“Hashtag” Remigiusz Mróz

Mam za sobą kilka książek autorstwa Remigiusza Mroza, łącznie z serią, która mnie kupiła, czyli Forstem i pięciu książkach o jego perypetiach. “Hashtag” próbowałam już przeczytać w minione wakacje w e-booku, ale jakoś nie wyszło, bo wypady, bo rozjazdy… Teraz wypożyczyłam audiobooka z biblioteki. No i szczerze mówiąc, gdyby nie był to audiobook, to chyba porzuciłabym książkę w połowie lektury, o ile nie szybciej. Za mną 11 godzin słuchania, do e-booka na pewno już nigdy nie wrócę, a papierowe wydanie będę omijać z daleka. Dlatego też nie będzie to długa opinia.

Ciężko mi nawet powiedzieć, o czym jest ta książka, nie upatrzyłam sobie żadnego bohatera, nikt nie wzbudził mojej sympatii. Od początku w powieści króluje chaos, wątki zmieniają się jak w kalejdoskopie, skaczemy od postaci do postaci, raz narratorem jest ten, za chwilkę tamten. Ciągnie się jakaś myśl, porządkujemy ją sobie w głowie, po czym po chwili znajdujemy się już w innym czasie i innym miejscu.

Na pierwszy plan wysuwa się tutaj postać Tesy, otyłej studentki, zdolnej, inteligentnej, ale cierpiącej na pewne poważne zaburzenia psychiczne, zakompleksionej, choć oczytanej i… już. Nie polubiłam Tesy. Dziewczyna narzeka na wiele rzeczy w swoim życiu, ale nie robi kompletnie nic, by coś zmienić, by coś poprawić. Najłatwiej jest usiąść i narzekać… Drażniło mnie jej zachowanie, wnerwiało to, że bez przerwy skubie skórki przy paznokciach, raniąc się do krwi i że autor tak to ciągle akcentuje. Wkurzało mnie jej poddanie się wszystkiemu, jej obojętność na wiele spraw, brak motywacji do dalszego działania. Podobnie denerwowało mnie takie uparte podkreślanie tego, że Tesa ciągle się poci: wszędzie plamy potu, w kółko pociła się pod pachami, pod piersiami, na twarzy, bez przerwy spocone dłonie – po co tego tyle, po co tak to akcentować? Takie obnażanie bohaterki, wredne wytykanie jej niedoskonałości, zarówno fizycznych, jak i psychicznych, nie wzbudza to sympatii czytelnika do niej, a wręcz przeciwnie, mnie osobiście Tesa wydała się odpychająca i antypatyczna.

Sama historia być może ma potencjał, niestety panujący w niej bałagan skutecznie odebrał mi przyjemność z czytania, czy raczej – w moim przypadku – ze słuchania. W zasadzie na samym końcu dopiero zrozumiałam zamysł całości, ale do tej pory pozostało kilka wątków, których nie pojęłam i których istoty w powieści nie rozumiem.

Książka jest przegadana, za dużo w niej filozofowania, za dużo błądzenia w ludzkich umysłach. Myślę, że gdybym miała ją czytać, nie dobrnęłabym do końca i pewnie w którymś momencie bym zwyczajnie zasnęła. Uratował ją audiobook (na szczęście wypożyczony), który z ulgą oddałam już do biblioteki.

Nie jest to moja pierwsza książka Mroza, mało tego, większość jego książek raczej mi się podobała, jednak na “Hashtag” zwyczajnie szkoda czasu. Zwłaszcza jeśli ma być to pierwsze spotkanie czytelnika z tym autorem. “Hashtag” może skutecznie zrazić do innych pozycji Remigiusza Mroza.

Jak zaznaczyłam, książka ma potencjał, ponieważ wszystko w niej obraca się wokół mediów społecznościowych, a ściślej mówiąc Twittera i hashtagów. W sieci pojawiają się nagle wpisy o hashtagu #apsyda i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wpisy pojawiają się na kontach osób, które zostały uznane za zaginione. Z początku miałam nawet smaczek na niezłą powieść, ale później wszystko się posypało. Tak więc lekturę odradzam, nawet tym czytelnikom, którzy lubią i czytają Remigiusza Mroza. Ja również, wyłączając serię o Chyłce, lubię powieści autora i chętnie po nie sięgam. Niestety tym razem lepiej poświęcić czas czemuś innemu.

