“Milczące dziecko” Sarah A. Denzil

Przed paroma laty Emma Price, bohaterka “Milczącego dziecka”,  straciła syna. Podczas gigantycznej ulewy sześcioletni Aiden wpadł ponoć do rzeki i utonął. Emma długo nie mogła dojść po tym wypadku do siebie, walczyła z depresją, załamaniem i rozpaczą. W końcu jednak jakoś się podźwignęła, wyszła za mąż, a teraz jest w ciąży i kiedy zdawać by się mogło, że jej życie poukładało się na nowo, Aiden powraca zza grobu. Minęło dziesięć lat. Gdzie podziewał się chłopiec przez te wszystkie lata? Co się wówczas wydarzyło? Kto uprowadził dziecko w dniu ulewy? To wie tylko Aiden, niestety nie może o tym nikomu powiedzieć, ponieważ od chwili, gdy wrócił, po prostu nie mówi. Nie chce czy może nie jest w stanie, tego nie wie nikt.

Jedno, czego jesteśmy pewni, to fakt, że Aiden był krzywdzony przez dziesięć lat. Być może bity, może molestowany, ktoś przetrzymywał go tak długo, by chłopiec nabawił się traumy tak wielkiej, by teraz nie móc nawet wskazać porywacza. Najgorsza jednak jest jego obojętność na wszystko, co w tej chwili go otacza. Machinalność i ta irytująca metodyka, z jaką wykonuje zwykłe, codzienne czynności: picie herbaty czy robienie tostów, są dla Emmy nie do zniesienia. Co chłopak przeżywa w swoim umyśle i co tak naprawdę zamierza, jest dla wszystkich tajemnicą. Owszem, reaguje on na polecenia, jest spokojny i cichy, ale kontakt z nim, poza tym, jest żaden. Czy stracił pamięć? Gdzie był przez ostatnie lata i dlaczego nie chce wskazać swego oprawcy?

Powieść pisana jest z punktu widzenia pierwszej osoby, za czym osobiście nie przepadam, jednak tutaj nie wyobrażam sobie innego stylu. Choćby dlatego, że na wszystko patrzymy tak samo, jak główna bohaterka, matka, doświadczamy jej emocji, jej strachu, jej niepewności i nie wiemy nic ponad to, co wie ona sama. A w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że tak naprawdę niczego nie jesteśmy pewni.

“Jeśli zdołaliście przeżyć swoje życie, nie doświadczając nienawiści, to jesteście szczęściarzami”.

Książkę czyta się szybko za sprawą przystępnego, prostego języka i lekkiego pióra autorki. Lektura mocno wciąga i ciężko przestać o niej myśleć, bo ciągle, ze strony na stronę, chcemy wiedzieć, co dalej. Zwłaszcza, że w miarę czytania i w miarę, jak historia się rozwija, pojawiają się pewne nieścisłości, które burzą spokój Emmy. Kobieta jest coraz bardziej zdezorientowana, co nie wpływa dobrze na jej stan, zarówno psychiczny, jak i fizyczny. Poród zbliża się szybkimi krokami, a ona, w swoim poukładanym dotąd życiu, doświadcza tak potężnej huśtawki emocjonalnej oraz hormonalnej, że zaczyna wątpić we wszystko, czego dotąd była pewna. Jej poczucie bezpieczeństwa maleje z każdym dniem, z każdą chwilą, a otaczająca ją rzeczywistość przytłacza ją coraz bardziej. Sfrustrowana, nie ma nikogo, komu mogłaby się wyżalić.

Widziałam różne opinie o książce: że jest przewidywalna, że nudna i że od początku wszystko wiadomo. Cóż, dla mnie nie wszystko było od początku jasne, a książka trzymała mnie w napięciu od początku do końca, no i z całą pewnością nie jest nudna. Wręcz przeciwnie, wciągnęła mnie i przeczytałam ją w kilka dni. Być może nie jest to literatura najwyższych lotów, ale pochłania czytelnika i nie pozwala mu się od książki oderwać. Czego więcej chcieć? Polemizowałabym tylko, czy aby na pewno “Milczące dziecko” to thriller, jednakże to tylko semantyka, więc nie będę się wdawać w żadne dyskusje i niech będzie, jak jest.

