Tag Archives: WFW

“Podróż z wyobraźnią” Ewa Rosiak-Giemuła

fot. okładki: moja własna

“Podróż z wyobraźnią” to krótka antologia wierszyków dla dzieci, o bardzo zróżnicowanej tematyce. Poczytamy tu o dziecięcych snach, zabawach, bajkach, wyobraźni, a nawet o talentach. To wierszyki proste, nieskomplikowane, pisane przystępnym dla dzieci językiem, z którego zrozumieniem maluchy na pewno nie będą miały problemu.

“Miałam sen kiedyś tak kolorowy,
że trudno nawet uwierzyć w to.
Na śnieżnej scenie opodal drogi,
stało bałwanków chyba ze sto”. str. 17

Książeczka jest cieniutka, zawiera dwanaście krótszych i dłuższych wierszy. Większość ozdobiona jest kolorową ilustracją, choć w paru miejscach obrazek nie pasuje tematycznie do wiersza. Jest przesunięty i towarzyszy następnemu. Wprowadza to lekki chaos i moja córka na przykład od razu zwróciła na ten fakt uwagę. Za to same ilustracje są bardzo udane: kolorowe i duże, przyjazne i wyraziste, w sam raz dla młodszych dzieci.

Również same wiersze kierowane są do dzieci młodszych. Myślę, że już czterolatek z zainteresowaniem wysłucha rymowanej opowiastki o wesołych, kolorowych bałwankach czy historii snutej przez las.

Autorka poprzez swoje utwory przekazuje dzieciom, że warto rozwijać swoje talenty, że do dobrej zabawy nie trzeba komputera i telewizji, ponieważ wystarczy nam wyobraźnia i że niezależnie od wszystkiego, mama jest od tego, by wspierać swoje dziecko we wszystkim, czego tylko się ono podejmie.

Wierszyki pokażą dzieciom, że jeśli tylko odpowiednio spojrzymy na to, co nas otacza, odkryjemy że świat jest ciekawy i bardzo kolorowy. Że nawet zwykła, tak bardzo popularna biedronka, może okazać się wyśmienitym zwierzątkiem do obserwowania. Na łące, w ogrodzie czy w lesie, dzieci znajdą mnóstwo owadów i innych drobnych stworzonek, o których zawsze można dowiedzieć się czegoś nowego. A przecież nie od wczoraj wiadomo, że dzieci są doskonałymi obserwatorami, znacznie bardziej uważnymi niż dorośli.

“Pada z nieba śnieżek biały.
Przykrył drogi, przykrył pola.
Ponakładał białe czapki
Na świat cały dookoła”. str.16

Dziecięca wyobraźnia zaś ma moc sprawczą. Bo czyż huśtawka nie może być czymś więcej niż tylko zwykłą huśtawką? Na przykład samolotem? Albo helikopterem? Albo wręcz skrzydłami, które poniosą nas wysoko, w chmury? A kolorowe kamyki? Mogą być przecież zwierzątkami, ludzikami lub samochodzikami czy kolorowymi bałwankami. Wszystko zależy od nas samych, od siły naszych wyobrażeń, od fantazji, od spojrzenia na otaczający nas świat. A nikt przecież, tak jak dzieci, nie potrafi wyobrażać sobie tylu różnych niesamowitości.

Samo wydanie książki nie powala na kolana, ale ponieważ książeczka jest barwna i wesoła, można przymknąć na to oko. W niektórych miejscach trochę została zaburzona rytmika w wersach i zdaniach, no i znalazłam rażący zwrot “dlatego, bo” – moim zdaniem nie powinien się pojawić w żadnej publikacji.

“Podróż z wyobraźnią” pani Ewy to taka przyjemna wycieczka po krainach dziecięcych marzeń i wyobraźni. Polecam młodszym dzieciom i ich rodzicom. Czytajcie razem ze swoimi pociechami, sprawdźcie sami, dokąd zaprowadzi Was Wasza wyobraźnia.

