“Jej wszystkie śmierci” Marta Zaborowska

Marta Zaborowska to jedna z tych polskich autorek, które mają ogromny talent do tworzenia wciągających historii. Po lekturze jej poprzednich książek wiem, że warto po nie sięgać, stąd w moich rękach najnowsza powieść autorki.

Erwin Cis mieszka na stałe w Hamburgu. Od przeszłości odciął się niemal zupełnie, w Niemczech się ożenił, urodził mu się syn, a on sam prowadzi nieźle prosperującą firmę. Czy jest szczęśliwy? Chyba nie do końca, ale na razie nic nie zmienia. Jednak pewnego dnia odbiera telefon od mecenasa Nawrockiego, którego do odnalezienia Cisa zobowiązała jego dawna ukochana, Izabela. I w tym momencie życie Erwina robi nieoczekiwany zwrot. Erwin jedzie do Polski i spotyka się z prawnikiem, który przekazuje mu przesyłkę od Izabeli i informuje go o jej śmierci. Zszokowany Erwin postanawia spróbować rozwiązać zagadkę ostatnich dni Izabeli.

Izabela była dla Erwina kimś bardzo ważnym, co tu się oszukiwać, była tą jedyną… Dlaczego się rozstali? Co zmusiło Erwina do opuszczenia Polski i rozpoczęcia zupełnie nowego życia? Jakie sekrety wyjdą na jaw podczas jego prywatnego śledztwa?

“Jej wszystkie śmierci” to mistrzowsko poprowadzona intryga kryminalna, która wciąga czytelnika już od pierwszych zdań. Akcja nie pędzi wprawdzie na łeb na szyję, ale dość dynamicznie podąża naprzód swoim własnym tempem. W miarę jak poznajemy Erwina i jego przeszłość, a na jaw wychodzą skrywane całymi latami sekrety, my – jako czytelnicy – zatracamy się w akcji coraz bardziej i mocniej.

Marta Zaborowska jest mistrzynią budowania napięcia krok po kroku, powolutku i stopniowo. I robi w taki sposób, że w pewnej chwili stwierdzamy, iż od czytania naprawdę bardzo ciężko jest się oderwać. Lekkie pióro, prosty język i autentyczne postacie sprawiają, że powieść czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Ani razu nie miałam poczucia przegadania, żaden rozdział nie nużył, a trzeba przyznać, że książka wcale nie jest taka cienka, liczy sobie przeszło 430 stron.

str. 65 – “Jechał na oślep. Wiatr przybrał na sile i zmieszał się z siekącym deszczem. Dopiero gdy biegnący przez pasy przechodzień oparł się o przednie koło jego motocykla, wcisnął hamulec. Pieszy kopnął oponę i rozmasował bolące udo. Erwin patrzył, jak postać przechodnia oddala się ulicą, ale nie czuł ulgi. Wszystko było mu obojętne”.

Nie sposób powstrzymać się przed dywagowaniem, co się wydarzyło, dlaczego wszystko poukładało się tak, a nie inaczej i co takiego doprowadziło do rozstania Erwina z Izabelą. Przecież byli tak bardzo w sobie zakochani… Erwin nie potrafi zapomnieć, nie umie tak po prostu wrócić do domu, dopóki nie wyjaśni okoliczności śmierci dawnej dziewczyny. Tymczasem Simone, żona Erwina, rusza jego śladem i nie jest zachwycona poczynaniami męża…

Świetnie skonstruowana historia nie pozwala o sobie zapomnieć, a sekrety i tajemnice, które w miarę upływu czasu i śledztwa Erwina wydostają się na światło dzienne, zaskakują nie tylko głównego bohatera, ale i nas. Czy Erwinowi uda się rozwiązać zagadkę śmierci Izabeli?

str. 192 – “Ktoś chodził za drzwiami sąsiedniego mieszkania. Kroki były męskie, stanowcze. Podeszwy butów musiały być twarde, gdyż każde stąpnięcie odbijało się echem po podłodze z kiepskiej jakości paneli”.

