“Widmo Pana Stopka” Pamela Butchart

Nie mogłam się doczekać tej książki, każdy bowiem z kolei tom, to gwarantowane salwy śmiechu, nowa przygoda i nowe szalone pomysły czwórki przyjaciół.

“Widmo Pana Stopka” to już siódma część perypetii Mai i jej kolegów z czwartej klasy. Tym razem, nie wiadomo, z jakiego powodu, miejsce Pana Stopka zajmuje nowa… Pani Stopek. K woli wyjaśnienia, Pan Stopek to osoba, która pomaga dzieciom przechodzić przez ulicę. Maja, Franek, Zosia i Marysia postanawiają dowiedzieć się, skąd ta nagła zmiana i gdzie podział się “stary” Pan Stopek. Został porwany? Wyjechał do Rzymu? Umarł? Tymczasem na szkolnym boisku, za stara szopą, ukazuje się dzieciom dziwaczna mgławicowa chmura, a przecież wszyscy wiedzą, że owa szopa to NAJSTRASZNIEJSZE miejsce na całym terenie szkoły.

str. 61 – “Franek zerknął na mnie niepewnie, bo dla każdego było jasne, że stara szopa na rowery jest bezsprzecznie NAJSTRASZNIEJSZYM obiektem na boisku. Przyprawia nas o gęsią skórkę”.

W dodatku później przyjaciele dostrzegają płynącą w powietrzu tyczkę Pana Stopka, która przyprawia ich o dreszcze i wspólnie dochodzą do wniosku, że ów zaginiony z całą pewnością jest widmem i właśnie wrócił, by ich wszystkich dopaść.

Pozostaje tylko pytanie: dlaczego?

W dodatku Maja ma stale zimne stopy, mimo noszenia rajstop. Czy to sprawka ducha? Cóż, dzieciom nie pozostaje nic innego, jak wypytanie o wszystko wszechwiedzących sekretarek, co wcale nie jest takie proste, bo jak wszyscy w szkole wiedzą, niemiłych sekretarek nigdy nie poucza nawet sam pan dyrektor.

str. 28 – “Sekretarka wychyliła się jeszcze bardziej i zauważyłam pod jej brodą długi, ciemny włos, co było raczej dziwne, ponieważ była kobietą, a włos był pojedynczy i nie rozumiałam, skąd się tam wziął ani dlaczego nie został wyrwany”.

Cała historia obfituje w zabawny humor sytuacyjny, w liczne gagi, śmieszne dialogi i masę absurdalnych nieraz scen, które stają się udziałem dzieci w wyniku częstych nieporozumień. Książki Pameli Butchart to bomby energetyczne i kiedy już się zaczęło czytać, ciężko jest przerwać bez dotarcia do końca. Dlatego też przeczytanie “Widma Pana Stopka” zajęło mi raptem niecałe dwie godziny. Każde dziecko, które sięgnie po książeczki Butchart, z pewnością będzie się świetnie bawiło w trakcie czytania i przeżywania perypetii Mai. Zwłaszcza, że książka podszyta jest takim specyficznym dreszczykiem, który dzieciom na ogół bardzo się podoba i który sprawia, że książka jest nie tylko ciekawsza, ale również bardziej intrygująca, a młodzi czytelnicy przecież uwielbiają zagadki. A te, w których pojawiają się widma, duchy i zjawy, to idealne trafienie w punkt.

Dlatego też razem z bohaterami będziemy usiłowali wydedukować, co takiego naprawdę stało się z Panem Stopkiem i gdzie ów Pan przesiadywał, gdy akurat nie stał przy przejściu dla pieszych.

Warto rzec również słówko na temat samego wydania, bo choć w książce nie ma kolorowych, pięknych ilustracji, to książka wydana jest prześwietnie. Podobnie, jak inne tomy, zawiera masę prostych rysunków autorstwa Thomasa Flinthama, zabawnych, z humorem, w dodatku są one niemalże na każdej stronie. Do tego wiele słów w tekście pisanych jest wersalikami, a wielu fragmentom nie brakuje ozdobników i arabesek w postaci a to chmurek, a to gwiazdek, podkreśleń i akcentów podobnych do tych, jakie stosuje się w komiksach. To niesamowicie przyciąga uwagę najmłodszych czytelników i na pewno sprawi, że dzieci będą czytać chętniej, a te, które jeszcze samodzielnie nie czytają, na pewno będą z zainteresowaniem śledzić akcję podczas czytania przez dorosłego. To jeden z przykładów – tych dobrych – jak powinna wyglądać książka dla dzieci.