*cytaty pochodzą z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji PNGiSAM

“Katastrofa i ametysty” Andrzej Wąsiewicz

Bardzo niewiele jest książek, po które sięgnęłam i nie dałam rady przeczytać ich do końca. Nawet te, którymi w jakiś sposób się rozczarowałam, spodziewając się czegoś lepszego czy wręcz innego, jakoś tam męczyłam do końca, ewentualnie z mniejszą pasją kończyłam i w końcu odkładałam. Wiele było też takich, które rozkręcały się w trakcie czytania, po pięćdziesięciu czy stu stronach i kończyłam je usatysfakcjonowana, że wytrwałam i się nie poddałam.

Tutaj niestety poległam.

Byłam bardzo wytrwała. Trwało to dwa tygodnie z przerwami (na jedną powieść obyczajową i jeden thriller). Przykro mi to pisać, ale książka “Katastrofa i ametysty” w ogóle mnie nie wciągnęła. Sięgnęłam po nią, bo bardzo mało wiem o Indiach i pomyślałam, że powieść osadzona w tamtejszych klimatach, będzie ciekawym doświadczeniem. Tymczasem o samych Indiach niczego się z niej nie dowiemy. Już sam początek książki, opis kolacji, rozciągający się na przeszło trzydziestu stronach, kompletnie mnie nie zainteresował. Pomyślałam jednak, że w końcu każda książka jakoś się zaczyna i niekoniecznie zawsze musi być to trzęsienie ziemi. Przeczekałam więc ową międzynarodową kolację, ale dalej wcale nie było lepiej.

W książce znajdziemy bardzo niewiele dialogów. Prowadzona jest ona w formie bardzo opisowej, nawet rozmowy są często po prostu opisane, kto co powiedział i dlaczego i jak zareagował ten drugi. Do mnie osobiście to nie przemawia, takim rozmowom brakuje emocji, przez co zarówno akcja, jak i bohaterowie, strasznie się spłaszczyli i nabrali dziwnej bezbarwności, która mnie zupełnie nie przekonała. Przez wspomnianą opisowość książka brzmi jak raport z katastrofy i jej zawiłości, a nie jak powieść, którą w końcu książka jest. Podczas samej katastrofy zabrakło fajerwerków, sensacji, akcji. Tutaj większość informacji podawana jest sucho i zimno – jak w wieczornych “Wiadomościach”.

Po względem wydania nie jest źle, tu i tam brakowało jakiegoś przecinka, ale ogólnie wygląda to dobrze. Mam jednak poważne zastrzeżenie co do okładki. Okładka, czyli tajemniczy fragment twarzy pewnej kobiety, wygląda identycznie jak okładka wydanej przez wydawnictwo Prószyński i S-ka powieści “Panna młoda” (Nike Farida, http://ksiegarnia.proszynski.pl/product,70836), którą można kupić od przeszło pół roku w wydawnictwie i księgarniach. Zmieniły się tylko kolory chusty i tęczówki oka. Przyznaję, że przyjrzałam się obu okładkom bardzo dokładnie, policzyłam nawet rzęsy na obu powiekach i właściwie mogę stwierdzić, że jest to ta sama grafika, tylko ze zmienioną kolorystyką. Cóż, nie podoba mi się taki zabieg. Wydanie książki z niemal identyczną okładką po pół roku od tej, która ukazała się poprzednio, jest mocno niesmaczne. A myślę, że wydawcy dobrze wiedzą, co ukazuje się w konkurencji na rynku i tych konkurencyjnych wydań nie przegapiają.

“Katastrofa i ametysty” to książka wyłącznie dla miłośników awiacji. Opisy kolejnych technicznych zagwozdek samolotu i jego usterek, są na dłuższą metę mocno nużące i przypominają dokumentalny serial “Katastrofy w przestworzach”, tylko że bez tego dreszczyku emocji i są tutaj bardziej rozwleczone.

Pomimo przeczytania dwustu stron (książka ma ich czterysta), nie zdołałam się wciągnąć w akcję. Przykro mi to pisać, ale w tej powieści właściwie nie ma żadnej akcji. Przyznaję bez bicia, że nie doczytałam jej do końca i już nie doczytam.

