“Furia” Sandra Brown

Czytam książki Sandry Brown od ponad dwudziestu pięciu lat. Nie pamiętam takiej, która by mi się nie spodobała, za to pamiętam kilka takich, które wbiły mnie w fotel i również takie, które nie pozwalały iść spać. Bywało, że czytałam do trzeciej czy czwartej rano. I przyznaję, że do dziś nie przechodzę obojętnie wobec książek autorki, bo każda niemal jest gwarancją naprawdę dobrej, trzymającej w napięciu, lektury. Zwłaszcza, że kilkanaście lat temu trafiałam raczej na romanse z dreszczykiem sensacji, a teraz są to powieści sensacyjne z dodatkiem romansu, co pasuje mi o wiele bardziej.

“Furia” dotarła do mnie w tajemniczej czarnej kopercie. Od razu wiedziałam, że będzie to coś specjalnego. Zwłaszcza, że w ślad za książką, z koperty wypadł woreczek strunowy, a w nim… No cóż, jako stała bywalczyni strzelnicy, nie musiałam zgadywać dwa razy: łuski po nabojach z glocka. To był dopiero smaczek, dziękuję bardzo Wydawnictwu Edipresse Książki :)

Bohaterka “Furii”, Kerry Bailey, dziennikarka, znana, lubiana i ceniona przez opinię publiczną, uparcie próbuje przeprowadzić wywiad ze znanym bohaterem narodowym, majorem Franklinem Trapperem. Dwadzieścia pięć lat temu major wyprowadził kilka ocalałych osób z hotelu Pegasus w Dallas, w którym wybuchło kilka ładunków wybuchowych, a na własnych rękach wyniósł małą dziewczynkę. Niestety Trapper jest uparty i nie ma zamiaru udzielać żadnych wywiadów, nie robi tego już od lat. I nawet niespotykany upór i dziesiątki telefonów Kerry nie mogą tego zmienić. Dlatego też nieugięta kobieta decyduje się dotrzeć do majora przez jego syna, prywatnego detektywa, który wcale nie jest tym faktem zachwycony. Jego układy z ojcem pozostawiają wiele do życzenia, dawne niesnaski i animozje sprawiają, że na samą myśl o rozmowie z ojcem, Johnowi cisną się na usta same niecenzuralne słowa. Jednak z kilku powodów – znanych wyłącznie jemu samemu – w końcu postanawia przedstawić dziennikarkę ojcu.

To, co wydarzy się później zaważy na całym życiu Kerry oraz syna majora Trappera. Nieznani sprawcy napadają bowiem na dom majora, w którym Kerry przeprowadza wywiad. Kim są sprawcy? I dlaczego włamali się do domu? I czego tak naprawdę chcieli od bohatera narodowego i dziennikarki? Kerry, która cudem unika śmierci, nie od razu zaczyna lękać się o własne życie, jednak splot wydarzeń, które następują później, daje jej namacalnie odczuć, że jej bezpieczeństwo wisi na włosku.

Nagle się okazuje, że nikomu nie można zaufać.
Nagle każdy jest podejrzany.
Nagle w każdym człowieku upatruje się wroga.

Kerry Bailey i John Trapper muszą połączyć siły, by dowiedzieć się, kto tak naprawdę stoi za zamachem bombowym w Dallas sprzed dwudziestu pięciu laty. John wprawdzie ma swoje podejrzenia, niestety prawie nikt mu nie wierzy. Czuje, że jest sam, a jedynym jego sprzymierzeńcem nieoczekiwanie staje się Kerry.

Typową i charakterystyczną rzeczą u Sandry Brown jest nieopuszczające czytelnika napięcie, trzymające go od samego początku do końca. I mimo, iż znamy pewnych podejrzanych, a o innych z kolei nie mamy pojęcia, to czyta się świetnie. A może wcale nie znamy podejrzanych? Autorka przez cały właściwie czas trzyma nas w niepewności i tak naprawdę nie wiemy do końca, czy nasze przypuszczenia są słuszne.

Główna bohaterka to pewna siebie, zdecydowana i zdeterminowana kobieta, profesjonalnie podchodząca do swojej kariery i tego, czym się zajmuje. Swoje sukcesy zawodowe zawdzięcza wyłącznie sobie i może być z nich dumna. W obliczu niebezpieczeństwa nie panikuje, zachowuje zimną krew, co wpływa na naszą dla niej sympatię. Da się ją po prostu lubić, racjonalna i praktyczna, jest przy tym bardzo kobieca i z miejsca wpada w oko Johnowi.

str. 159 – “Kerra Bailey wyznaczała sobie cele i trzymała się programu pozwalającego je osiągnąć. To nie w jej stylu uciekać nocą w towarzystwie mężczyzny o wątpliwej reputacji, który działał impulsywnie, któremu zdarzało się kręcić i kłamać, o czym dobrze wiedziała, którego zresztą poznała zaledwie tydzień wcześniej i to wtedy, kiedy był zbyt skacowany, by stanąć prosto. No więc co tutaj, do diabła, w tej chwili robiła?”.

Pożądanie i namiętność na tle śmiertelnego niebezpieczeństwa to znak rozpoznawczy Sandry Brown. Tutaj uczucie przeplata się z sensacją, z zagrożeniem czającym się w cieniu, z obawą napotkania wycelowanej w nas lufy pistoletu. Wraz z upływem czasu sprawy komplikują się coraz bardziej, wartka akcja nie pozwala się nudzić nawet na chwilę i choć z całą pewnością czytałam już bardziej wciągające powieści autorki, to tej również niczego nie brakuje. Nie jest przegadana, nie jest za długa, czyta się szybko i dobrze, styl autorki to lekkie pióro, niezwykle przystępne dla czytelnika w odbiorze, a język prosty i codzienny.

