Tag Archives: PNGiSAM

“Bodo i jego burzliwe romanse” Iwona Kienzler

Biografia to nie jest mój ulubiony gatunek i na ogół unikam tego rodzaju książek. Za to Eugeniusz Bodo to jeden z moich ulubionych aktorów kina przedwojennego, więc nie mogłam przejść obok nowości wydawnictwa Bellona obojętnie. Nie wiem, czy w ogóle istnieją w Polsce ludzie, którzy nie słyszeli nazwiska Bodo. Może wśród młodszego pokolenia…

W moim rodzinnym domu, za czasów, kiedy Stanisław Janicki co niedzielę zapraszał do kultowego programu “W starym kinie”, gdzie prezentował dawne filmy, przed telewizorem zasiadała cała nasza rodzina. To były właśnie cudowne filmy z Eugeniuszem Bodo, Adolfem Dymszą, Aleksandrem Żabczyńskim czy Jadwigą Smosarską. W większości komedie, ale nie tylko. Tak więc nazwiska naszych polskich, przedwojennych aktorów, znane mi są od zawsze. Teraz, kiedy za kilka dni na ekrany naszych telewizorów wchodzi serial o Eugeniuszu Bodo, również na półkach księgarń zagościło nazwisko aktora.

Bardzo byłam ciekawa życia aktora, zarówno prywatnego, jak i zawodowego, szczególnie że były to czasy, gdy film dopiero zaczynał mieć swoje pięć minut. A jednak robienie filmów w latach trzydziestych kompletnie różniło się od tego, jak to się robi dzisiaj.

str. 175 – “Od 1930 roku nastąpił w naszym kraju okres rosnącej mody na kino. Już nikt się nie wstydził, że lubi oglądać ruchome obrazki, a uczęszczanie do kina przestało być domeną prostego ludu, nikt też nie poważyłby się określić kinomanów mianem kretynów”.

Problemy, jakie napotykali ówcześni twórcy, wiązały się nie tylko z grą aktorską, ale też z dźwiękiem, który dopiero wszyscy oswajali czy z wysokimi opłatami za atelier, w których odbywały się zdjęcia. Często nie było pieniędzy na powtórki ujęć i nawet gdy aktorzy się przez to buntowali, prosząc o nakręcenie dubla, producent musiał odmawiać. Wiele razy się zdarzało, że wbrew aktorom i reżyserowi, do filmu trafiały sceny zagrane tylko tak sobie, a nie przynajmniej dobrze.

“Bodo i jego burzliwe romanse” to faktycznie książka biograficzna. Niestety dla mnie za mało jest w niej samego Bodo. Kilka kobiet, obecnych w życiu aktora, które opisała autorka, zostało tu niepotrzebnie przedstawionych aż tak drobiazgowo, od momentu swoich narodzin aż do śmierci czy zakończenia kariery. To miały być losy Bodo, a nie biografie jego kochanek. Znalazł się tu nawet cały rozdział o Poli Negri. Ponad trzydzieści stron o aktorce, żadnego praktycznie wspomnienia o Bodo. Rozdział kończy się stwierdzeniem:

str. 156 – “Ciekawe, czy gdyby rzeczywiście spotkała się z Eugeniuszem Bodo, udzieliłaby mu jakiejś rady odnośnie do warsztatu aktorskiego?”.

Nie wiem właściwie, po co ten rozdział i takie w nim gdybanie, bo sięgając po biografię poświęconą Eugeniuszowi Bodo, wcale nie miałam ochoty na czytanie o Poli Negri od chwili jej narodzin, po młodość, wszystkie filmy, w jakich zagrała, aż do jej związku z Rudolfem Valentino.

Kilka opisanych kobiet, tych, które obecne były w życiu Eugeniusza Bodo, również zostały zbyt drobiazgowo potraktowane. Wystarczyłoby spojrzenie na nie z perspektywy znajomości z Bodo. Niekoniecznie byłam zainteresowana ich dzieciństwem i początkiem kariery. Reni z Polinezji, z którą w którymś momencie swojego życia związał się aktor, jest opisana tutaj tak szczegółowo, że można by pomyśleć, iż to jej biografia, a nie Bodo. Czytamy o jej życiu, co robiła, kiedy i jak zadebiutowała, a kiedy wreszcie spotkała Bodo, dowiadujemy się, że byli razem przez rok. Troszkę później czytamy o niej i o nim, ale właściwie nie jako o parze.

Ogólnie mam okropny niedosyt informacji o Bodo. Zdaję sobie sprawę z tego, że niewiele wiemy o życiu aktora i o nim samym. Mam tylko wrażenie, że na przykład rozdział o Poli Negri, stanowił taką – nieelegancko mówiąc – zapchajdziurę. Nie interesowała mnie ani jej postać, ani jej życie. A z Bodo nie miała żadnego związku.