*książkę przeczytałam dzięki akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Dziwadełka” Renata Korga

Ponownie z chęcią sięgnęłam po książeczkę dla dzieci, która dopiero się ukaże. Jest to cieniutka antologia wierszyków, humorystycznych i zabawnych, poruszających codzienne dziecięce sprawy. Książka zamyka się w czterdziestu stronach i zawiera czternaście utworów.

“Tam gdzieś, gdzie wy nie wiecie,
dziwne bajki echo plecie!
Baja dziwne opowieści,
niesie w lesie różne wieści (…)”.

Autorka pisze o snach, o psotach, o zwierzątkach, o wymyślonych przez dzieci stworkach i o pluszowych zabawkach. Porusza również ważne dla dzieci dylematy, na przykład, kim chciałyby zostać, kiedy dorosną albo dlaczego dorośli tak bardzo różnią się od dzieci. Tłumaczy kim jest naukowiec czy zoolog, w zabawny sposób przedstawia, czym jest bałagan i jak go uniknąć, pokazuje moc zwykłego uśmiechu. Wszystkie wierszyki autorka opatrzyła swoimi własnymi rysunkami, prostymi i kolorowymi, które z pewnością spodobają się młodszym czytelnikom. Gdzieniegdzie obrazki nie pasują do tematu tekstu, na co zwróciła uwagę moja siedmioletnia córka. Bo na przykład autorka pisze o ludokrasku, podając jego dokładny opis, a pod tekstem widzimy żółwia. Z kolei przy wierszyku o ufoludku mamy ślimaka. Dzieci, jako uważni obserwatorzy, z całą pewnością to zauważą i pewnie będą pytać, dlaczego tak jest.

Ponieważ wierszyki są rymowankami, czyta się je szybko i przyjemnie, przy tym pełne humoru i zabawnych słówek, niejednokrotnie wywoływały salwy śmiechu u mojej córki. Rzeczywiście są zabawne i jednocześnie poruszają zwyczajne, codzienne sprawy. Co ważne: dziecięce sprawy.

“Dlaczego bluzki zawsze wchodzą na mnie na lewą stronę?
I jak to jest, że zawsze biorę bezdomne pająki w obronę?
Dlaczego mama krzyczy, gdy dokarmiam cukrem muchy?
A już nie mówię jak się burzy za to, że pająkom pasę brzuchy!
Nie rozumiem, dlaczego ślady z błota same robią się na dywanie…
I jak to jest, że tylko mnie przy stole ogarnia ziewanie? (…)”.

Dzieci przekonają się, że nie tylko im wylewa się picie, papierki lecą na podłogę, w szafkach robi się bałagan, a buty jakoś tak same ciągną do kałuż po deszczu. Zobaczą też, że dzięki sile wyobraźni można świetnie się bawić, rysować wyjątkowe obrazki i wymyślać niestworzone historyjki z ciekawymi i nietuzinkowymi bohaterami. Wierszyki, jak na literaturę dziecięcą przystało, są bardzo kolorowe. Widać, że autorka zna dziecięce rozterki i problemy, dzięki czemu zawarte w wierszykach rozwiązania wydają się autentyczne i realne – dzieciom na pewno się to spodoba.

Samo wydanie książeczki nie powala może na kolana swoją urodą, jest to spięty zszywkami zeszyt, ale w środku znajdziemy za to kredowy papier i dużą, wyraźną czcionkę. Dzieciom zapewne spodobają się fantazyjnie pisane tytuły wierszyków i numery stron. Duża czcionka pomoże w samodzielnym czytaniu nieco starszym dzieciom, powiedzmy sześcio- czy siedmioletnim. I choć uważam, że odbiorcą wierszyków pani Renaty są głównie dzieci w wieku przedszkolnym, to z pewnością rozbawią one i spodobają się również szkolniakom. A ponieważ wiemy, że wspólne czytanie zbliża, to i rodzicom zapewne lektura przypadnie do gustu. Polecam te sympatyczną i prostą w odbiorze książeczkę najmłodszym czytelnikom i ich opiekunom.