Niezaprzeczalnie największym plusem powieści jest jej klimat. W tle każdej sceny, gdzieś głęboko, czai się coś, co nie pozwala nam się uspokoić. Mam wrażenie, że nawet w chwilach, gdy bohater robi zwyczajne rzeczy, jak choćby śniadanie czy herbata, wcale tak do końca nie wiadomo, czy nie wydarzy się coś, co nas zupełnie zaskoczy. Książka przez cały czas trzyma w napięciu i z całą pewnością jest to najlepsza, jak dotąd, książka Marty Zaborowskiej, jaką czytałam. Polecam wszystkim fanom thrillera i kryminału, w szczególności miłośnikom polskiej literatury współczesnej, która – jak widać na przykładzie powieści “Jej wszystkie śmierci” – w niczym nie ustępuje swoim zagranicznym odpowiednikom.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

*cytaty pochodzą z książki

“Dobra córka” Karin Slaughter

Karin Slaughter to autorka, po której książki sięgam nie czytając opisu wydawcy ani opinii w Internecie, biorę każdą jej powieść w ciemno i wiem, że mnie nie zawiedzie. To jedna z tych pisarek, od książek której nie można się oderwać i o których myśli się cały czas, nawet podczas zwykłych, rutynowych domowych czynności.

“Dobra córka” to opowieść o dwóch siostrach: Charlie i Sam. Blisko trzydzieści lat temu matka obu, wówczas jeszcze dziewczynek, została zamordowana. Rodzinna tragedia owiana jest wieloma tajemnicami i nie do końca wiadomo, co się wtedy tak naprawdę wydarzyło. Dziewczynki nigdy nie wyjawiły całej prawdy. Wydarzenia te jednak spowodowały, że więź między siostrami uległa poważnemu rozłamowi. Każda zajęła się swoim życiem i swoimi sprawami i właściwie nie mają ze sobą kontaktu. Pewnego jednak dnia przyjdzie im się spotkać, niestety ponownie w niesprzyjających i mocno tragicznych okolicznościach. Na oczach Charlie dochodzi bowiem do strzelaniny w szkole, dziewczyna angażuje się w sprawę, nie przypuszczając nawet, jakie sekrety z przeszłości wyjdą przez to na jaw.

Książka zaczyna się istną bombą, zanim dotarłam do trzydziestej strony, już miałam ciarki i wstrzymywałam oddech. Od pierwszych słów powieść wciąga w swój świat, a klimat niepewności, który temu towarzyszy, nie pozwala się od niej oderwać. Mimo pokaźnych rozmiarów w postaci ponad pięciuset stron, powieść czyta się bardzo szybko. Karin Slaughter to przede wszystkim bardzo lekkie pióro, prosty język, prawdziwe postacie, do bólu wręcz autentyczne i napięcie trzymające czytelnika przez cały czas lektury.

Pomimo tej objętości, ani razu nie miałam wrażenia przegadanych scen, zbędnych dialogów czy niepotrzebnych opisów. Tutaj wszystko do siebie pasuje i wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Nie ma braków w wątkach i nawet jeśli coś jest niejasne, to możemy być pewni, że brakujący fragment układanki wskoczy na swoje miejsce i wszystko będzie pasowało idealnie.

str. 211 – “Ziemie sąsiada ciągnęły się aż po horyzont. Ten teren był zupełnie płaski. Nawet gdyby Charlie biegła zygzakiem, Sam potknęłaby się i upadła. Po prawej stronie na granicy posiadłości rósł las. Gdyby Charlie zdołała poprowadzić Sam w tamtą stronę, mogłyby się tam ukryć”.

“Dobra córka” to jedna z lepszych książek autorki, obok “Miasta glin” trafia na półkę moich ulubionych powieści, chociaż jak się tak zastanawiam, nie napotkałam jeszcze na takiej powieści Karin Slaughter, który by mi się nie spodobała.

