“Księga Arona” Jim Shepard

Podobnych powieści było już wiele. Był “Tatuażysta z Auschwitz”, był “Anioł z Auschwitz”, była “Kołysanka z Auschwitz”… Jednak “Księga Arona” to coś zupełnie odmiennego. Takiej emocjonalnej huśtawki, nasączonej cierpieniem, samotnością i bólem, dawno już nie doświadczyłam. Całe zło wojny, holokaustu, okrucieństwa, zła i głodu w zamkniętych murach getta, widziane oczami ośmioletniego chłopca.

I ta sugestywna, przejmująco smutna okładka. Taka zwyczajna, taka szara, a mówiąca tak wiele, pokazująca tak dużo…

Aron jest zwykłym dzieckiem. Nie ma szczególnych talentów, uzdolnień, kiepsko się uczy, średnio się zachowuje, nie słucha rodziców. Jest tak bardzo zwyczajny, że ojciec go lekceważy, sąsiedzi nie lubią i jedynie matka jeszcze wierzy, że syn wyrośnie na ludzi. Zawsze znajduje dla niego ciepłe słowo, uścisk czy uśmiech. Ciągle ma nadzieję, że chłopak będzie dobrym i uczciwym człowiekiem.

Aron, wraz z rodzicami, przenosi się tuż przed wybuchem wojny do Warszawy. To tutaj zastaje ich wojenna rzeczywistość i tutaj Aron uczy się walki o przetrwanie, gdy wokół zaczynają rosnąć mury warszawskiego getta. Wojna nie daje wyboru. By przeżyć, by nie umrzeć z głodu, trzeba kombinować i kraść. Jak wielu ludzi wtedy, również Aron wierzył, że przesiedlenie żydowskich rodzin do getta, jest tymczasowe, a wojna to zjawisko przejściowe i wkrótce się skończy. Niestety z każdym dniem stawało się jasne, że trwa dalej, a to, czy ludzie w getcie mają co jeść, w co się ubrać czy też nie potrzebują lekarza i leków, nikogo nie interesuje. Aron – jak to dziecko – całej sytuacji nie ocenia. Nie zastanawia się, co by było, gdyby nie wojna, nie płacze za wolnością, nie tęskni za dawnym życiem. On przyjmuje sytuację taką, jaka ona jest i usiłuje w niej przetrwać za wszelką cenę. Nie każda z jego dziecięcych decyzji jest słuszna. Nie każda wydaje nam się racjonalna i logiczna. Ośmiolatek nie wszystko rozumie. Czasem jego działania są okrutnie infantylne, głupie wręcz, bezsensowne… Ale to w końcu małe dziecko. Ile dzieci w obliczu wojny potrafiłoby zachować racjonalizm? Ilu dorosłych? Gdy w oczy nieustannie zagląda głód, strach, samotność?

str. 57 – “Na bramach do getta zawisły ostrzeżenia o zagrożeniu epidemią. Rodzice przestali odwiedzać dzielnice za murem i mnie też przykazali, żebym tam nie chodził”.

Brakuje wszystkiego: jedzenia, leków, środków higienicznych, ubrań. Ludzie, osłabieni głodem, chorują. Są wycieńczeni przez pasożyty. Wszy są powszechne i szybko się rozprzestrzeniają. Biegają po głowach wszystkich dzieci i nie ma jak i czym ich zwalczyć. Zresztą i tak pojawiłyby się znowu…

W dniu, w którym Aron zostaje sierotą i musi stawić czoła przytłaczającej rzeczywistości, jego świat diametralnie się zmienia. Chłopiec nie ma dokąd pójść, gdzie spać, do kogo się przytulić. Znikąd żadnego słowa otuchy. Poczucie bezpieczeństwa, którego namiastkę starała się stworzyć mu matka, pryska jak bańka mydlana.

Co ma zrobić mały, samotny chłopiec, brudny i głodny, który nie ma domu, ani nikogo, kto by o niego zadbał? Dokąd iść? Do kogo się zwrócić? Strach przed niemieckimi mundurami dodatkowo się nasila, kiedy jesteś całkiem sam.