*cytaty pochodzą z książki
**recenzja powstała w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Piąte – nie zabijaj” Anna Kasiuk

Niezmiernie rzadko sięgam po powieści obyczajowe. Wolę pozycje mocniejsze, bardziej wciągające i takie, w których można natrafić na porządne trzęsienie ziemi. No ale nie samą sensacją człowiek żyje. Książka “Piąte – nie zabijaj” zainteresowała mnie głównie opisem wydawcy, pomyślałam sobie, że warto oderwać się na moment od thrillerów i kryminałów.

Bohaterką powieści jest Agnieszka. Agnieszka ma trzydzieści dwa lata i właśnie doświadczyła traumatycznego przeżycia: w wypadku samochodowym zginęli jej rodzice. Została całkiem sama, z pięcioletnim bratem Dawidem i niejasnymi planami na przyszłość. Postanawia sprzedać dom rodziców i wraz z bratem przeprowadzić się daleko od rodzinnej miejscowości, by rozpocząć nowe życie. Los rzuca ich oboje do pensjonatu gdzieś w górach, którego właścicielką jest Aniela, matka trzech dorosłych synów. Przyjmuje ona Agnieszkę i Dawida z otwartymi ramionami. Aniela to zdecydowanie najbardziej barwna postać w książce: ciepła, serdeczna, mądra, obiektywna i bardzo, ale to bardzo sprawiedliwa. Polubiłam ją od razu, bo też trudno chyba byłoby jej nie lubić. Agnieszka czuje się w pensjonacie na tyle dobrze, że właściwie zostaje tam na stałe. Tutaj poznaje miłość swego życia, Jacka, który prowadzi warsztat samochodowy w miasteczku.

Agnieszka walczy ze swoimi demonami i koszmarami sennymi, które ciągle zakłócają jej spokój ducha. W snach widzi swoich rodziców w płonącym aucie lub w innych sytuacjach, zwykle przerażających i niepokojących. Mocno doskwierają jej ataki paniki i chwilami sobie z nimi zupełnie nie radzi. Chce jednak zrobić wszystko, by zapewnić Dawidowi spokojne dzieciństwo, w czym bardzo pomaga jej Aniela i jej synowie.

Autorka nieźle nakreśliła bohaterów, właściwie czworo bohaterów, czyli Agnieszkę, Anielę, Dawida i Jacka. Reszta potraktowana jest raczej powierzchownie, ale też nie ma zbyt wielkiego wpływu na akcję książki.

Wszystko oglądamy z punktu widzenia głównej bohaterki, ponieważ książka pisana jest w pierwszej osobie, za czym akurat ja osobiście nie przepadam, choć oczywiście w trakcie czytania łatwo się do tego przyzwyczaić. Niestety również czas mi kompletnie nie podszedł, ponieważ powieść została napisana w czasie teraźniejszym. Męczy mnie takie czytanie i szczerze mówiąc, jedynie “Bez wyboru” Leny Nowicz przeczytałam jednym tchem, pomimo tego czasu teraźniejszego. To jest świetny styl na reportaże, sprawozdania oraz krótkie formy, jak na przykład opowiadania. Do powieści zupełnie mi nie pasuje.

Język, chwilami niedopracowany, brzmi fragmentami jak pamiętnik nastolatki. Chyba za dużo pojawiło się tutaj takich przyziemnych czynności, które wykonuje na co dzień Agnieszka, a to właśnie patrzy w lustro, a to robi pianę w wannie, a to musi zapalić papierosa. Pewnie, takie stwierdzenia wzbogacają tekst, o ile nie jest ich zbyt wiele następujących szybko po sobie. Tutaj miałam przesyt.

Jest też coś, czego czepiam się w każdej polskiej książce, mianowicie w trzech lub czterech miejscach pojawiają się fragmenty piosenek w języku angielskim i nie ma zamieszczonego ich tłumaczenia. Jestem zdania, że skoro polska książka, polskiego autora, wydana w Polsce, to takie tłumaczenie powinno się w niej znaleźć.

