Tag Archives: patronat Papuzie pióro

“Nazywam się Milion” Karina Krawczyk

“Nazywam się Milion” to najnowsza powieść od Wydawnictwa Dlaczemu i kolejna pozycja, której patronuje, między innymi, Papuzie pióro, co ogromnie mnie cieszy.

Książka od razu przyciągnęła moją uwagę. W świecie, w którym nawet fakt, co twój sąsiad jadł na śniadanie, nie jest dzisiaj już żadnym sekretem, pojawia się nagle tajemnicza dziewczyna. Nie wie, a raczej nie pamięta, skąd pochodzi, gdzie dotąd mieszkała. Nie jest zorientowana w sytuacji politycznej naszego kraju, nie pamięta znaczenia niektórych słów. Ze snu wyrywa ją wizerunek kobiety, którą być może kiedyś znała… Niestety nie wie nawet, gdzie jej szukać, ani czy ta w ogóle kiedykolwiek istniała. Może jest tylko i wyłącznie wytworem jej wyobraźni?

Dziewczyna jest zagubiona. Prosi o pomoc komisarza lubelskiej policji – Pascala Kirskiego. Ku swemu zdumieniu policjant odkrywa, że dziewczyny nikt nie zna, nikt jej też nie szuka, nikt nie zgłosił zaginięcia. Nie wiadomo zupełnie, skąd się wzięła. Jedyną rzeczą, jaką o niej w tej chwili wiadomo to to, że teraz mówią na nią Milion.

str. 459 – “Przyprowadził ją policjant, błąkała się po naszym lubelskim dworcu. Była ubrana w piżamę. Sprawdziliśmy, czy ktoś zgłaszał zaginięcie kobiety. Obdzwoniłam inne szpitale psychiatryczne, ale nic. Nikt nigdy jej nie szukał”.

Kirski wyszedł właśnie ze szpitala i równolegle z poszukiwaniami tożsamości dziewczyny cierpiącej na amnezję, prowadzi śledztwo dotyczące rozprowadzania dopalaczy. A te zbierają swe okrutne żniwo wśród młodych, często nadal nieświadomych zagrożenia, jakie te niosą, ofiar. Temat mocno na czasie, na pewno wart tego, by o nim mówić i pisać jak najwięcej.

Książka jest napisana przystępnym i nieskomplikowanym językiem, przez co dobrze i dość szybko się czyta. Z początku miałam wrażenie lekkiego chaosu, które po paru krótkich rozdziałach na szczęście znikło. Akcja się rozkręciła i nabrała wiatru w żagle. Rzecz dzieje się w Lublinie, ale nie tylko i jako mieszkanka Gdańska, bardzo doceniłam sceny rozgrywające się w moim mieście i z przyjemnością je czytałam.

To, co mnie w powieści raziło i czego miałam przesyt, to piłka nożna. Piłka wszechobecna co kilka stron, często i dużo. Osobiście nie lubię piłki nożnej i te sceny, opisy kolejnych meczy, jakieś ciekawostki z nimi związane, zwyczajnie mnie znudziły. Na szczęście jest ich o wiele mniej w dalszej części albo zwyczajnie nie zwracałam już na nie tak bacznej uwagi.

Jest też w książce trochę fragmentów, który nijak nie pasowały mi do całości i których można było zwyczajnie uniknąć, bo niczego właściwie do historii nie wnosiły. Takim fragmentem jest historia życia Adolfa Hitlera. Większość już ją pewnie zna, nie wniosła ona kompletnie niczego do powieści i nie miała też właściwie niczego wspólnego ani z bohaterami, ani z sensem całości.

Za to bardzo wciągnęła mnie historia z przeszłości dotycząca Franka i Poli, która działa się w gdańskim domu dziecka – niecierpliwie czekałam na kolejne sceny i bardzo żałuję, że nie było ich więcej. Czytając je, wkraczamy w zupełnie inny klimat, chwilami niepokojący, wręcz złowieszczy. Jakbyśmy przenosili się do zupełnie innej książki i innych bohaterów – chwilami akcja biegnie dwutorowo, co zazwyczaj jest dość ciekawym zabiegiem autora i również tutaj odbieram go jako duży plus.

Książka liczy sobie przeszło pięćset stron, jednak czyta się dość szybko, głównie za sprawą bardzo krótkich rozdziałów i przeskakiwania od bohatera do bohatera. To skutecznie pcha akcję naprzód i nie pozwala nam się nudzić. Powieść biegnie wielowątkowo, jednocześnie rozwiązuje się kilka różnych spraw, choć niektóre są ze sobą powiązane. Chwilami daje nam to poczucie chaosu, ale później wsiąkamy w akcję i przestaje nam to przeszkadzać, a całość śledzimy z zaciekawieniem. Wielokrotnie treść ociera się o historię, o II Wojnę Światową, o Majdanek, o przeżycia z czasów obozów koncentracyjnych, o różne wydarzenia z przeszłości, które tworzą bardzo ciekawą otoczkę dla czasów współczesnych. Klimat tajemnicy i historycznej przeszłości, odkrywanie jej sekretów, doszukiwanie się drugiego dna, budują bardzo ciekawe tło dla bohaterów książki.

