“Mysia Wieża” Agnieszka Fulińska, Aleksandra Klęczar

Fantastyczna, wiosenna okładka od razu przykuła mój wzrok. Pełna zieleni, tajemnicza, klimatyczna z wyłaniającą się spomiędzy drzew wieżą. I jeszcze te bajeczne chmury…

Przyznaję, że zwróciłam na tę książkę uwagę właśnie ze względu na okładkę. Dopiero potem zainteresowałam się opisem wydawcy w sieci i blurbem z tyłu książki. A ponieważ także one mocno mnie zaintrygowały, wiedziałam, że obowiązkowo muszę ją przeczytać.

Powieść kierowana jest do starszych dzieci, a jej bohaterami są Igor i Hania, którzy spotykają się latem na wakacjach, nad Gopłem. Igor właśnie skończył szóstą klasę i wraz z ojcem udał się na wykopaliska. Tata Igora, archeolog, specjalista od Słowian, pracuje nad czymś okrutnie ważnym, a Igor trochę się nudzi. Hania, wysportowana, krótko ostrzyżona, wysoko i nieco obcesowa, zupełnie niespodziewanie wciąga chłopca w nieoczekiwaną przygodę. Igor nawet nie marzył o podobnych emocjach w tym zalesionym zakątku pod Kruszwicą. Kiedy w dodatku ratuje z opresji tonącego szczura, a ten odzywa się do niego ludzkim głosem, chłopiec omal nie mdleje z wrażenia.

Gadające szczury, myszy, starodawni wojowie, wieszczki, guślarze, a nawet czarodzieje i duchy oraz pewne specyficzne licho są w tej powieści na porządku dziennym. Do tego wszystko okraszone sympatycznym, lekkim humorem i rozgrywające się na tle starych, słowiańskich wierzeń. Do tego sekrety i tajemnice: któż ich nie lubi?

str. 50 – “Oto wznosi się przed wami złowieszczy kształt Mysiej Wieży (…). Wyobraźcie sobie ciemną, burzową noc wiele stuleci temu… Zły król kryje się w komnacie na samym szczycie tej wieży, po tym jak otruł swoich swoich stryjów. Czekał, aż wszyscy poumierają w męczarniach…”.

Jak się pewnie domyślacie, coś z tym wszystkim wspólnego będzie miał król Popiel… Owszem, ale niczego więcej Wam nie zdradzę, by nie spoilerować i nie psuć Wam zabawy.

Udziałem Igora i Hanki będzie wiele niezwykłych przygód, a postaci, które pojawią się w opowieści nie tylko tej dwójce wydadzą się niesamowite.

Książka pisana jest w pierwszej osobie, przy czym raz wydarzenia opisywane są z punktu widzenia Igora, a kolejny z perspektywy Hani. Każdy rozdział opatrzony jest imieniem bohatera, który będzie jego narratorem oraz osobnym tytułem.

Zagadki, tajemnice, starodawni królowie, bohaterowie i dzielni wojowie to ogromny plus tej historii. Baśniowy klimat sprawia, że powieść czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Do tego owa baśniowość została osadzona w czasach współczesnych, więc nie przysporzy problemów z odbiorem młodym czytelnikom. Igor i Hanka to zwykłe dzieciaki, jakich wokół jest mnóstwo. To pozwoli czytającym dzieciom bez trudności utożsamić się z bohaterami i mocniej wczuć w atmosferę powieści. Wszechobecna przeszłość, słowiańska, bliska zarówno nam, jak i naszym protoplastom, zmobilizuje być może młodych odbiorców do sięgnięcia po inne lektury o podobnej tematyce i zainteresuje dzieci korzeniami i wierzeniami Słowian. Myślę, że warto, bo pośród słowiańskich podań i legend, jest naprawdę bardzo wiele interesujących i niecodziennych historii.

Minusem książki są występujące co jakiś czas, zbyt długie dialogi, czasem też powieść bywa przegadana, bywa, że bohaterowie nad czymś zbyt długo rozmyślają. Dzieci nie lubią takich sytuacji i co niektóre, mniej cierpliwe, mogą się takimi przedłużeniami znudzić. Są to jednak tylko fragmenty, w dodatku rekompensowane nasza rodzimą mitologią i pogańskimi wierzeniami, które ja osobiście bardzo lubię.