Maleńki promyk szczęścia uśmiecha się do Arona, gdy ten trafia pod opiekę Janusza Korczaka i do zorganizowanego przez niego sierocińca. Tutaj Aron przypomina sobie, czym jest troska o drugiego człowieka. Niestety taki stan nie trwa długo…

str. 309 – “Szliśmy dalej. Szliśmy tak już od siódmej. Szliśmy chwiejnym krokiem. Szliśmy zataczając się. Szliśmy słaniając się na nogach. Słońce wisiało dokładnie nad naszymi głowami. W uszach mi dzwoniło. Dzieci potykały się i wpadały na siebie nawzajem. Jak one wszystkie dawały radę bez wody i jedzenia? Miałem wrażenie, jakby coś mi zalewało wnętrzności”.

Osoba Janusza Korczaka, który pojawia się w powieści, to bardzo ciekawy motyw, biorąc pod uwagę fakt, iż tak do końca nie wiadomo, co się z nim stało. I nie wiadomo, gdzie i jak spędził swe ostatnie chwile życia. Źródła podają, że wraz z grupą swoich podopiecznych oraz współprowadzącą Dom Sierot Stefanią Wilczyńską, został wywieziony w 1942 roku do obozu w Treblince.

Był gorący sierpień. Na Korczaka i resztę jego grupy, czekały bydlęce wagony…

“Księga Arona” to powieść pisana prostym, dziecięcym językiem i wydaje mi się, że właśnie dlatego jest tak mocno emocjonalna, tak bardzo i dotkliwie trafia do serca czytelnika. Aron nie analizuje sytuacji, w jakich się znajduje, on nas o nich po prostu informuje. Analizować zaczynamy my sami, zastanawiać się, co czuł, jak bardzo musiało być mu źle, jak mocno się bał.

str. 219 – “Korczak powiedział, że tydzień wcześniej w jednym domu znalazł sześcioro dzieci tłoczących się na mokrym, zbutwiałym materacu. Kiedy znów nie odpowiedziałem, zapytał, kto w dzisiejszych czasach nie jest smutny. W czasach gdy cały świat jest jednym wielkim smutkiem”.

Smutek, cierpienie, gwałt na ludzkiej psychice, godności. Odarcie ze wszystkiego, co ważne. Ten straszny okres w dziejach świata nigdy nie powinien się wydarzyć.

Niestety wydarzył się.

Nie cofniemy tego, nie zmienimy historii. Możemy jednak o tym mówić. Możemy czytać, pisać, przypominać. Za jakiś czas zabraknie naocznych świadków tych wszystkich zbrodni na ludzkości, dlatego takie powieści jak “Księga Arona” powinny powstawać i iść w świat. Powinny docierać do wszystkich, do każdego zakątka, powinny być czytane i przekazywane dalej i dalej. Być może właśnie wtedy damy ludzkości szansę pamiętania o tym i takie rzeczy już nigdy nie będą miały miejsca.

Tę powieść powinien przeczytać każdy. Bez wyjątku.

Książkę otrzymałam w prezencie od Wydawnictwa Sonia Draga.
Bardzo dziękuję.

*cytaty pochodzą z książki.

“Anioł z Auschwitz” Eoin Dempsey


Czy miłość może przezwyciężyć wszelkie przeszkody? Czy ma moc pokonywania tego, co  nieuniknione? Czy jest w stanie podjąć walkę o to, co na świecie najważniejsze? Czy potrafi posklejać świat rozdarty na miliony fragmentów? I czy jest na tyle silna, by w okrucieństwie wszechogarniającego świat chaosu, braku nadziei, strachu i bólu, odnaleźć tak upragniony spokój?

Tyle pytań… Tyle niepewności… Tyle lęków…

Ile może znieść jeden człowiek?

Eoin Dempsey pokazuje, że bardzo wiele. I właśnie o tym oraz o tym, czym może być poświęcenie, jest ta książka.

“Anioł z Auschwitz” to już kolejna pozycja o tej tematyce, po którą sięgnęłam. Zdawać by się mogło, że wszystkie one są podobne i że wszystkie traktują o tym samym, że wszystko już zostało powiedziane. Otóż nie, nic bardziej mylnego.