Zdania, czasami wydawały mi się zbyt długie, zbyt rozwlekłe, przez co gubiłam sens, innym razem stawały się krótkie, zwięzłe, jak w opisach sytuacyjnych. Pojawiły się tu błędy stylistyczne, które powinny zostać wychwycone, jeśli nie przez korektę autorską, to przez tę przeprowadzoną w firmie wydawniczej. Przykładowo:

“Niemal dobiega moich uszu, wymawiane z przerażeniem moje imię”.

“Ubrany w luźne jeansy i powyciągany T-shirt z roztrzepaną krótką blond czupryną”.

Tego rodzaju zdań można było uniknąć podczas ponownego sprawdzania tekstu. No i autorka bądź wydawca nie mogli się zdecydować, czy droga biegnie “do nikąd” czy “donikąd“.

Jednak największym koszmarem tej książki są przecinki. W połowie przestałam już zaznaczać miejsca, gdzie były błędnie wstawione albo te, w których ich zabrakło. Nagminnie pojawiały się przed słowem “bądź”, przed którym przecinka nie stawiamy (nie stawiamy przecinka przed: albo lub czy bądź). Albo, podobnie jak w poniższym przykładzie, pojawiały się ot tak, właściwie nie wiem, po co i dlaczego.

“Nie ma się, czego bać”.

Analogicznie przecinków brakowało tam, gdzie powinny były się one znaleźć. Niestety przez te kwiatki z przecinkami, książkę czytało mi się bardzo ciężko. I choć uważam, że ma pewien potencjał i mogłaby być całkiem niezła, to niestety wymaga ona porządnego dopracowania tekstu. Teraz mam wrażenie, że po prostu ukazała się przed wszelką korektą, taka wersja beta.

Zainteresował mnie w powieści jeden motyw, niestety już pod koniec, którego Agnieszka długo nie ujawniała i sądzę, że gdyby położyć na niego większy nacisk, powieść byłaby o wiele ciekawsza i bardziej wciągająca, co widać było w końcówce książki. No i jest tu pewne zdarzenie pomiędzy głównymi bohaterami (nie mogę przytoczyć, żeby nie spojlerować), którego nie potrafiłam jakoś ogarnąć. Na miejscu bohaterki postąpiłabym zupełnie inaczej, uciekała gdzie pieprz rośnie i nie oglądała się za siebie. Ona podjęła inną decyzję, czego kompletnie nie potrafię zrozumieć. No ale tak to już jest, kiedy postaci literackie podejmują decyzje, z którymi my, czytelnicy, zupełnie się nie zgadzamy.

I jeszcze całkiem przyjemny cytat:

“Bo to nieszczęśliwy zbieg nakładających się na siebie wypadków. Niestety ja nie wierzę w zbiegi okoliczności. Bez względu na to, czy są szczęśliwe, czy też nie. Jestem zdania, że wszystko jest już zaplanowane, a my mamy szansę wyboru drogi z kilku dostępnych możliwości. I tym samym ponosimy odpowiedzialność za każdą z podjętych decyzji”.

Spodobał mi się, pozwolił się na chwilę zatrzymać i pomyśleć, zwłaszcza że powieść kończyłam czytać już w nocy.

To nie jest dynamiczna, pełna akcji książka, to historia wyłącznie dla miłośników powieści obyczajowych, bez specjalnych wzlotów i upadków, do przeczytania w kilka godzin albo w dwa czy trzy wieczory. O ile oczywiście nie zrażą Was i nie zniechęcą te błędnie stawiane przecinki w ilości bardzo dużo.

* cytaty pochodzą z książki

“Dobre decyzje” Sebastian Socha

Jak wiecie, raczej rzadko czytam powieści obyczajowe, ponieważ generalnie jestem fanką sensacji, thrillera i kryminału. Tym razem bardzo chętnie sięgnęłam po tę cienką, obyczajową książeczkę, która liczy sobie niecałe sto trzydzieści stron. Ładna, skromna okładka, przyjemny papier i wyraźna czcionka.