“Podróż Cilki” Heather Morris

“Podróż Cilki” jest przedstawiana jako kontynuacja książki “Tatuażysta z Auschwitz”, jednak moim zdaniem jest to nie tyle kontynuacja, co po prostu osobna historia o bohaterce, którą poznaliśmy już w pierwszej książce. Nie znajdziemy tutaj dalszych losów Lalego Sokołowa, czyli tatuażysty z obozu.

Warto też na samym początku zaznaczyć, że nie jest to dokument. Podobnie jak “Tatuażysta z Auschwitz” jest to powieść oparta na pewnych zdarzeniach, które miały miejsce w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Cilka Klein to dziewczyna, którą Lale Sokołow poznał w Auschwitz-Birkenau i której zawdzięczał życie. Jego ukochana, Gita, była przyjaciółką Cilki. Nie jestem pewna, czy mężczyzna tak do końca zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele poświęciła Cecilia, by ocalić ich dwoje…

Historia Cilki rozpoczyna się w chwili wyzwolenia Auschwitz przez Armię Czerwoną. Powinien być to jeden z najszczęśliwszych dni w życiu dziewiętnastoletniej dziewczyny. Bo czy po latach spędzonych w obozie koncentracyjnym, w nieludzkich warunkach, w zimnie, głodzie i upodleniu, może przydarzyć jej się coś jeszcze gorszego? Niestety nie jest to koniec gehenny Cilki. Za domniemaną kolaborację z wrogiem dziewczyna zostaje skazana na piętnaście lat ciężkich robót w radzieckim łagrze.

str. 13 – “- Skoro znacie tyle języków, to mamy podstawy sądzić że przyjechaliście tu szpiegować i sprzedawać informacje obcym siłom”.

Załamana i zrozpaczona Cilka wyrusza w kolejną długą, morderczą podróż w bydlęcym wagonie na daleką Syberię. Nie może w to uwierzyć… Tyle lat męki i czekania na wolność…

str. 14 – “Pewnego dnia zabierają ją. Omdlewającej z głodu i wyczerpanej brakiem snu dziewczynie wydaje się, że postacie strażników, ściany i podłogi są przezroczyste, jak we śnie”.

Gułag w Workucie znajduje się pod kołem podbiegunowym. Chłód panujący tu na co dzień jest nie do zniesienia, latem z kolei wszystkim dokuczają białe noce.

Cilka ponownie trafia do brudnego baraku wraz z innymi, dziewiętnastoma kobietami. Jej walka o przetrwanie rozpoczyna się na nowo. Odrobina szczęścia sprawia, że dziewczyna zaczyna pracować w obozowym lazarecie jako pielęgniarka. Dzięki temu może trochę lepiej zjeść, ogrzać się i uniknąć ciężkiej pracy przy ładowaniu węgla.

str. 110 – “Dni wloką się niemiłosiernie, noce są coraz dłuższe i ciemniejsze. Temperatura nieustannie spada, a Cilka z trudem wierzy, że może być tak zimno. Pracuje w lazarecie i walczy z ciągłym poczuciem winy – sumienie uspokaja, przemycając żywność dla współlokatorek z baraku. Przynosi im chleb, warzywa, margarynę. Prawdziwą herbatę(…)”.

Niełatwo przetrwać w gułagu, ale Cilka jest twarda. Na jak długo jednak starczy jej sił? Każdego dnia dzieje się coś, co odbiera ludziom nadzieję i hart ducha. Strażnicy rzadko kiedy okazują litość, władza daje im złudne poczucie wyższości nad innymi.

Strach, obawa o jutro, o przyszłość, o własne życie, lęk przed strażnikami – to codzienność kobiet z baraku Cilki. Piętnaście lat wydaje się być terminem tak odległym, że aż niemożliwym do wyobrażenia. Piętnaście lat w gułagu to niemal wieczność…

“Podróż Cilki” to poruszająca historia o chęci przeżycia, odwadze i niezwykłej wręcz woli walki o teraźniejszość. O przyszłości się tu nie myśli. Przyszłość jest wielką niewiadomą.