Powieść Dempseya to historia fabularyzowana. Jej bohaterem jest Christopher Seeler, Niemiec. Wybranką jego serca została Rebekka, Żydówka, którą mężczyzna poznał jeszcze długo przed wybuchem wojny. Młodzi byli nierozłączni, pomimo krzywych spojrzeń rodziców i wielu przeciwności losu. Niestety wojna dotarła również na wyspę Jersey, gdzie oboje mieszkali, a represje nazistów wobec Żydów, dotykają także Rebekki. Dziewczyna zostaje wywieziona gdzieś do Europy, a Christopher deportowany do Niemiec. By odnaleźć ukochaną, zgłasza się na ochotnika do SS i rozpoczyna służbę w obozie Auschwitz.

Jakiego poświęcenia i jakiej odwagi wymagać będzie od niego ten desperacki krok, może wiedzieć tylko on sam. A czy uda mu się odnaleźć Rebekkę, czytelnik powinien dowiedzieć się już z samej książki.

str. 99 – “Wszędzie mówiono o wojnie, na całej wyspie. Młodzi mężczyźni odpływali do Anglii, szukając szansy dobrania się Hunom do skóry. Tym, którzy zostali na Jersey, wojna wydawała się odległa jak sztorm na pełnym morzu, o którym rybacy opowiadają na słonecznym lądzie.

A jednak wszędzie panował strach (…)”.

Brutalność i okrucieństwo obozu, które stały się codziennością Christophera, mocno go zszokowały. Nie spodziewał się tak nieludzkiego traktowania, tylu strasznych śmierci, ograbiania ludzi z godności i człowieczeństwa, bezkompromisowego wydzierania matkom dzieci, wysyłania do komór gazowych… I choć stał po drugiej stronie, oprawcy i kata, wszystko to było ponad jego siły. Jedynie myśl o odnalezieniu Rebekki utrzymywała go przy zdrowych myślach. Nadzieja raz się pojawiała, raz znikała. Christopher jednak uparcie próbował.

Powieść ukazuje punkt widzenia niemieckiego oficera obserwującego procedury w Auschwitz, uczestniczącego w wielu zdarzeniach, które nigdy nie powinny były się wydarzyć.

str. 165 – “Do przebieralni krematorium nr III weszło właśnie około ośmiuset słowackich Żydów. Wysłuchali już kłamstw esesmanów, więc byli dość spokojni. Christopher wiedział, że powinien być widywany podczas tej strasznej procedury. Przechadzał się wzdłuż ławek (…). Patrzył, jak ludzie się rozbierają, i rozpaczliwie unikał kontaktu wzrokowego”.

“Anioł z Auschwitz” to historia o tym, że nadzieja umiera ostatnia. Zawsze. To opowieść o wielkiej odwadze, poświęceniu, empatii, a także o tym, jak bardzo wojna zmienia człowieka. Jak niszczy jego psychikę, jak bardzo rujnuje to, co świadczy o naszym człowieczeństwie. Tylko nieliczni potrafią przetrwać i pójść dalej. Czy zapomną? Nigdy. Są rzeczy, ludzie i zdarzenia, których nie zapomni się nigdy. Są też historie, które nigdy nie powinny zostać zapomniane. Nigdy też nie powinny wydarzyć się ponownie.

Przeczytajcie “Anioła z Auschwitz”, niech opowieść o smutku i odwadze idzie w świat dalej i dalej.

Za książkę bardzo dziękuję portalowi JAKKUPOWAĆ.PL.


*cytaty pochodzą z książki

“Nazywam się Milion” Karina Krawczyk

“Nazywam się Milion” to najnowsza powieść od Wydawnictwa Dlaczemu i kolejna pozycja, której patronuje, między innymi, Papuzie pióro, co ogromnie mnie cieszy.

