Tag Archives: Novae Res

“Po moim trupie” Magdalena Owczarek

Fragment z opisu wydawcy: “Po moim trupie” to lekkostrawna czarna komedia, która z przymrużeniem oka patrzy na bijący rekordy popularności temat zombie.

I właśnie ta “lekkostrawna czarna komedia” skusiła mnie, by sięgnąć po tę książkę. A ponieważ z góry nie oczekiwałam wielkiego dzieła literackiego, bawiłam się przednio podczas lektury i jestem bardzo mile książką zaskoczona.

Karolina Świetlicka, bohaterka “Po moim trupie”, jest zwyczajną dwudziestoparoletnią kobietą, która nagle staje się świadkiem i jednocześnie uczestnikiem apokalipsy. Wrocław, w którym mieszka, opanowały hordy, żądnych świeżej krwi, zombie. Wprawdzie w swoim mieszkaniu czuje się bezpieczna, ale kończą jej się właśnie zapasy, postanawia więc wyskoczyć do spożywczaka naprzeciwko. Oczywiście planuje tylko zgarnąć, co się da i czym prędzej wrócić. Jednak życie w mieście pełnym żywych trupów rządzi się własnymi prawami i Karolina będzie musiała szybko skorygować swoje plany. Przy okazji spotka paru podobnych sobie rozbitków, do grupy jednych z nich się później przyłączy, a nawet zostanie postrzelona i niechcący zaliczy jazdę na dachu pędzącego samochodu. Wszystko to, rzecz jasna, w imię przetrwania na zakażonych zarazą ulicach.

“A to dopiero początek. Nie jesteś jedyną zabarykadowaną w mieszkaniu osobą z widokiem na sklep. Zaraz zauważą to inni i się zlecą, i zabiorą, co lepsze. Masz może moment i przewagę niewielkiego dystansu, ale musisz działać teraz. Bo inaczej zostaniesz tchórzydupem żywiącym się podpłomykami – i to tylko dopóki nie odłączą ci gazu. Wóz albo przewóz. Ty albo inni. Teraz albo nigdy”.  str. 18

Książkę czyta się błyskawicznie. Jest napisana tak przystępnym językiem, że tych, nieco ponad dwieście sześćdziesiąt stron, mija nie wiadomo kiedy. Autorka ma niezwykle lekkie pióro, a do tego każdą sytuację potrafi opisać z humorem. Ów humor i język, to dwie główne zalety książki.

Sam pomysł na opowieść o zombie, mimo że powielany już niejednokrotnie w literaturze, został tu potraktowany ze świeżym spojrzeniem na temat, dzięki czemu powieść nie nudzi i mocno wciąga. Tutaj zwyczajnie nie ma czasu na nudę, ponieważ ciągle coś się dzieje.

Bohaterowie – bo rzecz jasna jest ich trochę więcej niż tylko jedna Karolina – usiłują przeżyć za wszelką cenę, zdając sobie sprawę z tego, że to, co było, już raczej nie wróci. Co ambitniejsi stawiają sobie za cel odnaleźć jak najwięcej żywych ludzi, po czym gromadzą się w różnych miejscach miasta i planują swoje następne posunięcia.

Zombie, jak to zombie, wyglądają jak wszystkie zombie, znane nam z filmu i literatury.

“Byli wszędzie – wszędzie, do jasnej cholery! I nie miałam żadnych wątpliwości, że nie są już ludźmi, być może nigdy nawet nie byli – blade, woskowe twarze, otwarte złamania, strzępy ubrań, zamglone, niewidzące oczy – no, pełen serwis”. str. 30

Wizja apokaliptycznego Wrocławia, przedstawionego w książce, kojarzyła mi się (miło) z mocno grywalną grą – już dość starą, ale niegdyś jedną z moich ulubionych – “Resident Evil” (nie mylić z filmem) i przeprawą bohaterki (lub bohatera) przez pełne zombiaków miasto Racoon. Pojawił się nawet komisariat, co sprawiło, że od razu się uśmiechnęłam. W grze bowiem musimy dotrzeć do komisariatu policji. Chwilami, zwłaszcza gdy Karolina i jej znajomi ukrywali się w “Kredce”, wrocławskim akademiku, przypominał mi się też film “Reign od Fire” (polski tytuł “Władcy ognia”). Podobna atmosfera, choć w książce oczywiście smoków nie uświadczymy.