Dociekliwa Maja, przebojowa i odważna Zosia, przedsiębiorczy Franek oraz delikatna i wiecznie mdlejąca Marysia – jeśli jeszcze ich nie znacie, polecam sięgnąć po książki Pameli Butchart. Na pewno nie pożałujecie czasu spędzonego z tymi specyficznymi książeczkami. Można je czytać w różnej kolejności, więc nie zaszkodzi zacząć od najnowszej. Polecam gorąco, zarówno dzieciom, jak i dorosłym, wybuchy śmiechu i doskonały humor – gwarantowane.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.

*cytaty pochodzą z książki

“Tami z krainy pieknych Koni Tom III: Magiczna Kapadoclandia” Renata Klamerus

“Magiczna Kapadoclandia” to już moje trzecie spotkanie z Tami i jej przyjaciółmi oraz ich przygodami. Mam tę przyjemność, że zostałam wybrana przez autorkę jednym z patronów książki i fragment mojej opinii o powieściach ukazał się w książce, a logo na okładce. To – jak zwykle – bardzo miłe wyróżnienie i przyjemnie jest, kiedy można owo logo zobaczyć. Dziękuję autorce, pani Renacie Klamerus :)

Tymczasem Tami to już poważna dziewczyna. Dobrze się uczy, wyjechała na naukę z domu rodzinnego i wraca przy okazji świąt i wakacji. Ćwiczy grę na skrzypcach i właśnie wybrano ją jako jedną z uczestniczek do konkursu skrzypcowego w Polsce. Nadchodzą właśnie wakacje i Tami przyjeżdża do Kapadoclandii. Trwa piękne, ale bardzo gorące lato, zaczyna brakować wody, więc nastolatkowie postanawiają skorzystać z pomocy księgi i wyczarować jezioro, by napoić zwierzęta. Po raz pierwszy też wtajemniczają w swoje sekrety Boriego, młodszego brata Tamary, dla którego wszystko, co dzieje się wokół, magia i tajemnica, są wręcz niesamowite, niczym sen.

str. 52 – “Nagle ściana w zarysie niszy zaczęła topnieć i spływać, znikając gdzieś w posadzce”.

Boriego, zresztą podobnie, jak i mnie kiedyś, ujęły te cudne rybki w sweterkach, czemu wcale się nie dziwię. Mieć tych kilka lat i zobaczyć coś, co przecież nie istnieje… A może tylko wydaje nam się, że nie istnieje? Tak, czy tak, to coś musi nas zachwycić. Zresztą ten barwny świat, jaki rysuje nam autorka, pełen kolorowych kształtów, postaci i zdarzeń, jest jedyny w swoim rodzaju. Tylko tu możemy przyjrzeć się z bliska tureckiej Kapadocji, naturalnie wykutym w skałach grotom i magicznym miejscom pełnym bardzo dziwnych postaci, choćby tych z Dyrekcji.

Muszę to powiedzieć, ale owa Dyrekcja kojarzy mi się z Orwellem i jego działaniami w książce “Rok 1984″, jednak nie mówię tego złośliwie. To raczej skojarzenie i taka luźna, humorystyczna uwaga.

Książki o Tami to z całą pewnością baśnie, jednak z nutą owego realizmu, jaki towarzyszy nam w życiu codziennym. Również i tutaj Tami prowadzi zwyczajne życie nastolatki, podczas wakacji pomaga rodzicom, a przy tym również dużo ćwiczy i uczy się gry na skrzypcach. Zbliżający się, bardzo ważny dla niej konkurs skrzypcowy, mocno ją stresuje. Po raz pierwszy bowiem weźmie w czymś tak prestiżowym udział i pierwszy raz zagra wśród dorosłych uczestników. Stara się przykładać do ćwiczeń jak tylko może, choć czasem chęć przygody i spędzenia czasu z przyjaciółmi, wygrywa. Najważniejsze jednak jest to, że Tami bardzo się stara.

