Category Archives: Felietony i artykuły

10 książek, które są dla mnie ważne

Do zabawy nominowała mnie Sylwia z bloga “Moje spojrzenie na kulturę”, a jeszcze wcześniej koleżanka z fb. Dzięki, dziewczyny :)

Oczywiście podchodziłam już kiedyś do tego tematu, ale jak spośród blisko dwóch tysięcy książek, które się przeczytało, wybrać tylko marne dziesięć sztuk? Nawet kiedy już się porządnie ograniczałam, to i tak wychodziło mi sporo ponad dwadzieścia. No ale jak wyzwanie, to wyzwanie. Wybrałam w końcu dziesięć i przedstawię je Wam w kolejności chronologicznej, w jakiej je poznawałam. Nie ma wśród nich książki najważniejszej, ani tej mniej ważnej. Wszystkie te, które tutaj wymieniam, w jakiś sposób wpłynęły na moje życie i na mnie samą. Każda jest szczególna, każdą cenię, egzemplarz każdej z nich mam na półce. Do niektórych wracałam już dziesiątki razy, inne przeczytałam tylko raz (na razie). No to do rzeczy.

1. “W pustyni i w puszczy” Henryk Sienkiewicz

Mam do niej szczególny sentyment. Była to pierwsza taka gruba książka, jaką przeczytałam samodzielnie. Miałam wówczas dziewięć lat, tyle samo, co Nel, bohaterka książki. Pamiętam, że byliśmy z rodzicami na wakacjach w Kołobrzegu, dorośli siedzieli w pokoju, a ja leżałam w łóżku i czytałam. Wszystko przeżywałam wraz z Nel, z politycznych zawiłości nie rozumiałam wiele, podejrzewam, że tutaj też nie różniłam się od Nel. Staś był dla mnie taaaki dorosły i odważny, a same przygody wzbudzały we mnie moc emocji, od przestrachu, po podziw, lęk, że się nie uda, smutek, że dzieci zostały same gdzieś w puszczy. “W pustyni i w puszczy” przeczytałam minimum dwadzieścia razy i nadal nie mam jej dość.

2. “Babcia Katarzyna” Andjelka Martić

“Babcię (…)” wygrzebała z półki moja mama, kiedy zapewne marudziłam, że nie mam co czytać. Myślę, że nie miałam wtedy więcej niż dziesięć lat. Od pierwszych kart czułam dreszczyk, kiedy główna bohaterka słyszała w nocy chrobotka albo kiedy wraz z przyjaciółmi obserwowała z daleka dom tytułowej babci Katarzyny. Dzieci postrzegały ją jako czarownicę, więc ja też sądziłam, że babcia jest straszna i groźna. Książka była wówczas dla mnie dziwna, trochę straszna, no i po raz pierwszy zetknęłam się tu z tematem śmierci. Po latach przeczytałam ją ponownie i muszę przyznać, że odbiór teraz jest zupełnie, ale to zupełnie inny, niż kiedyś, kiedy byłam dzieckiem. Sentyment pozostał, książka jest dla mnie szczególna. Wspominam ją z rozrzewnieniem.

3. “O chłopcu, który szukał domu” Irena Jurgielewiczowamoja recenzja

Och, nigdy nie zapomnę tych dni, kiedy czytałam tę powieść po raz pierwszy. To niezwykła książka. Jednocześnie smutna i radosna, pełna strachu i miłości, tchnie ciepłem, sercem i tkliwością. Powstała dawno temu, a mimo to, wartości, jakie porusza, są uniwersalne jak wówczas i nic się do tej pory nie zmieniło. Czytałam z wypiekami na twarzy, jak chłopiec, w imię miłości do przybranej matki, wyrusza w świat, by odnaleźć jej zaginione w czasie wojny córki. Nie wiadomo, jaka to była wojna, nie wiadomo, w jakich miastach i lasach akcja się rozgrywa – to wszystko nie ma znaczenia. Piotruś, bo tak ma na imię bohater książki, zawiera pakt z wróżką Miłoradą, która zmienia go w małego jak krasnoludek i obdarza umiejętnością porozumiewania się ze zwierzętami. Dla mnie, jako dziecka, było to coś tak niesamowitego, tak magicznego, że książka zapadła mi w pamięć i serce na tyle mocno, by po latach, podczas czytania jej córce, znowu przeżywać ją tak samo. Kocham ją miłością bezgraniczną.