Autorce udało się tutaj bardzo umiejętnie przemycić wiele uniwersalnych życiowych prawd, które sprawdzają się w sytuacjach zagrożenia.

“Może to prawda, że w obliczu zagrożenia w ludziach budzą się bestie”. str. 26

“Każdy może spanikować w obliczu zagrożenia”. str. 71

“Powszechnie wiadomo, że przewaga liczebna poradzi sobie z każdą, nawet najbardziej zaawansowaną technologią. Masa nie potrzebuje strategii, planów, sprytnych ruchów; ona tylko napiera i to wystarczy. Tłumem można sterować, ale nie można go zwyciężyć”. str. 99

Mimo że książka określona jest mianem komedii – czarnej wprawdzie, ale zawsze – to nie brakuje w niej także sytuacji rodem z horroru.

“Krzyk, który nagle przewiercił powietrze, wziął mnie totalnie z zaskoczenia. Bez namysłu rzuciłam się przed siebie i dopiero na klatce schodowej za zakrętem ujrzałam scenę, która wypaliła mi się na stałe pod czaszką”. str. 198

Miasto, po ataku krwiożerczych bestii, wygląda jak po przejściu huraganu. Zniszczone budynki, pożary, puste ulice. Zombie snują się po Wrocławiu zarówno pojedynczo, jak i w ogromnych stadach. Człowiek nigdzie nie może czuć się już w pełni bezpieczny.

Humorystycznymi opisami i satyrą na zombie, autorka uzyskała bardzo sympatyczną powieść, która nie tyle wywołuje salwy śmiechu, co raczej lekko ironiczny uśmiech na twarzy, pod nosem.

“Na czym tak właściwie polega osłanianie tyłów? Tyle razy słyszałam ten termin w filmach, serialach, książkach i nigdy jakoś nie pomyślałam, żeby zapytać albo chociaż sprawdzić. Nie może przecież oznaczać zwykłego chodzenia za całą kolumną?”. str. 98

Styl pani Owczarek jest bardzo przyjemny w odbiorze. Jedno, do czego bym się przyczepiła, to zbyt wiele przekleństw. Ale kto wie? Może gdyby to mnie otoczyła zgraja głodnych, złaknionych mojego mózgu zombie, też bym wówczas klęła?

I zakończenie. Owszem, dopracowane i bez zarzutu, ale nie spodobał mi się sam pomysł na rozwiązanie sprawy zazombionego miasta. Nie postrzegam tego jednak jako wady książki, bo to chyba po prostu kwestia gustu. Jednym się spodoba, innym nie.

Wydanie – całkiem udane. Nie znalazłam jakichś rażących błędów, w oczy rzucił mi się jeden (ale nie jestem pewna czy przypadkiem nie został popełniony z premedytacją), znalazłam chyba ze dwie literówki i na tym koniec. Do tego bardzo trafna, trochę straszna, ale jednocześnie zabawna okładka, pasująca do satyrycznej całości i zniszczonego miasta.

Polecam miłośnikom horroru, powieści grozy, czarnych komedii i tym, którzy czytają o zombie wszystko, co wpadnie im w ręce. Na pewno będziecie zadowoleni.

*cytaty pochodzą z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Tami z krainy pięknych koni. Tom II: Tami z Kapadoclandii” Renata Klamerus

“Tami z Kapadoclandii” to kontynuacja pierwszego tomu przygód Tami i jej przyjaciół. Przed lekturą książki koniecznie trzeba się zapoznać z częścią pierwszą.

Właśnie kończy się rok szkolny i wielkimi krokami zbliżają się wakacje. Tami uczy się teraz w szkole muzycznej, gdzie gra na skrzypcach. Szkoła znajduje się daleko od Kapadoclandii, więc Tami spędza w domu tylko weekendy. W wakacje ponownie będzie się spotykała z dwójką swoich przyjaciół: Rumem i Kieliem, z którymi przeżyje nowe przygody. Dzieci nadal są w posiadaniu księgi czarów, ale korzystają z niej sporadycznie, używając czarów właściwie wyłącznie w wakacje. Zajęte nauką i obowiązkami w roku szkolnym, niecierpliwie wyczekują wolnych od nauki dni. Kiedy te w końcu nadchodzą, dzieci wracają do komnaty, w której kiedyś znalazły konie. I tutaj zaczyna się nowa przygoda.