Akcja powieści biegnie dość spokojnie, ale mniej więcej w połowie nabiera tempa, dość mocno przyspiesza i aż do końca już nie zwalnia. To sprawia, że powieść wciąga mocniej niż na początku i trudniej się od niej oderwać. I jeśli z początku czytelnik uważa, że w książce niewiele się dzieje, to z pewnością szybko zmieni zdanie.

“Nazywam się Milion” to dobra, wciągająca książka, z bardzo dobrze nakreśloną fabułą, z ciekawymi bohaterami i z relatywnie nowatorską historią. Polemizowałabym trochę, czy aby na pewno jest to kryminał, ale to już w sumie pozostawiam do osądzenia Wam. Sięgnijcie po książkę, jest ciekawa, wciągająca, spod pióra polskiej autorki i z wieloma zaletami, które czynią z niej wartościową i bardzo interesującą lekturę. Gorąco polecam.

Za książkę i patronat bardzo dziękuję Wydawnictwu Dlaczemu

*cytat pochodzi z książki

“Wierszyki dla Ksawerego” Barbara Szczepańska “Judyta”

Za każdym razem, kiedy trafia do mnie książka dla dzieci, patrzę najpierw, jak się ona prezentuje wizualnie. Dzieci to najbardziej wymagający odbiorca na rynku i kiedy my, dorośli, możemy przymknąć oczy na pewne szarości książek przeznaczonych dla nas, to dziecko nawet na taką nie spojrzy. Książka dla dzieci musi mieć to coś, czym przyciągnie wzrok młodego czytelnika i czym przykuje jego uwagę na tyle długo, by ten zechciał ją otworzyć i zajrzeć do środka. Dlatego też, co najważniejsze, taka pozycja musi być kolorowa i musi mieć w środku obrazki. Bez tego, to nawet nie ma po co owej oglądać…

“Wierszyki dla Ksawerego” od pierwszej chwili zwracają na siebie uwagę. Kolorowa, twarda okładka, zabawne rysunki, mnóstwo obrazków, po kilka na stronie, śmiesznych, kontrastowych, dobranych do treści poszczególnych wierszy.

A same wierszyki również zabawne, choć przekazujące sporo ciekawych informacji, nadają się do poczytania zarówno młodszym dzieciom, jak i tym nieco starszym. A podejrzewam, że większość młodszych czytelników z ochotą dowie się, o czym marzy Foka z bieguna północnego.

To barwne, pełne radości wierszyki, w większości o zwierzątkach, ale jest też wiersz o księżycu, o klaunie czy o piratach. Wszystkie są rymowane, świetnie wpadają w ucho, niektóre są króciutkie, inne dłuższe, w formie bajek. Jest wiersz o żyrafach, o motylach, o wronach. Poruszane w nich tematy zawierają często jakiś drobny, mądry morał, tak przedstawiony, by pojęły go nawet małe dzieci. To utwory pisane prostym językiem i lekkim piórem, rytmiczne i ciekawe.

str. 17 – “(…) Odlecimy, powrócimy,
niech zatęsknią podczas zimy.
Widzi pan, jak nas witają,
potem pięknie znów żegnają”.

Tak właśnie w wierszu “O czym rozmawiały Bociany”, dywagują dwa ptaki. Razem z nimi i z dziećmi możemy się pozastanawiać, dlaczego bociany spędzają zimę w ciepłych krajach i dlaczego przylatują do nas na wiosnę. Dzieci chętnie się tego dowiedzą, a taka rozmowa pomiędzy boćkami na pewno spodoba im się bardziej niż suche fakty z podręcznika.

Osobiście ujął mnie cudny Księżyc w księgarni (“Księżyc w księgarni”), który pośród półek z książkami, zachwycony, nagle zaczyna pięknie świecić i cały szczęśliwy tonie w książkowych historiach:

str. 38 – “Tylko Księżyc zaczytany
już w kolejnej księdze,
odmieniony jakiś taki
wśród półek jaśnieje.

– Biorę wszystkie – wskazał dłonią
za szóstym regałem.
– Jestem całkiem przekonany,
że tego szukałem (…)”.

To chyba mój ulubiony wiersz z całego tomiku i czytałam go już wiele razy. Tyle w nim takiej specyficznej pogody ducha, radości, szczęścia. Do tego mnóstwo książek, więc jak tu go nie lubić.

Książeczka – jak to zbiór wierszy dla dzieci – nie jest obszerna, ma troszkę ponad pięćdziesiąt stron, a wiersze są pisane w bardzo ciekawy sposób, zwrotka pod zwrotką, ale nieregularnie, co wyraźnie je od siebie oddziela i nadaje dynamiki utworom, co z kolei na pewno przypadnie dzieciom do gustu. Dzięki temu łatwiej obserwować czytany tekst i o wiele milej śledzić całość. Do tego duże, kolorowe tytuły, wszędzie jakaś grafika, jak nie obrazki, to kolorowe plamy i szlaczki, dzięki czemu książka nie jest nudna, przyciąga wzrok maluchów i wydaje się być dopracowana i wypełniona barwami po brzegi.

“Wierszyki dla Ksawerego” to bardzo udana pozycja, żywy i ekspresyjny obraz, pełen dynamiki, plastycznych postaci i humoru. Na moje oko to książeczka dla dzieci od trzech do ośmiu lat, w zależności oczywiście od preferencji danego dziecka. Moja jedenastolatka również przeglądała ją z ciekawością. Polecam dzieciakom i ich opiekunom, na pewno zauroczą Was te krótkie, dowcipne i budujące wierszyki.