Jak w poprzednich tomach, także i tu na pierwszy plan wysuwa się przyjaźń i to, co w niej ważne. Trójka przyjaciół wspiera się w każdej sytuacji, niezależnie od tego czy chodzi o jakieś prywatne sprawy domowe, czy też te związane z magią.

Bardzo spodobał mi się motyw tajemniczego pieska, który pojawił się później w Petrze i oczywiście nie mogłam przejść obojętnie obok wspominanego tu kilka razy Gdańska, w którym mieszkam.

Najbardziej jednak urzekająca w tej książce jest magia. Wszechobecna i taka “inna” od tej, z którą mamy do czynienia w innych powieściach, baśniach, filmach. Tutaj magia ta jest dla czytelnika mocno namacalna, doskonale uchwycona przez autorkę, realna dla Tami i innych bohaterów, a co za tym idzie, nosząca również ślady realności dla czytelnika.

str. 101 – “I nagle przed oczami Tami w tej jasności zaczęły zarysowywać się schody prowadzące do otworu okiennego w niebiańską przestrzeń. Dziewczynka patrzyła z niedowierzaniem. Zaintrygowana dotknęła pierwszego schodka, do którego sięgnęła ręką. Był naturalnie twardy, jak to kamień (…). Za oknem jasność aż raziła w oczy. Gdyby miała namalować ten obraz, to niebo byłoby cudnie błękitne, a schody piaskowozłote”.

Moją ulubioną postacią nadal pozostała babcia Fuoco, ze swoją mądrością i doświadczeniami z przeszłości, z jakże długiego i ciekawego życia. Sporo stron autorka poświęciła babci Fuoco, więc każdy, kto ją polubił, będzie zadowolony.

To, co mi się nie podobało w książce, to zbyt duże naciski na modlitwy ze strony zarówno babci, jak i matki Tami. Jako ateistka jestem przeciwna takim namowom i zapewnieniom w książkach kierowanych do dzieci, że modlitwa ma pomagać, a Tami ma się do niej bardziej przykładać. Wolę podejście świeckie.

Do książki wkradł się również jeden błąd ortograficzny. Otóż kilkakrotnie pada tu słowo “cholibka”, jednak napisane przez “p”, a polegając na Słowniku Języka Polskiego, przypominam, że to słówko to “żartobliwe przekleństwo; psia mać, psiamać, cholewka, cholerka, kurczę, kurde” (Słownik Języka Polskiego, http://slownikjp.pl/21132-cholibka.html) i powinno mieć literę “b” w środku. Niestety umknęło to korekcie i pojawiło się w tekście w bodajże trzech miejscach.

Tak jak poprzednie części przygód Tami, również i ta jest wydana po prostu przepięknie, a czytanie tak przygotowanej powieści, to sama przyjemność. Twarda okładka, trochę większy format niż tradycyjny, piękna, spora czcionka i niedługie rozdziały. Dodatkowego smaczku przydają ilustracje autorki, pełne niepowtarzalnego klimatu i finezji.

“Tajemnicza Kapadoclandia” to powieść nie tylko o przyjaźni, to również rzecz o poszanowaniu drugiego człowieka, o życzliwości, o tym, że ze wsparciem rodziny, przyjaciół, wszystko w życiu może być prostsze, a i wyzwania lepiej podejmować w grupie. Uczy też, że ciężką pracą, cierpliwością i wytrwałością, a także uczciwością wobec samego siebie (nie tylko wobec innych ludzi), możemy osiągnąć sukces i spełniać marzenia.

Jeśli już znacie poprzednie tomy Tami z Kapadoclandii, sięgnijcie również i po ten. To dobra kontynuacja perypetii Tamary, Rume i Kelie’go i – muszę to powiedzieć – jest najdojrzalsza ze wszystkich. Na przestrzeni tych trzech i pół roku, bardzo dobrze widać, że pióro pani Renaty zyskało na barwności, lekkości i całość nie przedstawia się tak chaotycznie, jak to miało miejsce w pierwszym tomie. To zmiana na plus, książkę czyta się dobrze, szybko i z przyjemnością.

Bardzo polecam nie tylko dzieciom, ale również starszym czytelnikom. A jeśli nie znacie jeszcze poprzednich części o Tami z krainy Pięknych Koni, to sięgnijcie najpierw po tamte, warto przeczytać je po kolei.