To świetnie napisany thriller, jak zwykle nie brakuje w nim, tak charakterystycznych dla pisarki, mocnych scen, często brutalnych, prawdziwych, bez łagodzących epitetów, bez mydlenia oczu. Ale jest to również doskonale poprowadzona intryga kryminalna, zbrodnia i osądzenie sprawcy. Jest to opowieść o poszukiwaniu sprawiedliwości tam, gdzie na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że przecież wszystko jest jasne i wszystko wiemy. To, co jest tak porywające u Karin Slaughter, to to, że często jest zupełnie inaczej niż nam się wydaje. Czy poszukiwanie prawdy, sprawiedliwości i odkrywanie sekretów połączy obie siostry, czy też raczej na powrót poróżni i rozdzieli już na zawsze? Czy prywatne rodzinne tragedie będą miały moc uzdrawiania i pojednania, czy też zupełnie przeciwnie?

Książka ta to również złożona powieść psychologiczna o tym, jak trudno jest pokonywać własne słabości i o tym, że mimo, iż dajemy z siebie wszystko, czasem braknie nam sił. Pozwala uwierzyć, że po takich chwilach przychodzi lepszy czas i że nie zawsze musimy wszystko robić najlepiej. Może czasem warto pozwolić sobie na moment nic-nie-robienia i odpoczynku od świata. To też nauka wybaczania samemu sobie i chwila refleksji czy w ogóle warto…

Polecam “Dobrą córkę” wszystkim fanom thrillera i kryminału, a dla miłośników twórczości Karin Slaughter, jest to pozycja obowiązkowa. Na pewno się nie zawiedziecie.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Harper Collins Polska

*cytat pochodzi z książki

“Ostatni policjant” Ben H. Winters

“Spoglądam na księżyc, wielki, jasny i zimny. Czekam na świt”.

Wyobraźcie sobie, że pewnego pięknego dnia budzicie się rankiem, za oknem świeci słońce, lekkie chmurki płyną po niebie, cudnie śpiewają ptaki. Robicie sobie śniadanie, pachną świeże bułeczki, jajecznica, paruje herbata. Włączacie radio, właśnie zaczynają się wiadomości. I nagle, wśród ciszy i sielskości tego poranka, dziennikarz podaje informację, że za sześć miesięcy w Ziemię uderzy asteroida, czym unicestwi istniejące na naszej błękitnej planecie wszelkie życie.

W obliczu właśnie takiej, nadchodzącej z nieba katastrofy, żyją bohaterowie “Ostatniego policjanta” Bena H. Wintersa. Książka ma swą polską premierę właśnie dziś, 11 października.

str. 26 – “W kwietniu, na niespełna pięć i pół miesiąca przed upadkiem asteroidy, będziemy w stanie wyliczyć z dużą dozą precyzji miejsce, w którym Maja uderzy w Ziemię. Sądzimy, że uda się je ustalić z dokładnością do piętnastu mil”.

W toalecie McDonalda w mieście Concord zostaje znalezione ciało. Wszystko wskazuje na samobójstwo, na to, że mężczyzna się powiesił. Przydzielony do śledztwa Henry Palace, skrupulatnie sprawdza wszelkie ślady, niestety otaczająca go rzeczywistość wcale mu niczego nie ułatwia. Kiedy w dodatku patolog nie potwierdza jego przypuszczeń o morderstwie, Henry prawie się poddaje.

Wobec nadlatującej w kierunku Ziemi ogromnej asteroidy, ochrzczonej przez znawców subtelnym imieniem “Maja”, nikomu nie zależy na jeszcze jednej ofierze. Nikogo nie obchodzi los jakiegoś pojedynczego człowieka, który na dodatek już nie żyje i któremu pomóc już nie można. Większość ludzi wybrała z banków oszczędności swego życia – mniejsze lub większe – i wyjechała do ciepłych krajów, by tam, w cieniu palm, nad brzegiem lazurowego oceanu, spędzić tych kilka ostatnich miesięcy. Z powodu zbliżającego się końca świata większość mieszkańców Concord nie przywiązuje już wagi do codziennych szarości, do małych rzeczy i mniej istotnych spraw. Bo i po co? Nawet policja nie zamierza robić więcej niż musi, a jej szeregi zasilają w większości niedoświadczone żółtodzioby, którym zwyczajnie nie zależy.