Dzieciom na pewno się spodoba, ale uprzedzam, że nie jest to powieść dla maluchów: dla nich będzie za poważna, zbyt długa i zbyt skomplikowana. To historia dla odbiorcy powyżej dwunastu lat. I dla dorosłych. Zwłaszcza dla tych, którzy uwielbiają przygodę, Słowian, polskie krajobrazy, groty i jaskinie.

str. 202 – “Wiedziałem, że jestem w grocie: tuż przede mną wznosiło się ocembrowanie studni. Otwarłem oczy i spostrzegłem, że dziś wygląda inaczej. Przed sobą miałem bramę. Z kamiennym obramowaniem i czymś w rodzaju tarczy herbowej na samej górze”.

Mimo swoich 450 stron książkę czyta się szybko. Fabuła została poprowadzona ciekawie i sprawnie. To dobra lektura dla dzieci, dla dorosłych, ale również do czytania wspólnie. Bardzo serdecznie polecam.

Warto jeszcze na koniec wspomnieć, że “Mysia Wieża” to dopiero pierwszy tom cyklu “Dzieci Dwóch Światów”, a więc emocji będzie wkrótce jeszcze więcej.

Za książkę bardzo dziękuję serwisowi jakkupowac.pl


*cytaty pochodzą z książki

“Kołysanka z Auschwitz” Mario Escobar

Już nie zliczę, która to z kolei książka o tematyce Auschwitz, jaką przeczytałam. Każda z nich pozostawia w pamięci coś, o czym nie sposób zapomnieć.

W zeszłym roku odwiedziłam muzeum w Auschwitz. Chodziłam między budynkami, po tamtych drogach, po kamieniach, byłam w środku i zastanawiałam się, jakim cudem w tak małym pomieszczeniu upchnięto dwieście osób. Byłam w krematorium. I przeżywałam to bardzo…

Co czuli tamci ludzie? Pozbawieni wszystkiego, całego człowieczeństwa? Upodleni, głodni, chorzy, wyczerpani, przerażeni… Rozdzieleni z bliskimi: z matkami, mężami, dziećmi, rodzicami. Nie zostało im już nic poza nadzieją, wiadomo przecież, że ta umiera na samym końcu.

str. 132 – “Przez okna wpadało światło reflektorów odbierające nam widok księżyca i gwiazd. Pewnego dnia, gdy obóz będzie pogrążony w mroku i ciszy, na ziemię znów spłynie czysty blask ciał niebieskich i świat ponownie stanie się dobrym miejscem do życia”.

Helene Hannemann z pochodzenia była Niemką. Wyszła za mąż za Roma, Johanna, świetnego i bardzo utalentowanego skrzypka. Ci dwoje bardzo się kochali i dochowali się pięciorga dzieci: Blaza, Otisa, bliźniaków: Ernesta i Emily oraz najmłodszej pociechy, córeczki Adalii. Żyli skromnie, ale szczęśliwie, aż do maja 1943 roku, kiedy do ich domu przychodzą Niemcy i rozkazują się pakować. Helene, jako Niemka, nie musi jechać z nimi, ale ona decyduje się zostać z rodziną.

Podróż bydlęcymi wagonami do obozu, w ścisku, smrodzie, brudzie, bez jedzenia i wody, to dopiero początek ich udręki. W Auschwitz Helene zostaje oddzielona od męża, kobiety i mężczyźni przebywają osobno. Dla niej, która nie spędziła bez męża i jego wsparcia nawet jedego dnia, to coś niewyobrażalnego…

str. 43 – “Jego oczy mówiły wszystko. Że go znowu zobaczę. Że mnie nie zostawi, nawet w piekle. Johann, podobnie jak Orfeusz, który zszedł do podziemnego świata umarłych, by ocalić żonę, przybędzie i uratuje mnie z łap samej śmierci”.

Z Helene zostają ich dzieci i to dla nich kobieta musi walczyć o każdy dzień. Życie w obozie to udręka. Ludziom doskwiera głód, chłód, robactwo, choroby. Przetrwanie tutaj z piątką dzieci graniczy wręcz z cudem. Walka o każdy kawalątek stęchłego chleba, ohydnej kawy, czegokolwiek, co da się zjeść, bywa ponad siły zwykłego człowieka.