Na pierwszy rzut oka rodzina Emmy jest całkiem zwyczajna. Jakie jednak sekrety i tajemnice wyjdą na jaw przy okazji pojawienia się jej zaginionego syna? Być może czasem kobieta postępuje nieracjonalnie, niektóre jej decyzje wydawały mi się zupełnie nietrafione, a zachowanie zaskakujące, ale kto wie, jak każda z matek postąpiłaby na jej miejscu? Jak zachowałaby się w obliczu tragedii, zagubiona, przerażona? Pod wpływem hormonów? Myślę, że żaden człowiek nie powinien oceniać zachowania innego człowieka, dopóki nie znajdzie się w podobnej sytuacji i dopóki nie stanie twarzą w twarz z takimi jak tamten, problemami.

Historia Emmy i jej syna pochłonęła mnie do tego stopnia, że czytałam w każdej wolnej chwili i uważam, że jest to książka, po którą warto sięgnąć. Polecam miłośnikom kryminału, thrillera, ale również powieści obyczajowych oraz wszelkich historii rodzinnych. Na pewno zapewni czytającym kilka godzin bardzo różnych emocji, z którymi ciekawie będzie się zmierzyć.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Filia

*cytat pochodzi z książki

“Jej wszystkie śmierci” Marta Zaborowska

Marta Zaborowska to jedna z tych polskich autorek, które mają ogromny talent do tworzenia wciągających historii. Po lekturze jej poprzednich książek wiem, że warto po nie sięgać, stąd w moich rękach najnowsza powieść autorki.

Erwin Cis mieszka na stałe w Hamburgu. Od przeszłości odciął się niemal zupełnie, w Niemczech się ożenił, urodził mu się syn, a on sam prowadzi nieźle prosperującą firmę. Czy jest szczęśliwy? Chyba nie do końca, ale na razie nic nie zmienia. Jednak pewnego dnia odbiera telefon od mecenasa Nawrockiego, którego do odnalezienia Cisa zobowiązała jego dawna ukochana, Izabela. I w tym momencie życie Erwina robi nieoczekiwany zwrot. Erwin jedzie do Polski i spotyka się z prawnikiem, który przekazuje mu przesyłkę od Izabeli i informuje go o jej śmierci. Zszokowany Erwin postanawia spróbować rozwiązać zagadkę ostatnich dni Izabeli.

Izabela była dla Erwina kimś bardzo ważnym, co tu się oszukiwać, była tą jedyną… Dlaczego się rozstali? Co zmusiło Erwina do opuszczenia Polski i rozpoczęcia zupełnie nowego życia? Jakie sekrety wyjdą na jaw podczas jego prywatnego śledztwa?

“Jej wszystkie śmierci” to mistrzowsko poprowadzona intryga kryminalna, która wciąga czytelnika już od pierwszych zdań. Akcja nie pędzi wprawdzie na łeb na szyję, ale dość dynamicznie podąża naprzód swoim własnym tempem. W miarę jak poznajemy Erwina i jego przeszłość, a na jaw wychodzą skrywane całymi latami sekrety, my – jako czytelnicy – zatracamy się w akcji coraz bardziej i mocniej.

Marta Zaborowska jest mistrzynią budowania napięcia krok po kroku, powolutku i stopniowo. I robi w taki sposób, że w pewnej chwili stwierdzamy, iż od czytania naprawdę bardzo ciężko jest się oderwać. Lekkie pióro, prosty język i autentyczne postacie sprawiają, że powieść czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Ani razu nie miałam poczucia przegadania, żaden rozdział nie nużył, a trzeba przyznać, że książka wcale nie jest taka cienka, liczy sobie przeszło 430 stron.

str. 65 – “Jechał na oślep. Wiatr przybrał na sile i zmieszał się z siekącym deszczem. Dopiero gdy biegnący przez pasy przechodzień oparł się o przednie koło jego motocykla, wcisnął hamulec. Pieszy kopnął oponę i rozmasował bolące udo. Erwin patrzył, jak postać przechodnia oddala się ulicą, ale nie czuł ulgi. Wszystko było mu obojętne”.