Zaskakujące jest to, jak człowiek przystosowuje się do warunków, w jakich przychodzi mu żyć. Kobiety z baraku próbują nadać przytulności miejscu, w którym przebywają, haftują serwetki, choć zdobycie nici wymaga wyprucia jej z prześcieradła. Te, które potrafią, szydełkują. Z trudem zdobyte drobiazgi pozostają w baraku tylko dlatego, że strażniczka zostaje przekupiona dodatkowymi porcjami jedzenia i przymyka oko na osobiste bibeloty. Bo też kobietom nie wolno mieć niczego swojego, a za schowanie czegoś pod materac grozi ciężka kara ciemnicy.

Książka została napisana w czasie teraźniejszym, idealnym dla tej tematyki i w trzeciej osobie. Znaczna większość akcji rozgrywa się w gułagu w Workucie, co jakiś czas wydarzenia przeplatane są zdarzeniami z przeszłości Cilki, z jej rodzinnego domu oraz z obozu koncentracyjnego.

Ile może znieść człowiek, któremu zaczyna brakować nadziei? Co stanie się z takim człowiekiem, który pogrąża się w apatii i nicości? Czy taki ktoś znajdzie jeszcze cel do działania? Do życia?

Czy Cilka przetrwa kolejne więzienie? Jak potoczą się jej losy? Warto dowiedzieć się samemu i przeczytać książkę Heather Morris. Jest to bardzo dobrze napisana powieść dokumentalizowana, wciągnie każdego, kto lubi czytać powieści o tej tematyce, bardzo gorąco polecam.

Za książkę ogromnie dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

*cytaty pochodzą z książki

“Nie zostawiaj mnie” Magdalena Kułaga

Po “Uzdrowicielu” i po jego drugiej części, czyli “Wiedźmie”, bardzo wyczekiwałam trzeciej książki pani Magdaleny, ale nie spodziewałam się, że będzie to coś zupełnie niezwiązanego z serią o Uzdrowicielu.

Tymczasem dostałam coś całkowicie innego. Coś z zupełnie odmiennego gatunku i z przyjemnością stwierdzam, że jest to coś nowego, świeżego i bardzo obiecującego.

Bohaterem powieści jest Samuel. Samuel otrzymuje od swego szefa pewne ważne zadanie, które początkowo jak najbardziej planował wykonać, jednak po drodze wydarza się coś, co sprawia, że je porzuca, a podejmuje się czegoś zupełnie nieoczekiwanego.

Co w tym dziwnego?

Pewnie nic. Chociaż nie, cała ta sytuacja jest niecodzienna i nietypowa przez wzgląd właśnie na naszego bohatera, ponieważ Sam nie jest jakimś tam zwykłym chłopakiem.

Sam jest aniołem.

I to nie takim aniołkiem mieszkającym na puchatej chmurce, a poważnym aniołem. Aniołem stróżem.

Po otrzymaniu zadania i wyznaczeniu człowieka, którego ma objąć opieką, Sam spotyka na swojej drodze Dawida i błyskawicznie podejmuje decyzję, że to właśnie on i nikt inny, potrzebuje jego pomocy.

Samuel nie zdaje sobie sprawy z tego, jak trudne wyzwanie przed nim stoi. Dawida bowiem opętał diabeł…

Sam nie ma długiego stażu w byciu aniołem, nie jest też typem, który potulnie wykonuje czyjeś polecenia. Czym poskutkuje sprzeciwienie się woli szefa? No i co stanie się z Dawidem i jego rodziną? Jak ocalić kogoś, kto w chwilach opętania nie jest sobą i zamiast współpracować ze swoim aniołem stróżem, jeszcze wszystko mu utrudnia? Sam naprawdę nie ma łatwego zadania.

str. 38 – “Wciąż nie mogłem przywyknąć do myśli, że dla zwykłych ludzi jestem teraz mistycznym zjawiskiem, zwiastunem, boskim posłańcem”.