Helene jest zrozpaczona, ale jednocześnie zdesperowana i zdeterminowana, by w tych nieludzkich warunkach zawalczyć o życie swoje i swoich dzieci.

str. 106 – “Byłam starym statkiem wśród burzy – przy życiu trzymały mnie moje dzieci. Musiałam nadal dla nich walczyć, starać się podtrzymywać nadzieję, spoglądać śmiało w twarz każdemu dniu i modlić się, żeby ten koszmar wreszcie dobiegł końca”.

Tymczasem w Auschwitz pojawia się doktor Josef Mengele. Uprzejmy, przystojny, uśmiechnięty… Ale my, czytelnicy, za dobrze już wiemy, że to tylko pozory. Znamy przecież z różnych źródeł Josefa Mengele i to, jakim był on potworem.

Helene jeszcze tego nie wie.

Jest podejrzliwa, ale kiedy doktor powierza jej misję stworzenia w Birkenau przedszkola dla dzieci, właśnie tu, w cygańskim obozie, zgadza się. Upatruje w tym szansy dla dzieciaków. Nie tylko swoich, ale również dla tych wszystkich, które los rzucił właśnie tu, w to straszne, przerażające miejsce.

Czy rzeczywiście ów pomysł wypali? Czy można stworzyć tutaj najmłodszym choć namiastkę czegoś normalnego? Zapewnić chleb, mleko i jakieś zabawki? I co z intencjami Josefa Mengele? Helene chce spróbować, wierzy bowiem, że dzieci zasługują na wszystko, co najlepsze, a ona – jako pielęgniarka – jest w stanie zapewnić im opiekę, nie tylko medyczną, ale również dać nadzieję na inne, lepsze życie.

str. 146 – “(…) pomyślałam, że dopóki dzieci śpiewają, świat wciąż ma szansę na ocalenie”.

“Kołysanka z Auschwitz” to przepięknie opisana historia. Mimo osadzenia jej w takich, a nie innych realiach, gdzie wszystko jest przytłaczające, odrażające, wstrętne, a moralność i zasady od dawna już nie istnieją, powieść przesycona jest poezją.

Wszystkim wydarzeniom przyglądamy się oczami głównej bohaterki. To z nią przeżywamy każdą potworność i każdą tęsknotę. To z nią rozpaczliwie walczymy o każdy dzień, o każdy okruch chleba, o każdy skrawek koca dla dzieci, o szansę zobaczenia się z ukochanym mężem. To właśnie dzieci trzymają ją przy zdrowych zmysłach, to dzięki nim Helene jeszcze rano wstaje i ma siłę wyjść z baraku, tylko dla nich staje twarzą w twarz z trzema uzbrojonymi więźniarkami. To wszystko tylko dla nich…

str. 34 – “Wtedy zrozumiałam, że być matką to coś znacznie więcej, niż wychowywać dzieci; to naginać duszę, aż własne ja na zawsze połączy się z ich pięknymi niewinnymi twarzami”.

Książka została przepięknie wydana przez Wydawnictwo Kobiece. Dostała twardą okładkę z przejmującą ilustracją w barwach sepii, sugestywną, klimatyczną, zapowiadającą interesującą lekturę.

Do jej powstania przyczyniły się pamiętniki Helene Hannemann, które prowadziła w obozie i które na krótkie chwile pozwalały jej się oderwać od okrutnej rzeczywistości Birkenau. Bo należy tu koniecznie wspomnieć, że Helene jest postacią autentyczną, podobnie, jak opowiedziana w książce historia jej pobytu w obozie. Jest kobietą, która poświęciła się w imię miłości do dzieci. Jako przedstawicielka czystej aryjskiej krwi, Niemka, mogła wybrać wolność, jednak zdecydowała się pozostać z rodziną, tutaj, w obozie.

I tak sobie myślę… Czy jakakolwiek matka, w takiej sytuacji, postąpiłaby inaczej? Pozwoliłaby wywieźć swoje dzieci do obozu, sama pozostając na wolności? Czy którakolwiek mogłaby z czymś takim potem żyć? Mnie, jako matce, wydaje się to zupełnie nierealne.