Eugeniusz Bodo to postać tajemnicza nie tylko przez fakt czasów, w jakich żył, ale głównie przez to, że był człowiekiem bardzo dyskretnym.

str. 201 – “(…) owa dyskrecja aktora stanowi największy problem dla jego biografów. Wszystkie związki Bodo otacza bowiem mgiełka tajemnicy (…).

Ponieważ (…) był bardzo dyskretny, a gustował w kobietach cichych i skromnych, prawdę o swoich romansach zabrał do grobu”.

Bodo przyszedł na świat w stolicy Szwajcarii, Genewie, 28 grudnia 1899 roku. Naprawdę nazywał się Bogdan Eugene Junod. Scenę od zawsze miał w genach, ale kiedy na niej zadebiutował, nie wiadomo. Wiemy jednak, że w wieku dziesięciu lat występował już na scenie teatru ojca, ubrany w kowbojski strój, zręcznie posługując się lassem. To wtedy wymyślił swój pseudonim, od pierwszych sylab swojego imienia Bogdan i matki – Doroty. Pseudonimem Bodo aktor posługiwał się do końca życia.

Autorka opisuje kiełkującą karierę aktora oraz sceny, na których występował i oczywiście jego znajomości z kobietami. I gdybym miała oceniać książkę w tym momencie, nie wypadłaby ona dobrze. Muszę jednak przyznać, że w moim przeświadczeniu, książka broni się dwoma ostatnimi rozdziałami: “Eugeniusz Bodo – aktor, producent, reżyser i celebryta” oraz “Wojenna tragedia”. To tutaj możemy przeczytać o filmach z Bodo, o współprodukcjach, z których znamy go najlepiej, bo od 1934 roku nastąpił istny kinowy wysyp filmów z Eugeniuszem Bodo.

Nie brakuje tu nawet humorystycznych wstawek z życia filmowców, choćby tej, z jakim poświęceniem i wysiłkiem starali się oni na potrzeby filmu wytworzyć sztuczny śnieg. Autorka przytacza wiele tytułów filmów z Bodo oraz scen, z których go pamiętamy. Jedyna wada tych rozdziałów, to dokładne streszczenia owych filmów, moim zdaniem zupełnie niepotrzebne, wystarczyłby zarys fabuły. Pięknie za to autorka opisuje Warszawę w przededniu wojny.

str. 286 – “Goście z tzw. prowincji, odwiedzający stolicę w owych czasach, zapewne byli zachwyceni, spacerując wieczorami po stołecznych ulicach, a zwłaszcza po Nowym Świecie, najelegantszej ulicy miasta”.

Śmierć aktora, długo owiana tajemnicą, została tutaj opisana w sposób bardzo wyczerpujący. I dopiero tu znalazłam to, czego zabrakło mi tak bardzo na przeszło trzystu stronach biografii aktora: mocny ładunek emocjonalny. Smutek, żal, pustkę… Inne sprawy z życia aktora są podane raczej bez emocji, w formie suchych faktów.

“Bodo i jego burzliwe romanse” wydało wydawnictwo Bellona. Twarde okładki i przejrzysty układ tekstu zachęcają do kupna i przeczytania książki. W środku znalazłam kilka nieznaczących literówek i niestety błąd ortograficzny, a tego się akurat u Bellony nie spodziewałam. Irytowało mnie też trochę nagminnie używane powiedzenie “co więcej”.

Reasumując, po lekturze książki mam dość mieszane uczucia. Książka mnie nie porwała, bo jak na biografię, to za mało tutaj było samego Bodo, a życiorysy jego kochanek i przyjaciółek uważam za zupełnie zbędne. Może gdyby tytuł brzmiał “Bodo i jego kobiety”, to byłoby to do zaakceptowania. Generalnie warto tę książkę przeczytać, jeśli lubiliście i lubicie Eugeniusza Bodo oraz kino przedwojenne i stare filmy. W innym przypadku możecie sobie tę pozycję darować, chyba że ogólnie mocno gustujecie w biografiach – wtedy koniecznie po nią sięgnijcie.

*cytaty pochodzą z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Siódma dusza” Andrzej Wardziak

Przyznaję, że czekałam na tę książkę dość niecierpliwie. Z zasady lubię powieści grozy i horrory, a poprzednia książka Andrzeja Wardziaka pt.: “Infekcja” bardzo mi się spodobała.

Już okładka “Siódmej duszy” buduje klimat. Samotny dom, gdzieś w otoczeniu drzew, poraniona twarz, zakrwawiony bandaż. Jest mroczna, budząca lęk i jednocześnie zastanawiająca, budzi ciekawość czytelnika, który natychmiast chce wiedzieć, co i jak się stało i w ogóle o co w tym chodzi.

