Tag Archives: Muza

“Koronkowa robota” Pierre Lemaitre

Usłyszałam o autorze już jakiś czas temu i szukałam jego książek w księgarniach, ale akurat “Koronkowej roboty” nie mogłam jakoś dostać. Na szczęście po drodze mieliśmy święta i tak książka trafiła wreszcie w moje ręce.

Zastanawiająca i niepokojąca okładka zachęca do lektury – moją uwagę zwróciła od razu. Do tego duży druk, wyraźny, wręcz kontrastowy, dla mnie super.

Bohaterem “Koronkowej roboty” jest komisarz francuskiej policji Camille Verhoeven, mężczyzna nieszablonowy, głównie przez wzgląd na swój bardzo niski wzrost oraz bezkompromisowe zachowanie i postępowanie podczas prowadzenia dochodzeń. “Koronkowa robota” to trzecia już powieść z cyklu książek o Verhoevenie. Pierwsze dwie to “Alex” i “Ofiara”. Rozpoczynanie lektury od trzecich tomów serii powoli wchodzi mi chyba w nawyk.

Na drodze Verhoevena staje tym razem wyjątkowo brutalny i okrutny, a przy tym mocno logiczny morderca. Dokonuje on przerażającej zbrodni na dwóch kobietach, o której komisarz ani przez chwilę nie może przestać myśleć. Dość szybko wpada na pomysł, że najprawdopodobniej zabójca wzoruje się na literackich zbrodniach i zbrodniarzach, dokonując dokładnie przemyślanych, a zarazem w okrutny sposób niesłychanie wiernych morderstw na kobietach, powielając morderstwa z różnych powieści kryminalnych.

Zabójca jest nieuchwytny. Nie pozostawia wskazówek, a jedynym tropem są powieści, na których ów się wzoruje.

str. 112 – “O tym, że facet wzorował się na książce. Nie pytaj mnie dlaczego, bo nie mam pojęcia. Po prostu wszystko się zgadza. Przeczytałem jeszcze raz raporty. I wszystko, co w trakcie śledztwa nie miało żadnego sensu, nagle znajduje rację bytu. Przepołowione w pasie ciało ofiary. Daruję ci absolutnie identyczne ślady przypalania papierosami czy krępowania kostek. Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego morderca umył ofierze włosy. Dopiero teraz nabiera to sensu”.

Początkowo Camille Verhoeven nie ma żadnego punktu zaczepienia i błądzi po omacku. Usiłuje doszukiwać się wskazówek tam, gdzie ich nie ma, podejrzewa ludzi, którzy ledwie krzywo na niego spojrzą. Dochodzenie nabiera tempa, kiedy policjanci odkrywają, że w ich ekipie prawdopodobnie jest kret.

Sięgnęłam po “Koronkową robotę” również dlatego, że wreszcie znalazłam potencjalnie dobry thriller spoza granic Skandynawii (nie licząc książek autorów polskich), co obecnie wcale takie proste nie jest. Przyjemnie i ciekawie było śledzić metody działania i poczynania francuskiej policji i dla odmiany nie łamać sobie języka na skandynawskich nazwiskach i miejscowościach. Pierwsze strony czytało mi się wprawdzie trochę opornie, autor ma nieco ciężki styl, jednak łatwo do niego przywyknąć i książka już po chwili mocno mnie wciągnęła. Treść również nie jest najprostsza w odbiorze, ale ogólnie powieść czyta się dobrze z racji dynamicznej, szybkiej akcji i mistrzowsko zawiązanej intrygi. Wraz z Verhoevenem możemy pogłówkować i poszukać podejrzanych, którzy mogliby dopuścić się okrutnych zabójstw.

str. 199 – “O informacji znajdującej się w jego posiadaniu już od dwóch dni, jego przełożeni dowiedzieli się z prasy. Jego odwołanie nie stało już pod znakiem zapytania, teraz było pewne. Od początku tej sprawy pozostawał przez cały czas o jedną długość za wszystkim i wszystkimi. Cztery morderstwa później nie mógł się pochwalić żadnym tropem, żadnym dowodem rzeczowym. Nawet dziennikarze zdawali się lepiej zorientowani od niego”.

No i przyznaję, że ja się bardzo szybko domyśliłam, kto jest mordercą. W tekście nie ma wprawdzie wielu wskazówek co do tożsamości zbrodniarza, ale udało mi się poprawnie wytypować. Nie byłam więc zaskoczona, ale nawet potem czytało mi się bardzo dobrze i świadomość, że CHYBA wiem, kto zabija, nie zepsuła mi przyjemności z lektury.

