Tag Archives: E-bookowo

“Hotel Vitam Aeternam” Krzysztof Swoboda

Lubię historie nietuzinkowe, podszyte horrorem, właśnie takie, jaką jest “Hotel Vitam Aeternam”. Jest to krótka książka (169 stron) czy może raczej opowiadanie, takie akurat do przeczytania w kilka godzin, w jeden weekend lub dwa wieczory.

Bohaterowie książki to młode małżeństwo, Darek i Klaudia Sikorscy, którzy wraz z przyjaciółmi wybrali się na wycieczkę w Bieszczady. Traf chciał, że Darek i Klaudia nieco się zgubili i przemoczeni oraz mocno zmęczeni, trafili do Hotelu Vitam Aeternam, którego nazwa – tak między nami – po łacinie znaczy “życie wieczne”. Dyrektor chętnie przyjął ich na jeden nocleg. Wprawdzie ceny w hotelu znacząco przekraczały budżet państwa Sikorskich, jednak z jakiegoś powodu, nie do końca dla nich jasnego, dyrektor zaoferował im apartament na szczególnych warunkach,  w cenie, jaką mogli zaakceptować. Otrzymali oni do podpisania grubą umowę, a że byli zmęczeni i marzyli tylko o odpoczynku, żadne z nich nie pokwapiło się przeczytać umowy w całości. Podpisali w ciemno i poszli spać. Cóż się okazało? Ano to, że wszelakiej maści umowy trzeba czytać dla własnego bezpieczeństwa i komfortu od początku do końca. Wyszło na przykład, że – zupełnie nieświadomie – Klaudia i  Darek nie mogą zjechać windą na niższe piętro, chyba że… wyłożą jakieś dziewięćset złotych za marne piętnaście minut pobytu na tym piętrze. Oczywiście cena rośnie wraz z niższym pietrem. To tylko jeden z wielu mankamentów owej hotelowej umowy. I wielu zaskakujących wątków książki pana Swobody.

Organizowane w hotelu specyficzne koncerty, mocno owiane tajemnicą, budzą w gościach hotelowych zarówno przerażenie, jak i  ciekawość. Za cenę własnego życia niektórzy są gotowi zrobić właściwie wszystko, nawet to, co daleko wykracza poza ogólnie przyjęte normy moralne. Klaudia i Darek na własnej skórze odczują, jak mroczny i straszny jest hotel, a także jak bezwzględny jest jego właściciel. Dolne piętra budynku, ciemne i budzące w człowieku coś znacznie silniejszego niż zwykłe przerażenie, okupowane są przez dziwne stwory, które łakną niczego więcej, jak tylko ludzkiego życia. Teren wokół hotelu aż roi się od monstrualnie zniekształconych kreatur, nie do końca wiadomego pochodzenia, okrutnych i spragnionych świeżej krwi.

W końcu do Sikorskich dociera fakt, że z hotelu po prostu nie można się wydostać. Początkowo kompletnie tego nie rozumiejąc, później robią wszystko, by jednak z niego uciec. Będą musieli zaryzykować wszystkim, co mają, by podjąć walkę o własne życie i zdrowie psychiczne, przy czym nie mają gwarancji, że to będzie walka dla nich zwycięska.

Książka naszpikowana jest scenami pełnymi dynamiki i wartkiej akcji, tutaj cały czas coś się dzieje i ani na chwilę tempo akcji nie zwalnia.

“Wbiegli w las, gnając przed siebie, raz po raz potykając się o śliskie kamienie. Słyszeli za sobą głośne śmiechy i krzyki, z wielu stron, co wyraźnie sugerowało, że demoniczna grupa, która ich ściga, powoli, ale sukcesywnie, zaciska pętlę wokół szyi Sikorskich”.

Nie brakuje scen mrożących krew w żyłach, kiedy to bohaterowie uciekają ile sił w nogach, przed dziwacznymi, zdeformowanymi stworami, ni to ludźmi, ni to potworami, które marzą tylko o tym, by ich schwytać. Czujemy dreszcz obrzydzenia czytając o tym, jak owe stwory wyglądają, czujemy lęk, kiedy wyciągają ręce po naszych bohaterów. Ciarki nas przechodzą, kiedy uchem wyobraźni słyszymy wydawane przez nich dźwięki, a sugestywne opisy wrzasków i krzyków przywodzą na myśl odpychające sceny z najstraszliwszych horrorów, jakie czytaliśmy lub widzieliśmy.