Sama historia nie stanowi raczej podmuchu świeżości w literaturze grozy. Jest duży dom, jest w nim bohater – Marcin, są znajomi, których zaprosił. Kilka miesięcy temu zginął tragicznie wuj Marcina, a dom trafił w ręce rodziców chłopaka. Dalej wszystko toczy się tak, jak w amerykańskim horrorze z lat dziewięćdziesiątych w stylu “Nawiedzonego”. Alkohol i skręty, młodzi ludzie nadużywający tego i owego, a wśród nich Nadia, wyczuwająca w domu obecność czegoś dziwnego, jakiegoś bytu. Potężnego, o wielkiej mocy, niebezpiecznego, ale dziewczyna nie potrafi sprecyzować, czym to coś (czy ktoś) może być.

W domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, Marcin ma przywidzenia, widzi swoich rodziców, którzy aktualnie wyjechali w sprawach służbowych. Co najdziwniejsze, Nadia również zdaje się ich widzieć. Wkrótce młodzież odnajduje w bibliotece wuja ukryty pokój i odtąd poczucie, że w domu przebywa ktoś jeszcze, mocno przybiera na sile.

Nastrój grozy towarzyszy czytelnikowi przez cały czas, choć moim zdaniem można było uniknąć nieco niepotrzebnych dialogów. Bywa, że niektóre nie pchają akcji naprzód i są zwyczajnie jałowe.

Autor sięgnął po szereg sprawdzonych już rozwiązań, które znamy zarówno z powieści grozy, jak i z filmów, głównie horrorów amerykańskich. Jest tu więc nawiedzony dom, oczywiście stary, zagadkowy, jest pięcioro znajomych, lubujących się w imprezowaniu, jest również tajemnicza, zielonkawa mgła, halucynacje popychające bohaterów do okrutnych i dziwacznych zachowań, jest też tablica ouija do przyzywania duchów oraz dziwnie działające telefony, z których nie można się nigdzie dodzwonić. Halucynacje, które stają się wkrótce udziałem wszystkich bohaterów książki, są na tyle dla nich sugestywne, że doprowadzają samych zainteresowanych do okropnych rzeczy. A niestety oni sami nie zdają sobie nawet z tego sprawy. Stają się groźni nie tylko dla siebie, ale również dla innych.

str. 110 – “Ich spojrzenia zderzyły się, przerażenie trafiło na dezorientację. Jest telepatką – pomyślał. Wlazła mi do głowy i szepcze w niej, jakby mówiła wprost do mojego ucha. Chciał rozchylić usta i wypowiedzieć tę myśl, ale nie potrafił. Zaskoczenie było zbyt przygniatające, odbierało trzeźwość umysłu i krępowało ruchy niczym gęsta, lepka maź”.

Najbardziej spodobała mi się scena przywoływania ducha i wszystko to, co wydarzyło się potem. Tutaj właśnie akcja mocno przyspiesza, a czytelnika przenika prawdziwy, lodowaty dreszcz. Szkoda trochę, że dzieje się to dopiero około strony 190. Cała książka ma trochę ponad 230 stron i te ostatnie 40 połknęłam szybko i z ogromnym zainteresowaniem. Wcześniej oczywiście też coś się dzieje, jednak dość często natrafiałam na sceny, które mnie nużyły. Oczywiście książka absolutnie nie jest nudna, chwilami po prostu akcja nieco się wlecze, a kolejne sceny można zwyczajnie przewidzieć. Późniejsze wydarzenia obfitują w szybką akcję i gwałtowne jej zwroty, dzięki czemu czytelnik nie ma nawet czasu zastanowić się, co może nastąpić dalej i daje się książce po prostu porwać.

str. 182 – “Schody prowadzące na pierwsze piętro wydawały się długie i równie przyjazne, co droga wiodąca na stryczek. Z ich osadzonego w mroku szczytu zdawał się wiać nieprzyjemnie zimny wiatr, ale równie dobrze mogło to być tylko wyobrażenie dziewczyny”.

Omamy i halucynacje prowadzą do dość przewidywalnego finału, choć dobrze napisanego i mimo całej swej przewidywalności – ciekawego. I akurat sam finał napisany jest oszczędnie, bez zbędnych ozdób. Autor ma lekkie pióro, dzięki czemu książkę czyta się szybko i przyjemnie. To lektura na jeden, góra dwa, wieczory, niezobowiązująca i prosto napisana. Coś dla miłośników horrorów sprzed dwudziestu lat.

str. 184 – “Jego oczom ukazał się pistolet i znany już teraz mechanizm otwierający zamaskowane drzwi, które prowadziły do najbardziej osobliwego miejsca, jakie dane mu było oglądać. Popatrzył chwilę na broń, ale wątpił, aby mogła okazać się pomocna. Wyciągnął rękę i bez zbędnych ceregieli pociągnął za wajchę”.