Za książkę i patronat bardzo dziękuję Wydawnictwu Dlaczemu.

*cytaty pochodzą z książki

“Samobójca” Agnieszka Ziętarska

Generalnie nie czytuję książek dla młodzieży, powieści z nurtu Young Adult, ani książek obyczajowych. Zdarzają się jednak takie perełki, których opis wydawcy sprawia, że pędem piszę maila z prośbą o egzemplarz, w obawie, że dla mnie nie wystarczy. I “Samobójca” należy właśnie do takich perełek. Nie musiałam zagłębiać się w treść, nie potrzebowałam przedpremierowych recenzji, wystarczył opis wydawcy, kilka zdań, bym wiedziała, że to jest coś, co muszę przeczytać i coś, co na sto procent mi się podoba.

Cóż, mogło być różnie, bo nie znam autorki – książka to autorski debiut Agnieszki Ziętarskiej – a czytuję raczej kryminały i thrillery, jednak przeczucie mnie nie myliło, bo książka jest naprawdę warta uwagi.

Bohaterką powieści jest Flora Silva. Ot, raczej niczym się nie wyróżniająca dziewczyna, nastolatka, która zwyczajnie chodzi do szkoły, uczy się, żyje swoim życiem i zajmuje się wszystkim tym, czym zajmuje się młodzież w jej wieku. Jeszcze do niedawna Flora miała brata. Fiore był od niej nieco starszy i niestety zginął w wypadku samochodowym. Flora do dziś obwinia się za ów wypadek, do dziś czuje wyrzuty sumienia i nie może sobie darować, że przez niejako jej głupotę i nastoletni wybryk, Fiore zginął. Czy faktycznie była to jej wina, czytelnik stwierdzi już sam, w czasie lektury. Nie zmienia to jednak faktu, że niezależnie od tego, co będzie sądził czytelnik, zdanie Flory nie ma szans się zmienić. Sumienie nie daje jej spokojnie żyć, nie pozwala się na niczym skupić, nie daje wytchnienia nawet nocą. Koszmary, jakie ją nawiedzają, nie pozwalają wypocząć, nie dają oddechu skołatanym nerwom. Flora myśli o tym, że gdyby jej nie było na tym świecie, wszystkim wokół żyłoby się lepiej. Poczucie winy to strasznie destrukcyjne uczucie. Flora właściwie nie ma przyjaciół, nie dogaduje się z rówieśnikami, nie nadaje na tych samych falach i nie ma z nimi wspólnych spraw. Uważana za odludka i dziwaczkę, wcale nie chce nawiązywać przyjaźni, a już na pewno nie z ludźmi, którzy jej dokuczają. Stara się oczywiście nie zwracać na nich za bardzo uwagi, ale nie zawsze się to udaje.

Myśli, jakie ją nachodzą, ciemne i mroczne, samobójcze sceny, jest to coś, z czym dziewczyna boryka się na co dzień i przez co nie potrafi myśleć o niczym innym. Żyje jak we mgle, chwilami czuje się tak, jakby patrzyła na siebie cudzymi oczami i – co najgorsze – nie poznaje samej siebie.

Na drodze Flory pojawia się nagle Felis, młody, dorastający chłopak, beztroski i pozytywnie nastawiony do życia, ukrywający jeden ważny sekret, o którym Flora nie wie. Felis nie jest człowiekiem, jest Niezmiennym, posiadającym wyjątkowy dar. Flora nie powinna go widzieć, ludzie przecież nie mają pojęcia o istnieniu Niezmiennych i na ogół ich wokół siebie nie dostrzegają. Z jakichś jednak przyczyn chłopaka zauważa, co z kolei jemu mocno utrudnia zadanie, jakie otrzymał. Z początku dziewczyna go nie lubi, wydaje jej się dziwny, niesympatyczny i natarczywy.

Skąd może wiedzieć, że Felis to jej opiekun?

Felis wie, że Flora jest potencjalnym samobójcą i że jej życiu zagrażają jej własne decyzje. Oczywiście to od niej samej zależy, jak potoczą się jej losy, a Felisowi nie wolno w podejmowane przez nią decyzje ingerować, z czasem jednak, zaczyna mu na niej mocno zależeć. Ukrywa to, bo jeśli inni Niezmienni się o tym dowiedzą, opieka nad Florą zostanie mu odebrana. A tego Felis nie chce. Nocami dotrzymuje Florze towarzystwa w postaci czarnego kota, Noxa, by swoim mruczeniem przywoływać pozytywne sny, a ją samą uspokajać, jak tylko potrafi.

str. 80 – “Właśnie wtedy dotarło do mnie, dlaczego to zrobiłem. Byłem opiekunem. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, ból zaczął ustępować”.

Książka pisana jest dwutorowo. Część rozdziałów opowiada Flora, część Felis. Wszystko w pierwszej osobie, co pozwala nam wczuć się zarówno w jej uczucia i emocje, jak i w jego. To daje całkiem udaną mieszankę, dwa punkty widzenia, dwa kompletnie różne spojrzenia na wiele spraw. Na ogół mnie to do książki zniechęca, ale tutaj pasuje i jest o wiele ciekawszym zabiegiem, niż ustanowienie narratorem tylko jednej postaci.