4. “Szara Wilczyca” James Oliver Curwood

Ta książka nie istnieje dla mnie bez drugiej części, więc przytaczam tutaj jej tytuł wraz z drugim tomem serii pt.: “Bari, syn Szarej Wilczycy”. Cóż mogę rzec… To kolejne książki, które podkradałam mamie. W moim rodzinnym domu było wiele książek tego autora, przeczytałam je wszystkie, ale te dwie szczególnie chwyciły mnie za serce. Wielokrotnie przeżywałam przygody psa Kazana i Szarej Wilczycy. Szara Wilczyca, oślepiona przez rysia, całkowicie prawie uzależniona od swojego towarzysza oraz Kazan, mieszaniec wilka i psa husky, przemierzają wspólnie Kanadę i przeżywają całe mnóstwo przygód. Chciałam mieć takiego psa, jakim był Kazan. I najchętniej tak samo bym go wtedy nazwała.

5. “Cichym ścigałam go lotem” Joe Alex

Pierwsza książka autora, po jaką sięgnęłam, czy raczej jaką wcisnęła mi w ręce mama, twierdząc że na pewno mi się spodoba. Miałam jakieś trzynaście lat. Czy mi się spodobała? Na tyle, by wciągnąć szybko kolejne. Wszystkie, jakie mama miała w swojej biblioteczce. Równie dobrze mogłabym tutaj przytoczyć tytuły reszty kryminałów Alexa (Macieja Słomczyńskiego), bo to od nich zaczęła się moja miłość do owego gatunku. Klasycznego, prawdziwego, doskonale skonstruowanego, idealnego.

6. “Trzej muszkieterowie” Alexander Dumas (ojciec)

Pokochałam tę książkę miłością godną nastolatki. Wypożyczyłam z biblioteki i wypożyczałam jeszcze chyba z dziesięć razy, do chwili, kiedy udało mi się upolować własny egzemplarz, chyba w jakimś antykwariacie. Po raz pierwszy przeczytałam ją w pierwszej klasie liceum, w wieku piętnastu lat i od tamtego czasu wracałam do niej setki razy. Moje pierwsze zderzenie z autorem i pierwsza książka historyczna. Wprawdzie nie zapałałam miłością do powieści historycznych, ale ta książka, wraz z kontynuacjami – “W dwadzieścia lat później” i “Wicehrabia de Bragelonne” – to moje skarby najdroższe.

7. “Zielona mila” Stephen King

Nie była to moja pierwsza książka Kinga. Ani ostatnia. Ale powieść połknęłam w jedną noc. Pamiętam tę noc. Jak siedziałam na łóżku i chłonęłam stronę za stroną. Niesamowita powieść, niesamowite postaci, niezwykła książka. Chyba nie potrafię wyrazić słowami, jak mocno mnie zachwyciła i jak silnie mnie wzruszyła.

8. “Wyznania gejszy” Arthur Golden

Nie ma chyba wśród czytaczy osób, które nie słyszałyby o tej książce. Nie wiem, czy w ogóle znajdzie się ktoś, kto jeszcze jej nie czytał. Nietuzinkowa opowieść napisana w oparciu o prawdziwe życie japońskiej gejszy, Mineko Iwasaki. Cudownie przedstawione realia wschodu, tamtejsze zwyczaje, tamte czasy. Uwielbiam wracać do tej powieści, to książka, podczas czytania której zapomina się o całym świecie i nie sposób jej tak po prostu odłożyć. Trzeba czytać dalej, nawet jeśli czytamy ją już po raz piaty i dobrze wiemy, co się dalej wydarzy.

9. “Złodziejka książek” Markus Zusak moja recenzja

Cóż. To jest powieść, o której nie potrafię ładnie opowiedzieć. To jedna z najcudowniejszych książek na świecie. Najwspanialej napisana, najpiękniej przedstawiona, niesamowita i niezwykła. To książka, której nie sposób zapomnieć. Nie da się. Ona zapada w pamięć, serce i zmysły i zostaje tam na całe życie. Zmienia w człowieku coś głęboko w duszy. Na zawsze.