Nie sposób powstrzymać się przed dywagowaniem, co się wydarzyło, dlaczego wszystko poukładało się tak, a nie inaczej i co takiego doprowadziło do rozstania Erwina z Izabelą. Przecież byli tak bardzo w sobie zakochani… Erwin nie potrafi zapomnieć, nie umie tak po prostu wrócić do domu, dopóki nie wyjaśni okoliczności śmierci dawnej dziewczyny. Tymczasem Simone, żona Erwina, rusza jego śladem i nie jest zachwycona poczynaniami męża…

Świetnie skonstruowana historia nie pozwala o sobie zapomnieć, a sekrety i tajemnice, które w miarę upływu czasu i śledztwa Erwina wydostają się na światło dzienne, zaskakują nie tylko głównego bohatera, ale i nas. Czy Erwinowi uda się rozwiązać zagadkę śmierci Izabeli?

str. 192 – “Ktoś chodził za drzwiami sąsiedniego mieszkania. Kroki były męskie, stanowcze. Podeszwy butów musiały być twarde, gdyż każde stąpnięcie odbijało się echem po podłodze z kiepskiej jakości paneli”.

Niezaprzeczalnie największym plusem powieści jest jej klimat. W tle każdej sceny, gdzieś głęboko, czai się coś, co nie pozwala nam się uspokoić. Mam wrażenie, że nawet w chwilach, gdy bohater robi zwyczajne rzeczy, jak choćby śniadanie czy herbata, wcale tak do końca nie wiadomo, czy nie wydarzy się coś, co nas zupełnie zaskoczy. Książka przez cały czas trzyma w napięciu i z całą pewnością jest to najlepsza, jak dotąd, książka Marty Zaborowskiej, jaką czytałam. Polecam wszystkim fanom thrillera i kryminału, w szczególności miłośnikom polskiej literatury współczesnej, która – jak widać na przykładzie powieści “Jej wszystkie śmierci” – w niczym nie ustępuje swoim zagranicznym odpowiednikom.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

*cytaty pochodzą z książki

“Dobra córka” Karin Slaughter

Karin Slaughter to autorka, po której książki sięgam nie czytając opisu wydawcy ani opinii w Internecie, biorę każdą jej powieść w ciemno i wiem, że mnie nie zawiedzie. To jedna z tych pisarek, od książek której nie można się oderwać i o których myśli się cały czas, nawet podczas zwykłych, rutynowych domowych czynności.

“Dobra córka” to opowieść o dwóch siostrach: Charlie i Sam. Blisko trzydzieści lat temu matka obu, wówczas jeszcze dziewczynek, została zamordowana. Rodzinna tragedia owiana jest wieloma tajemnicami i nie do końca wiadomo, co się wtedy tak naprawdę wydarzyło. Dziewczynki nigdy nie wyjawiły całej prawdy. Wydarzenia te jednak spowodowały, że więź między siostrami uległa poważnemu rozłamowi. Każda zajęła się swoim życiem i swoimi sprawami i właściwie nie mają ze sobą kontaktu. Pewnego jednak dnia przyjdzie im się spotkać, niestety ponownie w niesprzyjających i mocno tragicznych okolicznościach. Na oczach Charlie dochodzi bowiem do strzelaniny w szkole, dziewczyna angażuje się w sprawę, nie przypuszczając nawet, jakie sekrety z przeszłości wyjdą przez to na jaw.

Książka zaczyna się istną bombą, zanim dotarłam do trzydziestej strony, już miałam ciarki i wstrzymywałam oddech. Od pierwszych słów powieść wciąga w swój świat, a klimat niepewności, który temu towarzyszy, nie pozwala się od niej oderwać. Mimo pokaźnych rozmiarów w postaci ponad pięciuset stron, powieść czyta się bardzo szybko. Karin Slaughter to przede wszystkim bardzo lekkie pióro, prosty język, prawdziwe postacie, do bólu wręcz autentyczne i napięcie trzymające czytelnika przez cały czas lektury.