Lekkie pióro autorki, niedługie rozdziały, bardzo zgrabny kunszt pisarski oraz ciekawie ujęty temat, to plusy tej powieści, dzięki którym czyta się ona szybko i przyjemnie, a strony przewraca się machinalnie, jedna po drugiej. Muszę przyznać, że książka pozytywnie mnie zaskoczyła, bo polubiłam bohaterów, polubiłam całą tę historię i poza jedną czy dwiema literówkami, nie znalazłam żadnych błędów. Autorka pisze bardzo przyjemnie w odbiorze, nie zatrzymywałam się tutaj, by wrócić do poprzedniej strony, bo coś mi uciekło, bo trzeba było przeczytać jeszcze raz. Nie musiałam wracać do tego, co się wydarzyło, bez problemu zagłębiałam się w treść dalej i dalej. Prosty język, choć nie jakoś mocno potoczny, ale jednak taki, do jakiego przywykliśmy na co dzień, z domieszką literackiego polotu, kunsztu, arabesek – wszystko na poziomie i z klasą. Bardzo przypadł mi do gustu styl autorki, podoba mi się bez zarzutu, a czas spędzony z książką napisaną w takim stylu, to naprawdę ogromna przyjemność.

Wydawnictwo również spisało się na medal. Książka wydana jest bardzo ładnie, w treści nie znalazłam błędów, zagubionych znaków interpunkcyjnych, uchybień graficznych czy innych tego typu chochlików drukarskich. Jedno, czego do końca nie pojęłam, to okładka. A ściślej mówiąc: grafika na niej. Wygląda bardzo ładnie i schludnie, złoto ciekawym kontrastem odbija się od czerni okładki, jednak symbole i sam okrąg, średnio pasowały mi do całej historii. Jest to jednak moje prywatne, subiektywne, odczucie, które nie ma wpływu ani na moją opinię o książce, ani o jej treści.

Powieść ta to nie tylko historia o nastolatkach, choć po opisie wydawcy oraz pierwszych kilku stronach, tego właściwie moglibyśmy się spodziewać. To jednak coś głębszego, to zmaganie się z własnymi demonami, to poszukiwanie siły do tego, by rano wstać i wyjść do ludzi. To również zgłębianie tego, co w życiu ważne, sprawdzanie własnych możliwości, odnajdowanie drogi, którą warto by podążać nawet w chwilach, gdy wyboje na niej sprawiają, że opadamy z sił. To w końcu dokonywanie wyborów, od których zależy nasza przyszłość, nasze ja, nasze życie. To także szukanie drobnych rozwiązań nawet wówczas, gdy jedyne, o czym marzymy to to, by znaleźć się w zamkniętej szafie pachnącej lawendą…

To huśtawka emocji. I solidna dawka niepewności, rozterek, rozdarcia, niezdecydowania. Niektóre decyzje bohaterów nie będą szły po myśli czytelnika, z niektórymi być może się nie zgodzimy.

str. 94 – “Nie powinnam tak zbliżać się do nikogo. Nie zasłużyłam na to, żeby czuć chociaż namiastkę szczęścia”.

Książka jest głównie kierowana do młodzieży, ale myślę, że starsi odbiorcy również znajdą w niej coś, co ich zainteresuje. Ja sama nie należę już od lat do młodzieży, a powieść wciągnęła mnie na tyle, bym zarwała noc na jej dokończenie i by teraz niecierpliwie czekać na dalsze tomy cyklu.

Akcja powieści osadzona jest we współczesnych czasach, we współczesnym świecie, bohaterów otaczają zwyczajni ludzie, jakich możemy spotkać w każdym otoczeniu. Dzięki temu cała historia nabiera autentyczności, choć klimatowi wcale magii nie brakuje. Osobiście nie przepadam za książkami fantastycznymi, gdzie gubię się w nadmiarowych nazwach z kosmosu, niezrozumiałych opowieściach i światach. Tutaj w akcję można się bez problemu zagłębić, a wszelkie niuanse związane z Niezmiennymi nie sprawiają żadnych problemów.

To zdecydowanie udana opowieść, choć na rynku pewnie podobnych nie brakuje. Mimo to historia ta jest jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna. I za to wielki plus dla autorki. „Samobójca” zostaje w pamięci na długo, pozostawia miłe wspomnienie dobrze spędzonego czasu przy wciągającej lekturze i pozostawia po sobie lekki dreszczyk podekscytowania powodowany świadomością istnienia kolejnych tomów cyklu.

Nie jest to książka dla miłośników szybkich zwrotów akcji, pościgów, sensacji ani strzelanin. Tu akcja toczy się dość spokojnie. Nie jest to wcale nużące, czytelnik nie nudzi się podczas przechodzenia od postaci do postaci, a poznawanie osobowości Flory i jej samej, sprawiało mi przyjemność. Również życie Felisa wśród Niezmiennych, ich układy w rodzinie, zadania, jakie mają do wykonania i wyzwania, przed którymi stają, budzą ciekawość czytelnika. To wszystko sprawia, że powieść bardzo przyjemnie się czyta, a to w książkach przecież jest najważniejsze. Bez tego nie ma pasjonującej lektury.