Książka od razu przyciągnęła moją uwagę. W świecie, w którym nawet fakt, co twój sąsiad jadł na śniadanie, nie jest dzisiaj już żadnym sekretem, pojawia się nagle tajemnicza dziewczyna. Nie wie, a raczej nie pamięta, skąd pochodzi, gdzie dotąd mieszkała. Nie jest zorientowana w sytuacji politycznej naszego kraju, nie pamięta znaczenia niektórych słów. Ze snu wyrywa ją wizerunek kobiety, którą być może kiedyś znała… Niestety nie wie nawet, gdzie jej szukać, ani czy ta w ogóle kiedykolwiek istniała. Może jest tylko i wyłącznie wytworem jej wyobraźni?

Dziewczyna jest zagubiona. Prosi o pomoc komisarza lubelskiej policji – Pascala Kirskiego. Ku swemu zdumieniu policjant odkrywa, że dziewczyny nikt nie zna, nikt jej też nie szuka, nikt nie zgłosił zaginięcia. Nie wiadomo zupełnie, skąd się wzięła. Jedyną rzeczą, jaką o niej w tej chwili wiadomo to to, że teraz mówią na nią Milion.

str. 459 – “Przyprowadził ją policjant, błąkała się po naszym lubelskim dworcu. Była ubrana w piżamę. Sprawdziliśmy, czy ktoś zgłaszał zaginięcie kobiety. Obdzwoniłam inne szpitale psychiatryczne, ale nic. Nikt nigdy jej nie szukał”.

Kirski wyszedł właśnie ze szpitala i równolegle z poszukiwaniami tożsamości dziewczyny cierpiącej na amnezję, prowadzi śledztwo dotyczące rozprowadzania dopalaczy. A te zbierają swe okrutne żniwo wśród młodych, często nadal nieświadomych zagrożenia, jakie te niosą, ofiar. Temat mocno na czasie, na pewno wart tego, by o nim mówić i pisać jak najwięcej.

Książka jest napisana przystępnym i nieskomplikowanym językiem, przez co dobrze i dość szybko się czyta. Z początku miałam wrażenie lekkiego chaosu, które po paru krótkich rozdziałach na szczęście znikło. Akcja się rozkręciła i nabrała wiatru w żagle. Rzecz dzieje się w Lublinie, ale nie tylko i jako mieszkanka Gdańska, bardzo doceniłam sceny rozgrywające się w moim mieście i z przyjemnością je czytałam.

To, co mnie w powieści raziło i czego miałam przesyt, to piłka nożna. Piłka wszechobecna co kilka stron, często i dużo. Osobiście nie lubię piłki nożnej i te sceny, opisy kolejnych meczy, jakieś ciekawostki z nimi związane, zwyczajnie mnie znudziły. Na szczęście jest ich o wiele mniej w dalszej części albo zwyczajnie nie zwracałam już na nie tak bacznej uwagi.

Jest też w książce trochę fragmentów, który nijak nie pasowały mi do całości i których można było zwyczajnie uniknąć, bo niczego właściwie do historii nie wnosiły. Takim fragmentem jest historia życia Adolfa Hitlera. Większość już ją pewnie zna, nie wniosła ona kompletnie niczego do powieści i nie miała też właściwie niczego wspólnego ani z bohaterami, ani z sensem całości.

Za to bardzo wciągnęła mnie historia z przeszłości dotycząca Franka i Poli, która działa się w gdańskim domu dziecka – niecierpliwie czekałam na kolejne sceny i bardzo żałuję, że nie było ich więcej. Czytając je, wkraczamy w zupełnie inny klimat, chwilami niepokojący, wręcz złowieszczy. Jakbyśmy przenosili się do zupełnie innej książki i innych bohaterów – chwilami akcja biegnie dwutorowo, co zazwyczaj jest dość ciekawym zabiegiem autora i również tutaj odbieram go jako duży plus.