“Poczuł na sobie zirytowane spojrzenie pary żółtych oczu. Czuł, że żrący go ból dociera już do nadgarstka. Kątem oka widział, jak blask światła, wylewający się z z wielkiej studni, zaczyna blednąć, aby po chwili zupełnie znikać. Otaczały go ciemności, gdzie najjaśniejszym punktem były ślepia jego oprawcy”.

Jednocześnie obok scen prosto z otchłani piekieł, autor zadaje zwykłemu śmiertelnikowi podstawowe pytanie: czy chciałbyś żyć wiecznie? A jeśli tak, to czy za życie wieczne jesteś w stanie zapłacić każdą cenę? A jeśli ci się nie spodoba i nie będzie odwrotu? Czy gra jest warta ryzyka? Chyba każdy człowiek, przynajmniej raz w życiu, zadał sobie kiedyś podobne pytanie. I większość z nas zapewne nie odpowiedziała na nie do końca. Bohaterowie książki zostali niejako postawieni przed faktem dokonanym, nikt nie pytał ich o zdanie, choć kto wie, jak by postąpili, gdyby zapoznali się z umową, którą do podpisania podsunął im dyrektor Hotelu Vitam Aeternam…

Do książki wkradło się trochę literówek i kwiatków stylistycznych, ale nie utrudniały one jakoś szczególnie czytania. Książkę czyta się dobrze i szybko, choć miałam wrażenie, że niektóre dialogi brzmiały nieco sztywno i sztucznie. Nie podobało mi się, że Klaudia wielokrotnie zwracała się do męża per “debilu” – ogólnie bardzo nie lubię tego słowa, jest obraźliwe i niesprawiedliwe w każdym chyba możliwym użyciu, a już nazwanie tak osoby bliskiej, wychodzi mi poza ramy zwykłego zachowania pomiędzy ludźmi, kultury i paru innych rzeczy.

“Hotel Vitam Aeternam” to dobrze napisane opowiadanie grozy, lekkim piórem, ciekawie i zaskakująco. Zakończenie sprawiło, że przeszły mnie dreszcze i jeszcze raz przejrzałam w myślach całość akcji, a potem długo zastanawiałam się nad końcówką, rozmyślając nad tym czy to, co zrobił bohater było właściwe. I jak ja bym postąpiła na jego miejscu… Zakończenie pozostaje na długo w pamięci, mocne i wstrząsające, gwarantuję.

Polecam miłośnikom horroru i powieści grozy, tym, którzy lubią ten dreszczyk przerażenia, jaki towarzyszy nam podczas czytania tego typu książek. Warto nadmienić, że książka ta to debiut Krzysztofa Swobody – według mnie całkiem udany i chętnie jeszcze sięgnę w przyszłości po kolejne pozycje autora.

*recenzja ukazuje się w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

**cytaty pochodzą z książki

“Z poczwarek w motyle” Patrycja Żurek

Słyszałam sporo dobrego o tej pozycji i kiedy tylko pojawiła się okazja do przeczytania książki, natychmiast się zgłosiłam.

“Z poczwarek w motyle” to historia dwóch przyjaciółek: Zuzanny i Sylwii. Kobiety nie widziały się przez kilka lat, a ich kontakt ograniczał się do maili. Zuzannę poznajemy w kiepskim okresie jej życia, kiedy dręczy ją głęboka depresja, kiedy wydaje jej się, że życie nie ma sensu, a do tego męczona przez silne, uporczywe migreny, nie widzi dla siebie żadnej przyszłości. Przy życiu trzyma ją mały synek i mąż Paweł, choć Zuzanna nie jest już pewna, czy nadal kocha tego drugiego. Sylwia, szczęśliwa żona Andrew, zakochana mocno w swoim mężu, pogodna i choć skrywa w sercu straszną tragedię, potrafi cieszyć się życiem i patrzeć optymistycznie w przyszłość. Wraz z mężem od kilku lat na stałe mieszka w Niemczech.