Bohaterką książki “Dobre decyzje”, jest zwykła, młoda dziewczyna, Klaudia. Klaudia mieszka z wujkiem, który ją wychowywał od dziecka. Kiedy Klaudia była mała, ją i jej matkę zostawił ojciec. A niedługo potem mama umarła. Klaudii została tylko babcia i wujek – to oni zajęli się wychowywaniem dziewczynki, a po śmierci babci, wujek Czesław stał się jej jedynym opiekunem. Klaudia cierpi na niewydolność nerek. Codziennie, w warunkach domowych, przeprowadza dializy za pomocą cyklera, który włącza na noc. Najlepszym dla niej wyjściem byłby przeszczep nerki, jednak kolejki i brak potencjalnych dawców, w chwili obecnej sprawiają, że Klaudia o takiej alternatywie nawet nie myśli. No, nie, jednak myśli… Ale nie robi sobie zbyt wielkich nadziei. Stara się po prostu żyć tak, jak jej rówieśniczki, pracuje w biurze rachunkowym, lubi swoją pracę, ma miłe koleżanki, nie wybiega wyobrażeniami zbyt daleko w przyszłość. Sentymentalnie mi się zrobiło, bo dziewczyna mieszka na siódmym piętrze jednego z warszawskich bloków na Ursynowie, a ja spędziłam tam ponad dwadzieścia pięć lat.

“Czasami w życiu są takie sytuacje, że człowiek nie ma siły się denerwować, że nie ma siły walczyć. Może dlatego, że walka nie przynosi rezultatów, więc po co tracić siły na coś, na co nie ma się wpływu? To uczucie rezygnacji i poddania się temu, co po prostu musi się wydarzyć”.

Któregoś dnia Klaudię zaczepia na ulicy nieznajomy mężczyzna. A właściwie wcale nie taki do końca nieznajomy, dziewczyna szybko rozpoznaje w nim ojca. Nie chce z nim rozmawiać, nie chce się z nim widzieć, nie chce się z nim kontaktować. Uważa, że ojciec nie zasługuje na żadną szansę, nie potrzebuje go w swoim życiu i nie zamierza tego zmieniać. Ten jednak jest uparty, dzwoni do córki, nadal chce porozmawiać. Klaudia nie widzi sensu takiej rozmowy, bo i o czym ma z ojcem rozmawiać? Nie mają przecież wspólnych tematów, są sobie obcy, nie łączy ich nic, prócz wspólnych genów. Czy to wystarczy, by Klaudia dała ojcu szansę?

To opowieść o zwykłych ludziach. O takich, jakimi jesteśmy my sami i takich, jacy nas otaczają. Klaudia i jej przyjaciółka Kasia, którą dziewczyna poznaje przy okazji w szpitalu, są podobne do większości młodych kobiet, jakie widuje się na ulicach, jakie żyją, studiują i pracują w naszym sąsiedztwie. Nie są obdarzone nadprzyrodzonymi mocami, nie muszą ocalić całego świata, nie kontaktują się z innymi planetami – ot, zwykłe dziewczyny. Początkowo sądziłam, że książka będzie mnie nudzić, bo z początku wiedziałam o niej tylko tyle, że jest powieścią obyczajową, dopiero kiedy ją dostałam, zerknęłam na opis na okładce. Krótko i zwięźle, pomyślałam, może być nudno. Cóż, nic bardziej błędnego. Spędziłam z tą książką pół soboty, deszczowej, burej, paskudnej. Czytała się szybko, zanim się obejrzałam, docierałam już do końca i muszę przyznać, że było to kilka naprawdę miłych godzin.

“Na sam koniec dnia doszli do wniosku, że gdzieś hen, hen daleko na małej planecie siedzi jakiś zielony kosmita i przez lunetę ogląda najfajniejsze chwile ich życia”.

“Dobre decyzje” to debiut autora, więc nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła bacznej uwagi na warsztat pisarski Sebastiana Sochy. Rzeczywiście, jak obiecuje okładka, autor ma lekkie pióro i dobrze się go czyta, ale kilka niedociągnięć książka również zawiera. Najbardziej w tekście rażą powtórzenia, są niestety liczne i trochę psują rytm zdań: słowa “był”, “były” kwiecą się na paru stronach zbyt blisko siebie, ale szczerze mówiąc nie są tak bardzo rażące, by zepsuć przyjemność z czytania. Inaczej sprawa się miała na jednej ze stron, kiedy stwierdzenia: “absurdalna sytuacja”, “nienormalna sytuacja”, “sytuacja totalnie absurdalna” i “dziwna sytuacja” zapełniły połowę strony – na szczęście było to jednorazowe i więcej nigdzie – na szczęście – się nie powtórzyło. I jeszcze liczebniki – wolę, jak w książce są pisane słownie, niż podawane cyframi.