Tym razem dzieci poznają wreszcie dyrekcję. W skład owej dyrekcji wchodzi trzech panów: Biały, Czerwony i Niebieski. To właśnie oni rządzą światem magii i pilnują w nim porządku.

Najbardziej jednak w drugim tomie wciągnęła mnie historia babci Fuoco. Babcia Fuoco jest moją ulubioną postacią z obu książek. Pod koniec pierwszego tomu, wskutek pewnego splotu wydarzeń, zamieszkała razem z Tami i jej rodziną i odegrała dość istotną rolę w akcji powieści. Teraz uchyla wreszcie rąbka tajemnicy dotyczącej swojego życia i tego, skąd pochodzi. Dotychczas dzieci wiedziały tylko, że babcia jest bardzo stara i bardzo mądra. Wiedziała rzeczy, o których inni nie mieli nawet pojęcia, a do tego odznaczała się niesłychaną wręcz intuicją. Teraz snuje opowieść o tym, gdzie dorastała, kim była, co kiedyś robiła, a przy okazji zdradza dzieciom, jak żyła i co z tym wszystkim mają wspólnego konie. I latające dywany. Dowiemy się, skąd w Kapadoclandii w ogóle wzięły się konie, którymi od niedawna opiekuje się Tami, jej przyjaciele i ich rodzice. Babcia Fuoco bowiem pochodzi z odległej krainy, można nawet powiedzieć, że z odległej i bardzo egzotycznej i do Kapadoclandii zawędrowała trochę z przypadku, a trochę może wiedziona przeznaczeniem.

“Drzewo Yggdrasil było gigantycznym drzewem, na którym znajdowały się różne światy, a pod jego korzeniami były święte studnie”. str. 51

Nasza trójka zostaje w książce poddana wielu próbom, między innymi sprawdzianowi na uczciwość czy chciwość. Bohaterowie będą musieli zdecydować, co jest w ich życiu najważniejsze, co się najmocniej liczy i którą drogą podążać. Przekonają się też ponownie, jaką siłę ma magia przyjaźni, czym jest lojalność i szczodrość. Poznają też na własnej skórze, że aby coś w życiu osiągnąć, trzeba ciężko i uczciwie na to zapracować. Młodzi czytelnicy z pewnością wyniosą z opowieści wiele ważnych wartości, a co najważniejsze – wartości bardzo uniwersalnych również w naszych, dość skomplikowanych, czasach.

Ponownie jak w przypadku pierwszego tomu, także i tutaj głównym zarzutem mojej siedmiolatki, jest minimum ilustracji. Owszem, jest kilka obrazków, ale w całej książce, liczącej sobie ponad dwieście pięćdziesiąt stron, jest ich coś koło dziesięciu, a przy tym są tak maleńkie, że właściwie nieczytelne i ciężko się na pierwszy rzut oka zorientować, co przedstawiają.

Mnie osobiście nie spodobali się panowie z dyrekcji. Dlaczego? Miałam wrażenie, że wróciłam do opisów władzy Orwella z książki “Rok 1984″, a to nijak nie pasuje mi do książki dla dzieci, ani tym bardziej do baśni. Raziła mnie w oczy ta wszechobecna dyrekcja i jednocześnie zapalało mi się światełko, że skoro ona tak wszędzie jest i wszystko o wszystkich wie i jest tak bardzo istotna, to czemu nie jest pisana wielką literą?

“Zgodzę się, jak dyrekcja pozwoli”. str. 122

“(…) dyrekcja już to zauważyła i doceniła. Tak, z dyrekcją jeszcze nikt nigdy nie wygrał”. str. 235

Nie sposób odmówić książce magii i fantastycznych przygód, które przeżywają dzieci. Zabrakło mi tutaj trochę paru rozwiązań zaczętych wątków, takich jak choćby ten, kiedy Tami odnajduje w wypożyczonej z biblioteki książce, informacje o swoim Kapadocu. Odnalazła, bardzo się tym podekscytowała i… koniec. Potem już w to nie wnikała. Panuje tutaj przez to lekki chaos, zwłaszcza na samym początku, ponieważ kilka myśli się rozpoczyna i już nie kończy. Dla mojej córki było tu za dużo wątków na raz. Z drugiej jednak strony myślę, że może siedmiolatka jest trochę za dziecinna na przygody Tami i książka lepiej trafi do dzieci trochę od niej starszych.

