszej książki Wrońskiego rozgrywa się w większości w roku 1938, ale co jakiś czas dotyczy też młodości Maciejewskiego i przypada wówczas na rok 1912.

W prowincjonalnym mieście, jakim jest Chełm, dochodzi do brutalnej zbrodni. Ginie młody, obiecujący sportowiec. Maciejewski, działający tym razem bardziej jak biurokrata niż policjant, odkrywa dowody obciążające innego sportowca – Wiktora Leszynę. Znał go za dzieciaka, kiedy to wraz z kolegami wymykał się z domu, by podpatrywać walki zapaśników, w tym swego największego idola. Teraz, jako dorosły człowiek, policjant – chcąc nie chcąc – angażuje się w śledztwo. Wprawdzie stara się zachować zimną krew i bezstronność, ale nie jest mu łatwo, ponieważ gdy był młodym chłopakiem, widział w oskarżonym herosa, najsilniejszego i najodważniejszego mężczyznę na świecie. Był on dla niego niczym półbóg Herkules. Teraz, po latach, Maciejewski staje twarzą w twarz ze swoim dawnym bohaterem i zadaje sobie na jego temat i na temat popełnionej właśnie zbrodni mnóstwo pytań.

Czy to on zabił?
Czy jest winien?
Jaki miał motyw?

Tego właśnie będzie usiłował się dowiedzieć Zyga Maciejewski. Niestety, kiedy zaczyna on do czegoś w śledztwie docierać, ktoś morduje świadków, co całą sytuację mocno komplikuje. Zygę, który wcale nie zamierzał zostawać w Chełmie i tak naprawdę przyjechał tu tylko i wyłącznie na kontrolę, wspiera w jego działaniach posterunkowy Horejuk – zwykły, szary policjant, a jednocześnie postać tak barwna, że dzięki niemu także książka nabiera swoistego kolorytu.

“Czas Herkulesów” to kryminał retro, ze świetnie nakreślonymi postaciami, wspaniale i bardzo plastycznie oddaną atmosferą Chełma lat trzydziestych (i wcześniejszych) oraz specyficznymi dialogami. Język, choć często dosadny, rubaszny, czasem nawet wulgarny, tworzy tu klimat noir, nieco mroczny, ale również podszyty humorem, choć w tle nadal – jak pamiętamy – mamy zabójstwo.

str. 121 – “Wrzuciwszy widokówkę do skrzynki, myślał powałęsać się po chełmskim śródmieściu, odpędzić senność i poobracać w głowie wydarzenia ostatnich dni. O ile śpik go odszedł, to zastanowić się nad sprawą nie dał rady, na rynku panował zbytni harmider. Żydowscy luftmensze, przez urzędy notowani jako ludzie bez zajęcia, gardłowali w pocie czoła i wymieniali się banknotami oraz asygnatami”.

To właśnie atmosfera przyciąga tu najmocniej i ona tworzy otoczkę powieści, w którą czytelnik wsiąka jak w chłonną gąbkę. Z początku trochę ciężko było mi się zagłębić w akcję, ale szybko mnie wciągnęła i pochłonęła. Zaangażowanie Maciejewskiego przynosi efekty, a my angażujemy się w śledztwo razem z nim.

str. 159 – “Dzień był chłodny. Wiatr przynosił wilgotny zapach ziemi i mokrej trawy. Nad głowami żałobników dokazywały jaskółki, lecz zebranych tu ludzi oblepiał męczący, fałszywy smutek. Wyłaził jak błoto spod podeszew”.

Nie jest to powieść pełna dynamiki, w której wpadamy z akcji w akcję, historia toczy się tutaj własnym, niewymuszonym rytmem. To pozycja dla miłośników klasycznego kryminału, lubujących się w atmosferze Polski międzywojennej, specyficznego języka, tak charakterystycznego dla tamtejszych czasów, ulicznego slangu i ciekawych, nietuzinkowych postaci. I tym właśnie czytelnikom gorąco książkę polecam.

Za książkę bardzo dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal, Wydawnictwu W.A.B.

*cytaty pochodzą z książki

“Był sobie pies” W. Bruce Cameron

Już dawno nie czytałam tak ciepłej i tak przepełnionej miłością powieści. I nie jest to wcale miłość romantyczna, a miłość najpełniejsza i najwspanialsza, jaką tylko można znaleźć na Ziemi: miłość psa do jego człowieka.