Myślę, że z czystym sumieniem mogę powieść polecić nie tylko nastolatkom, ale również starszym odbiorcom, a jeśli następna książka z cyklu będzie napisana w podobnym klimacie, to z niepisaną przyjemnością po nią sięgnę. Ogromnie się cieszę, że mam przyjemność być jednym z patronów medialnych tej książki, to naprawdę cudowne i bardzo wyjątkowe wyróżnienie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Dlaczemu.

*cytaty pochodzą z książki

“Tami z krainy pieknych Koni Tom III: Magiczna Kapadoclandia” Renata Klamerus

“Magiczna Kapadoclandia” to już moje trzecie spotkanie z Tami i jej przyjaciółmi oraz ich przygodami. Mam tę przyjemność, że zostałam wybrana przez autorkę jednym z patronów książki i fragment mojej opinii o powieściach ukazał się w książce, a logo na okładce. To – jak zwykle – bardzo miłe wyróżnienie i przyjemnie jest, kiedy można owo logo zobaczyć. Dziękuję autorce, pani Renacie Klamerus :)

Tymczasem Tami to już poważna dziewczyna. Dobrze się uczy, wyjechała na naukę z domu rodzinnego i wraca przy okazji świąt i wakacji. Ćwiczy grę na skrzypcach i właśnie wybrano ją jako jedną z uczestniczek do konkursu skrzypcowego w Polsce. Nadchodzą właśnie wakacje i Tami przyjeżdża do Kapadoclandii. Trwa piękne, ale bardzo gorące lato, zaczyna brakować wody, więc nastolatkowie postanawiają skorzystać z pomocy księgi i wyczarować jezioro, by napoić zwierzęta. Po raz pierwszy też wtajemniczają w swoje sekrety Boriego, młodszego brata Tamary, dla którego wszystko, co dzieje się wokół, magia i tajemnica, są wręcz niesamowite, niczym sen.

str. 52 – “Nagle ściana w zarysie niszy zaczęła topnieć i spływać, znikając gdzieś w posadzce”.

Boriego, zresztą podobnie, jak i mnie kiedyś, ujęły te cudne rybki w sweterkach, czemu wcale się nie dziwię. Mieć tych kilka lat i zobaczyć coś, co przecież nie istnieje… A może tylko wydaje nam się, że nie istnieje? Tak, czy tak, to coś musi nas zachwycić. Zresztą ten barwny świat, jaki rysuje nam autorka, pełen kolorowych kształtów, postaci i zdarzeń, jest jedyny w swoim rodzaju. Tylko tu możemy przyjrzeć się z bliska tureckiej Kapadocji, naturalnie wykutym w skałach grotom i magicznym miejscom pełnym bardzo dziwnych postaci, choćby tych z Dyrekcji.

Muszę to powiedzieć, ale owa Dyrekcja kojarzy mi się z Orwellem i jego działaniami w książce “Rok 1984″, jednak nie mówię tego złośliwie. To raczej skojarzenie i taka luźna, humorystyczna uwaga.

Książki o Tami to z całą pewnością baśnie, jednak z nutą owego realizmu, jaki towarzyszy nam w życiu codziennym. Również i tutaj Tami prowadzi zwyczajne życie nastolatki, podczas wakacji pomaga rodzicom, a przy tym również dużo ćwiczy i uczy się gry na skrzypcach. Zbliżający się, bardzo ważny dla niej konkurs skrzypcowy, mocno ją stresuje. Po raz pierwszy bowiem weźmie w czymś tak prestiżowym udział i pierwszy raz zagra wśród dorosłych uczestników. Stara się przykładać do ćwiczeń jak tylko może, choć czasem chęć przygody i spędzenia czasu z przyjaciółmi, wygrywa. Najważniejsze jednak jest to, że Tami bardzo się stara.

Jak w poprzednich tomach, także i tu na pierwszy plan wysuwa się przyjaźń i to, co w niej ważne. Trójka przyjaciół wspiera się w każdej sytuacji, niezależnie od tego czy chodzi o jakieś prywatne sprawy domowe, czy też te związane z magią.

Bardzo spodobał mi się motyw tajemniczego pieska, który pojawił się później w Petrze i oczywiście nie mogłam przejść obojętnie obok wspominanego tu kilka razy Gdańska, w którym mieszkam.

Najbardziej jednak urzekająca w tej książce jest magia. Wszechobecna i taka “inna” od tej, z którą mamy do czynienia w innych powieściach, baśniach, filmach. Tutaj magia ta jest dla czytelnika mocno namacalna, doskonale uchwycona przez autorkę, realna dla Tami i innych bohaterów, a co za tym idzie, nosząca również ślady realności dla czytelnika.

str. 101 – “I nagle przed oczami Tami w tej jasności zaczęły zarysowywać się schody prowadzące do otworu okiennego w niebiańską przestrzeń. Dziewczynka patrzyła z niedowierzaniem. Zaintrygowana dotknęła pierwszego schodka, do którego sięgnęła ręką. Był naturalnie twardy, jak to kamień (…). Za oknem jasność aż raziła w oczy. Gdyby miała namalować ten obraz, to niebo byłoby cudnie błękitne, a schody piaskowozłote”.