Pomimo tej objętości, ani razu nie miałam wrażenia przegadanych scen, zbędnych dialogów czy niepotrzebnych opisów. Tutaj wszystko do siebie pasuje i wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Nie ma braków w wątkach i nawet jeśli coś jest niejasne, to możemy być pewni, że brakujący fragment układanki wskoczy na swoje miejsce i wszystko będzie pasowało idealnie.

str. 211 – “Ziemie sąsiada ciągnęły się aż po horyzont. Ten teren był zupełnie płaski. Nawet gdyby Charlie biegła zygzakiem, Sam potknęłaby się i upadła. Po prawej stronie na granicy posiadłości rósł las. Gdyby Charlie zdołała poprowadzić Sam w tamtą stronę, mogłyby się tam ukryć”.

“Dobra córka” to jedna z lepszych książek autorki, obok “Miasta glin” trafia na półkę moich ulubionych powieści, chociaż jak się tak zastanawiam, nie napotkałam jeszcze na takiej powieści Karin Slaughter, który by mi się nie spodobała.

To świetnie napisany thriller, jak zwykle nie brakuje w nim, tak charakterystycznych dla pisarki, mocnych scen, często brutalnych, prawdziwych, bez łagodzących epitetów, bez mydlenia oczu. Ale jest to również doskonale poprowadzona intryga kryminalna, zbrodnia i osądzenie sprawcy. Jest to opowieść o poszukiwaniu sprawiedliwości tam, gdzie na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że przecież wszystko jest jasne i wszystko wiemy. To, co jest tak porywające u Karin Slaughter, to to, że często jest zupełnie inaczej niż nam się wydaje. Czy poszukiwanie prawdy, sprawiedliwości i odkrywanie sekretów połączy obie siostry, czy też raczej na powrót poróżni i rozdzieli już na zawsze? Czy prywatne rodzinne tragedie będą miały moc uzdrawiania i pojednania, czy też zupełnie przeciwnie?

Książka ta to również złożona powieść psychologiczna o tym, jak trudno jest pokonywać własne słabości i o tym, że mimo, iż dajemy z siebie wszystko, czasem braknie nam sił. Pozwala uwierzyć, że po takich chwilach przychodzi lepszy czas i że nie zawsze musimy wszystko robić najlepiej. Może czasem warto pozwolić sobie na moment nic-nie-robienia i odpoczynku od świata. To też nauka wybaczania samemu sobie i chwila refleksji czy w ogóle warto…

Polecam “Dobrą córkę” wszystkim fanom thrillera i kryminału, a dla miłośników twórczości Karin Slaughter, jest to pozycja obowiązkowa. Na pewno się nie zawiedziecie.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Harper Collins Polska

*cytat pochodzi z książki

“Ostatni policjant” Ben H. Winters

“Spoglądam na księżyc, wielki, jasny i zimny. Czekam na świt”.

Wyobraźcie sobie, że pewnego pięknego dnia budzicie się rankiem, za oknem świeci słońce, lekkie chmurki płyną po niebie, cudnie śpiewają ptaki. Robicie sobie śniadanie, pachną świeże bułeczki, jajecznica, paruje herbata. Włączacie radio, właśnie zaczynają się wiadomości. I nagle, wśród ciszy i sielskości tego poranka, dziennikarz podaje informację, że za sześć miesięcy w Ziemię uderzy asteroida, czym unicestwi istniejące na naszej błękitnej planecie wszelkie życie.

W obliczu właśnie takiej, nadchodzącej z nieba katastrofy, żyją bohaterowie “Ostatniego policjanta” Bena H. Wintersa. Książka ma swą polską premierę właśnie dziś, 11 października.

str. 26 – “W kwietniu, na niespełna pięć i pół miesiąca przed upadkiem asteroidy, będziemy w stanie wyliczyć z dużą dozą precyzji miejsce, w którym Maja uderzy w Ziemię. Sądzimy, że uda się je ustalić z dokładnością do piętnastu mil”.