Do jakiej kategorii przypisać “Nie zostawiaj mnie”? Muszę tu zaznaczyć, że jestem osobą niewierzącą, więc wszelkie postaci aniołów, diabłów czy Boga, traktuję jako postaci fantastyki literackiej i nie są one dla mnie związane z żadną religią. Tak więc powiedzmy, że jest to powieść fantasy osadzona w realiach współczesnych.

Początkowo nie byłam przekonana, czy to powieść dla mnie, ale wystarczyło mi kilka zdań, by wiedzieć, że będzie się ją czytać po prostu wyśmienicie. Szybko i lekko. Postaci, mimo że fantastyczne, są bardzo realistyczne. Ich przeżycia, relacje, doznania, również zdają się czytelnikowi mocno prawdziwe. Poza głównymi bohaterami, czyli Samuelem i Dawidem, poznajemy tu siostrę Dawida, Weronikę, ich rodziców i kilka innych – bardzo ważnych dla fabuły postaci: aniołów, diabłów oraz ludzi. Jest nawet pies, Teodor, nie ukrywam, że bardzo mocno przypadł mi do serca.

Fabuła powieści zamyka się w nieco ponad trzystu czterdziestu stronach, ale mimo to, książka jest do “połknięcia” w dwa, trzy wieczory.

Chciałam usilnie uniknąć porównań do serii o Uzdrowicielu, bo te książki są ze wszech miar różne, jednak muszę wspomnieć co nieco o warsztacie pisarskim autorki. “Towarzyszę” jej już od kilku lat, a od czasu pierwszego tomu “Uzdrowiciela” minęło trochę czasu i muszę przyznać, że strona techniczna “Nie zostawiaj mnie” jest o wiele mocniejsza niż poprzednich powieści. Ilość bohaterów jest zminimalizowana do tylu, ilu potrzeba, dzięki czemu nie panuje tu bałagan i nie gubimy się w tłumie. Nie ma tu żadnego chaosu, akcja została w przemyślany sposób poukładana, raczej nic w niej nie powstało na łapu-capu. Zarówno fabuła, jak i postaci zostały zaplanowane ze wszelkimi szczegółami. Każdy z bohaterów ma tu swój udział, jakby na kartach powieści zostało zaznaczone jego przeznaczenie. Wszelkie zdarzenia, jakie mają tu miejsce, będą miały znaczenie na kolejnych kartkach czy w kolejnych rozdziałach. Nic się tutaj nie dzieje bez powodu. Podobnie jak Samuel nie wybrał Dawida bez przyczyny, choć początkowo jego celem był ktoś zupełnie inny.

str. 29 – “(…) Boże, on mnie widział!
– Nie zostawię cię! – odparłem mu z mocą. Po mojej stronie była potęga, czułem ją całym istnieniem, czułem moc skrzydeł, które jaśniały z każdą chwilą. W końcu ich blask zaczęli dostrzegać ludzie”.

Trudno nie zwrócić uwagi na dopracowane dialogi, opisy, relacje między bohaterami, na ładunek emocjonalny, jaki każdy z nich do powieści wnosi.

str. 128 – “Pochwyciłem go za szyję, nim zdążył choćby mrugnąć, po czym powaliłem na bruk, aż huknęło. Skrzydła szybko zmaterializowały swe istnienie, składając się w pozycji ataku orła. Potem postawiłem nogę na jego gardle, na co zacharczał gniewnie, lecz nie mógł się uwolnić. Drugą ręką po raz pierwszy wyciągnąłem mą jedyną broń, która materializowała się tylko na me życzenie. Bicz wyplatany z dwunastu rzemieni, długi na osiem stóp. To, co różniło go od bicza używanego przez mojego ulubionego bohatera filmów przygodowych, to fakt, że wypełniony boską mocą, lśnił błękitem i kropił wodę, której diabełki bardzo nie lubiły, ponieważ była to woda święcona”.

To powieść o miłości. O miłości anioła stróża do ludzi. To również opowieść o tęsknocie do ziemskiego życia, do tego, co było, do przeszłości. To historia o potędze przyjaźni, o mocy poświęcenia, o dokonywaniu wyboru pomiędzy tym, co złe, a co dobre. Bo czasem – wbrew pozorom – nie jest to takie proste i oczywiste.