10. “Cięcie” Veit Etzold moja recenzja

Może dziwny wybór wpisywać na tę listę książkę tego rodzaju. “Cięcie” to mocny thriller, brutalny i chwilami przerażający. Już wcześniej lubiłam thrillery, ale ta powieść podniosła poprzeczkę bardzo wysoko i teraz każdą książkę tego typu, automatycznie porównuję do tej. I nieustannie poszukuję takiej, która będzie lepsza w tym gatunku od “Cięcia”. Mocniejsza, bardzo mroczna, która jeszcze silniej mną potrząśnie.

Tak wygląda moja lista 10 książek, które są dla mnie ważne. Myślę, że dziesięć lat temu wyglądałaby ona inaczej, choć te pierwsze powieści na pewno by na niej zostały. Może za kolejnych dziesięć lat ta lista nieco się zmieni, nie wiem, ale chętnie porównam :)

Książki mojego dzieciństwa

Czy pamiętacie, co czytaliście będąc dziećmi? Jakie książki towarzyszyły Wam w długie, zimowe wieczory? Jaka była Wasza pierwsza samodzielnie przeczytana książka?

Ja pamiętam.

Książki towarzyszą mi przez całe życie. W wieku sześciu lat już płynnie czytałam, pamiętam, jak w zerówce czytałam dzieciom na głos opowiadania z “Elementarza” Falskiego i jak nauczycielka zawsze zachęcała innych, by również starali się czytać samodzielnie. Nie pamiętam chwili, kiedy zaczęłam czytać, a moja mama na to pytanie wzrusza tylko ze śmiechem ramionami. Opowiada, że kiedyś była zajęta, a ja podczas obiadu lubiłam, kiedy mi czytała. No i któregoś razu na moje jęki i marudzenie odpowiedziała niecierpliwie: “Naucz się wreszcie czytać”. Z dalszej opowieści wynika, że po prostu tak się stało, ale żadna z nas nie pamięta szczegółów.

Pierwszą książką, jaką przeczytałam samodzielnie, było opowiadanie Andrzeja Grabowskiego (jednego z moich ulubionych pisarzy dzieciństwa) pt.: “Reksio i Pucek”. Coś wtedy idealnie dla mnie, dla dziecka od zawsze marzącego o własnym psie. Reksio i Pucek to historia dwóch szczeniaków, które poznają świat, myślę, że większość dzieci ją znała, ponieważ weszła chyba do kanonu lektur tamtych czasów i po prostu każdy ją czytał. Inna sprawa, że książeczka jest prosta i bardzo zabawna, a same psy dość głupiutkie, jak to szczenięta, przeżywają różne śmieszne przygody i sprawiają mnóstwo kłopotów. Nigdy tej książki nie zapomnę, jest tą, która odkryła przede mną cudowny świat książki.

Pierwszą lekturą, jaką pamiętam ze szkoły podstawowej, były “Przygody Filonka Bezogonka” Gosty Knutsson. Czytywałam ją już leżąc w łóżku, przeżywając wraz z małym kociakiem jego przygody i wierzcie mi, były to fantastyczne i niesamowite historie.

Jakiś czas później jęczałam mamie, że nie mam co czytać. Mama wygrzebała z półki na samej górze grubą, małą książkę i dała mi mówiąc, żebym spróbowała przeczytać ze trzy pierwsze rozdziały. Zachwyciłam się i w późniejszych latach wracałam do niej wiele razy. Dzisiaj czytam ją córce. Mowa o “Dzieciach z Bullerbyn” Astrid Lindgren. I choć do innych książek autorki nie zapałałam nigdy miłością, ani nawet zbytnią sympatią, to “Dzieci (…)” odwiedzałam z prawdziwą i szczerą radością. Do dziś widzę oczami wyobraźni golusieńkiego Lassego siedzącego na kamieniu i grającego balladę na grzebieniu :)

A później odkryłam bibliotekę w szkole. Och, to był po prostu raj! Masa książek w jednym miejscu, tyle naraz i wszystkie dostępne natychmiast, od razu zaczęłam przesiadywać w niej na każdej długiej przerwie, a niedługo potem zaangażowałam się w pracę w bibliotece. Godzina wśród książek po lekcjach lub w czytelni, to była moja norma każdego prawie dnia. Tutaj właśnie wygrzebałam z półki wspaniałą “Cudowna podróż” Selmy Lagerlof, o zmniejszonym chłopcu podróżującym wraz ze stadem dzikich gęsi, poznającym ich życie i przygody, czasem wesołe, czasem smutne. Ta książka zaczarowała mnie bardzo głęboko, choć nie należała do wybitnie wesołych i beztroskich.