Za książkę ogromnie dziękuję wydawnictwu NovaEres oraz autorce – Renacie Klamerus.

*cytaty pochodzą z książki

“Kolekcjoner motyli” Dot Hutchison

Ta niepokojąca okładka to kwintesencja tej przerażającej powieści. To jest właśnie to, co znajdziemy w środku. Piękne, poranione motyle…

Wszystko tutaj rozgrywa się właściwie podczas jednego przesłuchania, podczas rozmowy agentów specjalnych z jedną tylko kobietą. Nie do końca wiadomo, jak kobieta ma na imię, przedstawia się ona jako Maya, ale w miarę upływu czasu, poznajemy ją trochę lepiej. To piękna, bardzo delikatna, młoda dziewczyna, która jednocześnie odznacza się niezwykle mocnym i silnym charakterem To, co przeżyła i o czym dzisiaj opowiada, nie mieści się w głowie nie tylko słuchającym jej policjantom, ale również czytelnikowi.

FBI odkrywa pewną posiadłość, którą otaczają piękne, duże ogrody. Ogrody wypełnia zapach kwiatów, a po urokliwych alejkach spacerują młode kobiety. Ich plecy, pokryte tatuażami, przypominają kolorowe skrzydła motyli. Podobnie jak motyle, również te dziewczyny wiodą krótkie, bardzo niebezpieczne życie… A co dzieje się potem? Co dzieje się z dziewczętami, kiedy ich życie dobiegnie końca? Kiedy zachorują? Kiedy uszkodzą się ich motyle skrzydła?

“Ogrodnik troszczył się o swoje eksponaty. Motyle żyją przecież tak krótko, a on chciał patrzeć na nie już zawsze. Zawsze…”.

Ogrodem zarządza kolekcjoner. To on, owładnięty chorą obsesją, sprowadza tu kobiety wbrew ich woli, po czym przetrzymuje je w ogrodzie, by cieszyć ich urodą swe oczy i zaspokajać swoje żądze. W jakiś dziwaczny, mocno popaprany sposób, ogrodnik dba o swoje motyle, stara się, by niczego im w życiu nie brakowało i aby czuły się w ogrodzie dobrze. Paradoksalnie to nie jego wizyt dziewczęta boją się najbardziej…

“Kolekcjoner motyli” to książka kompletnie niepodobna do żadnej innej, które dotychczas czytałam. Historia w niej opowiedziana mrozi krew w żyłach, powoduje ciarki, a w dodatku jest napisana w takich sposób, że czytając, mamy wrażenie, iż czas zwalnia. Tak wolno, jak płynął czas w ogrodzie, tak i my nagle zwalniamy. Czy usiłujemy postawić się w na miejscu bohaterek? Nie. Nikt by tego nie chciał.

str. 214 – “Nocą Ogród spowijały cienie i światło księżyca i można było znacznie wyraźniej usłyszeć wszystkie iluzje, które czyniły go takim, jakim był”.

To jest ten typ powieści, od której nie sposób się oderwać, o której myślimy nawet wówczas, gdy musimy ją na chwilę odłożyć. Również po tym, jak ją przeczytamy, jest ona obecna w naszych myślach i ciężko o niej zapomnieć. I wcale nie ma tu brutalnych opisów śmierci, krew nie leje się litrami, trup nie goni trupa. Ten klimat grozy i napięcie tworzy wizja więzienia, w którym przebywają kobiety oraz fakt, że nie mogą się z niego wydostać i że będą w nim tkwić aż do śmierci. Do śmierci, która może nastąpić lada moment… Tutaj lepiej nie przywiązywać się do współtowarzyszek, a już na pewno nie za mocno, nie za bardzo. Kiedy ich zabraknie, cierpienie będzie większe.

Maya to tajemnicza dla FBI postać, ale też jedyna, która może pomóc w dochodzeniu. Traktują ją z najwyższą ostrożnością wiedząc, co przeszła i z niedowierzaniem słuchając jej historii. Obaj agenci mają jednak wrażenie, że dziewczyna coś ukrywa, że na rzeczy jest coś więcej ponad to, co mówi. Czy rzeczywiście?

Połknęłam powieść w półtora dnia, już jakiś czas temu, a wstrząsającej historii Mai i innych dziewcząt z Ogrodu, nie zapomniałam do dziś, pamiętam ją ze szczegółami.