“Nie zostawiaj mnie”… – ileż kryje się w tym tytule emocji…

Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, teraz widzę to ciche błaganie, prośbę, szept… Prośbę, choć prostą, to tak bardzo wymowną. Prośbę o życie…

Lubię styl pani Magdaleny, lubię jej sympatię i przywiązanie do bohaterów, których tworzy. Ona zna ich o wiele lepiej, niż to nam pokazuje. Sporo zostawia dla siebie. Taka prawda, że wyimaginowana książkowa postać jest tym bardziej dla czytelnika realna, im więcej serca w jej stworzenie włoży autor. Większość historii życia bohatera zostaje słodką tajemnicą autora, a my poznajemy tylko jej fragment.

W powieści nie ma niczego zbędnego, akcja rozwija się szybko i w miarę wartko się toczy. Nie ma momentów znużenia i nudy, opisy pasują idealnie do sytuacji, postaci mają swoje własne sposoby zachowania, wyrażania się, nikt z nich nie jest idealny. Bohaterów pamięta się nawet po jakimś czasie od przeczytania książki, sama historia również zapada w pamięć.

To jest bardzo dobra książka. Na ogół unikam powieści o aniołach, Bogu, diabłach, szatanach, niebie i piekle, o opętaniach. Jednak tutaj jest to wszystko i książka bardzo mi się podobała. Na tyle, bym kiedyś do niej wróciła i przeczytała raz jeszcze.

Powieść ukazała się nakładem wydawnictwa e-bookowo i została bardzo dobrze przygotowana. Brak tu błędów, literówek i innego tego rodzaju byków. Jest dość ciężka, wydrukowana na porządnym, białym papierze, wyraźną, schludną czcionką.

Mam mieszane uczucia co do okładki. Pasuje rozmyte tło, pasuje postać anioła, aczkolwiek ślady ognia nałożone na sylwetkę mężczyzny sprawiają, że skrzydła giną. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegłam w tych “plamach” ognia i skrzydła zrobiły na mnie wrażenie obciętych w dziwaczny sposób. Jednak są to odczucia mocno subiektywne i nie wpływają na moją opinię o książce. Zresztą może tak właśnie miało być.

“Nie zostawiaj mnie” to świetnie napisana pozycja, dobrze przemyślana i ciekawie zrealizowana. Spodoba się tym, którzy lubią powieści obyczajowe z nutą fantasy oraz wszystkim, którzy lubią czytać o aniołach. Spodoba się również tym, którzy lubią książki o tolerancji, o przyjaźni, o poświęceniu, o tym, ile dla człowieka wart jest drugi człowiek. To są zagadnienia ponadczasowe i warto o nich często przypominać.

Za książkę bardzo dziękuję autorce, Magdalenie Kuładze.

*cytaty pochodzą z książki

“Zapach śmierci” Simon Beckett

Są dwaj autorzy, na których książki czekam zawsze z ogromną niecierpliwością. Jednym z nich jest Chris Carter, drugim: Simon Beckett. Przeczytałam każdą powieść, jaka tych właśnie autorów ukazała się na polskim rynku.

“Zapach śmierci” to najnowsza powieść Simona Becketta, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca. Jest to kontynuacja losów antropologa sądowego, Davida Huntera.

Szósty tom serii ani trochę nie odbiega klimatem od poprzednich, trzyma w napięciu od pierwszej strony i nie pozwala oderwać się od czytania. Tym razem jednak nasz bohater nie wyjeżdża nigdzie z miasta, w którym mieszka, a rzecz dzieje się lokalnie.