Również z biblioteki szkolnej przyniosłam jedną z moich najukochańszych książek – nie tylko dzieciństwa – “O chłopcu, który szukał domu” Ireny Jurgielewiczowej. To książka magiczna ze wszech miar. Żeby się nie powtarzać, przytoczę fragment recenzji, którą napisałam jakiś czas temu:

“Jak większość książek dla dzieci, ta również kończy się dobrze, ale wierzcie mi, nie jeden raz będziecie mieli łzy w oczach… Nie raz ściśnie się Wam żołądek i nie raz chwyci Was coś za serce. To piękna książka. I mimo, iż ma już swoje lata (została napisała w roku 1947), to pokazuje, że pewne wartości nigdy się nie zestarzeją, niezależnie od tego, w jakich czasach i w jakich realiach przyjdzie nam żyć. A to przecież bardzo ważna nauka dla naszych dzieci.”

Magia tej powieści, przy której zapominałam o całym świecie, sprawiła, że zapisałam się do biblioteki publicznej, bo ta szkolna przestała mi już wystarczać. A później była “Karolcia” i “Witaj, Karolciu” Marii Kruger, którą do dziś czytam z takim samym zachwytem, tym razem już mojej blisko siedmioletniej córce, “Babcia na jabłoni” Miry Lobe, z humorem, ale i piękną puentą, no i oczywiście “Doktor Dolittle i jego zwierzęta”. Wiecie, że marzyłam o tym, by tak jak doktor Dolittle, móc rozmawiać ze zwierzętami? Mało tego, nie tylko o tym marzyłam, ale przez jakiś krótki moment, miałam nawet nadzieję, że to możliwe. O doktorze opowiadałam wówczas w klasie, jako o swojej ulubionej książce.

W swoje pierwsze wakacje, miałam wtedy chyba z osiem lat, wygrzebałam z maminej biblioteczki powieść Andjelki Martić pt.: “Babcia Katarzyna”. Nie pytałam, czy mogę, po prostu zaczęłam czytać uznając, że skoro to jest o jakiejś babci… Przyznaję, że trochę mnie ta książka przestraszyła. Chyba bałam się podobnie jak główna bohaterka, tej obcej “babci”, która niczym czarownica miała czarnego kota i pewnie parała się czarną magią. To była pierwsza książka, w której zetknęłam się ze śmiercią. Tę końcową, ostateczną scenę z uśmiechniętą babcią Katarzyną, mam wyrytą w pamięci i zostanie ona tam pewnie do końca mojego życia. Podobnie jak krótka, ale wielce wzruszająca opowieść “O psie, który jeździł koleją” Romana Pisarskiego – pierwsza książeczka, przy której płakałam jak bóbr i podczas czytania której zrozumiałam dokładnie, co to znaczy wzruszyć się opowiadaniem. Tak ogromnie pokochałam tego psa, że nie mogłam się pogodzić z zakończeniem. Tak naprawdę chyba do dziś nie mogę.

Ostatnią książką, o której chcę wspomnieć w tej skromnej podróży do literatury mojego dzieciństwa, jest “W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Dlaczego? Ponieważ jest to pierwsza poważna lektura, po jaką sięgnęłam i przeczytałam od początku do końca, z otwartą niemalże buzią, zafascynowana przygodami dzieci. Miałam wówczas dziewięć lat. Tyle, co Nel. Staś był dla mnie wtedy bohaterem nad bohaterami, taki mądry i odważny, taki doskonały 😉