Najmocniej jednak rozczarowało mnie zakończenie. Jest zwyczajnie urwane. Coś się dzieje, trwa akcja, panuje ciut napięta atmosfera, po czym wszystko kończy się jednym, krótkim zdaniem. Zarówno akcja, jak i rozdział i w końcu cała książka. Niestety zakończenie w ogóle do mnie nie trafiło, czuję się, jakbym nie doczytała książki do końca, został niedosyt.

Co do samego wydania, poza już wspomnianymi przeze mnie wcześniej ilustracjami, nie można się do niczego przyczepić. Przejrzysty druk i spora czcionka z pewnością ułatwią i umilą czytanie młodszym czytelnikom. Podział na krótkie rozdziały będzie motywował dzieci do dalszej lektury, a wyjaśnienia pod tekstem trudniejszych wyrazów, które w tym tomie wprowadziła autorka, da im poczucie czytania “dorosłej” powieści.

Pierwszy tom został wydany na kredowym, błyszczącym papierze, gdzie czytanie utrudniało ciągle odbijające się od stron światło. Drugi tom jest pod tym względem wygodniejszy, gdyż zrezygnowano z kredowego papieru. Za to pozostawiono twardą, kolorową okładkę, dzięki czemu obie książki prezentują się bardzo ładnie, wręcz elegancko.

Podsumowując: pierwsza część “Tami z krainy pięknych koni” podobała mi się bardziej. Była lepiej doprecyzowana i mniej chaotyczna, ale ta również ma swój urok. Pokazuje, jak zmieniły się dzieci pod wpływem magii, dostępu do niej i pod wpływem wielu wydarzeń, jakie były ich udziałem. Dzieci mają okazję szlifować i rozwijać swoje talenty, popełniają błędy, próbują je potem naprawiać i przekonują się, że ciężką pracą można naprawdę wiele osiągnąć i – co najważniejsze – spełniać marzenia. Myślę, że to całkiem dobra lekcja dla naszych pociech, choć moim zdaniem, rodzice w Kapadoclandii są bardzo surowi. Może nawet za bardzo.

“Nigdy się nie poddawaj, to, co dzisiaj jest klęską, jutro może okazać się twoim zwycięstwem”. str. 59

Dzieciom książka się spodoba, tutaj na pierwsze miejsce nadal wysuwa się przyjaźń, współpraca, wsparcie i współczucie dla innych istot (nie tylko dla ludzi) oraz dobre serce. Bo Tami uczy, że na ludzi i na świat warto patrzeć nie tylko oczami – to potrafi każdy. Warto jednak otworzyć na innych i dla innych swoje serce. I szukać w nich dobra, nawet jeśli jest bardzo głęboko ukryte.

*cytaty pochodzą z książki
**za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

“Tajemnice Lestorii” Aleksandra Zalewska

UWAGA: jest to recenzja egzemplarza przedpremierowego, przed korektą i – jak wspomina wydawnictwo – z roboczą jeszcze okładką. Zdjęcie okładki – moje własne.

Ponieważ – jak wszyscy już zapewne wiecie – uwielbiam baśnie i ogólnie książki dla dzieci, ponownie z ogromną przyjemnością sięgnęłam po baśń, tym razem o ciekawym tytule: “Tajemnice Lestorii”. Sam tytuł już mnie zainteresował, a także okładka, na której na dziewczynkę spogląda niedźwiedź z delikatnymi motylimi skrzydełkami.

Bohaterami tej opowieści są dzieci, rodzeństwo, trzynastoletnia Emily Howarts i jej siedmioletni braciszek – Edi. Dzieci spędzają czas jak wszystkie inne w ich wieku, bawią się, uczą, spotykają z kolegami, pomagają w domu. Pewnego dnia, podczas powrotu ze szkoły, spotykają mówiącą wiewiórkę. I tak rozpoczyna się ich przygoda w pełnej, niespotykanych nigdzie indziej istot, krainie. Okazuje się bowiem, że babcia Emi i Ediego – Mary – była w owej krainie cesarzową, a gdy dorosła, jej funkcję przejął jej syn, czyli tata dzieci. A teraz, kiedy i on dorósł, przyszła pora, by to właśnie Emily i Edi zarządzali Lestorią.