Autorka ma niezwykły talent do kreowania niesamowicie klimatycznej otoczki tego, o czym pisze. Oczami wyobraźni widzimy ten kuriozalnie piękny i cichy Ogród. Tajemniczy nocami i rozbrzmiewający rozmowami i szeptami jego mieszkanek za dnia. I ten uderzający kontrast pomiędzy pięknem tego miejsca, a jego upiornością i koszmarem, jaki zafundował kobietom… Tego nie da się streścić tutaj w kilku słowach.

Powieść czyta się migiem. Lekkie pióro autorki i plastyczny język to atuty książki, dzięki którym akcja po prostu się toczy, a my towarzyszymy bohaterkom w ich drodze. Wbrew temu, że jest to thriller i wiele w nim cierpienia, to sama powieść jest napisana pięknie, wręcz artystycznie, z dbałością o każdy szczegół. Rodzi w nas to współczucie dla ofiar Ogrodnika i żal, że to wszystko miało miejsce. Myślę też, że za jakiś czas przeczytam ją ponownie i być może odnajdę w niej coś, co za pierwszym razem mi umknęło…

Gorąco polecam.

*cytaty pochodzą z książki

“Nora” Katarzyna Puzyńska

“Nora” to już dziewiąty tom znanej wszystkim sagi o policjantach z Lipowa. Przeczytałam wszystkie i choć stanowią one całość i warto poznać każdy chronologicznie, to każdy zawiera w sobie osobną historię. Na tę chwilę nie wiem, czy planowane jest wydanie dziesiątego tomu (pewnie tak) i czy saga nadal będzie kontynuowana (pewnie tak), jednak ja już podziękuję i na tej dziewiątej części zakończę moją przygodę z Lipowem.

Kilka pierwszych książek bardzo mnie wciągnęło, “Łaskun” był dla mnie szczytem góry lodowej, po której reszta – niestety – spadała już coraz niżej. Po “Czarnych narcyzach” już się poważnie zastanawiałam czy brnąć dalej, a “Norę” właściwie kupiłam z przyzwyczajenia… No bo jak to tak, tyle książek z cyklu przeczytałam, ta się ukaże i jej nie wezmę? I to był błąd, trzeba było posłuchać intuicji.

“Nora” to właściwie klon wszystkich innych książek z serii. Oczywiście historia jest inna, trupy są inne, tło wydarzeń też, jednak cała reszta to dokładnie to samo, co już było i o czym czytaliśmy już jakieś… osiem razy.

To, co mogło mi się podobać poprzednio, teraz tylko irytowało, bo też ile razy można czytać początki rozdziałów w stylu: “Aspirant Daniel Podgórski (…)”, “Młodsza aspirant Emilia Strzałkowska (…)”. Przecież my ich już znamy! Zdążyliśmy poznać ich słabości i zalety w ciągu tych tysięcy przeczytanych stron, setek rozdziałów i kilku historii. Generalnie irytowało mnie to od czasów “Motylka”, czyli od pierwszego tomu, ale po kilku kolejnych… Zwyczajnie nie idzie tego znieść, jest wytarte, nudne, oklepane.

Postaci nadal jak na karuzeli. Weronika ciągle nie wie, czego chce od życia, jest tak bezbarwna, że aż nieciekawa, nużyły mnie sceny, w których występowała. Daniel znowu stara się być miły i dobry, ciągle pali papierosy, a jak ich nie pali, to myśli o tym, że strasznie by chciał zapalić. I niestety też nie wie, czego właściwie chce. Emilia ciągle boi się ciasnych pomieszczeń, a Klementyna… Perełka pierwszych kilku tomów, tak inna, tak dziwna, niesympatyczna do tego stopnia, że nie sposób było jej nie lubić. Nadal rzuca tymi samymi, wytartymi do cna, frazesami, nie wnosi do treści kompletnie niczego nowego, bo zwyczajnie jesteśmy w stanie przewidzieć, co i jak powie i jak się zachowa w obliczu takiej czy takiej sytuacji.