I pewnego dnia niespodziewanie Sylwia staje w drzwiach Zuzanny. Zamiast wesołej, ładnej dziewczyny, którą pamięta, widzi zaniedbaną kobietę, z przetłuszczonymi włosami, z papierosem w ustach, zmęczoną życiem i codziennością, załamaną, kompletnie niepodobną do Zuzy, którą Sylwia znała kiedyś. Usiłuje pomóc przyjaciółce, wbrew temu, co myśli ona sama, zapisuje ją na badania, namawia na psychologa. Mimo początkowej niechęci i wrogiego wręcz nastawienia, Zuzanna przystaje na propozycję Sylwii i uczy się korzystać z jej pomocy. Wkrótce się zmienia, podejmuje decyzje, które – być może – zaważą na całym jej życiu i na jej przyszłości. Niestety na wcześniejszym zachowaniu Zuzanny bardzo ucierpiało jej małżeństwo. Czy teraz, po tak długim czasie, będzie je mogła odbudować? Czy pomiędzy Zuzanną a Pawłem istnieje jeszcze uczucie? Jakaś więź? Czy może razem trzyma ich już tylko dziecko?

Sylwia zdaje się być niepodzielnie szczęśliwa w swoim życiu, ale okazuje się, że i ona ma za sobą traumatyczne przejścia, których nie sposób zapomnieć i z którymi musiała się oswoić i nauczyć żyć. Ogromne wsparcie ze strony Andrew, silna wola i chęć przetrwania, dały jej siłę do podniesienia głowy i optymistycznego spojrzenia w przyszłość. I tego się trzyma, tak właśnie stara się postępować, na przekór losowi.

Nie polubiłam Zuzanny. Zachowuje się ona jak chorągiewka na wietrze, co pięć minut zmienia zdanie, co chwilę uznaje, że coś zrobi inaczej niż dopiero powiedziała lub postanowiła. Na wyciągniętą dłoń przyjaciółki reaguje warczeniem i wulgarnością. Nie widzi w sobie wad, a kiedy ktoś jej je pokazuje, traktuje go jak wroga. Dopiero później sobie to uświadamia, ale z początku zachowuje się jak narkoman, którego ktoś zmusza do leczenia. Zupełnie jakby sama z siebie robiła męczennicę. Wiecznie narzeka na ból głowy, ale nie robi nic, by choć zdiagnozować, skąd owe bóle pochodzą. Jęczy, że wszystko idzie nie po jej myśli, ale nawet nie stara się zmienić samej siebie, swojego podejścia do syna, do męża, do życia. Zresztą sama przyznaje, że nie była w porządku:

“Ja byłam rozkapryszona i wiecznie miałam focha”.

Dopiero silne potrząśnięcie Zuzanną daje nadzieję na to, że coś się zmieni. Dopiero wówczas ona sama zaczyna robić coś, by zmienić własne życie i życie swoich bliskich.

Polubiłam natomiast Sylwię, ciepłą, dobrą, szczodrą, o pięknym sercu. Sylwia robi wszystko, co tylko może, by pomóc przyjaciółce, angażuje w to nawet jej męża, rozmawia z nim, ustala wizyty u lekarzy. To ona wysłuchuje żalów i płaczu Zuzy, kiedy ta się załamuje, ona wisi godzinami na telefonie, ona przyjeżdża na jedno jej zawołanie. Jest naprawdę dobrą i oddaną przyjaciółką.

“Z poczwarek w motyle” to powieść obyczajowa. Nie ma w niej szybkich zwrotów akcji, ani wątku kryminalnego. To powieść o przyjaźni, o zdradzie, o przebaczaniu, o miłości, o życiu. Z pewnością porusza sporo ważnych problemów, o których chętnie przeczytają miłośnicy wątków obyczajowych. Mnie – przyznam szczerze – za mocno nie porwała. Od strony technicznej brakuje jej chyba więcej pracy nad treścią, ponieważ ma potencjał i zawiera w sobie ciekawy pomysł. No i z pewnością porusza ważne życiowe kwestie. Jednak – moim zdaniem – wymaga dopracowania, zwłaszcza w zakresie dialogów, które często są chaotyczne, często wręcz beznamiętne, brakuje mi w nich opisu zachowania bohaterów, bo przecież nikt nie rozmawia stojąc, czy siedząc bez ruchu. Podczas rozmowy gestykulujemy, podnosimy głos, chodzimy, robimy coś z rękami, zmieniamy pozycję, tutaj tego nie ma. No i kompletnie nie pamiętam (lub tego nie doczytałam), jak wyglądają poszczególni bohaterowie.

Jednak to, co najbardziej mnie w książce drażniło, to narrator. Osobiście nie przepadam za książkami pisanymi w pierwszej osobie, ale jak już zacznę czytać, to przywykam. Niestety tutaj mamy trzy postacie, między którymi przeskakujemy co rozdział i za każdym razem czytamy dalej w pierwszej osobie z punktu widzenia kogoś innego. Mnie osobiście strasznie wytrącało to z rytmu czytania, przeszkadzało się skupić i odbierało przyjemność z lektury. Nadmieniam jednak, że nie postrzegam tego jako wady książki, to tylko taka moja osobista dygresja.