Sama intryga oraz dochodzenie są poprowadzone bardzo ciekawie i mimo chwilowych przerysowań akcji w stylu zbyt dogłębnego i niepotrzebnego opisywania widoku za oknem, tempo akcji nawet na chwilę nie zwalnia.

Przy okazji lektury “Koronkowej roboty” poznajemy kilka dodatkowych książkowych pozycji dla maniaka thrillerów, kryminałów i sensacji. Jest tu nawet mowa o “Czarnej Dalii” Jamesa Ellroya, którą akurat mam na półce i która czeka na swoją kolej. Tytuł ten na pewno jest znany wielu czytelnikom.

“Koronkowa robota” Pierre’a Lemaitre’a to bardzo dobra pozycja dla miłośników mocnej książki, dopracowanego thrillera i powieści, które nie pozwalają się nudzić. Uprzedzam jednak, że książka zawiera sceny bardzo okrutne i brutalne oraz krwawe opisy. Co wrażliwszym odradzam, reszcie gorąco polecam.

*cytaty pochodzą z książki

“Czytanie z kości” Jakub Szamałek

Książka trafiła do mnie właściwie zupełnie przypadkowo. Zgłosiłam się po nią tylko i wyłącznie kierując się wyglądem okładki i tytułem, a kiedy przyszła, uznałam że właściwie przydałoby się poznać jakiś opis, przeczytać o czym jest i dopiero wtedy stwierdzić czy to coś dla mnie. Cóż, gapowe się płaci… Jednak w przypadku TEJ książki, był to strzał w dziesiątkę. Pochłonęła mnie od pierwszych stron, choć z początku właściwie nic takiego szczególnego się w niej nie działo. Jest coś szczególnego w stylu autora, co nie pozwala odłożyć książki na bok, a kiedy już byłam do tego zmuszona, to zwyczajnie nie przestawałam o niej myśleć. A kiedy już zaczęło się w niej dziać, to pochłonęłam ją wówczas w całości w kilka godzin.

Książka podzielona jest na dwie części, które – idąc równolegle – przeplatają się między sobą. Pierwsza, ta główna, to Veii w roku 421 p.n.e., druga – czasy współczesne, a konkretniej Anglia i Włochy 2015 roku.

Bohaterem tej pierwszej jest pewien starożytny detektyw, Leochares, który podejmuje się odkrycia tożsamości mordercy etruskiego króla. Robi to niechętnie, niestety właśnie stracił pracę, a oszczędności się skończyły. Leochares ma na utrzymaniu żonę Lamię i syna Teodorosa, dla nich robi, co może, by cokolwiek gdzieś zarobić. Z braku innych perspektyw postanawia odszukać zabójcę, zwłaszcza że zleceniodawca nie tylko już mu za to zapłacił, ale również pokrył jego długi. Leochares nie ma więc właściwie żadnego wyboru. Rusza ze swym zleceniodawcą, Aranthem, do odległego Veii.

Bohaterką drugiej części jest Inga Szczęsna, młoda pani archeolog, do której po jednym z odczytów na temat pochówku z Tarentu, odzywa się profesor Ava Bellmont z Oxfordu. Kobiety wspólnie odkrywają tajemnicę owego pochówku, wpadając na coś, co pominął poprzedni badacz.

str. 185 – “Złapał krawędź himationu. Wyczuł pod palcami coś twardego. Dziwne. Jeszcze raz przejechał palcami po ubraniu. Nie, nie wydawało mu się. Coś tam było. Rozłożył himation na ziemi, pochylił się nad nim. Biała nić. Odcinała się wyraźnie od spranej, poszarzałej tkaniny. Wyciągnął nóż, rozciął ją szybkimi, nerwowymi ruchami. Aranth stanął obok, spojrzał pytająco. Leochares nic nie powiedział, zamiast tego zaczął gwałtownie trząść ubraniem”.

Dwa morderstwa i dwa śledztwa, które dzieli blisko dwa i pół tysiąca lat. Dwa ciała, wieki dzielące dochodzenia i detektywów, za to jeden zabójca.

Leocharesowi niezbyt dobrze układa się w małżeństwie, a na dodatek właśnie stracił warsztat, który dawał chleb całej jego rodzinie. Mężczyzna czuje się staro, nie wie, co będzie teraz dla niego najlepsze. Kiedy zjawia się Aranth, Leochares wie, że drugiej takiej szansy mieć już nie będzie. Dlatego właśnie podejmuje się rozwikłania zagadki śmierci etruskiego króla. Inna sprawa, że Leochares nie lubi pozostawiać za sobą nierozwiązanych spraw.