Henry Palace jednak uznaje, że nie może tej sprawy tak zostawić. To byłoby wbrew wszystkiemu, w co dotychczas wierzył. I podczas gdy reszta policjantów zupełnie lekceważy swoje obowiązki, on nadal podchodzi do nich poważnie, a bycie policjantem do czegoś według niego zobowiązuje. I jeśli w tych szalonych czasach i ostatnich miesiącach życia na Ziemi, ktokolwiek stanąłby twarzą w twarz z asteroidą, to byłby to właśnie Henry Palace.

Książka została napisana w czasie teraźniejszym, który miesza się z przeszłym, co potęguje napięcie i dzięki czemu cały czas pamiętamy o grożącym ludzkości niebezpieczeństwie. Asteroida – zupełnie jak grecka Nemesis – ciągle tkwi tuż nad nami i nie pozwala się skupić. I czytając, ja również czułam pewne podenerwowanie, zapewne podobnie jak mieszkańcy Concord, które tutaj występuje w imieniu całej ludzkości.

To absolutnie nie jest sensacyjna powieść, w której akcja goni akcję, to raczej jedna z tych spokojniejszych, ale nie znaczy to, że autor nie potrafi budować napięcia, wręcz przeciwnie, napięcie towarzyszy czytelnikowi przez cały czas. I nawet kiedy czytałam spokojniejsze opisy, niemal sielankowe, to i tak bez przerwy spodziewałam się jakiejś bomby zza rogu…

str. 155 – “Siedzimy w ciszy poranka, dwoje ludzi na tle jedynego okna skromnej, białej kuchni. Na zewnątrz słońce próbuje się przebić przez gęstą zasłonę wiszących bardzo nisko chmur. Mam z tego miejsca znakomity widok, zwłaszcza o świcie: sosnowy zagajnik, pola uprawne w oddali, tropy jeleni przecinające połacie dziewiczego śniegu”.

Piękny opis, prawda? W kontekście całości wcale mi się taki nie wydawał, robił wrażenie niepokojącego…

Palace nie jest superbohaterem, nie ma szczególnych uzdolnień, stara się po prostu dobrze i solidnie wykonywać swoją pracę, wypełniać służbę wobec mieszkańców i za to właśnie najbardziej go polubiłam. Warto wspomnieć, że “Ostatni policjant” to pierwsza z trzech części trylogii o Henrym. Nie jest to gruba książka, ma niewiele ponad trzysta stron, czyta się szybko, ale chwilami wymaga zatrzymania się na moment. Nie dlatego, że język, którym operuje autor, jest trudny czy niezrozumiały. Po prostu są w niej fragmenty, kiedy to razem z autorem i bohaterem, potrzebujemy oddać się refleksji nad życiem, nad światem, nad tym wszystkim, do czego świat zmierza. Te przemyślenia tutaj, z uwagi na zbliżającą się do Ziemi asteroidę, nabierają zupełnie innego, dużo głębszego, znaczenia.

str. 168 – “Budzę się o czwartej nad ranem, wyrwany z abstrakcyjnego snu o zegarach i klepsydrach, i kołach do ruletki. Nie mogę ponownie zasnąć, ponieważ nagle mnie olśniło, nagle coś zrozumiałem. Znalazłem kolejny element układanki”.

Piękna, dopracowana okładka skłoni każdego czytelnika, by się nią zainteresować. Niebiesko-szare odcienie, klimatyczna, tajemnicza mgła, przygarbiona męska postać, niepokojący krajobraz – grafika trafiona idealnie w samo sedno.

Polecam “Ostatniego policjanta” miłośnikom kryminału i zagadek, choć sądzę, że wątek asteroidy w niej zawarty i wizja rychłej zagłady ludzkości, może zainteresować również fanów powieści postapokaliptycznych, mimo że autor – póki co – przyszłości tutaj nie przewiduje.

Gorąco polecam.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu RM.

*cytaty pochodzą z książki

“Przeczucie” Tetsuya Honda

Nie sądziłam, że książka Hondy tak bardzo mi się spodoba i tak mocno wciągnie mnie w swoją historię. Sięgnęłam po nią z ciekawości, bo chyba jeszcze nie zdarzyło mi się czytać niczego spod japońskiego pióra, a przynajmniej niczego osadzonego we współczesnych czasach i dzisiejszych realiach. Coś super świeżego po kryminałach amerykańskich, polskich i skandynawskich, którym oczywiście niczego nie brakuje.