W toalecie McDonalda w mieście Concord zostaje znalezione ciało. Wszystko wskazuje na samobójstwo, na to, że mężczyzna się powiesił. Przydzielony do śledztwa Henry Palace, skrupulatnie sprawdza wszelkie ślady, niestety otaczająca go rzeczywistość wcale mu niczego nie ułatwia. Kiedy w dodatku patolog nie potwierdza jego przypuszczeń o morderstwie, Henry prawie się poddaje.

Wobec nadlatującej w kierunku Ziemi ogromnej asteroidy, ochrzczonej przez znawców subtelnym imieniem “Maja”, nikomu nie zależy na jeszcze jednej ofierze. Nikogo nie obchodzi los jakiegoś pojedynczego człowieka, który na dodatek już nie żyje i któremu pomóc już nie można. Większość ludzi wybrała z banków oszczędności swego życia – mniejsze lub większe – i wyjechała do ciepłych krajów, by tam, w cieniu palm, nad brzegiem lazurowego oceanu, spędzić tych kilka ostatnich miesięcy. Z powodu zbliżającego się końca świata większość mieszkańców Concord nie przywiązuje już wagi do codziennych szarości, do małych rzeczy i mniej istotnych spraw. Bo i po co? Nawet policja nie zamierza robić więcej niż musi, a jej szeregi zasilają w większości niedoświadczone żółtodzioby, którym zwyczajnie nie zależy.

Henry Palace jednak uznaje, że nie może tej sprawy tak zostawić. To byłoby wbrew wszystkiemu, w co dotychczas wierzył. I podczas gdy reszta policjantów zupełnie lekceważy swoje obowiązki, on nadal podchodzi do nich poważnie, a bycie policjantem do czegoś według niego zobowiązuje. I jeśli w tych szalonych czasach i ostatnich miesiącach życia na Ziemi, ktokolwiek stanąłby twarzą w twarz z asteroidą, to byłby to właśnie Henry Palace.

Książka została napisana w czasie teraźniejszym, który miesza się z przeszłym, co potęguje napięcie i dzięki czemu cały czas pamiętamy o grożącym ludzkości niebezpieczeństwie. Asteroida – zupełnie jak grecka Nemesis – ciągle tkwi tuż nad nami i nie pozwala się skupić. I czytając, ja również czułam pewne podenerwowanie, zapewne podobnie jak mieszkańcy Concord, które tutaj występuje w imieniu całej ludzkości.

To absolutnie nie jest sensacyjna powieść, w której akcja goni akcję, to raczej jedna z tych spokojniejszych, ale nie znaczy to, że autor nie potrafi budować napięcia, wręcz przeciwnie, napięcie towarzyszy czytelnikowi przez cały czas. I nawet kiedy czytałam spokojniejsze opisy, niemal sielankowe, to i tak bez przerwy spodziewałam się jakiejś bomby zza rogu…

str. 155 – “Siedzimy w ciszy poranka, dwoje ludzi na tle jedynego okna skromnej, białej kuchni. Na zewnątrz słońce próbuje się przebić przez gęstą zasłonę wiszących bardzo nisko chmur. Mam z tego miejsca znakomity widok, zwłaszcza o świcie: sosnowy zagajnik, pola uprawne w oddali, tropy jeleni przecinające połacie dziewiczego śniegu”.

Piękny opis, prawda? W kontekście całości wcale mi się taki nie wydawał, robił wrażenie niepokojącego…

Palace nie jest superbohaterem, nie ma szczególnych uzdolnień, stara się po prostu dobrze i solidnie wykonywać swoją pracę, wypełniać służbę wobec mieszkańców i za to właśnie najbardziej go polubiłam. Warto wspomnieć, że “Ostatni policjant” to pierwsza z trzech części trylogii o Henrym. Nie jest to gruba książka, ma niewiele ponad trzysta stron, czyta się szybko, ale chwilami wymaga zatrzymania się na moment. Nie dlatego, że język, którym operuje autor, jest trudny czy niezrozumiały. Po prostu są w niej fragmenty, kiedy to razem z autorem i bohaterem, potrzebujemy oddać się refleksji nad życiem, nad światem, nad tym wszystkim, do czego świat zmierza. Te przemyślenia tutaj, z uwagi na zbliżającą się do Ziemi asteroidę, nabierają zupełnie innego, dużo głębszego, znaczenia.