Moją ulubioną postacią nadal pozostała babcia Fuoco, ze swoją mądrością i doświadczeniami z przeszłości, z jakże długiego i ciekawego życia. Sporo stron autorka poświęciła babci Fuoco, więc każdy, kto ją polubił, będzie zadowolony.

To, co mi się nie podobało w książce, to zbyt duże naciski na modlitwy ze strony zarówno babci, jak i matki Tami. Jako ateistka jestem przeciwna takim namowom i zapewnieniom w książkach kierowanych do dzieci, że modlitwa ma pomagać, a Tami ma się do niej bardziej przykładać. Wolę podejście świeckie.

Do książki wkradł się również jeden błąd ortograficzny. Otóż kilkakrotnie pada tu słowo “cholibka”, jednak napisane przez “p”, a polegając na Słowniku Języka Polskiego, przypominam, że to słówko to “żartobliwe przekleństwo; psia mać, psiamać, cholewka, cholerka, kurczę, kurde” (Słownik Języka Polskiego, http://slownikjp.pl/21132-cholibka.html) i powinno mieć literę “b” w środku. Niestety umknęło to korekcie i pojawiło się w tekście w bodajże trzech miejscach.

Tak jak poprzednie części przygód Tami, również i ta jest wydana po prostu przepięknie, a czytanie tak przygotowanej powieści, to sama przyjemność. Twarda okładka, trochę większy format niż tradycyjny, piękna, spora czcionka i niedługie rozdziały. Dodatkowego smaczku przydają ilustracje autorki, pełne niepowtarzalnego klimatu i finezji.

“Tajemnicza Kapadoclandia” to powieść nie tylko o przyjaźni, to również rzecz o poszanowaniu drugiego człowieka, o życzliwości, o tym, że ze wsparciem rodziny, przyjaciół, wszystko w życiu może być prostsze, a i wyzwania lepiej podejmować w grupie. Uczy też, że ciężką pracą, cierpliwością i wytrwałością, a także uczciwością wobec samego siebie (nie tylko wobec innych ludzi), możemy osiągnąć sukces i spełniać marzenia.

Jeśli już znacie poprzednie tomy Tami z Kapadoclandii, sięgnijcie również i po ten. To dobra kontynuacja perypetii Tamary, Rume i Kelie’go i – muszę to powiedzieć – jest najdojrzalsza ze wszystkich. Na przestrzeni tych trzech i pół roku, bardzo dobrze widać, że pióro pani Renaty zyskało na barwności, lekkości i całość nie przedstawia się tak chaotycznie, jak to miało miejsce w pierwszym tomie. To zmiana na plus, książkę czyta się dobrze, szybko i z przyjemnością.

Bardzo polecam nie tylko dzieciom, ale również starszym czytelnikom. A jeśli nie znacie jeszcze poprzednich części o Tami z krainy Pięknych Koni, to sięgnijcie najpierw po tamte, warto przeczytać je po kolei.

Za książkę ogromnie dziękuję wydawnictwu NovaEres oraz autorce – Renacie Klamerus.

*cytaty pochodzą z książki

“Uzdrowiciel. Wiedźma” Magdalena Kułaga

Po przeczytaniu pierwszego tomu “Uzdrowiciela” (moja opinia tutaj: http://marta.kolonia.gda.pl/connieblog/?p=2085), w którym to tytułowy Wiwan ledwie uchodzi z życiem po heroicznej ucieczce z zamku przez gęste lasy królestwa, bardzo chętnie i z dużymi oczekiwaniami, sięgnęłam po tom drugi. Główną wadą tomu pierwszego był panujący z początku chaos i zbyt wielu bohaterów wprowadzonych na raz. Tutaj, od pierwszego rozdziału, wszystko jest poukładane, a po tamtym chaosie nie pozostaje nawet ślad.

Wiwan Beckert, już bezpieczny w domu, dochodzi do pełni sił w otoczeniu przyjaciół i rodziny. Tymczasem z miasteczka zaczynają znikać ludzie i początkowo nikt nie wie, dlaczego. Wkrótce okazuje się, że wielu bliskich uzdrowiciela zostało również porwanych. Niestety nikt nie wie, kto i dokąd ich porwał. Kiedy wychodzi na jaw, że uprowadziła ich załoga Ramseya, kapitana cumującej na morzu Cadelii, ruszają im na ratunek, wypływając w morze Hydrą. Wśród porwanych jest Ross – Czarodziej Klejnotu oraz Oliwier. To ich głównie będą chcieli uwolnić i sprowadzić do domu przyjaciele uzdrowiciela. Hydra wyrusza w pogoń za Cadelią i wkrótce załoga statku będzie mogła dokonać abordażu na statek Ramseya i stoczyć bitwę na śmierć i życie.

W powieści pojawia się pewna okrutna postać: Mayene, wiedźma bez serca i sumienia, silna i potężna, o wielkiej mocy, zła i podstępna. Chce koniecznie zabić Wiwana. Uzdrowiciel będzie się musiał zmierzyć z ogromnym koszmarem i jakoś ją powstrzymać, co niestety okaże się niezmiernie trudne. Wiwan sądzi nawet, że pokonanie jej będzie zwyczajnie niemożliwe. Ma on wprawdzie moc uzdrawiania oraz (w razie potrzeby) uśmiercania ludzi, jednak problem polega na tym, że Mayene nie jest człowiekiem i na domiar złego nie posiada bijącego serca, które Wiwan mógłby w chwili zagrożenia zatrzymać.