Miejscami książka brzmi jak pamiętnik nastolatki, a z pewnością nie jest raczej kierowana do młodzieży. Chwilami bywa wulgarna, ale ostatecznie prawdziwi ludzie również bywają wulgarni, więc nie jest to jakiś rażący motyw. No i muszę to napisać: strasznie mi się nie podobało nazwanie zmarłego niemowlęcia “Białą Panią”. Sama też jestem matką i nigdy nie nazwałabym w taki sposób zmarłego dziecka. Kruszynką, aniołkiem, maleństwem, córeńką, dzieciątkiem – tak, ale nigdy Panią.

W paru miejscach w dialogach pojawiały się zdania, których nie lubię w powieściach, bezosobowe ujęcia tego, co mówi bohater, w stylu:

“- To był twój obowiązek zadbać o niego – pogardliwie, z ironią”.

Wolałabym jednak wtrącenie, że “pogardliwie powiedział, stwierdził, warknął, syknął”, itd. W wielu miejscach błędnie są postawione przecinki, zdarzało się, że wyrazy miały złą końcówkę, co zupełnie potrafiło zmienić sens zdania – to wszystko to jednak raczej wina korekty, a nie samej autorki.

Ogólnie myślę, że książka może się spodobać każdemu, kto lubi klasyczne pozycje obyczajowe, a gdyby autorka popracowała dłużej nad treścią, nad dialogami, to miałaby szansę stać się powieścią bardzo dobrą. No i może dla takiego miłośnika powieści sensacyjnych i thrillerów, jakim jestem, mogła być przez te niedociągnięcia mniej wciągająca.

– wszystkie cytaty pochodzą z książki,
– za możliwość przeczytania powieści dziękuję Autorce oraz akcji PNGiSAM

 

“Poznać prawdę” Marta Grzebuła

“Wreszcie”, pomyślałam, kiedy zaczynałam czytać książkę pani Marty. Już dawno chciałam przeczytać coś tej autorki, zapoznać się z jej stylem, z jej powieściami.

Bohaterkami książki “Poznać prawdę” są dwie przyjaciółki: Amanda i Basia. I mimo, że wokół nich nie brakuje innych postaci, to te dwie wyróżniają się na tle powieści i to z nimi zaprzyjaźnimy się najmocniej podczas czytania.

Poznajemy Amandę w momencie, kiedy porzuca ją chłopak, a robi to w chwili najmniej dla dziewczyny odpowiedniej, zostawiając ją zrozpaczoną, załamaną, przerażoną. Nieoceniona pomoc Basi pozwala Amandzie pozbierać się i iść dalej, stawiając czoła problemom i przeszkodom, które nagle się pojawiły.

“Życie jest jak róża, choć piękne, to pełne kolców”.

Basia jest młodą wdową, która samodzielnie wychowuje synka Adasia. Obie kobiety, związane ze sobą mocno więzami przyjaźni, wspierają się w trudnych chwilach, zawsze mogą liczyć jedna na drugą, pozostają ze sobą w kontakcie każdego dnia, jeżdżą wspólnie na wakacje. O takiej przyjaźni marzy pewnie większość kobiet, by była obok nas ta bratnia dusza, która zawsze, w miarę potrzeby, wysłucha naszych zwierzeń, wpadnie na kawę, przytuli, porozmawia, czy nawet pomilczy razem z nami. Dziewczyny są dla siebie ogromnym oparciem i kiedy na jedną z nich spada nieszczęście i choroba, druga czym prędzej śpieszy z pomocą. I nawet jeśli niewiele da się w danym momencie zrobić, to po prostu jest obok, trzyma za rękę, wspiera przyjaciółkę swoją obecnością.

“Nie budujesz niczego na zgliszczach, lecz na doświadczeniu”.

Muszę przyznać, że pięknie pani Marta opisała tę przyjaźń. Niby wiemy, jak to powinno wyglądać, wielu z nas pewnie podobnej przyjaźni doświadczyło i doświadcza nadal albo doświadczy w przyszłości, ale przyjaźń w książce jest tak mocno nacechowana emocjami, że aż trudno to opisać teraz zwykłymi słowami. Jest szczodra, ciepła, poruszająca i szczera. Nie ma sytuacji, w której jedna z kobiet nie wsparłaby drugiej, czy to rozmową, czy gestem, czy też samą swoją bliskością. Są sobie nawzajem bliższe niż niejednokrotnie bliskie byłyby rodzone siostry. Jedna wspiera drugą, cieszy się z nią, kiedy ta jest szczęśliwa, płacze, gdy przyjaciółka jest smutna bądź zrozpaczona albo gdy spotyka ją jakaś przykrość czy nieszczęście.