I tak sobie myślę, że gdyby nie te wszystkie książki, które wymieniłam, moje ulubione, z lat dziecinnych, do których już nie raz i nie dwa wracałam, to chyba nie byłabym dzisiaj tą osobą, którą jestem. Światy, w które zabrały mnie te książki wtedy, te trzydzieści lat temu, będące niczym Narnia za drzwiami szafy, ukształtowały moją miłość do książek. Dzisiaj nie wyobrażam sobie bez nich życia, bez czytania, bez pisania, siebie samej bez nich. Przeczytałam w życiu ponad dwa i pół tysiąca książek, wielu tytułów już nie pamiętam, wielu bohaterów i wielu miejsc, w których rozgrywała się akcja, również nie. Niektóre z nich przychodziły i odchodziły, zostawiając strzępki informacji, jakieś fragmenty przygód i przeżyć. Jednak tych kilku z lat dzieciństwa, nie zapomnę nigdy, bo to jest mój świat, moje wspomnienia, jedne z najpiękniejszych. Zdaję sobie sprawę, że większość dzisiejszej młodzieży, wychowanej często na książkach o Harrym Potterze, nie doceniłaby pewnie tamtych – dość skromnych – książeczek. I nie zrozumcie mnie źle, nie mówię tego w negatywnym tego słowa znaczeniu, bo uwielbiam Pottera, zarówno książki, jak i filmy i bardzo lubię do nich wracać i czytać znowu i znowu, ale książki z tamtych lat były dla mnie magiczne w zupełnie inny sposób. Moje pokolenie nie miało gier komputerowych, nie było wtedy takich “wypasionych” filmów jak dziś, a wolny czas spędzaliśmy głównie na dworze. Wymyślaliśmy własne historie, rzadko kiedy inspirowane filmami czy grami. I te wieczory, kiedy mama goniła już do łóżka… Mówiła, że mam jeszcze godzinę dla siebie, podczas której mogę robić, co chcę. A ja czytałam. I zawsze było mi mało. A kiedy gasło światło, na szczęście była jeszcze latarka. Pod kołdrą czekał na mnie zaczarowany świat zapisany na kartach książek… Cudowny, fascynujący, doskonały. Totalnie i fantastycznie magiczny…

*artykuł inspirowany pomysłem akcji PNGiSAM

 
 

Dzieci też czytają!


Kilka lat temu napisałam artykuł poświęcony czytaniu dzieciom (http://marta.kolonia.gda.pl/connieblog/?p=1361), o zaletach czytania i o jego pozytywnym wpływie na rozwój dzieci. Moja córka chodziła wówczas na cotygodniowe spotkania w naszej osiedlowej bibliotece pt.: “Bajeczki-czytaneczki”. Były to godzinne spotkania dzieci z pedagogiem, na których pani prowadząca czytała dzieciom opowiadanie lub fragment książeczki, a potem dyskutowała z nimi o treści, a dzieci wykonywały przeróżne prace plastyczne związane z danym tematem. Jestem redaktorem naczelnym portalu osiedlowego i pomyślałam wtedy, że warto byłoby o tych spotkaniach w portalu napisać. Wybrałam się na jedne z zajęć, zrobiłam kilka zdjęć, napisałam artykuł i do dziś chętnie go przytaczam tu i tam pokazując, że jednak dzieci czytają, lubią książki i tak naprawdę tylko od nas, rodziców zależy, czy tę miłość im zaszczepimy, czy też nie.

Mam takie śliczne zdjęcie, na którym moja córka ma raptem cztery miesiące. Trzyma w rękach książeczkę w twardych okładkach – “Sójkę” Brzechwy. I ogląda. Ledwie była w stanie cokolwiek w tych małych paluszkach utrzymać, a ja jej wsunęłam w ręce właśnie książkę. I to był ten jej pierwszy raz, kiedy samodzielnie oglądała książeczkę. Zanim ukończyła roczek, lubiłam kłaść ją na łóżku, siadać obok z książką i czytać jej wierszyki. I też był to wtedy Brzechwa, “Sto bajek”. Uwielbiała to. Buzia sama jej się śmiała do tych wesołych wierszyków, które czytałyśmy codziennie. Mamy zresztą tę książkę do dziś i córka nadal chętnie do niej wraca, niektóre wierszyki zna na pamięć, inne czyta już sama. Miała raptem dwa latka, kiedy założyłam jej kartę biblioteczną, w tamtym czasie biblioteka była dla niej krainą pełną magii i przygód, pełną zabawek, kolorowych kredek, bloków rysunkowych, książek i przemiłych pań. Dziś, być może już nie aż tak magiczna, nadal jest miejscem, do którego Zosia leci jak na skrzydłach, a kiedy słyszy, że będę sobie coś wybierać, jest cała w skowronkach, bo już wie, że to może potrwać nawet godzinę. Idzie wówczas do działu dziecięcego, ściąga buty, wybiera książkę, kładzie się gdzieś na wykładzinie lub rozsiada na worku sako i ogląda w nieskończoność. I czyta. I wędruje po innych światach pełnych tego niezwykłego czegoś, co dają nam książki.