Część o Leocharesie znacznie bardziej podobała mi się od tej współczesnej. Uważam nawet, że ta mniej obszerna – współczesna, mogłaby w ogóle nie istnieć. Z drugiej strony powieść bardzo by straciła, gdyby jej nie było. Autor miał dobry, oryginalny pomysł, który bez finału w roku 2015 mocno by zubożał. Fragmenty o Indze również czytałam z zaciekawieniem, ale nie mogłam się doczekać ponownego spotkania z Leocharesem i jego czasami. Są one o wiele dłuższe, ciekawsze i bardziej wciągające. Chociaż nie ukrywam, że patrzenie na przeszłość z punktu widzenia Ingi i profesor Bellmont, też było interesujące i trzymało w napięciu.

Cała śmietanka jednak to starożytne śledztwo w Veii i postać Leocharesa. Leochares, syn Apellesa, to bohater bardzo intrygujący. Niby zwyczajny, ale osobiście bardzo go polubiłam. Jest uczciwy, pomimo piętrzących się trudności i problemów, nie rezygnuje z obranego już celu. Mimo iż niektórzy krzywo patrzą na jego poczynania, dalej idzie naprzód, nie zwracając uwagi na spojrzenia innych. Niestety takie postępowanie przysparza mu kolejnych kłopotów i – co gorsze – kolejnych wrogów. Kraj znajduje się na pograniczu wojny, wokół jest bardzo niespokojnie, giną ludzie, przyszłość jest bardzo niepewna. Leochares nie rozumie Etrusków, ich mowy, wierzeń, przepowiedni, sam jest człowiekiem bardzo racjonalnym, choć wierny swojej wierze.

str. 175 – ” – Odkąd tu przyjechałem – Leochares wszedł mu w słowo – słyszę o przeznaczeniu zapisanym w baranich wnętrznościach. Tu znak, tam omen, a za rogiem wieszczba. Gówno mi to daje. Imienia zabójcy nie znajdę między jelitem a żołądkiem ani nie wyczytam z gwiazd. Więc zejdźmy, uprzejmie proszę, na ziemię”.

str. 180 – “Żeby zabić nudę, Leochares spytał, jaki jest sens składania próśb, jeśli wszystko jest już postanowione. Bogowie nie mogą odwrócić losu, odparł Arenth, ścierając piasek z kolejnego zwitka, ale mogą wpłynąć na to, jak dokładnie się wypełni. Znaki mówią, dajmy na to, że umrzesz we własnym łóżku, osiągnąwszy sędziwy wiek, i tak się stanie, choćby nie wiadomo co, ile by nie składać ofiar i nie zanosić modłów. Ale czy umrzesz w tym łóżku bogaty, czy biedny, czy otoczony bliskimi, czy sam jak palec, to już decyzja bogów”.

Na każdej stronie książki wyczuwa się spisek. Nawet kiedy bohaterowie jedzą wieczerzę przy ognisku gdzieś w drodze, czytelnik rozgląda się niespokojnie dookoła. Bo tutaj nigdy nie wiadomo, skąd nadciągnie niebezpieczeństwo. Nie wiadomo też właściwie czy i kto może być naszym wrogiem. Zwłaszcza kiedy – jak Leochares – nie znamy miejscowego języka. Leochares mówi tylko po grecku, jego tłumaczem wśród Etrusków jest Arenth.

Leochares jest postacią niezwykle autentyczną. Ze swoimi wadami i przypadłościami, szczery, inteligentny i dobry. I choć musi walczyć z wieloma przeciwnościami losu, uparcie idzie dalej. Czy uda mu się odkryć tożsamość zabójcy? Czy zapewni rodzinie godny byt? Czy wróci do żony i syna z dalekiego Veii?

“Czytanie z kości” to logiczna, dopracowana i bardzo wciągająca powieść o niesamowitym klimacie. Jakub Szamałek snuje skomplikowaną intrygę, pozostawiając tropy tu i tam, myląc czytelnika, dając mu szansę samodzielnego rozwikłania przynajmniej części zagadki. Lekkie pióro autora umila nam lekturę. Czytanie tej książki to po prostu przyjemność sama w sobie. Nie brakuje tu emocji, które towarzyszą nam podczas poznawania perypetii starożytnego detektywa: współczucia, lęku, szczerego smutku, ale również humoru. Bo poczucia humoru zarówno autorowi, jak i Leocharesowi, wcale nie brakuje.

str. 167 – “Jak to jest, myślał wtedy, zgrzytając zębami, że małe ptaszki ćwierkają, małe pieski popiskują, małe świnki pochrumkują, ale małe dzieci to już drą ryja, jakby je obdzierano ze skóry?”.