Komisarz Reiko Himekawa nie ma lekko. W tak patriarchalnym społeczeństwie, jakim jest Japonia, Reiko to jedyna kobieta w wydziale, a w dodatku dowódca zespołu. Nie wszystkim się to podoba, kobieta komisarz to nie jest tu coś, co zdarza się często. Reiko musi pracować dwa razy ciężej niż koledzy i na dodatek odpierać czasem niewybredne komentarze.

str. 19 – “Otrzymała nominację na komisarza w bardzo młodym wieku – miała dwadzieścia siedem lat – mimo że nie korzystała z trybu kariery urzędnika. Wkrótce potem zaangażowała ją Tokijska Policja Metropolitalna, gdzie została szefem zespołu”.

Tymczasem nad brzegiem stawu rybnego ktoś znajduje zwłoki owinięte w niebieski foliowy worek, dość mocno związane zwykłym sznurkiem. Ciało ofiary zostało brutalnie okaleczone, a większość ran zadano ofierze prawdopodobnie po śmierci. Zespół Reiko poprowadzi śledztwo, ale zanim pani komisarz zdąży na dobre przyjrzeć się sprawie, niespodziewanie pojawia się kolejne ciało.

A potem kolejne.

Do zespołu Reiko zostaje przydzielony wraz ze swoimi śledczymi drugi komisarz, jako że wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą. I nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, w końcu połączone siły obu zespołów powinny szybciej i sprawniej ze wszystkim sobie poradzić, dodatkowo wspierać się na polu śledztwa. Niestety ów komisarz, z którym ma pracować Reiko, to Kensaku Katsumata, do bólu wręcz nieznoszący swojej młodszej koleżanki, szykanujący jej postępowanie i ją samą na każdym niemal kroku i dość dosadnie wypominający jej płeć, urodę i niewybrednie przypominający jej, gdzie tak naprawdę jest miejsce kobiety w społeczeństwie. Cóż, u nas kobieta w policji to żadna nowość i nikogo to nie dziwi. Nikt też z tego nie żartuje, ani z kobiet policjantek nie szydzi. Japonia to kraj konserwatywny, a policja to hermetyczne pudło, w którym kobiet zwyczajnie nie ma. Tak więc Reiko Himekawa nie tylko musi się zmagać ze śledztwem, ale również z uwagami kolegi, często nieprzyjemnymi i niesprawiedliwymi. I tak już po prostu jest.

Poznanie metod działania tokijskiej policji to dla mnie coś zupełnie nowego. I przyznaję, że było to naprawdę ciekawe i dość zaskakujące doświadczenie. Najbardziej zdumiało mnie to, że policjanci za każdym razem gdy mieli potrzebę przemieszczenia się z miejsca na miejsce, robili to pociągiem. Nie autem policyjnym, nawet nie prywatnym, ale miejską koleją. I czasem brzmiało to zabawnie, że muszą się śpieszyć, by zdążyć na pociąg o tej czy o tej godzinie. Druga taka zdumiewająca mnie rzecz, to ilość wymierzonych przez Reiko policzków na tych niespełna trzystu pięćdziesięciu stronach powieści.

Poza tym metody śledcze Tokijskiej Policji Metropolitalnej nie różnią się jakoś uderzająco od tych, które znamy już z literatury amerykańskiej, polskiej czy skandynawskiej. Większy nacisk jest tutaj kładziony na hierarchię dowodzenia oraz etykietę, przykładowo my podajemy drugiemu człowiekowi rękę, Japończycy się kłaniają.