Dzieci podejmują się tego, dość niecodziennego i wcale nie takiego prostego, zadania. Pod okiem zwierząt z Lestorii uczą się i rozwijają swoje talenty. Dowiadują się też – i to będzie ich główne zadanie – że za kilka dni będą musiały podpisać traktat pokojowy, a tym samym nie dopuścić do wojny. Jednak lisom, które nie chcą pokoju, zależy na tym, by owa wojna wybuchła. Bardzo chciałyby bowiem rządzić Lestorią i sąsiedzkimi krainami: Alestanią i Trestalią.

Podczas pobytu dzieci w Lestorii, rusza lestoriańska klepsydra odmierzająca tu czas, natomiast zatrzymuje się ta, która mierzy czas w naszym świecie. Dzięki temu o dzieci nikt się nie martwi, gdy szkolą swoje umiejętności w Lestorii. Obu klepsydr strzeże stary wilk Sepian. Niestety pewnego dnia, za sprawą szpiega niecnych i zdradliwych lisów, zamyka się przejście do naszego świata, a klepsydra zatrzymuje się. Dzieci zostają uwięzione w Lestorii.

W książce na pewno jest potencjał na ciekawą baśń. Bohaterowie są bardzo nietuzinkowi i niepowtarzalni. W Lestorii bowiem nie mieszkają zwykłe zwierzęta, jak psy czy koty, ale zupełnie wyimaginowane, jak: słosłoń, bibobober czy bananożec. Jest też wiewiórka, Anabella, na pozór zwyczajna, ale za to mówiąca i częstująca swoich gości herbatką. Lestoria mieści się w lesie i choć moim zdaniem postaci są zbyt przerysowane, to mojej córce się podobały. Trzeba wziąć pod uwagę, że zwierzęta te zostały wymyślone przez dziecko (babcię dzieci), więc mają prawo wyglądać tak, jak wyglądają. W końcu dziecięca wyobraźnia nie ma granic.

Większy zarzut mam do postaci samej Emily. W pierwszych rozdziałach zachowuje się ona tak, jakby nie była siostrą Ediego, a jego matką. Każe mu się szykować do mycia, ubierać do szkoły, schodzić na śniadanie. Do tego jest przy tym śmiertelnie poważna, wręcz zgorzkniała, jakby ta dziecięca radość, charakterystyczna przecież dla dzieci, gdzieś uleciała.

Nazywanie Ediego malcem okrutnie oburzało moją córkę, która tak, jak on, ma siedem lat i zupełnie się już malcem nie czuje. Jednak główną wadą książki – według mojego dziecka – jest brak obrazków. No i niestety muszę się z tym zgodzić, bo to jednak baśń, kolorowa i zaczarowana, której karty aż błagają o jakieś piękne ilustracje. Myślę, że wystarczyłyby nawet nieskomplikowane obrazki, rysowane prostą kreską, czarno-białe. Oczywiście dzieci swoją niezachwianą niczym mocą wyobraźni, są sobie w stanie wyobrazić wszystko, jednak każde lubi te obrazki pooglądać, skonfrontować siłę swoich wyobrażeń z planem i zamysłem fantazji autora.

Ponieważ otrzymałam egzemplarz przedpremierowy, przed korektą, nie wypada mi wytykać błędów. Powiem tylko, że mam nadzieję, iż książka przejdzie gruntowną i porządną korektę, bo niestety trafiłam tutaj nie tylko na literówki, ale i na błędy ortograficzne oraz stylistyczne.

Sama historia, zawarta w powieści, jest ciekawa i wciągająca, choć pewne opisy mogą się dzieciom wydać nużące. Dopiero w okolicach pięćdziesiątej strony (książka liczy sobie ich prawie 220) powieść stała się bardziej dynamiczna i zaczęło się w niej coś dziać. Z drugiej strony tak sobie myślę, że ten zabieg się przydał, choćby po to, by dokładnie śledzić zmiany, jakie zachodzą w postaci Emily. No i po to, by zaznajomić się ze zwierzętami i samą krainą.

W książeczce – jak na dobrą baśń przystało – nie brakuje magicznych sytuacji i przedmiotów oraz miejsc. Znajdziemy tu zaczarowane żołędzie, Szafirową Grotę, w której spełnia się wszystko, o czym się tylko pomyśli i zamarzy, filiżanki z herbatą, które ustawiają się na stolikach wedle gustu i potrzeby czy istot, które ze zwyczajnych, już lata temu, przeistoczyły się w fantastyczne, o wyglądzie, jaki wymyśliła sobie Mary. Dzięki owemu fantazyjnemu wyglądowi zwierzęta z Lestorii są silniejsze i odporniejsze na magię, jaką władają lisy z Lisiego Zaułka.