Kiedy sięgam po tego rodzaju powieść jak “Kołysanka z Auschwitz”, z góry mniej więcej wiem, czego mogę się spodziewać. Wychodzę jednak z założenia, że to, co wydarzyło się w takich obozach, nigdy nie powinno zostać zapomniane. I powinno być przekazywane dalej i dalej. Bo coraz mniej jest już tych, którzy to piekło przetrwali i mogą nam o tym opowiedzieć. A kiedy tych zabraknie, te opowieści znikną także, a z nimi pamięć o ofiarach, o bohaterach, o tych, którzy zdołali wyrwać się z piekła, o tych, którym dopisała odrobina szczęścia i o tych, którzy nie dali rady… Uważam, że nie powinniśmy do tego dopuścić, bo takie historie muszą istnieć w naszej pamięci i na kartach książek. Tylko wówczas istnieje szansa, że coś takiego jak Auschwitz-Birkenau nigdy więcej się już nie powtórzy.

Tę książkę powinien przeczytać każdy. Bez wyjątku.

“Dobrej nocy, czas spać,
Z różyczkami się kłaść,
Z goździkami do snu
tulić się: luli-lu (…)”. *

Za książkę bardzo dziękuję serwisowi jakkupowac.pl

 


*fragment kołysanki z książki
**cytaty pochodzą z książki

“Początek” Nora Roberts

str. 7 – “Kiedy Ross MacLeod pociągnął za spust i zastrzelił bażanta, nie mógł wiedzieć, że zabija także siebie. I miliardy innych osób”.

Przeczytałam już blisko 200 książek Nory Roberts. Były wśród nich takie, do których lubię wracać po kilka razy, są też takie, o których zapomniałam zaraz po lekturze. Do moich ulubionych należą te, w których współczesność miesza się z magią, więc “Początek” od razu zwrócił moją uwagę.

Podobne opowieści można zapewne mnożyć, takich, które mówią o końcu świata, o apokalipsie, o końcu ludzkości. Żadna jednak z tych, po które dotąd sięgnęłam, nie wciagnęła mnie tak, jak “Początek”.

Świat opanowuje dziwny wirus, który rozprzestrzenia się szybciej niż Ebola. Ludzie umierają tak szybko, że lekarze nie nadążają przeprowadzać większości niezbędnych badań. Garstka tych, którzy się nie zarazili, usiłuje przetrwać na zdziesiątkowanym świecie, na którym teraz zaczyna wszystkiego brakować. I nie chodzi tylko o leki i żywność, ale o wszystko to, z czego niezbędności na co dzień nie zdajemy sobie sprawy: transportu, prądu, internetu, rządzących, porządku czy schronienia. Wśród ocalałych nie ma już nikogo, kto nie straciłby kogoś bliskiego. Nikogo, kto nie odczuwałby lęku na myśl o przyszłości, nikogo, kto nie potrzebowałby jakiejś pomocy.

str. 268 – “Przyjmijmy jakiś kompromis między założeniami optymistycznymi a pesymistycznymi (…). Nawet wtedy będzie ten cholerny bałagan. Ciała, których nie ma komu usuwać, staną się rozsadnikiem różnych innych chorób. Wskutek paniki i ogólnej przemocy nastąpi dalszy wzrost zgonów. Rozpacz doprowadzi do samobójstw. Dodaj do tego niedziałającą infrastrukturę, zepsute jedzenie, brak energii elektrycznej, niedziałającą komunikację”.

Wygląda też na to, że istnieje pewna znaczna grupa osób, która przejawia nietypowe, magiczne cechy. I – co najdziwniejsze – tych wirus się nie ima.

Niesamowici – bo tak ich nazwano – podobnie, jak zwykli ludzie, dzielą się na tych dobrych i złych. Do tego to, co pozostało z władz, resztki dowodzących, uznają za słuszne wyłapać wszystkich Niesamowitych i poddać ich testom. Bez znaczenia, czy tamci się na to zgodzą, czy też nie.

str. 45 – “Zaroiło się od plotek o dziwnych, tańczących ognikach, o ludziach obdarzonych dziwnymi zdolnościami, leczących oparzenia bez żadnych maści i dla rozgrzewki rozpalających ogień w beczkach bez paliwa. Niektórzy zapalali je dla samej przyjemności wpatrywania się w płomień. Inni twierdzili, że widzieli jakąś kobietę, która przeszła przez ścianę, jeszcze inni przysięgali, że widzieli mężczyznę podnoszącego samochód jedną ręką tudzież tańczącego szkocką gigę pół metra nad ziemią”.