Poza znanym nam już z części pierwszej Wiwanem, jego bratem Pafianem oraz przyjaciółmi: Oliwierem, jego siostrą Julien, Selem, Rossem i Alaseiem, w książce pojawiają się też nowi bohaterowie, których wyjątkowo polubiłam. Są to elfy: rudowłosa Waszeba i jej brat Dinnaroth, przez przyjaciół zwany Dinnem. Waszeba, zauroczona młodym uzdrowicielem, zostaje wkrótce jego strażniczką, gotową oddać za niego życie.

Do historii nieoczekiwanie powraca również Tenan, związany okrutną klątwą z bransoletą, z której to powodu stał się zabójcą. Tenan od nikogo nie żąda przebaczenia, nie sądzi zresztą nawet, że na nie w ogóle zasługuje. Dowiadujemy się, kto trzyma go w szachu i dlaczego nadal każe mu zabijać.

“- (…)Zabijesz, nim się obudzi. To ma być nauczka. Niech płaczą i rozpaczają. Niech ciało będzie w takim stanie, że jego widok wstrząśnie nimi do głębi!
Milczał. Jeśli chciała, by to zrobił, musiała dać mu wyraźne polecenie. Takie było działanie klątwy. Z własnej woli nie robił niczego złego”.

Nie sposób przestać porównywać drugiego tomu “Uzdrowiciela” z częścią pierwszą. Uznałam więc, że chyba po prostu to zrobię, żeby mieć to za sobą i żeby mnie więcej nie kusiło.

Pierwsza różnica to przede wszystkim postać samego Wiwana, którego było bardzo mało w pierwszej części. Tutaj wyraźnie widać, że jest to ta główna postać, nawet nie dlatego, że występuje w powieści najczęściej, ale przede wszystkim dlatego, że cała akcja i to, co się dzieje, kręci się właśnie wokół niego. Poznajemy go tu zdecydowanie lepiej, dopuszcza nas on do pewnych sekretów i tajemnic ze swojego życia. Do rozterek i wątpliwości. A obdarzony niezwykłym i potężnym darem, ma ich naprawdę sporo.

Drugą taką wyraźną różnicą pomiędzy książkami, jest strona techniczna. Podczas gdy w pierwszym tomie raził chaos, w drugim wszystko jest poukładane. Czytelnik nie gubi się już w zawiłościach akcji, a rozdziały, na ogół poświęcone raz bohaterom w miasteczku, a raz na statku, wprowadzają na tyle przejrzysty układ, by czytelnik czuł się tu komfortowo i nie kręcił się w kółko jak w labiryncie.

I kolejna istotna różnica: w pierwszej części autorka starała się bardzo szczegółowo scharakteryzować wszystkie niemal występujące w książce postaci. Było to dość trudne, bo przewijało się ich przez akcję naprawdę sporo i właśnie ten tłum bohaterów był przyczyną wszechobecnego bałaganu. W kontynuacji przygód Wiwana pani Magdalena skupiła się na kilku wybranych postaciach, które odgrywają w powieści najważniejszą rolę. Pobocznym również niczego nie brakuje, ale te pierwszoplanowe jak Wiwan, Ross, Waszeba czy Oliwier, zostały potraktowane z wyraźnym pierwszeństwem. To sprawia, że dokładnie wiemy, komu należy poświęcić najwięcej uwagi.

Podobnie jak po przeczytaniu pierwszego tomu, także i tutaj jestem po wielkim wrażeniem wykreowanych przez autorkę postaci. Nieprzeciętni bohaterowie, z bardzo dobrze nakreślonymi cechami charakteru, autentyczni i niezwykle namacalni, to jeden z największych atutów powieści. Każdy z nich jest inny, każdy w jakiś sposób się wyróżnia, każdy obdarzony jest tak bogatym zestawem cech charakteru, że aż trudno uwierzyć, że to wyimaginowane osoby, a całość to “tylko” fikcja literacka. Tutaj nikt nie jest idealny, tutaj każdy ma słabości. Nawet uzdrowiciel, ze swoim niezwykłym darem, nie wstydzi się powiedzieć, że jest przerażony. Wyczuwający nastroje i lęki innych, którzy go otaczają, ciągle boryka się z moralnym problemem “czy powinienem?”. I niezależnie od tego, czy to właśnie uzdrowiciel czy wojownik, mężczyzna czy kobieta, postać dobra czy negatywna, bije się ona z podobnymi dylematami.

“Bliskość uzdrowiciela otuliła jej zmysły niczym ciepły i miękki koc zimową nocą. Jego obecność, zapach, dotyk nawet, gdy położyła dłoń na jego dłoni, by sprawdzić czy jest ciepły, jednocześnie kierowana tajemniczą tęsknotą, uśpił jej instynkt. Wiwan nie robił tego świadomie. Tak działał na ludzi, gdy sam był w dobrym nastroju”.

Obok wątku głównego, jakim jest nieustanna walka z Mayene, znajdziemy tu wiele wątków pobocznych, które pozamykały parę spraw rozpoczętych w pierwszej części “Uzdrowiciela”. Najmocniejsze wrażenie wywarł na mnie ten mówiący o wzajemnych animozjach Rossa i jego matki – kobiety okrutnej, strasznej, podłej. Bywało, że zastanawiałam się, która z nich budzi we mnie bardziej negatywne odczucia: wiedźma Mayene czy może jednak Cadelia, matka Rossa.