Książka liczy sobie przeszło pięćset stron, jednak czyta się dość szybko, głównie za sprawą bardzo krótkich rozdziałów i przeskakiwania od bohatera do bohatera. To skutecznie pcha akcję naprzód i nie pozwala nam się nudzić. Powieść biegnie wielowątkowo, jednocześnie rozwiązuje się kilka różnych spraw, choć niektóre są ze sobą powiązane. Chwilami daje nam to poczucie chaosu, ale później wsiąkamy w akcję i przestaje nam to przeszkadzać, a całość śledzimy z zaciekawieniem. Wielokrotnie treść ociera się o historię, o II Wojnę Światową, o Majdanek, o przeżycia z czasów obozów koncentracyjnych, o różne wydarzenia z przeszłości, które tworzą bardzo ciekawą otoczkę dla czasów współczesnych. Klimat tajemnicy i historycznej przeszłości, odkrywanie jej sekretów, doszukiwanie się drugiego dna, budują bardzo ciekawe tło dla bohaterów książki.

Akcja powieści biegnie dość spokojnie, ale mniej więcej w połowie nabiera tempa, dość mocno przyspiesza i aż do końca już nie zwalnia. To sprawia, że powieść wciąga mocniej niż na początku i trudniej się od niej oderwać. I jeśli z początku czytelnik uważa, że w książce niewiele się dzieje, to z pewnością szybko zmieni zdanie.

“Nazywam się Milion” to dobra, wciągająca książka, z bardzo dobrze nakreśloną fabułą, z ciekawymi bohaterami i z relatywnie nowatorską historią. Polemizowałabym trochę, czy aby na pewno jest to kryminał, ale to już w sumie pozostawiam do osądzenia Wam. Sięgnijcie po książkę, jest ciekawa, wciągająca, spod pióra polskiej autorki i z wieloma zaletami, które czynią z niej wartościową i bardzo interesującą lekturę. Gorąco polecam.

Za książkę i patronat bardzo dziękuję Wydawnictwu Dlaczemu

*cytat pochodzi z książki

“Pielęgniarki” Christie Watson

“Pielęgniarka odgrywa jedyną w swoim rodzaju rolę; wspiera człowieka, chorego czy zdrowego, w wykonywaniu tych czynności sprzyjających zdrowiu bądź zdrowieniu (lub spokojnej śmierci), które wykonywałby samodzielnie, gdyby miał niezbędną siłę, wolę lub wiedzę”.
Virginia Henderson

Ogromnie lubię tego rodzaju powieści dokumentalne, które rozgrywają się w świecie medycznym, więc gdy tylko tę książkę zobaczyłam, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Kilka podobnych książek już za mną: byli lekarze, ginekolodzy, była położna, a teraz przyszedł czas na pielęgniarki.

Bohaterka i zarówno autorka, Christie Watson, przepracowała w zawodzie pielęgniarki dwadzieścia lat. Poznała cienie i blaski zawodu, o którym większość ludzi wcale nie myśli jako o wybitnie ciężkim. Pracowała z małymi dziećmi, z ludźmi umierającymi na raka, z cierpiącymi na izbie przyjęć, z tymi z ostrego dyżuru i innymi, którzy potrzebowali jej pomocy. I jedno, co najmocniej przebija się z jej słów, to fakt, iż bycie pielęgniarką, to wcale nie jest zawód, to służba. Służba dla tych wszystkich, którzy w chorobie i cierpieniu, nadal zasługują na poszanowanie i godność.

Powieść ta to zapis doświadczeń i przeżyć pielęgniarki, która po szkole zaczyna pracę w szpitalu i która nagle dostrzega, że nauka w szkole nie przygotowała jej na wiele sytuacji, z którymi ma teraz do czynienia. I w takich chwilach okazuje się nagle, że doświadczenie starszych koleżanek po fachu, jest nie do zastąpienia i że jeden dzień spędzony w towarzystwie takiej koleżanki i obserwowanie jej pracy, jest o wiele cenniejsze niż rok w szkole pielęgniarskiej. To pierwsza nauka, jaką wyniesie Christie ze szpitala.