Dzisiaj sięgamy już raczej po powieści dla dzieci, te prostsze i krótsze troszkę już moje dziecko nudzą. Nasi ulubieni autorzy to Grzegorz Kasdepke, Irena Jurgielewiczowa, Danuta Wawiłow, Wanda Chotomska, Maria Konopnicka, nadal Brzechwa i Tuwim oraz Holly Webb, Martin Widmark i jego seria o biurze detektywistycznym Lassego i Mai – kryminały dla dzieci. Miłością niezmienną obie darzymy książeczki z serii “Poczytaj mi mamo” i czytamy je bardzo często – z opowiadaniami z tej serii odwiedzałam dzieci z grupy mojej córki w szkole i czytałam im w ramach programu “Czytamy naszym dzieciom”. A one słuchały… Z otwartymi buziami, takie zapatrzone i zafascynowane :)

Ostatnio usłyszałam od Zosi, że trzeba kupić do jej pokoju nowe półki, bo nie ma już miejsca na książki. Powiedziałam, że może ma ich za dużo. Wytrzeszczyła na mnie oczy, kompletnie zdumiona, co też ta matka gada… “No co ty, mama, nie można mieć za dużo książek” – taką usłyszałam odpowiedź.

I dzisiaj, kiedy ktoś pyta moje dziecko, co by chciało dostać w prezencie, to na ogół odpowiada, że nową książkę, obojętnie jaką. No i może jeszcze jakiś mały zestaw Playmobil – w końcu jest zwyczajną, prawie siedmioletnią dziewczynką i musi się bawić 😉

Zdjęcia przedstawiają fragment biblioteczki mojej córki. Tylko fragment, bo po prostu zapomniałam sfotografować te książki, które leżą w szafce na dole, na półkach. Harry Potter jeszcze u mnie, ale pewnie niedługo przestawimy, bo przymierzamy się do przeczytania pierwszego tomu :)







Afera w blogosferze

Przykra jest historia z wydawnictwem Novae Res i recenzją, którą kazali oni usunąć blogerce z bloga Post Meridiem. Dlaczego? Można poczytać w necie. Ogólnie chodziło o to, że recenzentka wytknęła wydawnictwu błędy ortograficzne, od których aż roiło się w książce. Niestety z doświadczenia wiem, że korekta we wspomnianym wydawnictwie nie stoi na najwyższym poziomie. We własnym egzemplarzu sygnalnym doszukałam się ponad trzydziestu pięciu literówek i innych błędów, nie mówiąc o tych, które pewnie przeoczyłam. I mimo, iż robiłam, co mogłam, książka poszła do druku z kilkunastoma literówkami – a przecież wychwytywanie takich błędów, nie powinno należeć do mnie. Zwłaszcza, że w tekście oryginalnym niektórych w ogóle nie było…

Sprawa jest przykra dla mnie osobiście. Bo ja też mam jedną książkę wydaną przez NR, a dzisiaj czytam te wszystkie opinie na fanpage’u wydawnictwa w stylu, że “już nigdy nie kupię żadnej waszej książki” i wszelkie bojkotujące publikacje NR komentarze, to cóż… Żal :/

Kto wie, czy przez tę sytuację również i ja nie straciłam lub nie stracę paru czytelników…?

I z jednej strony rozumiem racje czytelników, bo sama również doświadczyłam kiepskiej korekty NR. Czytałam też wspomnianą recenzję i uważam, że blogerka miała wszelkie prawo wytknąć wydawnictwu te wszystkie orty. Wymagając od recenzentki usunięcia recenzji, wydawnictwo – chyba całkiem nieświadomie – ukręciło sznur na samo siebie. O wiele lepiej byłoby, gdyby po prostu przyznało się do fatalnej korekty, przeprosiło i obiecało większą staranność – rozeszłoby się pewnie wtedy wszystko po kościach. Tymczasem teraz mamy wielką aferę, na której najbardziej ucierpią autorzy książek, które ukazały się bądź mają się ukazać nakładem Novae Res.