“Przeczucie” to bardzo ciekawy, wciągający kryminał, który wnosi do gatunku coś nowego, coś zupełnie innego i choć miłośnik każdego suspensu ma tu szansę szybko wpaść na trop mordercy (kto wie, czy nawet nie szybciej niż Reiko), to książka trzyma w napięciu do samego końca. Znajomość tożsamości mordercy nie odbiera nam przyjemności z lektury, nie niweluje napięcia, ani nie psuje intrygi. Lekkie pióro Hondy przydaje książce autentyczności i sprawia, że powieść czyta się szybko i przyjemnie.

str. 93 – “W pewnym sensie wciąż tkwię w pułapce – w domu, który miał się spalić i raz na zawsze zniknąć z powierzchni ziemi. Długotrwałe poczucie uwięzienia sprawiło, że moje życie stało się piekłem: smród, wrzaski, przekleństwa, bicie, szaleństwo, skłonność do samozniszczenia”.

Kim jest zabójca? Czy rzeczywiście to seryjny, czy może jednak morderca doczekał się naśladowców? Komu uda się go zdemaskować? Inteligentnej i pięknej Himekawie czy może przebiegłemu, ale doświadczonemu komisarzowi Katsumacie? No i czy tej dwójce uda się popracować razem, bez niesnasek i uszczypliwości? Cóż, tego wszystkiego Wam nie powiem, warto bowiem sięgnąć po tę książkę i przekonać się samemu. Nie brakuje w niej zwrotów akcji i choć nie spływa co chwilę krwią, ma też kilka mroczniejszych stron.

str. 293 – “Na samym końcu korytarza wisiała czarna kotara. Nie było innego wejścia, więc ją odsunąłem. Za nią znajdowało się coś w rodzaju tunelu z czarnymi zasłonami po obu stronach. Szedłem dalej, aż nagle jakiś głos kazał mi się zatrzymać. Facet z latarką w czarnej masce przyglądał mi się spomiędzy dwóch zasłon. Za każdym razem procedura jest taka sama. Podaje się nazwisko, a oni sprawdzają, czy pasuje do twarzy. Wtedy też płaci się za wejście. Potem idzie się dalej korytarzem do sali, która przypomina widownię”.

Warto wspomnieć, że jest to pierwsza część z cyklu powieści o Reiko, a jak podaje wydawca, w Japonii sprzedała się ona w ponad czterech milionach egzemplarzy, nakręcono również na jej podstawie filmy oraz seriale.

Bardzo gorąco polecam, na pewno się nie zawiedziecie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu ZNAK Literanova.

*cytaty pochodzą z książki

 

“Festiwal” Andrzej Dziurawiec

Kiedy Wydawnictwo W.A.B. zaproponowało mi egzemplarz recenzencki “Festiwalu”, dłuższą chwilę się zastanawiałam. Autora nie znałam, a treść książki wydawała mi się bardzo kontrowersyjna. No ale cóż, ta kontrowersyjność właśnie przeważyła i “Festiwal” trafił w moje ręce. Czy było warto?

W starej destylarni turyści znajdują zwłoki, jak się okazuje, jednej z uznanych i aktywnie działających feministek. To właśnie tutaj, przed dwoma laty, dziś już emerytowany policjant, Szubert, zakończył swoje śledztwo. Być może Szubert tak bardzo nie zaangażowałby się teraz w tę sprawę, gdyby nie fakt, iż ofiara to znana w swoim środowisku autorka poczytnych książek Zoe de Dick Devotique i jednocześnie matka bliskiej przyjaciółki policjanta, Havy. Wprawdzie kontakty matki z córką trudno uznać za choćby poprawne, jednak Szubert nie może i nie chce odpuścić.

Autor sięga daleko do tematu środowisk feministycznych, LGBT oraz drag qeens, prowadzi wielowątkową fabułę, w której duże znaczenie ma również prywatne życie bohaterów. Nie każdemu może się to spodobać, mnie jednak książka wciągnęła. I nie tylko dlatego, że historia została nakreślona nowatorsko i interesująco, ale także dlatego, że choć mamy do czynienia z kryminałem, to jest on naszpikowany dość specyficznym humorem. A to sprawia, że odbieramy tę powieść zupełnie inaczej niż zwykły, tradycyjny kryminał. Autor ma ciekawe poczucie humoru, ironiczne i niebezpośrednie, czasem mocno zawoalowane. Sam już dobór nazwisk głównych bohaterów – Szubert i Szuman –  był dla mnie wskazówką, że poczucia humoru autorowi z całą pewnością nie zabraknie.

str. 136 – “Właściciel psa wyglądał… hm… niecodziennie. Po trzydziestce, średniego wzrostu, pulchny, brodaty, w bordowym peniuarze. Na jego lewym ramieniu siedziała zielona papuga. Ładnie się komponowali…”.