Co do wydania, to pozostaje ono bez zarzutu. Nie znalazłam żadnych błędów, a wyraźna i spora czcionka umila i ułatwia czytanie. Do tego wspomniana przeze mnie już okładka, intrygująca i przyciągająca wzrok fana horroru – to z pewnością dodatkowe atuty książki.

Ze swej strony mogę powiedzieć, że po lekturze poprzedniej książki autora, “Infekcji”, po “Siódmej duszy” spodziewałam się czegoś więcej. Nie mogę jednak stwierdzić, że powieść mi się nie podobała, bo naprawdę miło spędziłam z nią czas i myślę, że warto ją polecić. Tak więc polecam fanom horroru i powieści grozy. Osobiście też czekam na kolejne książki Andrzeja Wardziaka, po które w przyszłości bardzo chętnie sięgnę.

*cytaty pochodzą z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Czytanie z kości” Jakub Szamałek

Książka trafiła do mnie właściwie zupełnie przypadkowo. Zgłosiłam się po nią tylko i wyłącznie kierując się wyglądem okładki i tytułem, a kiedy przyszła, uznałam że właściwie przydałoby się poznać jakiś opis, przeczytać o czym jest i dopiero wtedy stwierdzić czy to coś dla mnie. Cóż, gapowe się płaci… Jednak w przypadku TEJ książki, był to strzał w dziesiątkę. Pochłonęła mnie od pierwszych stron, choć z początku właściwie nic takiego szczególnego się w niej nie działo. Jest coś szczególnego w stylu autora, co nie pozwala odłożyć książki na bok, a kiedy już byłam do tego zmuszona, to zwyczajnie nie przestawałam o niej myśleć. A kiedy już zaczęło się w niej dziać, to pochłonęłam ją wówczas w całości w kilka godzin.

Książka podzielona jest na dwie części, które – idąc równolegle – przeplatają się między sobą. Pierwsza, ta główna, to Veii w roku 421 p.n.e., druga – czasy współczesne, a konkretniej Anglia i Włochy 2015 roku.

Bohaterem tej pierwszej jest pewien starożytny detektyw, Leochares, który podejmuje się odkrycia tożsamości mordercy etruskiego króla. Robi to niechętnie, niestety właśnie stracił pracę, a oszczędności się skończyły. Leochares ma na utrzymaniu żonę Lamię i syna Teodorosa, dla nich robi, co może, by cokolwiek gdzieś zarobić. Z braku innych perspektyw postanawia odszukać zabójcę, zwłaszcza że zleceniodawca nie tylko już mu za to zapłacił, ale również pokrył jego długi. Leochares nie ma więc właściwie żadnego wyboru. Rusza ze swym zleceniodawcą, Aranthem, do odległego Veii.

Bohaterką drugiej części jest Inga Szczęsna, młoda pani archeolog, do której po jednym z odczytów na temat pochówku z Tarentu, odzywa się profesor Ava Bellmont z Oxfordu. Kobiety wspólnie odkrywają tajemnicę owego pochówku, wpadając na coś, co pominął poprzedni badacz.

str. 185 – “Złapał krawędź himationu. Wyczuł pod palcami coś twardego. Dziwne. Jeszcze raz przejechał palcami po ubraniu. Nie, nie wydawało mu się. Coś tam było. Rozłożył himation na ziemi, pochylił się nad nim. Biała nić. Odcinała się wyraźnie od spranej, poszarzałej tkaniny. Wyciągnął nóż, rozciął ją szybkimi, nerwowymi ruchami. Aranth stanął obok, spojrzał pytająco. Leochares nic nie powiedział, zamiast tego zaczął gwałtownie trząść ubraniem”.

Dwa morderstwa i dwa śledztwa, które dzieli blisko dwa i pół tysiąca lat. Dwa ciała, wieki dzielące dochodzenia i detektywów, za to jeden zabójca.

Leocharesowi niezbyt dobrze układa się w małżeństwie, a na dodatek właśnie stracił warsztat, który dawał chleb całej jego rodzinie. Mężczyzna czuje się staro, nie wie, co będzie teraz dla niego najlepsze. Kiedy zjawia się Aranth, Leochares wie, że drugiej takiej szansy mieć już nie będzie. Dlatego właśnie podejmuje się rozwikłania zagadki śmierci etruskiego króla. Inna sprawa, że Leochares nie lubi pozostawiać za sobą nierozwiązanych spraw.