Humor, choć bardzo subtelny, jest tu częsty, a wynika głównie z właściwego Leocharesowi sarkazmu.

Powieść pisana jest z punktu widzenia trzeciej osoby i jak przystało na wydawnictwo MUZA, nie zawiera błędów. Duży, wyraźny druk ułatwia czytanie i warto jeszcze wspomnieć, że części z Leocharesem i Ingą zostały wydrukowane odmiennym krojem czcionki, dzięki czemu nie można się tutaj pogubić. I jeszcze to, co lubię: dość długie rozdziały zostały podzielone na krótsze podrozdziały.

“Czytanie z kości” spodoba się każdemu miłośnikowi kryminału, thrillera oraz wszelkich powieści historycznych. Jeśli nie przepadacie za wątkami historycznymi, nie zniechęcajcie się. Osobiście też ich nie lubię, nie przepadam również za starożytną Grecją, Rzymem, etc., a mimo to książka mnie porwała i zafascynowała. Warto jeszcze nadmienić, że “Czytanie z kości” to już trzecia powieść z Leocharesem w roli głównej. Poprzednie to: “Kiedy Atena odwraca wzrok” i “Morze Niegościnne”. Obie zostały nominowane do Nagrody Wielkiego Kalibru, a książka “Kiedy Atena odwraca wzrok” została wybrana głosem czytelników najlepszym kryminałem roku 2011 na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu (informacja z okładki). Nie znam jeszcze dwóch wspomnianych przeze mnie właśnie książek, ale na pewno to nadrobię.

Polecam gorąco “Czytanie z kości”, to jest jedna z tych książek, które koniecznie trzeba przeczytać, zwłaszcza że wyszła spod pióra uzdolnionego, polskiego autora. Gorąco zachęcam do lektury.

*cytaty pochodzą z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Kwiat cieplarniany i 9 roślin wzbudzających pożądanie” Margot Berwin

Do zakupu skusiła mnie okładka i opis wydawcy. No i zniżkowy 40% kupon do Muzy 😉 Jakoś tak od samego początku przeczuwałam, że będzie to książka zupełnie nieprzeciętna i inna od innych. Nie pomyliłam się.

Bohaterką książki Margot Berwin jest Lila Nova. Lila pracuje w reklamie, niedawno się rozwiodła, mieszka w maleńkiej kawalerce w Nowym Jorku i marzy o tym, by nie żyć dłużej samotnie, by przeżyć coś ekscytującego i by mieć tyle pieniędzy, by nie martwić się o jutro. Pewnego dnia kobieta zauważa stoisko z kwiatami i postanawia kupić sobie do domu jakąś roślinę, by ożywić nieco swoje chłodne, małe mieszkanko. Sprzedawca poleca jej rajskiego ptaka. Niedługo później dziewczyna trafia do dziwnej pralni, która wygląda jak ogród botaniczny. Owszem, są w niej pralki, suszarki i inny typowy sprzęt, ale u sufitu wiszą donice i rośliny, zamiast kafli, podłogę otula zielony mech, a wszędzie, gdzie tylko można było to zrobić, poustawiano rośliny. Lila jest jednocześnie zachwycona, jak i zdumiona, a nawet trochę zaniepokojona. Tutaj poznaje Armanda, właściciela pralni, który opowiada jej o mitycznych (choć nie tak do końca) 9 roślinach wzbudzających pożądanie. Armand jest w mniemaniu Lili dość dziwny: ma blisko dwa metry wzrostu, barczystą sylwetkę, ale porusza się zgrabnie i lekko, a przy tym mówi zagadkami, których początkowo Lila w ogóle nie rozumie. Jego wiedza na temat roślin wydaje się nie mieć końca.

“Wbrew powszechnemu mniemaniu orchidee wcale nie tak trudno hodować. To naprawdę idealne rośliny dla osób, które nie potrafią hodować niczego. Nie potrzebują ziemi. Nie potrzebują nawozu. Nie potrzebują nawet doniczki. Wystarcza im powietrze. Lubimy udawać, że ich hodowanie jest trudne, bo dzięki temu możemy czuć się wyjątkowi, gdy rozkwitają pod naszą opieką. Równie trudno hoduje się trawę”.