Lana, Jonah, Katie, Fred, Eddie, Arlys, Max – to tylko garstka bohaterów, których tu poznamy. Jest ich wielu, ale to wcale nie sprawia, że gubimy się w labiryncie imion i nazwisk. Autorka zapoznaje nas z nimi stopniowo i tak umiejętnie, że nie mamy żadnego problemu, by później kogoś skojarzyć.

Tytuł oryginału to “Chronicles of the One. Year One”, co znaczy “Kroniki Jedynej. Rok Pierwszy”. Łatwo się więc domyślić, że akcja rozgrywa się w przeciągu roku. Pierwszego roku po apokalipsie, podczas której ginie osiemdziesiąt procent ludności świata. Ludzie osiedlają się w różnych miasteczkach, które ocalały, starają się zakładać małe społeczności. Kibicujemy im gorąco, obserwując, jak próbują odbudować – choć częściowo – naszą cywilizację. W obliczu zagłady większość się ze sobą solidaryzuje, współpracuje, dzieli z innymi. Niestety obok jasnych stron odbudowywania starego świata, pojawiają się te ciemne. Czarna magia, przerażająca, zimna, destrukcyjna.

I pojawia się odwieczne pytanie: czy dobro zwycięży zło? Czy światło pokona ciemność? Czy ludzkość przetrwa?

Jak to u Nory Roberts bywa, powieść jest przesycona magią. Ponieważ jednak wszystko osadzone jest współcześnie, nie odbieramy tej książki jako fantasy. Osobiście miałam wrażenie, że czytam powieść postapokaliptyczną, choć może mniej tą wizją postapo nasyconą. Nie brakuje tu wybuchów i fajerwerków, nagłych zwrotów akcji i opisów tego niezwykłego świata, który właśnie się rodzi.

str. 283 – “(…) rozłożyła ramiona, a te naraz stały się skrzydłami, równie jasnymi jak jej włosy, a ich krawędzie przypominały ostre zęby. Uniosła się i zaczęła obracać. Wirujący wiatr unosił dym z płomieni”.

Książka podzielona jest na kilka części, dwadzieścia pięć rozdziałów i liczy blisko 440 stron. Mimo dość pokaźnej objętości, czyta się ją migiem. Połknęłam ją w dwa dni i trwało to aż tak długo tylko dlatego, że człowiek ma dom, dzieci, zwierzęta i własne życie.

Nora Roberts ma niezwykle lekkie pióro, a do tego kreowane przez nią postaci są do bólu prawdziwe. Nawet te, które obdarza skrzydłami, syrenim ogonem czy umiejętnością zapalania świecy pstryknięciem palcami. Ten realizm bohaterów, prostota wypowiedzi, lekkość dialogów i bardzo wciągająca fabuła, składają się na świetną, nie dającą się odłożyć na bok książkę. To jedna z tych historii, o których myślicie stale, nawet wówczas, gdy chwilowo jej nie czytacie.

Do tego ta niezwykła okładka: skromna, nieprzeładowana. Tylko ten czarny ptak, wrona czy kruk, który nigdy – w całej literaturze – nie wróżył nigdy niczego dobrego.

I jeśli nazwisko Nory Roberts kojarzy Wam się wyłącznie z romansami, to bardzo polecam sięgnąć po “Początek”. Owszem, spotkamy tu miłość: pomiędzy dwojgiem ludzi, miłość matki do dziecka, specyficzną miłość do przyjaciół, ale do romansu to tej książce bardzo daleko.

A najbardziej raduje mnie to, że “Początek” jest dopiero pierwszym tomem serii “Kronik tej Jedynej” i przede mną dalszy ciąg. Kolejna książka pt.: “Z krwi i kości” ukaże się już lada dzień.

Bardzo gorąco polecam “Początek”. To doskonale skonstruowana powieść, z ciekawą fabułą, rewelacyjną historią i nietuzinkowymi bohaterami. Ode mnie otrzymuje dziesięć gwiazdek na dziesięć.

*cytaty pochodzą z książki

“Pocałunek kata” Mons Kallentoft

Mons Kallentoft zadebiutował w 2000 roku powieścią “Pesetas”, za którą zgarnął prestiżową nagrodę i został uznany za jednego z przodujących pisarzy szwedzkich. Osobiście o nim aż do teraz nie słyszałam, być może dlatego, że powieści skandynawskie omijam szerokim łukiem. Podchodziłam do nich kilka razy, ale zarówno książki Camillii Lackberg, jak i Jo Nesbo, nie wciągnęły mnie zupełnie. Miałam więc drobne obiekcje przed lekturą “Pocałunku kata”. Na szczęście udało mi się z książką zaprzyjaźnić, choć spodziewałam się czegoś znacznie lepszego.