Również wątek powrotu Tenana związanego klątwą oraz jego nie do końca pewne uczucia do Julien, śledziłam z ogromną ciekawością. Tenan jest w ogóle ciekawą postacią, niby zły, ale fakt, że właściwie kieruje nim klątwa, czyni z niego postać ze wszech miar tragiczną.

Bardzo podoba mi się styl autorki. Jest lekki i przyjemny w odbiorze, z poetycką nutą, bez popadania w nadmierną ilość dziwnych związków frazeologicznych. Ponieważ książkę czytałam po wstępnej obróbce autorskiej, jeszcze przed wszelką korektą, nie będę czepiać się błędów, których tu trochę znalazłam. Myślę, że przed ukazaniem się na rynku wydawniczym, książka przejdzie odpowiednią, profesjonalną korektę.

Podobnie jak pisałam o tym w opinii o pierwszym tomie “Uzdrowiciela”, również tutaj nie brakuje skomplikowanej palety uczuć, jakie są udziałem naszych bohaterów. Bogactwo emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych, uderza czytelnika w samo serce. Dynamicznym postaciom towarzyszą równie gorące uczucia. I nie zabraknie tu niczego: miłości, pożądania, pięknej przyjaźni, radości, ale również strachu, wyrzutów sumienia czy wątpliwości.

Bardzo spodobały mi się wszelkie opisy, autentyczne i realistyczne, niezależnie od tego, czy czytamy o gęstych lasach, o miasteczku, ludziach czy sunących po falach statkach. A najbardziej lubię w wykonaniu pani Magdaleny pełne dynamiki opisy walk, choćby jak ta stoczona na pokładzie Cadelii czy też te, które przyjdzie bohaterom stoczyć z okrutną wiedźmą lub ze smokiem. Żaden opis nie jest tu zbędny, żadna z walk nie nuży, a każde zdanie, każdy rozdział, pchają akcję mocno naprzód i czytelnik podczas lektury nie ma poczucia straty czasu. Autorka ma talent do opisywania miejsc i sytuacji w sposób bardzo plastyczny i sugestywny.

“Waszeba wyciągnęła strzałę z kołczanu, gdy smok zatoczył nad targowiskiem szersze koło, przelatując w ich pobliżu. Naciągnęła cięciwę i wypuściła strzałę”.

Bardzo polubiłam wątek związku Rossa z Klejnotem Nadziei, niejako kontynuację z pierwszej części książki. Ciekawie ujęte myśli samego klejnotu, który jest w stanie porozumiewać się z Rossem, a dzięki mocy, jaka jest teraz jego udziałem, Ross został przez ludzi nazwany Czarodziejem Klejnotu Nadziei. Potrafi on bowiem wpływać na myśli innych ludzi czy choćby oddziaływać na pogodę.

Przez większość lektury “Uzdrowiciela” jedna myśl nie dawała mi jednak spokoju, a mianowicie imię wiedźmy. Mayene – brzmi zbyt łagodnie, zwiewnie, delikatnie, jak na mój gust. Trochę śpiewnie, kolorowo niczym kwiaty. A przecież Meyene była okrutną wiedźmą, zupełnie nie liczącą się z uczuciami innych, podłą i paskudną, której krzywdzenie ludzi sprawiało nieopisaną przyjemność. Moim zdaniem imię wiedźmy jest zbyt łagodne. Z drugiej jednak strony być może tak właśnie jest dobrze? Takie zderzenie tego kwiecistego imienia z morderczymi zapędami jego właścicielki?

Ciężko tę książkę zamknąć w tych kilkunastu zdaniach. Czyta się ją szybko i lekko, a ogrom emocji w niej zawartych, nie pozwala się od niej oderwać. Trudno zapomnieć pełne wzruszeń przygody i bohaterów, których skomplikowane związki i moc cech charakteru, nie pozwalają przejść obok nich obojętnie.

To z całą pewnością książka dla miłośników fantasy, jednak wcale nie obfituje ona w setki stworzeń nie z tej ziemi, więc jeśli ktoś nie przepada za tym gatunkiem, ale lubi powieści przygodowe i lekko magiczne, to też się tu odnajdzie. Znajdziemy tu wprawdzie wiedźmę, elfy, nadprzyrodzone moce i niecodziennych bohaterów, pojawia się nawet smok, ale mnie – zagorzałego fana thrillera i kryminału – książka bardzo wciągnęła i bardzo mi się spodobała. Z pewnością jeszcze kiedyś do niej wrócę. Do obu części.

Drugą część “Uzdrowiciela”, czyli książkę “Uzdrowiciel. Wiedźma”, oceniam znacznie wyżej niż pierwszą, głównie z racji braku bałaganu i napięcia, jakie stwarza czająca się gdzieś za plecami bohaterów czarownica. Książkę też lepiej i lżej się czyta.

Polecam gorąco. Głównie tym, którzy lubują się w gatunku fantasy oraz tym, którzy mają ochotę sięgnąć po coś rodzimego, z przygodą w tle i niezwykłymi bohaterami.

Za możliwość lektury bardzo dziękuję autorce, pani Magdalenie :)

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.