“Nie ma wątpliwości, że cała nasza wiedza zaczyna się od doświadczenia”.
Immanuel Kant

Książka pisana jest w formie pamiętnika, więc w bardzo łatwy i oczywisty sposób identyfikujemy się z autorką, a to, co opisuje, jest dla nas przejrzyste i nieskomplikowane. Wiele miejsca poświęciła Christie Watson opisom kolejnych oddziałów, na których przyszło jej pracować oraz pacjentom, którzy z różnych powodów zapadli jej w pamięć. A są to zarówno noworodki, które z całych sił walczą, by zostać na tym świecie, jak i ludzie dorośli, dotknięci demencją. Ci drudzy nie mają często świadomości, co się wokół nich dzieje, że potrzebują skorzystać z toalety, że przebywają w szpitalu, że wokół kręcą się pielęgniarki. Mylą ich imiona, mylą miejsca… Rolą pielęgniarki jest nie tylko nieść pomoc medyczną, wykazywać się ogromną cierpliwością, ale i ulżyć pacjentowi w cierpieniu – zarówno tym fizycznym, jak i psychicznym: uspokoić, podarować uśmiech…

Nasza bohaterka to osoba bardzo wrażliwa i bardzo czuła na ludzkie cierpienie, nie potrafi przejść obojętnie obok bólu i smutku. Stara się nieść pomoc nawet wówczas, kiedy nie jest pewna, czy jest w stanie ulżyć pacjentowi. Wielokrotnie nie tylko podaje leki, ale po prostu spędza z drugim człowiekiem czas, rozmawia z nim, trzyma za rękę, a czasem zwyczajnie milczy, dotrzymując mu towarzystwa. Bywa przecież, że samo przebywanie z tym drugim człowiekiem, może przynieść mu największą ulgę. Wsparcie, poszanowanie, obecność, trochę ciepła – to są rzeczy niezastąpione. Do tego możemy dodać dyskrecję, empatię, cierpliwość, życzliwość i mamy pielęgniarkę z książki Watson.

str. 197 – “Ochrona godności w obliczu choroby to jeden z największych darów, jakie można otrzymać od pielęgniarki”.

Zaletą historii Christie jest to, że niczego ona tutaj nie koloryzuje i przedstawia wydarzenia takimi, jakimi one w rzeczywistości były. Praca w szpitalu to nie bajka, to bardzo ciężka praca, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Autorka mówi, że każda pielęgniarka prędzej czy później, będzie odczuwała dolegliwości ze strony kręgosłupa. Pielęgniarki dużo dźwigają, nie każdy pacjent jest w stanie sam się poprawić, obrócić, umyć. To, czego zrobić nie może samodzielnie, robią za niego i dla niego pielęgniarki, a to oczywiście odbija się później na ich zdrowiu, bo nierzadko przekładają zdrowie pacjenta nad własne.

Tak więc szpital to plac boju. O pacjenta. O człowieka. O komfort. O życie.

Jest wielka euforia, kiedy się udaje i wielki smutek, kiedy życie przegrywa ze śmiercią. Skąd w takich chwilach czerpie siły pielęgniarka? Z tych drobnych momentów, gdy uda się przywołać uśmiech na usta umierającej kobiety, gdy maleńki wcześniak po raz pierwszy samodzielnie odetchnie, kiedy uda się podarować kolejnemu pacjentowi spokój, ukojenie, kiedy w bólu podziałają leki.

Czasem psychika nie daje rady i pojawiają się łzy: zwątpienia, rozpaczy, bezsilności, kiedy już niczego nie da się zrobić. Bohaterka pokazuje nam siłę empatii, nikogo nie ocenia, każdy pacjent – każdy człowiek – jest dla niej równy. Nie ma lepszych i gorszych, bogatszych i biedniejszych, każdy zasługuje na równe traktowanie i podobnie równą pomoc.

I w trakcie lektury nasuwa się pytanie: czy przypadkiem to nie właśnie wrażliwość danej kobiety (lub mężczyzny, bo przecież w świecie medycznym jest również sporo pielęgniarzy), nie jest tą cechą najbardziej określającą predyspozycje do zawodu? Kim byłaby pielęgniarka bez swojej wrodzonej wrażliwości? Czy byłaby w stanie nieść bez niej pomoc pacjentom? Zwłaszcza tę wspierającą, psychiczną, tę szczególną, która tak bardzo wymaga empatii? Można polemizować, ale według mnie jest to po prostu niemożliwe.