Szwecja. Zwykły dzień. Jakiś szaleniec porywa samolot i trzymając w ręce “bukiet” granatów, grozi wysadzeniem wszystkiego w powietrze. Chwilę później policja znajduje nagie zwłoki nastolatki w zgniatarce do samochodów. Policjanci są bezradni, bo zanim zdołają wykonać jakiś ruch, ginie kolejna osoba.

Inspektor Malin Fors usiłuje powiązać zabójstwa ze sobą, szukając czegokolwiek, co mogłoby je łączyć. Niestety niczego takiego nie może znaleźć. Sprawy zupełnie nie ułatwia fakt, że kobiecie mocno daje się we znaki jej uzależnienie od alkoholu.

str. 107 – “Nad wzgórzem zwieszają się korony starych dębów i gdy Malin lekko obraca głowę, widzi plac zabaw, gdzie niecałe dziesięć lat temu znaleziono zgwałconą dziewczynę”.

Nad śledztwem pracują dodatkowo ściągnięci policjanci, usilnie próbujący odnaleźć jakieś powiązania pomiędzy ofiarami oraz miejscami zbrodni. Niestety – póki co – kompletnie nic do siebie nie pasuje i napotykają tylko masę niewiadomych.

Przełom nastąpi dopiero później.

Powieść pisana jest w trzeciej osobie, w czasie teraźniejszym. Wydaje mi się, że byłaby o wiele lepsza i bardziej przystępna, gdyby autor poprowadził ją w czasie przeszłym. Jest bardzo niewiele książek napisanych w formie takiego właśnie reportażu, w czasie teraźniejszym, które mi się podobały. To jest styl typowy dla sprawozdań, który tutaj akurat nieszczególnie pasuje. Wprawdzie w trakcie czytania można się trochę przyzwyczaić, ale jednak powieść zyskałaby wiele bez tego.

Piękne wydanie przywołało wspomnienia, kiedy to wszystkie książki były wydawane z dbałością o każdy szczegół: twarda okładka z obwolutą, przejrzysty druk, żadnych błędów.

Zabrakło mi większej ilości opisów miasta, otoczenia, miejsc, ale być może jest to związanie z akcją prowadzoną w czasie teraźniejszym, gdzie nie ma po prostu żadnej dodatkowej chwili na zbędne opisy.

Skomplikowane śledztwo prowadzi do zaskakującego zakończenia, a to – z kolei – do szokującego epilogu. Akcja, mimo iż nie gna na łeb na szyję, cały czas trzyma w napięciu. Klimat grozy idealnie współgra z osobistymi problemami głównej bohaterki.

str. 15 – “Wyrwali mi oddech z piersi i uszło im to na sucho. Zabili tą, którą najbardziej kochałem, i nie spotkała ich żadna kara. Za arogancję. Bezwzględność”.

str. 123 – “Niech mi ktoś pomoże kochać wszystkich ludzi, myśli Malin. Proszę, niech mi ktoś pomoże, ktokolwiek”.

Autor jest raczej oszczędny w słowach, książka nie jest przegadana i wszystko w niej doskonale się zazębia. Dopracowana historia, wszechobecna groza oraz realistyczni bohaterowie, składają się na dobrą, kryminalną powieść o dusznej, gęstej atmosferze.

Mons Kallentoft nie ma lekkiego pióra. Książka nie należy do lektury prostej w odbiorze, wymaga od czytelnika skupienia. Czasem musiałam się cofnąć do nazwisk czy miejsc, by je sobie przypomnieć. Skandynawskie nazwy to chyba element nieco ponad moje siły, jak choćby nazwa parku, przy której w kółko się zacinałam. Oczywiście mówię to z przymrużeniem oka.

“Pocałunek kata” to pozycja dla czytelników lubujących się w thrillerach oraz skandynawskich kryminałach. Polecam wszystkim miłośnikom kryminalnych zagadek. Warto również nadmienić, że autor stworzył cały cykl o Malin Fors, więc można się spodziewać wielu zagadkowych, intrygujących perypetii inspektorki szwedzkiej policji w kolejnych książkach z serii.