Niedługo później Lila wzbogaca swoją maluteńką roślinną kolekcję o kolejny kwiat, a kiedy umawia się na randkę z przystojnym sprzedawcą roślin, Davidem, który polecił jej i sprzedał wcześniej rajskiego ptaka, opowiada mu o pralni-oranżerii, którą odkryła. Okazuje się, że David wiele wie o legendarnych 9 roślinach. Wkrótce pralnia Armanda zostaje zniszczona, a rośliny giną. Lila czuje się winna, bo przecież gdyby nie jej długi język, nic by się nie stało, zwłaszcza, że Armand prosił, by nikomu nie zdradziła tajemnicy 9 roślin, które ten hodował na zapleczu pralni. Lila chce jakoś odkupić swoje winy i proponuje Armandowi pieniądze, ale Armand ich nie przyjmuje, chce, by Lila pojechała z nim do Meksyku i tam właśnie pozyskała nowe odnóżki 9 roślin.

Podróż na Półwysep Jukatan wcale nie jest teraz tym, czego pragnie nasza bohaterka. Jednak poczucie winy, ale i ciekawość, powodują, że w końcu się zgadza. Ta wyprawa będzie z całą pewnością przygodą jej życia, a to, co przeżyje w dżungli, zderzenie dwóch kultur, ludzie, których pozna, będą mieli bezpośredni wpływ na to, jaka jest i jaka wkrótce się stanie. Bo trzeba to uczciwie przyznać, że Lila już nigdy nie będzie taka, jak przed wyprawą.

“Brnęłam dalej, posuwając się noga za nogą. Miałam bolesną świadomość, że w tej okolicy występują pantery, oceloty, jaguary, tygrysy, nietoperze wampiry, rysie rude, grzechotniki, jaszczurki, pumy, pytony i dziesiątki innych groźnych i/lub jadowitych zwierząt, owadów i roślin. Wszystkie zostały wymienione w “Poradniku, jak przetrwać na pustkowiu i w dżungli”, tej upojnej lekturze od Kody’ego, którego teraz błogosławiłam jako najlepszego przyjaciela pod słońcem, nie tylko dlatego, że dał mi tę książkę, ale także dlatego, że się upierał, bym ją przeczytała przed wyjazdem”.

Książka ujęła mnie nietuzinkowym pomysłem, nigdy nie czytałam niczego podobnego i mimo że nie przepadam za książkami pisanymi z narratorem w pierwszej osobie, tutaj wręcz mi się to podobało. Bohaterki nie da się nie lubić, a całość napisana jest humorystycznym, prostym językiem, choć często traktuje o sprawach poważnych. Tej przebijający zewsząd humor, to ogromna zaleta tej niedługiej, bo liczącej sobie nieco ponad 270 stron, książki.

“- To piękna pieśń – powiedziałam, uświadamiając sobie, że moje i Diega wychowanie nie mogło już być bardziej odmienne. Moi rodzice byli najbliżej pieśni ducha, kiedy ojciec śpiewał razem z reklamami Budweisera podczas meczów futbolowych w poniedziałki wieczorem”.

To powieść o poszukiwaniu samego siebie, o rozglądaniu się za swoim miejscem na ziemi i o… roślinach. To one stanowią tło całości. Poznajemy ich mnóstwo, wraz z ich niecodziennymi właściwościami, chwilami wręcz magicznymi. Każda jest inna, każda odpowiada za inną ludzką namiętność. Zebranie 9 roślin i posiadanie ich wszystkich razem, może przynieść sławę, miłość lub pieniądze. Lila wkracza w zupełnie inny świat, w świat szamanów, uzdrowicieli, duchów zwierząt i dusz drzew, poznaje nawet przystojnego Huiczola.

“Mierzył w moim kierunku z wielkiej strzelby i był najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziałam. Te dwa fakty tak były ze sobą sprzeczne, że mój mózg nie wiedział, co zrobić z tymi informacjami. Nie wiedział, na czym się skupić. Na mojej śmierci. Czy jego urodzie”.

Malownicze opisy dżungli, pełne soczystych kolorów wszystkich odmian zieleni, tropikalny upał, wilgotne powietrze – to wszystko w tej książce jest tak sugestywne, że można się w niej zagubić na dłuższy czas. To powieść głównie dla kobiet, które gustują w książkach przygodowych. Gdzieś przeczytałam, że to połączenie romansu z kryminałem – nic bardziej błędnego. To książka przygodowa. Nie ma w niej kryminału, choć jest pewien przestępca, a później nawet pojawia się trup. Typowego romansu też nie ma, a już na pewno nie takiego ckliwego i przesłodzonego – jest wątek romantyczny, ale naprawdę gustowny i przyjemny.

Myślę, że polubicie Lilę i że wraz z nią przeżyjecie w dżunglach Jukatanu coś bardzo szczególnego :)

 

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.