Gdzieniegdzie mamy do czynienia ze zbyt przydługimi zdaniami – z pożytkiem dla całości wyszłoby skrócenie ich i wielu zdań (wielokrotnie) złożonych rozpisanie na zdania pojedyncze.

Coś, co mnie okrutnie drażniło w całości, to wyraz “piwko”. Wuj Czesław, jak to zwykły człowiek, czasem pije piwo. W porządku. Tylko dlaczego wszędzie, w każdym miejscu, gdzie o tym mowa (są trzy albo cztery takie miejsca, nie pamiętam), zamiast użyć normalnie słowa “piwo”, autor wtrąca te masakryczne “piwka”? Jak do dziecka. Jakby wyraz “piwo” był grzeszny, zły i brudny i trzeba go było koniecznie złagodzić, co zamiast efektu zdrobnienia, przyniosło efekt ciut śmieszny i mnie osobiście denerwujący.

Muszę przyznać, że autor – mężczyzna – całkiem zgrabnie i trafnie opisał babską przyjaźń. Kiedy Klaudia trafia do szpitala, poznaje na sali Kaśkę, z którą się zaprzyjaźnia. Dziewczyna jest wesoła, otwarta i zabawna, a przy tym potrafi słuchać, od razu przypada Klaudii do gustu. Obie koleżanki świetnie się rozumieją, dużo rozmawiają, postanawiają utrzymać kontakt również po wyjściu ze szpitala. Kasia pomaga Klaudii zrozumieć kilka rzeczy, spojrzeć na nie z innej perspektywy, na nowo, na świeżo, co Klaudii bardzo pomaga. Plus dla autora za tę przyjaźń.

W książce znajdują się trzy ilustracje, których autorem jest Grzegorz Dziurdź. Skromne, są to właściwie szkice, klimatyczne i nastrojowe, miło współgrają z treścią – szkoda, że jest ich tak niewiele.

Na koniec recenzji zostawiłam sobie istną perełkę. “Dobre decyzje” to książka obyczajowa w pełnym tego słowa znaczeniu. Miłośnicy szybkiej akcji, strzelanin i wątków sensacyjnych, nie znajdą tu dla siebie niczego porywającego. Jako że gustuję w thrillerach, a książki obyczajowe rzadko kiedy mnie zaskakują, tutaj miałam przykład, jak jednym słowem można rzucić czytelnika na kolana.

Autor zaskoczył mnie końcówką. Zostałam zmiażdżona, zdruzgotana i powalona na obie łopatki jednym tylko, jedynym słowem, które w kontekście całości zawiera w sobie tak mocno emocjonalny ładunek, że przez dłuższy czas po prostu się w nie wpatrywałam. Analizowałam, co ono oznacza. Dla książki, dla Klaudii, dla całości opisanej historii.

Być może opowieść o Klaudii i jej bliskich nie jest jakaś wybitnie wyjątkowa na tle innych, ale niesie ze sobą wiele uniwersalnych wartości takich jak przyjaźń, zaufanie, przebaczenie, o których warto pamiętać. Pomimo upływu czasu i zmian, jakie zachodzą na świecie, wszechobecnej komercji i gonieniu za sukcesem oraz karierą, wartości te się nie zmieniają. Zawsze będą ważne i bezcenne i nigdy nie da się ich kupić. Przetrwają tylko wówczas, kiedy o nie zadbamy.

“Dobre decyzje” polecam fanom literatury obyczajowej. Z pewnością polubicie Klaudię i chętnie będziecie jej towarzyszyć w podejmowaniu przez nią życiowych decyzji.

*za książkę dziękuję autorowi
**opinia również w portalu lubimyczytac.pl

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.