Za książkę i możliwość zrecenzowania bardzo dziękuję serwisowi JakKupować.pl


*cytaty pochodzą z książki

“Furia” Sandra Brown

Czytam książki Sandry Brown od ponad dwudziestu pięciu lat. Nie pamiętam takiej, która by mi się nie spodobała, za to pamiętam kilka takich, które wbiły mnie w fotel i również takie, które nie pozwalały iść spać. Bywało, że czytałam do trzeciej czy czwartej rano. I przyznaję, że do dziś nie przechodzę obojętnie wobec książek autorki, bo każda niemal jest gwarancją naprawdę dobrej, trzymającej w napięciu, lektury. Zwłaszcza, że kilkanaście lat temu trafiałam raczej na romanse z dreszczykiem sensacji, a teraz są to powieści sensacyjne z dodatkiem romansu, co pasuje mi o wiele bardziej.

“Furia” dotarła do mnie w tajemniczej czarnej kopercie. Od razu wiedziałam, że będzie to coś specjalnego. Zwłaszcza, że w ślad za książką, z koperty wypadł woreczek strunowy, a w nim… No cóż, jako stała bywalczyni strzelnicy, nie musiałam zgadywać dwa razy: łuski po nabojach z glocka. To był dopiero smaczek, dziękuję bardzo Wydawnictwu Edipresse Książki :)

Bohaterka “Furii”, Kerry Bailey, dziennikarka, znana, lubiana i ceniona przez opinię publiczną, uparcie próbuje przeprowadzić wywiad ze znanym bohaterem narodowym, majorem Franklinem Trapperem. Dwadzieścia pięć lat temu major wyprowadził kilka ocalałych osób z hotelu Pegasus w Dallas, w którym wybuchło kilka ładunków wybuchowych, a na własnych rękach wyniósł małą dziewczynkę. Niestety Trapper jest uparty i nie ma zamiaru udzielać żadnych wywiadów, nie robi tego już od lat. I nawet niespotykany upór i dziesiątki telefonów Kerry nie mogą tego zmienić. Dlatego też nieugięta kobieta decyduje się dotrzeć do majora przez jego syna, prywatnego detektywa, który wcale nie jest tym faktem zachwycony. Jego układy z ojcem pozostawiają wiele do życzenia, dawne niesnaski i animozje sprawiają, że na samą myśl o rozmowie z ojcem, Johnowi cisną się na usta same niecenzuralne słowa. Jednak z kilku powodów – znanych wyłącznie jemu samemu – w końcu postanawia przedstawić dziennikarkę ojcu.

To, co wydarzy się później zaważy na całym życiu Kerry oraz syna majora Trappera. Nieznani sprawcy napadają bowiem na dom majora, w którym Kerry przeprowadza wywiad. Kim są sprawcy? I dlaczego włamali się do domu? I czego tak naprawdę chcieli od bohatera narodowego i dziennikarki? Kerry, która cudem unika śmierci, nie od razu zaczyna lękać się o własne życie, jednak splot wydarzeń, które następują później, daje jej namacalnie odczuć, że jej bezpieczeństwo wisi na włosku.

Nagle się okazuje, że nikomu nie można zaufać.
Nagle każdy jest podejrzany.
Nagle w każdym człowieku upatruje się wroga.

Kerry Bailey i John Trapper muszą połączyć siły, by dowiedzieć się, kto tak naprawdę stoi za zamachem bombowym w Dallas sprzed dwudziestu pięciu laty. John wprawdzie ma swoje podejrzenia, niestety prawie nikt mu nie wierzy. Czuje, że jest sam, a jedynym jego sprzymierzeńcem nieoczekiwanie staje się Kerry.

Typową i charakterystyczną rzeczą u Sandry Brown jest nieopuszczające czytelnika napięcie, trzymające go od samego początku do końca. I mimo, iż znamy pewnych podejrzanych, a o innych z kolei nie mamy pojęcia, to czyta się świetnie. A może wcale nie znamy podejrzanych? Autorka przez cały właściwie czas trzyma nas w niepewności i tak naprawdę nie wiemy do końca, czy nasze przypuszczenia są słuszne.