str. 168 – “Budzę się o czwartej nad ranem, wyrwany z abstrakcyjnego snu o zegarach i klepsydrach, i kołach do ruletki. Nie mogę ponownie zasnąć, ponieważ nagle mnie olśniło, nagle coś zrozumiałem. Znalazłem kolejny element układanki”.

Piękna, dopracowana okładka skłoni każdego czytelnika, by się nią zainteresować. Niebiesko-szare odcienie, klimatyczna, tajemnicza mgła, przygarbiona męska postać, niepokojący krajobraz – grafika trafiona idealnie w samo sedno.

Polecam “Ostatniego policjanta” miłośnikom kryminału i zagadek, choć sądzę, że wątek asteroidy w niej zawarty i wizja rychłej zagłady ludzkości, może zainteresować również fanów powieści postapokaliptycznych, mimo że autor – póki co – przyszłości tutaj nie przewiduje.

Gorąco polecam.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu RM.

*cytaty pochodzą z książki

“Przeczucie” Tetsuya Honda

Nie sądziłam, że książka Hondy tak bardzo mi się spodoba i tak mocno wciągnie mnie w swoją historię. Sięgnęłam po nią z ciekawości, bo chyba jeszcze nie zdarzyło mi się czytać niczego spod japońskiego pióra, a przynajmniej niczego osadzonego we współczesnych czasach i dzisiejszych realiach. Coś super świeżego po kryminałach amerykańskich, polskich i skandynawskich, którym oczywiście niczego nie brakuje.

Komisarz Reiko Himekawa nie ma lekko. W tak patriarchalnym społeczeństwie, jakim jest Japonia, Reiko to jedyna kobieta w wydziale, a w dodatku dowódca zespołu. Nie wszystkim się to podoba, kobieta komisarz to nie jest tu coś, co zdarza się często. Reiko musi pracować dwa razy ciężej niż koledzy i na dodatek odpierać czasem niewybredne komentarze.

str. 19 – “Otrzymała nominację na komisarza w bardzo młodym wieku – miała dwadzieścia siedem lat – mimo że nie korzystała z trybu kariery urzędnika. Wkrótce potem zaangażowała ją Tokijska Policja Metropolitalna, gdzie została szefem zespołu”.

Tymczasem nad brzegiem stawu rybnego ktoś znajduje zwłoki owinięte w niebieski foliowy worek, dość mocno związane zwykłym sznurkiem. Ciało ofiary zostało brutalnie okaleczone, a większość ran zadano ofierze prawdopodobnie po śmierci. Zespół Reiko poprowadzi śledztwo, ale zanim pani komisarz zdąży na dobre przyjrzeć się sprawie, niespodziewanie pojawia się kolejne ciało.

A potem kolejne.

Do zespołu Reiko zostaje przydzielony wraz ze swoimi śledczymi drugi komisarz, jako że wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą. I nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, w końcu połączone siły obu zespołów powinny szybciej i sprawniej ze wszystkim sobie poradzić, dodatkowo wspierać się na polu śledztwa. Niestety ów komisarz, z którym ma pracować Reiko, to Kensaku Katsumata, do bólu wręcz nieznoszący swojej młodszej koleżanki, szykanujący jej postępowanie i ją samą na każdym niemal kroku i dość dosadnie wypominający jej płeć, urodę i niewybrednie przypominający jej, gdzie tak naprawdę jest miejsce kobiety w społeczeństwie. Cóż, u nas kobieta w policji to żadna nowość i nikogo to nie dziwi. Nikt też z tego nie żartuje, ani z kobiet policjantek nie szydzi. Japonia to kraj konserwatywny, a policja to hermetyczne pudło, w którym kobiet zwyczajnie nie ma. Tak więc Reiko Himekawa nie tylko musi się zmagać ze śledztwem, ale również z uwagami kolegi, często nieprzyjemnymi i niesprawiedliwymi. I tak już po prostu jest.