Część o Leocharesie znacznie bardziej podobała mi się od tej współczesnej. Uważam nawet, że ta mniej obszerna – współczesna, mogłaby w ogóle nie istnieć. Z drugiej strony powieść bardzo by straciła, gdyby jej nie było. Autor miał dobry, oryginalny pomysł, który bez finału w roku 2015 mocno by zubożał. Fragmenty o Indze również czytałam z zaciekawieniem, ale nie mogłam się doczekać ponownego spotkania z Leocharesem i jego czasami. Są one o wiele dłuższe, ciekawsze i bardziej wciągające. Chociaż nie ukrywam, że patrzenie na przeszłość z punktu widzenia Ingi i profesor Bellmont, też było interesujące i trzymało w napięciu.

Cała śmietanka jednak to starożytne śledztwo w Veii i postać Leocharesa. Leochares, syn Apellesa, to bohater bardzo intrygujący. Niby zwyczajny, ale osobiście bardzo go polubiłam. Jest uczciwy, pomimo piętrzących się trudności i problemów, nie rezygnuje z obranego już celu. Mimo iż niektórzy krzywo patrzą na jego poczynania, dalej idzie naprzód, nie zwracając uwagi na spojrzenia innych. Niestety takie postępowanie przysparza mu kolejnych kłopotów i – co gorsze – kolejnych wrogów. Kraj znajduje się na pograniczu wojny, wokół jest bardzo niespokojnie, giną ludzie, przyszłość jest bardzo niepewna. Leochares nie rozumie Etrusków, ich mowy, wierzeń, przepowiedni, sam jest człowiekiem bardzo racjonalnym, choć wierny swojej wierze.

str. 175 – ” – Odkąd tu przyjechałem – Leochares wszedł mu w słowo – słyszę o przeznaczeniu zapisanym w baranich wnętrznościach. Tu znak, tam omen, a za rogiem wieszczba. Gówno mi to daje. Imienia zabójcy nie znajdę między jelitem a żołądkiem ani nie wyczytam z gwiazd. Więc zejdźmy, uprzejmie proszę, na ziemię”.

str. 180 – “Żeby zabić nudę, Leochares spytał, jaki jest sens składania próśb, jeśli wszystko jest już postanowione. Bogowie nie mogą odwrócić losu, odparł Arenth, ścierając piasek z kolejnego zwitka, ale mogą wpłynąć na to, jak dokładnie się wypełni. Znaki mówią, dajmy na to, że umrzesz we własnym łóżku, osiągnąwszy sędziwy wiek, i tak się stanie, choćby nie wiadomo co, ile by nie składać ofiar i nie zanosić modłów. Ale czy umrzesz w tym łóżku bogaty, czy biedny, czy otoczony bliskimi, czy sam jak palec, to już decyzja bogów”.

Na każdej stronie książki wyczuwa się spisek. Nawet kiedy bohaterowie jedzą wieczerzę przy ognisku gdzieś w drodze, czytelnik rozgląda się niespokojnie dookoła. Bo tutaj nigdy nie wiadomo, skąd nadciągnie niebezpieczeństwo. Nie wiadomo też właściwie czy i kto może być naszym wrogiem. Zwłaszcza kiedy – jak Leochares – nie znamy miejscowego języka. Leochares mówi tylko po grecku, jego tłumaczem wśród Etrusków jest Arenth.

Leochares jest postacią niezwykle autentyczną. Ze swoimi wadami i przypadłościami, szczery, inteligentny i dobry. I choć musi walczyć z wieloma przeciwnościami losu, uparcie idzie dalej. Czy uda mu się odkryć tożsamość zabójcy? Czy zapewni rodzinie godny byt? Czy wróci do żony i syna z dalekiego Veii?

“Czytanie z kości” to logiczna, dopracowana i bardzo wciągająca powieść o niesamowitym klimacie. Jakub Szamałek snuje skomplikowaną intrygę, pozostawiając tropy tu i tam, myląc czytelnika, dając mu szansę samodzielnego rozwikłania przynajmniej części zagadki. Lekkie pióro autora umila nam lekturę. Czytanie tej książki to po prostu przyjemność sama w sobie. Nie brakuje tu emocji, które towarzyszą nam podczas poznawania perypetii starożytnego detektywa: współczucia, lęku, szczerego smutku, ale również humoru. Bo poczucia humoru zarówno autorowi, jak i Leocharesowi, wcale nie brakuje.

str. 167 – “Jak to jest, myślał wtedy, zgrzytając zębami, że małe ptaszki ćwierkają, małe pieski popiskują, małe świnki pochrumkują, ale małe dzieci to już drą ryja, jakby je obdzierano ze skóry?”.

Humor, choć bardzo subtelny, jest tu częsty, a wynika głównie z właściwego Leocharesowi sarkazmu.