Powieść ma ponad osiemset stron, co przy takim, a nie innym formacie, jest strasznie niewygodne w użytkowaniu, poza tym uważam, że schudnięcie o jakąś jedną trzecią stron, książce wyszłoby tylko na dobre. Za dużo tu gadaniny. Ktoś coś robi, przesłuchuje świadka, po czym wraca na komendę i powtarza całemu zespołowi to, czego dowiedział się od świadka. Tego naprawdę można było uniknąć. Akurat to ostatnie drażniło mnie już w poprzednich tomach, bo jest to moim zdaniem zbędne (chyba że wniosłoby coś nowego do sprawy). Ledwie dotarłam do 300-setnej strony i miałam już ochotę porzucić lekturę, ale zaparłam się i czytałam dalej. Akcja się wprawdzie rozkręciła, ale niesmak już pozostał i niecierpliwie wyczekiwałam końca.

Jeśli chodzi o historię, to jest tu sporo nawiązań do “Czarnych narcyzów”, co akurat średnio mi się podobało ze względu na niemożność przeczytania książek nie po kolei. Jedna z miejscowych dziewczyn – Berenika – znika któregoś dnia i nikt nie wie, gdzie się podziała. Sprawa wygląda podejrzanie tym bardziej, że w szpitalu psychiatrycznym ginie pacjentka, która odegrała dość poważną rolę w poprzednim dochodzeniu policji. Czy wydarzenia te mają jakiś wspólny mianownik? I czy Berenika ponownie zwiała z domu, jak to robiła już wielokrotnie?  Czy tym razem jednak stało się coś poważniejszego?

Poza głównym wątkiem mamy tu mnóstwo wątków pobocznych, co na ogół ciekawie rozwija akcję, ale w “Norze” można się pogubić w tłumach bohaterów i licznych historii z nimi związanych. Poza tym, szczerze mówiąc, ileż można zamordować ludzi w tym niewielkim, biednym Lipowie? I ilu zwyrodnialców się tam może kręcić?

Historia sama w sobie może i jest ciekawa, intryga nieźle utkana, a dochodzenie interesujące, jednak książka ogólnie przegadana, rozwleczona, a krótkie rozdzialiki zamiast potęgować klimat i napięcie, mnie osobiście tylko irytowały. Nie potrafiłam polubić żadnego z bohaterów, to niezdecydowanie każdego z nich powoduje, że żaden nie jest nakreślony wyraźnie, żaden się nie wyróżnia, każdy jest taki sam. Mam wrażenie, że większość z nich nawet wyraża się w podobny do siebie sposób.

I dlatego jest to moje ostatnie spotkanie z sagą o policjantach z Lipowa. Nie będę książki polecać, nie będę odradzać, sami musicie zdecydować. Myślę, że jeśli ktoś czyta od początku, będzie czytać dalej (choć ja też czytałam od samego początku i zawsze na bieżąco). Myślę też, że jeśli któraś kolejna książka zacznie Was denerwować, nużyć bądź uznacie, że “to już było, tylko w innych okolicznościach”, to dotrzecie do momentu, do którego właśnie dotarłam ja i skończycie na którymś z kolei tomie…

Sądzę, że winien jest tu popyt. Wydawnictwo wydaje i zarabia, autorka również, więc trzeba wydawać więcej i więcej, żeby zarobić więcej i więcej. I tak następuje jakieś wypalenie i zmęczenie materiału. A moim zdaniem o wiele korzystniej byłoby napisać i wydać coś zupełnie nowego – też by się sprzedało. Każdy fan Katarzyny Puzyńskiej kupiłby pewnie coś, co by się ukazało na rynku wydawniczym. I o ileż ciekawiej byłoby przeczytać coś nowego, coś innego, coś ciekawego, poznać nowych bohaterów, obejrzeć nowe miejsca i wciągnąć się w wir nowych, fascynujących historii. Jeśli ukaże się coś takiego, to pewnie jeszcze dam szansę autorce, bo do Lipowa już na pewno nie wrócę.

“Antykwariat pod Błękitnym Lustrem” Martin Widmark

Jaka powinna być książka dla dzieci? Wciągająca, ciekawa, kolorowa? A może pełna magii? Oczywiście co kto lubi i co się komu podoba. Jednak lekkie pióro i ten specyficzny magiczny klimat Martina Widmarka to coś, czemu zarówno ja sama, jak i moja dziesięcioletnia córka, nigdy nie potrafimy się oprzeć.