Gdzieś kiedyś usłyszałam, że NR wydaje wszystko jak leci… Może i tak, ale na rynku wcale nie mamy aż tak dużo wydawnictw, które tak chętnie publikują debiutantów. I niestety w tej sprawie to debiutanci ucierpią najmocniej. Nie mówiąc o tych wszystkich początkujących pisarzach, którzy będą szukać wydawnictwa dla siebie i dla swojej pierwszej powieści. Trafią na stronę NR, poczytają i… odejdą. Wydaje mi się, że NR nie zdawało sobie sprawy z tego, że zarówno nakazem usunięcia recenzji oraz później (żenującym) wywiadem, tylko wykopali pod sobą dołek, sądząc że uda im się zakrzyczeć internautów i bloggerów. Niestety to niemożliwe, nie da się wygrać z Internetem. Co z tego, że recenzja została usunięta? Google i tak ją zarchiwizowało i można ją bez problemu odszukać i przeczytać. Tak więc właściwie NR nie zyskało nic, a tylko dużo straciło, a z nim debiutujący na rynku wydawniczym polscy pisarze.

Cóż, jako autorka, już dawno uznałam, że do NR nie wrócę, z różnych powodów. Najnowszą książkę wydałam w WFW i jestem o wiele bardziej zadowolona. Jednak nie zmienia to faktu, że jedna z moich książek została wydana nakładem właśnie NR, a bojkotowanie wszystkich pozycji wydawnictwa, jest również ciosem w moją powieść i krzywdą dla wielu autorów naprawdę niezłych książek. Również dla tej, od której recenzji zaczęła się cała historia. Zwłaszcza, że przecież blogerka samą książkę i młodego pisarza bardzo pochwaliła.

Gdzie cykają świerszcze…

…czyli jak widzę miejsce, w którym mieszkamy

(tekst sprzed paru lat)

… w zasadzie zimą na Kolonii panuje spokój, żeby nie powiedzieć nuda. Cisza za oknami, krótkie dni, jedynie ptaki uwijają się w karmnikach, do których wysypujemy karmę. Rudziki, sikory modre, sikory bogatki, mazurki, grubodzioby, czyżyki i wróble sprzeczają się, kto pierwszy zwinie najlepsze kąski. Dolina wygląda na opustoszałą i gdyby nie dymy unoszące się z kominów, można by pomyśleć, że mieszkańcy wyemigrowali do ciepłych krajów śladem bocianów. Bo tak naprawdę dopiero wiosną wszystko się tu zaczyna…

Pierwsze są przebiśniegi, małe i wiotkie, ze spuszczonymi główkami czekają na pierwsze ciepłe promienie słońca, w ślad za nimi przebijają się krokusy, żółte i fioletowe, ale już o wiele śmielej niż ich poprzednicy, strzeliście i prosto wędrują w górę, wyłapując ciepło i światło. A kiedy stopnieją śniegi i te pierwsze kwiaty rozkwitną, leniwie wychylają się ku słońcu śnieżniki, niebieskie i drobne, niepozorne, ale rozjaśniające szarość ziemi, dopiero co budzącej się z zimowego snu. I choć nie kwitną długo, to torują drogę tulipanom, tysiącom barw kielichów chłonących pierwszy oddech wiosny. Wtedy też zaczynają świergotać ptaki. Głośno, donośnie, z całych sił małych, leciutkich serduszek, obwieszczają, że skończyły się mrozy, śnieg i zimno. Karmnik powoli pustoszeje, sikory, wróble, rudziki, drozdy i kosy zaczynają szukać miejsca na gniazda, znosić patyki, piórka i liście. W sadzie przybywa budek lęgowych, obiecaliśmy ptakom, że każdego roku powiesimy dwie nowe – to i tak kropla w morzu potrzeb, bo ptaków jest dużo. Wróble wybrały sobie domki w pobliżu czereśni, budują gniazdo. Sikory bogatki i modre zostały sąsiadami tuż przy jabłoniach i pomagają sobie nawzajem odganiać sroki od domów. Zaczynają kwitnąć drzewa owocowe, na biało i różowo, brzęczą pszczoły, uwijając się wśród kwiatów, śpiesząc się, bo dni są jeszcze krótkie, a wieczory chłodne…