Poznanie metod działania tokijskiej policji to dla mnie coś zupełnie nowego. I przyznaję, że było to naprawdę ciekawe i dość zaskakujące doświadczenie. Najbardziej zdumiało mnie to, że policjanci za każdym razem gdy mieli potrzebę przemieszczenia się z miejsca na miejsce, robili to pociągiem. Nie autem policyjnym, nawet nie prywatnym, ale miejską koleją. I czasem brzmiało to zabawnie, że muszą się śpieszyć, by zdążyć na pociąg o tej czy o tej godzinie. Druga taka zdumiewająca mnie rzecz, to ilość wymierzonych przez Reiko policzków na tych niespełna trzystu pięćdziesięciu stronach powieści.

Poza tym metody śledcze Tokijskiej Policji Metropolitalnej nie różnią się jakoś uderzająco od tych, które znamy już z literatury amerykańskiej, polskiej czy skandynawskiej. Większy nacisk jest tutaj kładziony na hierarchię dowodzenia oraz etykietę, przykładowo my podajemy drugiemu człowiekowi rękę, Japończycy się kłaniają.

“Przeczucie” to bardzo ciekawy, wciągający kryminał, który wnosi do gatunku coś nowego, coś zupełnie innego i choć miłośnik każdego suspensu ma tu szansę szybko wpaść na trop mordercy (kto wie, czy nawet nie szybciej niż Reiko), to książka trzyma w napięciu do samego końca. Znajomość tożsamości mordercy nie odbiera nam przyjemności z lektury, nie niweluje napięcia, ani nie psuje intrygi. Lekkie pióro Hondy przydaje książce autentyczności i sprawia, że powieść czyta się szybko i przyjemnie.

str. 93 – “W pewnym sensie wciąż tkwię w pułapce – w domu, który miał się spalić i raz na zawsze zniknąć z powierzchni ziemi. Długotrwałe poczucie uwięzienia sprawiło, że moje życie stało się piekłem: smród, wrzaski, przekleństwa, bicie, szaleństwo, skłonność do samozniszczenia”.

Kim jest zabójca? Czy rzeczywiście to seryjny, czy może jednak morderca doczekał się naśladowców? Komu uda się go zdemaskować? Inteligentnej i pięknej Himekawie czy może przebiegłemu, ale doświadczonemu komisarzowi Katsumacie? No i czy tej dwójce uda się popracować razem, bez niesnasek i uszczypliwości? Cóż, tego wszystkiego Wam nie powiem, warto bowiem sięgnąć po tę książkę i przekonać się samemu. Nie brakuje w niej zwrotów akcji i choć nie spływa co chwilę krwią, ma też kilka mroczniejszych stron.

str. 293 – “Na samym końcu korytarza wisiała czarna kotara. Nie było innego wejścia, więc ją odsunąłem. Za nią znajdowało się coś w rodzaju tunelu z czarnymi zasłonami po obu stronach. Szedłem dalej, aż nagle jakiś głos kazał mi się zatrzymać. Facet z latarką w czarnej masce przyglądał mi się spomiędzy dwóch zasłon. Za każdym razem procedura jest taka sama. Podaje się nazwisko, a oni sprawdzają, czy pasuje do twarzy. Wtedy też płaci się za wejście. Potem idzie się dalej korytarzem do sali, która przypomina widownię”.

Warto wspomnieć, że jest to pierwsza część z cyklu powieści o Reiko, a jak podaje wydawca, w Japonii sprzedała się ona w ponad czterech milionach egzemplarzy, nakręcono również na jej podstawie filmy oraz seriale.

Bardzo gorąco polecam, na pewno się nie zawiedziecie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu ZNAK Literanova.

*cytaty pochodzą z książki

 

Copyright © 2018. Powered by WordPress & Romangie Theme.