Główna bohaterka to pewna siebie, zdecydowana i zdeterminowana kobieta, profesjonalnie podchodząca do swojej kariery i tego, czym się zajmuje. Swoje sukcesy zawodowe zawdzięcza wyłącznie sobie i może być z nich dumna. W obliczu niebezpieczeństwa nie panikuje, zachowuje zimną krew, co wpływa na naszą dla niej sympatię. Da się ją po prostu lubić, racjonalna i praktyczna, jest przy tym bardzo kobieca i z miejsca wpada w oko Johnowi.

str. 159 – “Kerra Bailey wyznaczała sobie cele i trzymała się programu pozwalającego je osiągnąć. To nie w jej stylu uciekać nocą w towarzystwie mężczyzny o wątpliwej reputacji, który działał impulsywnie, któremu zdarzało się kręcić i kłamać, o czym dobrze wiedziała, którego zresztą poznała zaledwie tydzień wcześniej i to wtedy, kiedy był zbyt skacowany, by stanąć prosto. No więc co tutaj, do diabła, w tej chwili robiła?”.

Pożądanie i namiętność na tle śmiertelnego niebezpieczeństwa to znak rozpoznawczy Sandry Brown. Tutaj uczucie przeplata się z sensacją, z zagrożeniem czającym się w cieniu, z obawą napotkania wycelowanej w nas lufy pistoletu. Wraz z upływem czasu sprawy komplikują się coraz bardziej, wartka akcja nie pozwala się nudzić nawet na chwilę i choć z całą pewnością czytałam już bardziej wciągające powieści autorki, to tej również niczego nie brakuje. Nie jest przegadana, nie jest za długa, czyta się szybko i dobrze, styl autorki to lekkie pióro, niezwykle przystępne dla czytelnika w odbiorze, a język prosty i codzienny.

Pierwsze, co rzuca się w oczy w kontakcie z książką, to świetna okładka, jakby trochę w 3d, do tego format, który bardzo lubię – nieco większy od przeciętnego, bardzo wygodny w czytaniu i ogólnym użytkowaniu. Świetny druk, dobra czcionka, przejrzysty układ stron. Oczywiście nie to liczy się najbardziej podczas czytania, ale są to takie detale, od których zależy cała przyjemność z lektury, dla mnie wyjątkowo ważne. W tekście brak jakichkolwiek błędów, żaden chochlik nie wkradł się w treść, zresztą jak zwykle u Edipresse. Ogromny plus za to piękne wydanie.

To, co jest najlepsze w tej powieści, to oczywiście klimat. Bardzo lubię historie sensacyjne, gdzie nad bohaterami “wisi” groźba, gdzie muszą uciekać, ukrywać się, a każdy napotkany człowiek może im zagrażać. I ani oni, ani my – czytelnicy – nie wiemy, komu można, a komu nie można zaufać. Duszna atmosfera robi się coraz bardziej przytłaczająca, gdy na wierzch wypływają sprawy i machloje sprzed lat.

str. 191 – “Od strony na wpół podciągniętych żaluzji wpadało dość światła, by zobaczyć, że wszystko zostało przewrócone do góry nogami. Szuflady powyciągano z metalowej szafki, a ich zawartość leżała rozrzucona po całej podłodze. Poduszki na kanapie pocięto i wybebeszono. Krzesła i lampy były poprzewracane”.

Wiele w “Furii” jest rzeczy przewidywalnych, jest to coś jednocześnie bardzo amerykańskiego, jak i charakterystycznego dla autorki. Mimo to wcale nie czyta się książki gorzej, nie jest ona przez to mniej intrygująca. Czytam książki Sandry Brown od ćwierć wieku, znam jej styl, znam bohaterów, zdążyłam poznać to, jak myśli i jakich intryg oraz zakończeń można się po niej spodziewać, jednak mimo to, za każdym razem, czytanie jej książek to dla mnie ogromna przyjemność.

To jest powieść dla czytelników, którzy lubią powieści sensacyjne, kryminały, thrillery, a także dla wszystkich, którzy chętnie sięgają po połączenie książek sensacyjnych z romansem, z przewagą jednak sensacji. No i na pewno jest to pozycja dla każdego miłośnika Sandry Brown, jej talentu do zawiłych historii i bohaterów, takich prawdziwych, z krwi i kości.

Ze swojej strony bardzo polecam, książkę czyta się jednym tchem, a szybkie tempo i dynamiczna akcja nie pozwalają się od niej oderwać. To bardzo dobra lektura.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.