Powieść pisana jest z punktu widzenia trzeciej osoby i jak przystało na wydawnictwo MUZA, nie zawiera błędów. Duży, wyraźny druk ułatwia czytanie i warto jeszcze wspomnieć, że części z Leocharesem i Ingą zostały wydrukowane odmiennym krojem czcionki, dzięki czemu nie można się tutaj pogubić. I jeszcze to, co lubię: dość długie rozdziały zostały podzielone na krótsze podrozdziały.

“Czytanie z kości” spodoba się każdemu miłośnikowi kryminału, thrillera oraz wszelkich powieści historycznych. Jeśli nie przepadacie za wątkami historycznymi, nie zniechęcajcie się. Osobiście też ich nie lubię, nie przepadam również za starożytną Grecją, Rzymem, etc., a mimo to książka mnie porwała i zafascynowała. Warto jeszcze nadmienić, że “Czytanie z kości” to już trzecia powieść z Leocharesem w roli głównej. Poprzednie to: “Kiedy Atena odwraca wzrok” i “Morze Niegościnne”. Obie zostały nominowane do Nagrody Wielkiego Kalibru, a książka “Kiedy Atena odwraca wzrok” została wybrana głosem czytelników najlepszym kryminałem roku 2011 na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu (informacja z okładki). Nie znam jeszcze dwóch wspomnianych przeze mnie właśnie książek, ale na pewno to nadrobię.

Polecam gorąco “Czytanie z kości”, to jest jedna z tych książek, które koniecznie trzeba przeczytać, zwłaszcza że wyszła spod pióra uzdolnionego, polskiego autora. Gorąco zachęcam do lektury.

*cytaty pochodzą z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Pokłosie” – autor zbiorowy (antologia)

Na ogół trzymam się z dala od wszelkich antologii, bo szczerze mówiąc – jak dotąd – żadna mnie jeszcze nie porwała. No i nie ukrywam, że bliżej mi jednak do dłuższej formy literackiej. Tym razem się skusiłam, bo lubię sięgać po powieści grozy, no i zachęciła mnie adnotacja na okładce mówiąca o hołdzie Stephenowi Kingowi.

Na zbiór składa się siedem opowiadań pięciu różnych autorów. I choć z początku sądziłam, że chyba jednak nie przebrnę, to na szczęście antologia wybroniła się kilkoma naprawdę ciekawymi opowieściami. Ponieważ nie sposób opisać tutaj każdego z nich, skupię się na tych, które spodobały mi się najbardziej.

Mimo, że bardzo lubię powieści grozy, to tym razem najmocniej do gustu przypadło mi opowiadanie “Status Quo” Pauliny J. Król, które najmniej ma w sobie elementów horroru. Niestety niewiele mogę o nim napisać, by nie zdradzić tutaj kluczowych elementów akcji bez spoilerowania… Dwoje ludzi poznaje się przypadkiem, podczas stłuczki samochodowej. Wymieniają się numerami telefonów i następnego ranka budzą się w innej rzeczywistości. Zrozumienie tego, co się wydarzyło, nie będzie proste i na zawsze zmieni ich życie oraz postrzeganie tego, co się liczy i co jest najważniejsze. Przesycone delikatnością i jednocześnie niepewnością, nie mamy kompletnego pojęcia, co się dalej wydarzy. Końcówka zbiła mnie z nóg.

Kolejne opowiadanie, które zapadło mi mocno w pamięć, to “Death Metal” Kacpra Kotulaka. Krótkie, chyba najkrótsze ze zbioru, ale za to trzymające w napięciu od samego początku do końca, od pierwszego do ostatniego słowa. Pomysł z pewnością nie jest wybitnie nowatorski, ale styl autora pozostaje bez zarzutu, a do tego nastrój grozy wyłania się wręcz zza każdego zdania. To bardzo dobre opowiadanie, bez zbędnych opisów, zbytecznych słów, ozdobników i arabesek. Zawiera w sobie dokładnie to, co powinno i ani jednego słówka więcej. Tutaj akcja idzie naprzód z każdym zdaniem, każde słowo pcha ją naprzód, przez co nie ma tu czasu na znużenie i nudę. Opowiadanie dynamicznie i ciekawie wciąga czytelnika w temat i nie pozwala się oderwać od siebie ani na jedną chwilę. Z całego zbioru to jest z pewnością najbardziej wciągające.

str. 299 – “Tommy zasłonił uszy dłońmi. Nie chciał tego słuchać. To nie mogła być prawda. Tyle że wszystko układało się w spójną całość. Jak jakieś cholerne, mordercze puzzle. Myśli galopowały przez głowę. Czuł, jakby śnił koszmar, z którego nie sposób się obudzić, choćby nie wiadomo, jak próbował”.