Nie brakuje tu też pełnych barw opisów, które mnie samej bardzo się podobały:

“Wyjął z kieszeni niewielki drewniany gwizdek i dmuchnął w niego. Wbrew oczekiwaniom dzieci gwizdek nie zabrzmiał zwyczajnie, lecz popłynęła z niego fala świetlistych nut unoszących się ponad taflą wody, które niosąc piękną melodię, zanurzały się jedna po drugiej w głębiny Jeziora Kilsajden”.

Jeszcze jedna rzecz mocno rzuca mi się w oczy. Mianowicie, chłód matki Emily i Ediego. Odniosłam wrażenie, że jest ona jakaś daleka, jakby w ogóle nie myślała o dzieciach, jakby nie obchodziło ją za bardzo, co też one robią i gdzie są. Pewnie wcale taka nie jest, ale może po prostu została zbyt zdawkowo potraktowana przez autorkę. Zabrakło mi tutaj szerszego zaangażowania mamy w sprawy dzieci. Bo albo radzą sobie one same, albo pomaga im babcia lub gosposia Susan.

Ogólnie książeczka nie jest zła i nam się podobała, ale chyba do takiego jednorazowego przeczytania. Niemniej polecam, głównie nieco starszym dzieciom, myślę, że od ośmiu do dwunastu lat.

*cytat pochodzi z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Bajki dla Majki” Jolanta Mirecka

UWAGA: jest to recenzja egzemplarza przedpremierowego, przed korektą i – jak wspomina wydawnictwo – z roboczą jeszcze okładką. Zdjęcie okładki – moje własne.

Zawsze chętnie czytam wszelkiej maści bajki, zwłaszcza te, których nie znam i rzadko kiedy się zdarza, że w tych dzisiejszych, współczesnych, odnajduję coś nowego. Tymczasem tutaj, w “Bajkach dla Majki”, powiało mocno świeżością i innością, w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Książeczka jest króciutka, liczy sobie zaledwie czterdzieści stron, a na nich pięć bajeczek: “O stole, który chciał być koniem”, “Baloniki”, “Rybka Malwinka”, “Stworek Miecio”, “Czarna bajka”. Każda z nich jest nowa i niepodobna do żadnych innych, które miałam okazję słyszeć bądź czytać. Ciekawie opowiedziane, bardzo spodobały się mojej siedmiolatce, która nie potrafiła wybrać ze zbioru jednej – podobały jej się wszystkie. Wbrew tytułowi, bajeczki nie są kierowane wyłącznie do dziewczynek, ale do wszystkich dzieci bez wyjątku. Oceniam, że spodobają się dzieciom do dziesięciu lat.

Historyjki pokazują magię przyjaźni i siłę wyobraźni. Opowiadają o tym, że warto marzyć i spełniać swoje marzenia, warto być dobrym i miłym, warto współdziałać z innymi, a także w miarę możliwości pomagać – nie tylko przyjaciołom – ale i tym, którzy nimi nie są. Książeczka uczy, że dobre uczynki są jak wielkie koło: podane dalej, zawsze do nas wracają.

Barw książce dodają bardzo kolorowe ilustracje pani Magdaleny Politańskiej, pełne uśmiechniętych zabawek, postaci i zwierząt. Każda z bajek ma swój obrazek, a te dłuższe nawet dwa. Obrazki są duże, zajmują całą jedną stronę i na pewno się dzieciom spodobają, zarówno tym młodszym, jak i starszym.

Prosty język i lekkie pióro autorki sprawiają, że bajeczki czyta się szybko i przyjemnie, a dzięki krótkim zdaniom i nieskomplikowanemu słownictwu, dzieci nie będą miały problemów z ich zrozumieniem.

“Była ciemna noc. Wszyscy ludzie dawno już spali. Nawet księżyc skończył swoją wędrówkę po niebie i razem z gwiazdkami ułożył się na mięciutkich chmurkach i zasnął, gdy nagle obudził się stół”.