“Antykwariat pod Błękitnym Lustrem” to pierwszy tom serii o Dawidzie i Larisie i choć czytałam już serie o Lassem i Mai oraz o Nelli Rapp (tego samego autora), to “Antykwariat (…)” mocno się od nich różni. Przede wszystkim nie jest to już książka dla maluchów, to lektura przeznaczona dla ciut starszych dzieci. I powiem Wam, że również dorośli mogą się mocno wciągnąć w przygody Dawida, ponieważ od samego początku książka jest ciekawa i bardzo wciągająca.

Dawid to zwykły uczeń gimnazjum, trochę nieśmiały, raczej zamknięty w sobie, małomówny. Jego rodzice wyjechali na misję do Afryki, więc mieszka u bliskiego znajomego, Melchiora, który prowadzi antykwariat. Dawid lubi to miejsce, lubi też swojego gospodarza i nie narzeka. W szkole poznaje nową koleżankę, Larisę, z którą niedługo później się zaprzyjaźnia. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nadszedł pewien dzień. Tego pewnego dnia znika Melchior. Ot tak, po prostu. Dawid bardzo się martwi i wraz z Larisą usiłuje dowiedzieć się, gdzie jest antykwariusz i co się właściwie stało. Tajemnicza wiadomość od Melchiora potęguje tylko ich ciekawość i wywołuje dziwny lęk. Atmosfera panująca w antykwariacie i sekrety, jakie przyjdzie im odkryć to clue całości, właśnie to sprawia, że książka ta nie pozostawia czytelnika obojętnym. Nastolatkowie będą też musieli odpowiedzieć na trudne pytania dotyczące ludzkiego życia i istnienia oraz na te dotyczące moralności i tego, jak daleko może się posunąć człowiek w poszukiwaniu odpowiedzi.

str. 46 – “Zatrzymałem się na progu i nasłuchiwałem. Było zupełnie cicho. Zawołałem Melchiora, ale mój głos odbił się tylko nieprzyjemnie od ścian sklepu. Wszedłem do środka, zamknąłem za sobą drzwi i przekręciłem klucz. Coś było nie tak. Czułem to całym sobą”.

Bohaterowie to dzieciaki z krwi i kości, nie są to superbohaterowie, nie mają nadzwyczajnych zdolności. Larisa jest wprawdzie oczytana, inteligentna i pewna siebie, ale kto nie zna takich nastolatków? Razem z Dawidem tworzy ciekawą parę: ona energiczna, on spokojny. Polubiłam oboje.

Książkę napisano w pierwszej osobie, o wszystkim dowiadujemy się od Dawida. Naszpikowana jest sytuacjami i scenami pełnymi tajemnic, lekko kryminalnymi, takimi w sam raz dla starszych dzieci. Czytając czujemy dreszczyk emocji, a sekrety, który odkrywamy wraz z bohaterami, często powodują zdumienie, zaskoczenie i niedowierzanie.

str. 121 – “W budce wartownika było ciemno, więc bez przeszkód udało nam się przeskoczyć przez ogrodzenie. Kiedy zeszliśmy do nabrzeża, uderzyła w nas chłodna bryza znad morza. Słabe światło latarni padało na dźwigi i kontenery stojące wzdłuż brzegu. Było upiornie cicho”.

Warto wspomnieć, że książka została pięknie wydana. Ma twarde okładki, ciekawe szkice wewnątrz i bardzo wygodny format, sporo mniejszy od tradycyjnego. Czyta się bardzo wygodnie, a tych nieco ponad sto sześćdziesiąt stron z pewnością nie będzie też wielkim wyzwaniem dla dzieci i na pewno dadzą sobie z powieścią radę. Na dodatek, aby podsycić ciekawość, autor kończy rozdziały w takich momentach, że siłą rzeczy chcemy czytać dalej i ciężko jest tę książkę odłożyć.

Jak wcześniej wspomniałam, jest to pierwszy tom serii o Dawidzie i Larisie, z tego, co wiem, ukazały się już kolejne trzy. Mamy je z córką w planach, Wam również polecam przygody Dawida, świetnie się je czyta. No i warto samemu się przekonać, jak z pewnymi problemami poradzą sobie nasi bohaterowie i co zrobią w obliczu odkryć, jakich dokonają.

Bardzo gorąco polecam, zarówno dorosłym, jak i dzieciakom od 8 lat.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2018. Powered by WordPress & Romangie Theme.