Bohaterem książki jest Bailey, pies. Właśnie przyszedł na świat i jeszcze niewiele widzi. Czuje za to ciepło swojej mamy, słyszy popiskiwanie rodzeństwa i domyśla się, że ma na tym świecie do spełnienia jakąś ważną misję. Wierzy, że jego zadaniem jest uszczęśliwianie człowieka, a podczas wypełniani swojej misji, Bailey udowadnia, że psie przywiązanie, przyjaźń, wierność i miłość nie mają sobie równych. Co ciekawe, nasz psiak pozna kilkoro ludzi i dla każdego z nich będzie tym szczególnym psem.

Bezsprzecznie największą zaletą powieści jest to, że pies jest nie tylko jej bohaterem, ale i narratorem. I wszystko, co się w niej dzieje, poznajemy z perspektywy Baileya. Powieść pisana jest prostym, bardzo przystępnym, niemalże infantylnym, językiem. Być może nie każdemu czytelnikowi taki styl się spodoba, jednak moim zdaniem idealnie pasuje on do samego Baileya oraz charakteru powieści.

Bailey to uroczy bohater. Z rozbrajającą naiwnością opowiada o sytuacjach z codziennego życia oraz o pewnych zachowaniach ludzi, których często nie rozumie i które uważa za mocno zabawne. Ale jak to pies, akceptuje wszystko, co człowiek robi, uwielbia z człowiekiem przebywać, bawić się, biegać, pomagać mu, tulić się do niego i sprawiać, by ten był szczęśliwy. A kiedy człowiek jest szczęśliwy, Bailey również. I niczego więcej od swojego nieskomplikowanego psiego życia już nie potrzebuje.

“Stwierdzam, że sensem mojego pieskiego życia było dodawanie otuchy chłopcu, kiedy tylko jej ode mnie potrzebował”.

Bo czy istnieje na świecie istota bardziej szczera, bardziej bezinteresowna i mocniej kochająca od psa? Przyznaję, jestem psiarą od zawsze i nie potrafię patrzeć na całą tę opowieść inaczej niż przez pryzmat tego, że kocham psy, zawsze je kochałam i rozumiałam, a one – nawet te obce – rozumieją mnie i wiedzą, że zawsze je utulę i podrapię i będę się nimi zachwycać niezależnie od tego, jak wyglądają. Sądzę jednak, że nawet obiektywnie patrząc, książka jest inna od wszystkich i warta tego, by po nią jak najszybciej sięgnąć.

Wraz z Baileyem poznamy życie Ethana, chłopca, który będzie jego pierwszym i najukochańszym opiekunem, z którym spędzi swe życie i który na zawsze pozostanie w jego pamięci, sercu i wspomnieniach. Poznamy też Carlosa – policjanta – nieco ponurego, ale dobrego i prawego, Mayę oraz kilka innych osób, mniej lub bardziej wpływających na fabułę. Każda przygoda psa i wydarzenia, które mu towarzyszą, przybliżą nas do zaskakującego epilogu, który mnie osobiście mocno wbił w fotel. I jeszcze to, jak fantastycznie się potoczył… Wycisnął lawinę łez, a przy tym uwolnił jeszcze większe pokłady podziwu, sympatii oraz uwielbienia dla tego wspaniałego, czworonożnego stworzenia, jakim jest Bailey. Nie sposób go nie kochać. Nie sposób też nie wracać do tej książki, która po przeczytaniu emanuje ciepłem prosto z półki i wzywa, by ją ponownie otworzyć, by przeczytać jeszcze raz choć jeden rozdział.

“Życie przydarza ci się, kiedy jesteś zajęty robieniem planów”.

“Był sobie pies” to powieść obyczajowa, więc nie znajdziecie tu bieganin (choć akurat ta by się znalazła), strzelanin, trupów, pościgów i tym podobnych zwrotów akcji. Nie znaczy to jednak, że książka nie trzyma w napięciu. Trzyma i to praktycznie przez cały czas. Ma w sobie to specyficzne “coś”, co sprawia, że zastanawiamy się wręcz, dlaczego nie możemy przestać jej czytać. Trudno się od niej oderwać i przestać o niej myśleć. I choć nie brakuje w niej specyficznego humoru, nie raz w oku łza się nad nią zakręci, gdy będziecie towarzyszyli Baileyowi w jego przygodach, w wypełnianiu jego misji, której jest on oddany całkowicie. To książka, którą powinien przeczytać każdy. Bez żadnego wyjątku.

Gorąco polecam wszystkim czytelnikom, nie tylko psiarzom – ci na sto procent będą zachwyceni – ale również pasjonatom powieści obyczajowych i wszystkich innych. “Był sobie pies” to wzruszająca, ujmująca, poruszająca do głębi, ściskająca serce opowieść o tym, co w życiu najważniejsze: o miłości. Dla wszystkich. I do wszystkich. Czytajcie, polecam gorąco.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.