To, co bardzo mi się w książce spodobało to fakt, że bohaterowie nie są z gruntu tacy dobrzy i bez wad. Tutaj każdy człowiek ma wady i zalety, co przydaje historii autentyczności i co nie wydaje się czytelnikowi sztuczne i wyolbrzymione. Nie ma tu czerni i bieli, za to jest mnóstwo odcieni szarości. Każdy z bohaterów przeżywa wzloty i upadki, a podejmowanie decyzji jest dla nich trudne i czasem wręcz niemożliwe do przebrnięcia. No i kto wie, czy dana decyzja jest słuszna? Nie wie tego nikt, a ryzyko w związku z tym podejmowane może doprowadzić do serii nieoczekiwanych zdarzeń, niekoniecznie po myśli głównych bohaterów.

Dla miłośników klasycznego kryminału może tu zabraknąć takiego typowego dla tego gatunku śledztwa. Morderstwa, śledztwa, poszukiwania zabójcy. Śledztwo prowadzone jest w cieniu festiwalu feministycznego i zostaje właściwie zepchnięte na dalszy plan. Morderca zostaje przez autora w miarę szybko zdemaskowany, ale nie przeszkadza to czytać dalej i czerpać przyjemności z pozostałej lektury, a tożsamość zabójcy możemy też odkryć sami, choć nie wiem, czy będzie to rzeczywiście takie proste. Morderca jest inteligentny i dość przebiegły. Z początku policja zupełnie nie radzi sobie z namierzeniem zabójcy, brakuje podejrzanych, motywów, śladów.

str. 209 – “Mimo wręcz ostentacyjnej bezczelności swych zbrodni morderca wciąż nie popełnił znaczącego błędu. Był niewiarygodnie przebiegły albo sprzyjało mu niesamowite szczęście. Lub jedno i drugie. Po trzecim morderstwie w ciągu pięćdziesięciu kilku godzin śledczy dowiedzieli się, że sprawca ma krótko przystrzyżone ciemne włosy. Tylko tyle”.

Opowiedziana przez Andrzeja Dziurawca historia to fikcja literacka, o czym nawet wspomina sam autor, ale postaci są na tyle autentyczne, że mogłaby być to powieść oparta na faktach. Brak wybielonego superbohatera, którego żadna kula się nie ima, ekstraświetnego we wszystkim, o urodzie amanta, z tragiczną przeszłością, to dzisiaj naprawdę coś nowego. Prawdziwy bohater, taki z krwi i kości, aż do bólu autentyczny, zaskakujący i chwilami dający nam nieźle popalić, to jest coś, co zawsze będzie przeze mnie w powieści dostrzeżone. Wolę czytać o tych realnych ludziach, takich jak my wszyscy, niż o przerysowanych, nie posiadających wad postaciach, które kompletnie nie mają racji bytu.

“Festiwal” to dobre pióro. Lekkie i naturalne. To też zwykły język, choć chwilami bardzo dosadny, za to docierający do czytelnika i z jakiegoś powodu zupełnie nie wprawiający go w zażenowanie pomimo faktu pojawiania się w tekście słów zwyczajowo uważanych za dość nieprzyzwoite. Autor ma wyczucie smaku i świetnie potrafi operować językiem, a to dzisiaj wcale nie taka popularna umiejętność.

Powieść nie jest przegadana mimo swoich lekko ponad 460 stron i czyta się bardzo dobrze, to lektura dla lubujących się w tajemniczych zbrodniach oraz tych, którzy lubią wraz z detektywem doszukiwać się śladów i tropić mordercę. Ci, którzy wolą szybsze tempo i akcję goniącą akcję, mogą nieco się znudzić, za to miłośnicy kryminału i łączenia go z prywatnym życiem bohaterów, na pewno się tutaj odnajdą. Polecam gorąco.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.