“Świniak” Juliusza Wojciechowicza również dał się zauważyć. Być może głównie z tego powodu, że bohaterami opowiadania są chłopcy. A wiadomo, że dzieci postrzegają wszystko zupełnie inaczej niż dorośli i w ich oczach wiele spraw przybiera kompletnie inny wyraz i znaczenie. W ręce jednego z nich – Lucka – trafia rower. Rower dla biednego chłopaka z patologicznej rodziny, to istny skarb. Okazuje się, że TEN konkretny rower wcale nie jest taki zwyczajny, jak się kolegom z początku wydawało. Obdarzony dziwacznymi, magicznymi właściwościami, już wkrótce zaczyna swojego nowego właściciela śmiertelnie przerażać.

Te trzy wspomniane przeze mnie historie naprawdę warto przeczytać, choć jak dostałam książkę do rąk, spodziewałam się czegoś nieco innego. Nie ukrywam, że lepszego. Miałam nadzieję na coś w rodzaju “Horroru na Roztoczu” (moja opinia: http://marta.kolonia.gda.pl/connieblog/?p=2061), bardziej wciągającego, bardziej przerażającego i bardziej krwawego.

Co do samego wydania: moim zdaniem jest bez zarzutu. W książce nie znalazłam błędów, spora czcionka ułatwia czytanie, co – jako osoba gorzej widząca – baaardzo doceniam, okładka przyciąga wzrok, tytuł – jakby namazany krwią – również.

Czy autorzy, sięgając po pomysły i inspirację do samego mistrza, osiągnęli to, o czym marzyli? I czy seria opowiadań zbioru “Pokłosie” rzeczywiście jest hołdem dla Stephana Kinga? To już musicie ocenić sami. I choć osobiście spodziewałam się czegoś lepszego, to uważam, że miłośnik gatunku grozy, może śmiało po tę pozycję sięgnąć. Choćby po to, by upewnić się, że i w tym gatunku nasi rodzimi autorzy potrafią się odnaleźć. A wspomnienie nazwiska Kinga na okładce, to naprawdę bardzo wysoko ustawiona poprzeczka.

*cytat pochodzi z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Okup krwi” Marcin Jamiołkowski

Zwyczajny na pozór mężczyzna, bohater “Okupu krwi”, Herbert Kruk, mieszka w Podkowie Leśnej, gdzie wiedzie spokojne i w miarę ustabilizowane życie niezłego krawca. Spotyka się z piękną Melanią, z którą wiąże swoją przyszłość i choć skrywa pewne sekrety, wiedzie żywot przeciętnego, szarego człowieka – a przynajmniej właśnie za takiego chce uchodzić.

Jego spokój zostaje zakłócony w chwili, gdy w pracowni krawieckiej pojawia się dziwny jegomość w eleganckim wydaniu, trzyczęściowym garniturze, o dość specyficznych manierach i nietypowym wyglądzie. Przedstawia się jako Gerhard Schrödinger. Wręcza on Herbertowi kopertę, którą poleca dostarczyć w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie. Wraz z kopertą krawiec otrzymuje dość makabryczną przesyłkę. Okazuje się, że Melania została uprowadzona, a od tego czy Herbert dostarczy kopertę na czas, zależy życie dziewczyny. Zszokowany i przerażony, Herbert nie wie, jak powinien teraz postąpić. W kopercie znalazł tylko dziwną, tajemniczą płytkę, której przeznaczenia nawet się nie domyśla.

Przeszłość Herberta, tajemnicza i przesiąknięta magią, stanowi zamkniętą księgę dla jego znajomych, przyjaciół oraz dla samej Melanii. Warszawa od lat nie jest już magicznym miejscem i moce Herberta w niej nie działają. Przynajmniej tak sądzi nasz bohater. Tymczasem to właśnie do Warszawy ma trafić sekretna koperta i to w przeciągu kilku godzin. Jeśli Herbertowi się nie uda, Melania zginie. Śladem krawca ruszają wysłannicy Bractwa Miast, a niedługo później Herbert trafia w ręce wyznawców Bazyliszka. Biorąc jeszcze pod uwagę depczącą mu po piętach policję, dostarczenie przesyłki wydaje się niemalże niemożliwe. Na szczęście w drodze Herbert zyskuje paru sojuszników, między innymi detektyw Annę, która pomaga mu wypełnić zadanie.

str. 59 – “Zastanowiłem się ponownie nad Bractwem Miast. Znali mnie, śledzili, wiedzieli, czym się zajmuję i jakie mam plany. Ja o nich nie wiedziałem nic. Poza tym, że są dość zdeterminowani”.