“Pielęgniarki” to okazja, by podejrzeć zaplecze bardzo wymagającego i mocno wyczerpującego zawodu. Warto przeczytać, by poznać cechy dobrej pielęgniarki, by przekonać się, ile wyrzeczeń i pracy wymaga od niej pojedynczy dyżur na oddziale. I jak wiele z tego, co przeżywa w pracy, przynosi potem do domu, bo od pewnych przeżyć nie da się tak po prostu odżegnać. Czasami nie udaje się zapomnieć.

Żeby nie było tak bardzo kolorowo, to moim zdaniem chwilami książka zbyt mocno się dłużyła, ale być może wynika to z terminów medycznych albo chwilowego zapomnienia autorki chcącej przytoczyć wszystko jak najbardziej szczegółowo. Nie jest to jednak jakaś znacząca wada i być może inni znajdą w tych opisach, które mnie nie bardzo przypadły do gustu, coś interesującego.

Generalnie bardzo gorąco książkę polecam, to dobra lektura, wartościowa historia i ciekawe postaci. Jeśli lubicie medyczne dokumenty, to jest to książka właśnie dla Was.

Za książkę bardzo dziękuję portalowi CzytamPierwszy.

 


*cytaty pochodzą z książki

“Z krwi i kości” Nora Roberts

“- Jestem Jedyną! – zawołała. – Wybraną do tego, by zmusić ciemność do cofnięcia się. I tak właśnie uczynię. Jeśli boicie się walczyć, uciekajcie, kryjcie się. Ale i tak was znajdę. Przyłączcie się do mnie. Stawcie im czoła, walczcie z nimi, a kiedy światło spali ciemność na popiół, będziecie wolni”.

Wyczekiwałam tej książki tak samo niecierpliwie, jak tegorocznej wiosny. Całkiem niedawno bowiem przeczytałam pierwszy tom “Kronik tej Jedynej” pt.: “Początek” i zostałam kompletnie oczarowana. Wśród wielu powieści Nory Roberts były takie, o których zapominałam od razu po ich przeczytaniu oraz takie, do których chętnie wracam do dziś. Zdarzyły się również takie, przez które ciężko było mi przebrnąć. “Kroniki tej Jedynej” to zdecydowanie jedna z najlepszych serii autorki w jej całej karierze pisarskiej.

Od wydarzeń z pierwszego tomu mija właśnie trzynaście lat. Fallon Swift osiąga wiek, w którym zacznie się uczyć, co tak naprawdę oznacza bycie “tą Jedyną”. Z dala od rodzinnego domu, twarda i nieustępliwa, pozna tajniki magii, ciężkiej pracy, prawa natury, a także dawnego świata, który już nie istnieje, a ona nigdy dotąd go nie poznała.

str. 48 – “A potem nagle skończył się świat. Wszystko (…) odeszło z dymem, krwią i wrzaskiem krążących nad głowami wron”.

To ona będzie odpowiedzialna za nowy początek. To na jej barkach spoczywa przyszłość i bezpieczeństwo przyszłych pokoleń. To jej przeznaczeniem jest stoczenie walki ze złem. Tylko czy będzie na to gotowa? I czy – kiedy ta chwila już nadejdzie – odważy się?

Jej opiekun i nauczyciel, Mallick, który do tej roli przygotowywał się od setek lat, wojownik, ma za zadanie teraz przygotować Fallon do tego, by stanęła ze swoim przeznaczeniem twarzą w twarz. Ale uczy ją nie tylko walczyć; tak naprawdę uczy ją o wiele, wiele więcej, choć na pierwszy rzut oka wcale tego nie widać…

Fallon na własną rękę odkryje magię, która ją zaskoczy. Pozna ludzi i Niesamowitych, odkryje sekrety lasów, a nawet ujrzy środowisko, z którego pochodzi jej matka – Lana.