W opuszczonym szpitalu zostają odnalezione zwłoki, Hunter zostaje poproszony o zbadanie kości ofiary. Szpital jest opuszczony już od bardzo dawna, a upiorne wrażenie, jakie wywiera, przydaje całej książce klimatu grozy. Plastyczność opisów Becketta to dla mnie majstersztyk. Nikt, tak jak on, nie potrafi przenieść czytelnika w miejsca akcji, ukazać otoczenia na tyle dokładnie i tak sugestywnie, że czujemy się jak w grze VR. Otaczają nas obskurne mury, popękane ściany, gruz, kurz, bród, pył, a wokół unosi się zapach zbutwiałego drewna, pleśni i słodki, niepokojący zapach śmierci…

Jak każda powieść Simona Becketta, również ta jest perfekcyjnie skonstruowana, opowiadana przez bohatera. Dbałość o szczegóły, drobiazgowość i plastyczność opisów sprawiają, że powieści Becketta czyta się jednym tchem. Trudno przerwać w połowie rozdziału, a te kończą się zawsze jakimś przełomem, przez co chcemy czytać ciągle dalej i dalej. Osobiście zawsze siadam do powieści Becketta podekscytowana i najchętniej w samotności i ciszy, by delektować się stronami, które mam przed sobą, atmosferą, niepowtarzalnością opisów i akcją, którą pcha naprzód najkrótszy nawet dialog.

str. 89 – “Nieruchoma postać w poplamionych dżinsach i bluzie leżała na wznak na gołym, zanieczyszczonym materacu. Słuszna postura ciała sugerowała płeć męską, chociaż wiedziałem, że niekoniecznie tak musiało być. Było przymocowane do łóżka dwoma szerokimi gumowymi pasami, w rodzaju tych, jakimi się unieruchamia pacjentów podczas operacji”.

Ci, którzy polubili postać głównego bohatera, Davida Huntera, na pewno się nie zawiodą, ponieważ sporo akcji dotyczy jego spraw prywatnych i odczuć na polu zarówno zawodowym, jak i osobistym.  Osobiście bardzo lubię wątki dotyczące spraw prywatnych Huntera, tego rodzaju sceny pozwalają poznać bohatera jeszcze lepiej i zbliżyć się do niego, a tym samym przeżywać z nim jego perypetie, razem z nim doświadczać lęków i frustracji. Sam klimat “Zapachu śmierci” nie jest może tak mroczny, jak w poprzednich tomach powieści o doktorze Hunterze, jednak podobnie, jak wszystkie poprzednie książki, także ta ma w sobie to “coś” i także tę czyta się szybko i przyjemnie. “Zapach śmierci” to ponad 420 stron bardzo dobrze poprowadzonej akcji, świetnie i trafnie opisanych bohaterów i interesująco zakrojonej intrygi kryminalnej. Doskonale sklecone wątki prowadzą nas do zaskakującego zakończenia, a wszystkie fragmenty układanki zaczynają się nagle układać w logiczną i spójną całość, a każdy z nich zaczyna do innych idealnie pasować. Bardzo to cenię u Becketta, że nigdy nie zostawia on niedokończonych spraw, wszystkie wątpliwości zostają rozwiązane, a kwestie zakończone.

Jak już pewnie dobrze wiecie – bo powtarzam to przy każdej książce Becketta – biorę go zawsze w ciemno. Nie czytam opinii w necie, nie patrzę na to, który wydawca decyduje się wydać powieść na polski rynek, nie przeglądam blurbów. Po prostu wiem, że każda książka tego autora jest dla mnie i z całą pewnością mnie nie zawiedzie. Niewielu jest takich pisarzy, Simon Beckett do nich właśnie należy i zawsze żałuję, że jego książki pojawiają się na polskim rynku tak rzadko.

“Zapach śmierci” to pozycja dla wszystkich, którzy lubują się w thrillerach, sekretach i zagadkach i oczywiście dla każdego, kto niecierpliwie czekał na kolejny tom perypetii doktora Huntera. To świetna, wciągająca, trzymająca w napięciu książka, którą z czystym sumieniem bardzo gorąco polecam.

*cytat pochodzi z książki

“Szeptacz” Alex North

Już od jakiegoś czasu szukałam w thrillerach powiewu świeżości, czegoś innego, czegoś nieprzewidywalnego. Czytam ich sporo, tymczasem przewidywalność pewnych sytuacji w książkach sprawia, że akcja traci momenty zaskoczenia tak ważne dla swojej ciągłości i wartości. “Szeptacz” od razu zwrócił moją uwagę, nie tylko ciekawym blurbem, ale przede wszystkim okładką.