Kiedy książka do mnie trafiła, nie miałam pojęcia, że będzie “magiczna”. Już w pierwszym rozdziale okazało się, że Herbert Kruk nie jest takim sobie zwyczajnym krawcem. Przyznaję, że początkowo mnie to zniechęciło, ale na szczęście książka okazała się na tyle wciągająca, by to moje zniechęcenie zwyczajnie zatrzeć.

Ciekawie i zupełnie nieszablonowo nakreślona fabuła sprawia, że powieść czyta się szybko i przyjemnie. Krótkie rozdziały, akcja poganiająca akcję, nieźle nakreśleni bohaterowie, prosty język z dużą dozą poczucia humoru – to zdecydowanie najmocniejsze atrybuty “Okupu krwi”. Mimo iż chwilami w książce wcale nie brakuje scen grozy, to humor, ironia i sarkazm są tu wszechobecne i bardzo się na tle akcji wyróżniają. Powieść pisana jest w narracji pierwszoosobowej, za czym osobiście nie przepadam, ale Herbert Kruk jest postacią na tyle intrygującą, że czytelnik chce wiedzieć o nim więcej i więcej, a wiedzę tę najlepiej pozyskać, jeśli poobserwujemy akcję z punktu widzenia głównego bohatera.

Herbert to postać z krwi i kości. Pełna autoironii, dystansu do samego siebie i samokrytycyzmu. Pomimo potężnych zdolności i ogromnej magicznej wiedzy, wcale nie rwie się szczególnie do tego, by z owej magii korzystać. Żyje spokojnie, pracuje jako zwyczajny krawiec i nawet jego dziewczyna nie zdaje sobie sprawy z tego, kim tak naprawdę jest mężczyzna, z którym się spotyka. A jemu wcale się nie śpieszy do wyjawiania swoich sekretów. Lubi swoje życie w takiej formie, w jakiej je prowadzi. Pojawienie się w zakładzie Schrödingera, kompletnie wywraca spokojnie życie krawca Kruka do góry nogami. Wydarzenia, które następują później, uświadamiają mu, że spokój i szarość dnia życia codziennego, właśnie się skończyły.

str. 61 – “Rzuciłem się na niego. Złapałem za szyję, ale nie natrafiłem na żaden opór. Palce zapadły się, poczułem pod nimi coś oślizłego, wijącego się, pękającego pod naciskiem. (…) rozpadał się w rękach. Na tysiące, miliony robaków”.

Spokojny i opanowany, w obliczu wszelkiego zagrożenia, Herbert stara się zachować zimną krew. I na ogół mu się to udaje. Bywają jednak chwile, kiedy jest to niemożliwe. Kruk, owładnięty Szałem Krwi, postrzega świat wszystkimi zmysłami. On go czuje, smakuje, a kolory i światła bombardują jego zmysły z prędkością myśli. Wówczas mag może bardzo wiele. O wiele więcej niż inni magowie, których spotyka w drodze.

str. 71 – “Poczułem, jak wzbiera moc. Zimno popłynęło do łokcia, ramienia i przez klatkę piersiową sięgnęło do gardła i twarzy. Zanim zrobiłem dwa kroki, lód zmroził całe ciało. Ale to nie było paraliżujące zimno. Ani usypiające odrętwienie, które zabija nieostrożnych himalaistów”.

Akcja książki jest dynamiczna i wartka, nie ma tu czasu na nudę. Napisana prostym językiem, z nietypowymi bohaterami i równie nietypową historią, wciąga i sprawia, że koniecznie chcemy wiedzieć, co będzie dalej. W tekście nie ma błędów, tu i ówdzie zaginął co najwyżej jakiś przecinek. Warsztat autora również pozostaje bez zarzutu i powieść czyta się naprawdę bardzo przyjemnie i lekko. Niektóre rozwiązania i pomysły wydały mi się na tyle nowatorskie, by nie dało się tej powieści przyrównać do żadnej innej, co – według mnie – jest jej niewątpliwą zaletą. Bo znaleźć książkę, która choć w pewnym stopniu różni się od innych i nie powiela znanych wszystkim schematów, to nie lada wyzwanie.

str. 150 – “Cofnąłem rękę i wsłuchałem się w miasto. Poczułem, jak przemawia do mnie. To było jak skarga. Jakby tysiące ludzi nagle zaczęło narzekać na zły los”.

Bardzo polubiłam głównego bohatera – za jego opanowanie, skromność, odwagę i humor. “Okup krwi” to powieść dla tych, którzy lubią w książkach powiew magii i dobrą, ciekawą, a jednocześnie niepospolitą przygodę. Warto nadmienić, że “Okup krwi” to pierwszy tom perypetii Herberta Kruka, drugi, pod tytułem “Order”, już wkrótce ukaże się na rynku wydawniczym. Polecam!

*cytaty pochodzą z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.