Bohaterowie historyjek to właśnie wspomniany w cytacie stół, który marzy o tym, by zostać koniem i galopować, rybka Malwinka, która mieszka głęboko w oceanie i zastanawia się nad tym, czy potrafi czarować oraz dzieci – nie tylko Majka i jej brat Michał – ale również ich koledzy i przyjaciele.

Nie brakuje tu też takiego leciutkiego dreszczyku, który dzieci na ogół bardzo lubią, a który sprawia, że maluchy otwierają szerzej oczy i wsłuchują się w czytane słowa z otwartą buzią. No bo nagle pojawia się dziwny, mały stworek, który ciągle jest zły albo bardzo czarny las z czarnym domem.

“Był sobie taki czarny, czarny las.
A w tym czarnym, czarnym lesie był taki czarny, czarny dom.
A w tym czarnym, czarnym domu były takie czarne, czarne drzwi”.

Powyższy cytat pochodzi z “Czarnej bajki”, która mnie osobiście spodobała się najbardziej. Mojej córce natomiast podobało się to, że bajki w książeczce nie są do siebie podobne, że każda jest inna i o zupełnie czymś innym opowiada.

Zaletą książeczki jest to, że bajki są krótkie, nie znudzą młodszych dzieci, nie ma tu zbędnych opisów, ani przydługich fragmentów, więc nawet trzylatek chętnie posłucha czytających dorosłych i na pewno spodobają mu się magiczne meble w kuchni: szafka malowana w słoneczniki czy krzesła z kolorowymi poduszkami. Starsze dzieci docenią bogatą wyobraźnię autorki, opisywaną przyjaźń pomiędzy kolegami i koleżankami i na pewno z lekkim dreszczykiem zagłębią się w taki czarny, czarny las, by poszukać skrzyni z uwięzionymi bajkami.

W książce znalazłam jakieś drobne literówki, ale szczerze mówiąc prawie nie zwróciłam na nie uwagi, bo były to tylko jakieś drobiazgi i w dodatku zaledwie kilka, a biorąc pod uwagę, że to egzeplarz przed korektą, to pewnie zostaną wyłapane i poprawione.

“Bajki dla Majki” to całkiem świeże spojrzenie na dzieci i dziecięcą literaturę, pełne zupełnie nowych pomysłów oraz ciekawych, barwnych postaci i stworzeń. Polecam dzieciom i ich rodzicom, mnie osobiście książka bardzo pozytywnie zaskoczyła i bardzo żałuję, że jest taka cieniutka. Bardzo chętnie przeczytam jeszcze jakieś inne bajeczki spod pióra pani Jolanty Mireckiej.

*cytaty pochodzą z książki
**recenzja powstała w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Za zieloną bramą” Piotr Wielgosz

UWAGA: jest to recenzja egzemplarza przedpremierowego, przed korektą i – jak wspomina wydawnictwo – z roboczą jeszcze okładką. Zdjęcie okładki – moje własne.

Miało być ciekawie, o demonach, o tajemnicach i o ogarniających umysł i ciało istotach, pełnych nadprzyrodzonych mocy. O czym było? Wierzcie mi, że naprawdę ciężko mi to określić.

Bohaterką książki jest Elli, młoda dziewczyna oraz jej przyjaciel Tomek. Elli ma dziwne sny, w których nachodzą ją okrutne demony, pragnące posiąść jej umysł. Elli nie ma już siły z nimi walczyć i za namową przyjaciela, bierze udział w spotkaniu z ciotką Tomka, która ponoć zna się na demonach i może jej pomóc. Niestety coś chyba idzie nie tak i dziewczyna traci przytomność.

Jest tu potencjał na ciekawą historię, ale niestety zabrakło całej reszty, by ją sklecić w całość. Przede wszystkim ciężko jest mi ocenić tę książkę przez pryzmat tego, iż otrzymałam egzemplarz przed korektą. Większość tekstu to zbyt długie zdania, w których chwilami wręcz można się zgubić. Czytałam początek i zanim dotarłam do końca, już zapominałam, o czym to czytałam na początku. Przykładowo:

“Czuła na sobie tak silne, przenikliwe i magnetyczne spojrzenie, że niczym osaczone zwierzę, mimo że skazane na porażkę, rzucające się w desperacji na znacznie silniejszego przeciwnika, odwróciła głowę w stronę postaci”.