I nie pomyliłam się, bo już od pierwszych słów wiedziałam, że jest to właśnie taka powieść, jakiej szukałam. Wystarczyło kilka zdań, by zainteresować mnie jako czytelnika i wciągnąć mnie w historię głównego bohatera.

A nasz bohater jest postacią bardzo ciekawą.

Tom Kennedy, pisarz, stracił niedawno żonę i stał się jedynym opiekunem swego kilkuletniego syna, Jake’a. Nie za dobrze radzi sobie ze zrozumieniem chłopca i nie za bardzo potrafi się z nim porozumieć. Marzy o tym i boleśnie tęskni za żoną, która miała o wiele lepszy kontakt z synem.

Przeprowadzka do Featherbank ma być lepszym jutrem dla nich obu, początkiem optymistycznej przyszłości i czymś, dzięki czemu wreszcie nawiążą głębszy kontakt. Miasteczko wydaje się ciche i spokojne, idealne dla takiej rodziny, jak rodzina Toma, jednak kryje w swojej przeszłości mroczne sekrety, przerażające i nie do końca wyjaśnione.

“Jeśli drzwi nie zamkniesz w porę, szeptać zacznie ktoś wieczorem…”.

Policja prowadzi obecnie śledztwo dotyczące porwania małego chłopca i zaczyna podejrzewać, że uprowadził go ten sam porywacz, który porywał i mordował dzieci w Featherbank przed dwudziestoma laty. Tylko czy to w ogóle możliwe? Tom oczywiście słyszał o tym wszystkim i dziwi go niezmiernie nieznajomy mężczyzna interesujący się jego garażem, zaglądający do niego przez okno. Jednak prawdziwe przerażenie dopada go w chwili, gdy Jake oznajmia, że pewnego wieczoru jakiś człowiek szeptał do niego przez okno…

str. 336 – “Przez kilka sekund panowała kompletna cisza. Potem rozległ się hałas, którego Jake nie potrafił zidentyfikować. Jakby ktoś przesuwał meble”.

Tom jest zagubiony, nie potrafi skupić się na pracy, nie potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości bez żony, w innym mieście, które przecież miało być jego ostoją spokoju i bezpiecznym domem. Podobnie czuje się jego syn, również tęskni za mamą, do tego prześladuje go trauma związana z jej śmiercią, boi się, ucieka w świat wyobraźni. Jego drogi z ojcem się rozmijają, przez co obaj mają wrażenie wyobcowania i niedopasowania. Chłopiec czuje się inny nawet przebywając pośród swoich rówieśników. I jeszcze ten obcy głos za oknem…

Powieść trzyma w napięciu od początku do samego końca. Wprawdzie akcja nie gna tu w zawrotnym tempie, jednak wciąga i porywa na tyle, by od książki ciężko się było oderwać. Autor w bardzo ciekawy sposób poprowadził narrację. niektóre rozdziały są opowiadane w formie pierwszoosobowej i mamy wówczas do czynienia z przemyśleniami głównego bohatera, inne rozdziały są poprowadzone w formie trzecioosobowej i są to wówczas różne zdarzenia poboczne. Autor ma bardzo lekkie pióro, dzięki czemu książkę czyta się szybko, nie trzeba wracać do poprzednich stron, wszystko jest przejrzyste, jasne i nieskomplikowane.

Uwagę zwraca bardzo sugestywna, wręcz niepokojąca okładka. Mimo swojej prostoty i monochromatyczności na pewno przyciągnie wzrok niejednego czytelnika w księgarni.

Książka podzielona jest na sześć części, ale szczerze mówiąc, ja nie widzę celu zastosowania takiego podziału, tym bardziej że rozdziały i tak idą po kolei od 1 do 70.

“Szeptacz” to bardzo dobrze skonstruowana intryga, a krótkie rozdziały sprawiają, że książkę czyta się bardzo szybko. Realistyczne postaci dopełniają całości i wszystko razem czynią z “Szeptacza” powieść mocno trzymającą w napięciu, jedną z tych, po które warto sięgnąć. Na pewno nie raz poczujecie dreszczyk. Polecam każdemu, kto lubuje się w thrillerach.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2020. Powered by WordPress & Romangie Theme.