Oczywiście poza Amandą i Basią, przez karty powieści przewijają się też inne osoby. Osobiście bardzo polubiłam pana Henryka i jego żonę Martynę, bezdzietne małżeństwo, do którego dziewczyny regularnie jeżdżą na urlop, a którzy traktują je obie jak córki, których los im nie dał, a ich dzieci jak najukochańsze wnuki. Pomiędzy starszym małżeństwem a obiema kobietami rozkwita przyjaźń i miłość tak wielka, jaką tylko dzieci mogą darzyć rodziców, a rodzice swoje dzieci. Pana Henryka nie dało się zresztą nie polubić. Emerytowany ratownik medyczny, z głową pełną pomysłów i zabaw, a przy tym rozsądny i ciepły – cudowny człowiek, czuły i wielkoduszny.

W książce nie brakuje miłości, zarówno tej przyjacielskiej, jak i romantycznego uczucia pomiędzy kobietą i mężczyzną, jednak – na moje szczęście – nie jest to miłość pokazana cukierkowo, lepko i ckliwie. Przeciwnie: jest czuła, piękna i bliska, a książki na pewno nie można nazwać romansem. Mimo piękna tych uczuć, wraz z bohaterkami i bohaterami, spotkamy się też tutaj z uczuciowymi pomyłkami oraz kłodami rzucanymi pod nogi przez samo życie. Język powieści, prosty i nacechowany ciepłem sprawia, że książka nie jest ciężką, bardzo poważną lekturą, a przyjemną, obyczajową opowieścią o dwóch przyjaciółkach i otaczającej ich rzeczywistości. Nie znajdziecie tu szybkiej, zawrotnej akcji, elementów sensacji, czy kryminału, ani nawet dynamicznych zwrotów wydarzeń. To powieść dla tych, którzy chcą odpocząć, zrelaksować się, poczytać o losach przyjaciółek, właściwie jest to idealna lektura na lato dla wielbicieli obyczajowych historii, tych bardzo poważnych i tych mniej, myślę, że raczej dla kobiet i dziewcząt niż dla mężczyzn. Warto po nią sięgnąć, bo porusza ona ważne życiowe problemy, pokazuje piękno przyjaźni i wartość bliskości drugiego człowieka, daje nadzieję na to, że to cudowne zjawisko, jakim jest prawdziwa i serdeczna przyjaźń, nadal może istnieć. Natomiast prawda powiedziana prosto w oczy – choć często pewnie jest posunięciem ryzykownym – potrafi, wbrew pozorom, przynieść wiele dobrego.

“(…) prawda to nie panna młoda, nie może stroić się w sztuczne piórka”.

A kto, jeśli nie prawdziwy przyjaciel, będzie potrafił powiedzieć szczerze i bez ogródek, co sobie o nas myśli? Wytknąć nam, jakie błędy popełniliśmy? I co powinniśmy zrobić, by je naprawić? Bo że niektóre z nich można i trzeba naprawić, to pewne, zwłaszcza, jeśli swoim wcześniejszym postępowaniem lub słowami, zraniliśmy kogoś, komu na nas zależało. A takie błędy naprawdę warto starać się naprawić. Bo może dzięki temu zyskamy coś wyjątkowego? Miłość? Albo dozgonną i cudowną przyjaźń. Nigdy nic nie wiadomo.

Książka mi się podobała, choć chwilami nieco drażniły mnie zdrobnienia i czułostki, ale nie ma ich w książce aż tyle, by zepsuła mi ona lekturę. Znalazło się też kilka błędów, ale tylko literówek, więc można przymknąć oko.

“Poznać prawdę” Marty Grzebuły to ciepła i wartościowa lektura, która spodoba się czytelnikom lubiącym powieści obyczajowe. Nie jest wybitnie obszerna, mnie osobiście starczyła na jeden, nieco dłuższy, wieczór.

– wszystkie cytaty pochodzą z książki,
– za możliwość przeczytania powieści dziękuję Autorce oraz akcji PNGiSAM

 

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.