“Z krwi i kości” zupełnie nie odbiega klimatem od pierwszej części. Mimo 470 stron książkę czyta się migiem i trudno się od niej oderwać. Jest pełna przygód, magii, wspaniałych stworzeń, ciekawych postaci i bohaterów, których już poznaliśmy w pierwszym tomie. Znaczna większość akcji rozgrywa się teraz w lasach, gdzie Fallon się szkoli. Razem z nią poznajemy jej nowy dom i razem z nią podejmiemy się zadań, które otrzymuje od Mallicka. I choć początkowo dziewczyna nie jest przekonana co do swojej roli w tym nowym świecie, ani przeznaczenia, na które nie ma żadnego wpływu, w końcu powoli wdraża się w naukę. A trzeba przyznać, że nagroda będzie spektakularna.

str. 303 – “Fallon otworzyła księgę.
Śpiew obwieścił to światu gromkim chórem. Powiał wiatr, ciepły, dziki, niosący smak ziemi i morza, kwiatów i ciała, kiedy płomienie sunęły po stronicach.
I wypisały jej imię”.

Atmosfera powieści jest bardziej przesiąknięta baśnią niż pierwsza część. Mimo iż akcja osadzona jest w czasach współczesnych i rozgrywa się trzynaście lat po katastrofalnej pandemii, nadal przebywamy we współczesności. Rządy wprawdzie nie istnieją, podobnie jak dotychczasowa infrastruktura, miasta, cywilizacja. To wszystko to już przeszłość. Teraz nadchodzi nowe. Wojna dobra ze złem, odwieczny konflikt, w którym zwyciężyć może tylko jedna strona.

str. 339 – “Tam, gdzie światło ich przywiodło, gdzie znaki ich doprowadziły, gdzie krew ojca mego splamiła ziemię. Tam trzeba zebrać armię, wykuć broń przeciw ciemności. Stamtąd do wielkich miast, do gruzu i ruin, przez morza, pod ziemię. Zdrada, krew, kłamstwa przyniosą gorzkie owoce i niektórzy po drodze upadną. Ze wzrostem magii, od zderzenia światła z ciemnością, zadrżą światy”.

“Z krwi i kości” to pierwszorzędnie poprowadzona fabuła. Tutaj wszystko jest idealnie wyważone, nic nie jest przegadane, akcja toczy się doskonałym tempem. Każdy z bohaterów to indywidualna postać, którą możemy poznać po samym tylko stylu wypowiedzi. Poza ludźmi spotkamy tu wiedźmy, duszki, elfy, magów i fantastyczne zwierzęta. Po tym, jak świat zniszczyła apokalipsa, ludzie i Niesamowici żyją teraz bliżej natury. Uczą się z niej korzystać, dbają o nią, szanują ją i doceniają. Oczywiście ci dobrzy, bo na świecie nie brakuje również niestety tych drugich.

str. 315 – “Jego korzenie obejmują boginię ziemi – powiedział. – Jego gałęzie wznoszą się do boga słońca. Jego liście oddają w powietrze życie, łapią deszcz. Będzie stanowił dom dla ptaków, a ich pieśni ozdobią to miejsce na wieki. Drzewo łączy wszystko, ziemię, powietrze, ogień, magię. To, co chodzi, co lata, co pełza, łączy się przezeń ze światłem”.

Piękna okładka, której znaczenie pojmujemy dopiero po lekturze lub w jej trakcie, przejrzysty druk, brak błędów i literówek to – jak zwykle – ogromny plus dla Wydawnictwa Edipresse Książki.

To, co najmocniej ujmuje w tej powieści to ewidentnie klimat. Przywiązujemy się do bohaterów, przeżywamy z nimi ich sukcesy i porażki, drżymy o ich życie podczas starć z wrogiem. Trzeba też przyznać, że – i to jest bardzo typowe dla Nory Roberts – to powieść w której nie zabraknie nam olbrzymiego wachlarza przeróżnych emocji. I to począwszy od tych bardziej przyziemnych, po iście wzniosłe i patetyczne. No ale to w końcu opowieść o bohaterach.

Pozostaje czekać na trzeci, finalny tom “Kronik tej Jedynej”. Ode mnie powieść otrzymuje dziesięć gwiazdek i wędruje na półkę z ulubionymi książkami – na pewno jeszcze do niej wrócę.

Za książkę i możliwość lektury bardzo dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki


*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.