“Częściowo pozrywane i poodklejane ze ścian tapety, poruszane co chwilę gwałtownymi, lodowatymi podmuchami przedostającego się tu wiatru, niczym stado uwięzionych w sidłach ptaków próbujących zerwać się do lotu, by po chwili rezygnacji ponowić swoją próbę, trzepotało skrzydłami wyblakłych płacht”.

“Od tygodnia siedział na podłodze, zdając się wpatrywać w gasnące i zapalające się słońce, którego promienie co dzień wyławiały z cienia kamienną twarz, omiatając ją delikatnie czerwonawą mgiełką, by potem rozgrzewać coraz bardziej, wyciągniętą w ich stronę skórę i wyciskać z niej drobne kropelki potu, zbierające się w większe, rozpędzające się po pomarszczonej skórze i turlające się w dół, ku podłodze”.

Kropelki potu z ostatniego akapitu spadają tak jeszcze przez pół strony. Przez nadmiernie wydłużone zdania, ich rytm jest w wielu miejscach poważnie zaburzony, przez co zwyczajnie utrudnia rozumienie tekstu. To samo tyczy się opisów. Opisy, zarówno miejsc, jak i zdarzeń, są zbyt rozwleczone, przy tym często nie wnoszą do tekstu niczego istotnego i nie posuwają akcji w ogóle naprzód. Tak naprawdę książkę tę można było zamknąć w stu paru stronach (w chwili obecnej ma ich 330) i myślę, że byłby to dla niej zabieg bardzo korzystny. Do tego masa powtórzeń, błędy stylistyczne, rażące (mnie osobiście) śmiechy w stylu “ha, ha, ha” w tekście, nagminne powstrzymywanie łez przez wszystkich bez wyjątku bohaterów i rozpoczynanie większości rozdziałów otwieraniem oczu któregoś z nich. Do kompletu wiele rozdziałów kończy się traceniem przytomności przez którąś z postaci.

Co się zaś tyczy bohaterów… Wszystkie postaci są jednakowe. Odniosłam wrażenie, że żaden od drugiego niczym się nie różni. Wszyscy podobnie mówią, używają podobnych słów, podobnie się zachowują, mają podobne myśli. Żaden z nich nie został przedstawiony na tyle sugestywnie, by jakoś przyciągnąć moją uwagę. Nie wiem nawet, jak poszczególne osoby wyglądają, ich charaktery i osobowości są płytkie i chwilami zdawało mi się, że dialogi prowadzone są przez grupkę dzieci bawiących się w zainscenizowane historyjki o demonach.

Być może typowy fan fantastyki odnalazłby w tej powieści coś, co przyciągnęłoby jego uwagę, jednak te nagminnie rozbudowane zdania psują całą zabawę i najzwyczajniej w świecie czytelnika męczą. Być może autor silił się na poetycki język i postawił na ładne, kwieciste słownictwo, ale w ten sposób jedynie udało mu się zagmatwać akcję, uwikłać przodującą myśl książki w zbyt barwne opisy i za bardzo koronkowe porównania. Pełno tu arabesek i psujących efekt ozdobników.

Poza mocno przydługimi zdaniami, w tekście pojawiają się stylistyczne niedociągnięcia sprawiające, że całe zdanie nie tylko traci sens, ale też brzmi śmiesznie lub dziwnie. Poniżej dwa takie stylistyczne kwiatki:

“Może nie była to rewolucja, ale to, co właśnie usłyszał bardzo go zainteresowało, by po chwili zaintrygować do tego stopnia, że postanowił zrobić coś, co mu się prawie nie zdarzało, albo też nie zrobić czegoś, co robił stale”.

“My jako cywilizacja dużo, znaczniej bardziej niż dużo, wyżej rozwinięta wykorzystaliśmy tylko ich niewiedzę i nie wyprowadzając ich z błędu, tymi bogami zostaliśmy”.

Niestety potykanie się o tego rodzaju gramatyczne wyboje nie tylko utrudnia samo czytanie, ale zwyczajnie odbiera na nie chęć.

Mam nadzieję, że wydawca postara się z korektą, bo w formie takiej, w jakiej trafiła do mnie książka, nie widzę dla niej miejsca na rynku wydawniczym. Ponieważ jest to egzemplarz przed korektą, nie będę jej oceniać w portalu lubimyczytac.pl, co dla książki może i lepiej, bo więcej niż jednej gwiazdki, raczej by ode mnie nie dostała.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.