I nagle przychodzi dzień, kiedy to pijany odurzającym zapachem kwiatów bzu, opada na liście kolorowy motyl. Obok subtelnie roztaczają swą woń białe konwalie, gałęzie kaliny zaczynają uginać się pod ciężarem kremowych, jeszcze nierozwiniętych kulistych kwiatów. W budkach lęgowych rozlega się popiskiwanie młodych ptaków, dopiero wieczorem wszystko milknie. I kiedy zachodzi słońce, ptaki zasypiają, a koty wyruszają na swoje nocne eskapady, robi się zupełnie cicho. Niczym na morzu. Żadnego szumu, żadnego dźwięku, do uszu dociera tylko bicie własnego serca. I naraz, w środku tej cichej, spokojnej nocy, rozlega się piosenka słowika. Kląskanie z koron drzew nie pozwala zasnąć, ale to jest taka chwila, w której człowiek wcale nie chce spać. Przymyka tylko oczy i wsłuchuje się w piękne tony małego gardła, jedynego ptasiego śpiewaka, który nie śpi tylko po to, by podzielić się ze światem swoją piosenką, który śpiewa najpiękniej właśnie w nocy. I choć oczy się kleją, nie można się nie wsłuchać w te dźwięki, nie chłonąć ich, nie sposób opisać ich słowami, to po prostu trzeba przeżyć, usłyszeć, poczuć…

A później przychodzi czerwiec i popiskiwanie piskląt w budkach zastępuje brzęczenie chrabąszczy. Kalina pomału gubi płatki, przekwitają wiosenne kwiaty, powoli idzie lato. Długie dni, ciepłe wieczory, kiedy to za otwartymi na oścież oknami zapamiętale cykają świerszcze. Do domu wpada rześkie, świeże powietrze, letni wietrzyk porusza firanką, nad ranem budzą nas ptaki. Młode sikory, wróble i rudziki wyfruwają z gniazd, gorliwie wyłapują komary, muchy, czyszczą liście kaliny i róż z gąsienic. Odwdzięczają się za zimowy karmnik pełen słonecznika, płatków owsianych i tłuszczu, uwijają się przez cały dzień, od świtu do późnego wieczoru…

Lipcowe niedziele są na Kolonii leniwe. Parasole w ogrodach, ogrodowe huśtawki, grill, sąsiedzkie spotkania, baseny pełne ciepłej wody i chlapiące się w nich szczęśliwe dzieci. Ot, sielskie obrazki, niemalże jak ze wsi, choć w środku miasta. A potem dni robią się coraz krótsze, kosy już nie gwiżdżą, za to pełno wokół ćwierkających wróbli ciekawie zaglądających nam w okna.

Aż w końcu pewnego ranka budzi nas szum deszczu, monotonny i jednostajny, już nie letniego, przelotnego, a takiego ciężkiego, który zwiastuje nadchodzącą jesień. Jeszcze kwitną datury, ostatnie takie okazałe kwiaty roku, pomału robi się chłodno, skracają się dni, słońce chowa się za mgłą. Ptaki cichną. Synogarlice wybierają z krzewów czarnego bzu ciemne owoce, panoszą się sroki, sikorki zaczynają zaglądać do karmnika. Wróble stroszą się siedząc na gałęziach i strącają z piór krople deszczu. Już niedługo znowu przyjdzie ten czas, kiedy Kolonia opustoszeje, choć tylko pozornie, kiedy karmniki wypełnią się smakołykami dla ptaków, kiedy w ogrodzie zostawimy stertę desek, gałęzi i liści, żeby jeże miały gdzie spędzić zimę, będziemy lepić z dziećmi śniegowe bałwanki. Bo to, że śnieg przykryje naszą dolinę chłodną pierzynką, wcale nie znaczy, że hibernujemy. Nadal tu jesteśmy, czekamy na wiosnę, na pierwsze krokusy, na kosy, na słowika…

Bo taka jest właśnie nasza Kolonia. Inna o każdej porze roku. Zawsze urokliwa. Taka nasza mała enklawa w środku dużego miasta, miejsce, gdzie w lipcu, tuż obok nas, na wyciągnięcie ręki, głośno cykają świerszcze…

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.