Pierwsze, co rzuca się w oczy w kontakcie z książką, to świetna okładka, jakby trochę w 3d, do tego format, który bardzo lubię – nieco większy od przeciętnego, bardzo wygodny w czytaniu i ogólnym użytkowaniu. Świetny druk, dobra czcionka, przejrzysty układ stron. Oczywiście nie to liczy się najbardziej podczas czytania, ale są to takie detale, od których zależy cała przyjemność z lektury, dla mnie wyjątkowo ważne. W tekście brak jakichkolwiek błędów, żaden chochlik nie wkradł się w treść, zresztą jak zwykle u Edipresse. Ogromny plus za to piękne wydanie.

To, co jest najlepsze w tej powieści, to oczywiście klimat. Bardzo lubię historie sensacyjne, gdzie nad bohaterami “wisi” groźba, gdzie muszą uciekać, ukrywać się, a każdy napotkany człowiek może im zagrażać. I ani oni, ani my – czytelnicy – nie wiemy, komu można, a komu nie można zaufać. Duszna atmosfera robi się coraz bardziej przytłaczająca, gdy na wierzch wypływają sprawy i machloje sprzed lat.

str. 191 – “Od strony na wpół podciągniętych żaluzji wpadało dość światła, by zobaczyć, że wszystko zostało przewrócone do góry nogami. Szuflady powyciągano z metalowej szafki, a ich zawartość leżała rozrzucona po całej podłodze. Poduszki na kanapie pocięto i wybebeszono. Krzesła i lampy były poprzewracane”.

Wiele w “Furii” jest rzeczy przewidywalnych, jest to coś jednocześnie bardzo amerykańskiego, jak i charakterystycznego dla autorki. Mimo to wcale nie czyta się książki gorzej, nie jest ona przez to mniej intrygująca. Czytam książki Sandry Brown od ćwierć wieku, znam jej styl, znam bohaterów, zdążyłam poznać to, jak myśli i jakich intryg oraz zakończeń można się po niej spodziewać, jednak mimo to, za każdym razem, czytanie jej książek to dla mnie ogromna przyjemność.

To jest powieść dla czytelników, którzy lubią powieści sensacyjne, kryminały, thrillery, a także dla wszystkich, którzy chętnie sięgają po połączenie książek sensacyjnych z romansem, z przewagą jednak sensacji. No i na pewno jest to pozycja dla każdego miłośnika Sandry Brown, jej talentu do zawiłych historii i bohaterów, takich prawdziwych, z krwi i kości.

Ze swojej strony bardzo polecam, książkę czyta się jednym tchem, a szybkie tempo i dynamiczna akcja nie pozwalają się od niej oderwać. To bardzo dobra lektura.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki

*cytaty pochodzą z książki

“Wierszyki dla Ksawerego” Barbara Szczepańska “Judyta”

Za każdym razem, kiedy trafia do mnie książka dla dzieci, patrzę najpierw, jak się ona prezentuje wizualnie. Dzieci to najbardziej wymagający odbiorca na rynku i kiedy my, dorośli, możemy przymknąć oczy na pewne szarości książek przeznaczonych dla nas, to dziecko nawet na taką nie spojrzy. Książka dla dzieci musi mieć to coś, czym przyciągnie wzrok młodego czytelnika i czym przykuje jego uwagę na tyle długo, by ten zechciał ją otworzyć i zajrzeć do środka. Dlatego też, co najważniejsze, taka pozycja musi być kolorowa i musi mieć w środku obrazki. Bez tego, to nawet nie ma po co owej oglądać…

“Wierszyki dla Ksawerego” od pierwszej chwili zwracają na siebie uwagę. Kolorowa, twarda okładka, zabawne rysunki, mnóstwo obrazków, po kilka na stronie, śmiesznych, kontrastowych, dobranych do treści poszczególnych wierszy.

A same wierszyki również zabawne, choć przekazujące sporo ciekawych informacji, nadają się do poczytania zarówno młodszym dzieciom, jak i tym nieco starszym. A podejrzewam, że większość młodszych czytelników z ochotą dowie się, o czym marzy Foka z bieguna północnego.

To barwne, pełne radości wierszyki, w większości o zwierzątkach, ale jest też wiersz o księżycu, o klaunie czy o piratach. Wszystkie są rymowane, świetnie wpadają w ucho, niektóre są króciutkie, inne dłuższe, w formie bajek. Jest wiersz o żyrafach, o motylach, o wronach. Poruszane w nich tematy zawierają często jakiś drobny, mądry morał, tak przedstawiony, by pojęły go nawet małe dzieci. To utwory pisane prostym językiem i lekkim piórem, rytmiczne i ciekawe.

str. 17 – “(…) Odlecimy, powrócimy,
niech zatęsknią podczas zimy.
Widzi pan, jak nas witają,
potem pięknie znów żegnają”.

Tak właśnie w wierszu “O czym rozmawiały Bociany”, dywagują dwa ptaki. Razem z nimi i z dziećmi możemy się pozastanawiać, dlaczego bociany spędzają zimę w ciepłych krajach i dlaczego przylatują do nas na wiosnę. Dzieci chętnie się tego dowiedzą, a taka rozmowa pomiędzy boćkami na pewno spodoba im się bardziej niż suche fakty z podręcznika.

Osobiście ujął mnie cudny Księżyc w księgarni (“Księżyc w księgarni”), który pośród półek z książkami, zachwycony, nagle zaczyna pięknie świecić i cały szczęśliwy tonie w książkowych historiach:

str. 38 – “Tylko Księżyc zaczytany
już w kolejnej księdze,
odmieniony jakiś taki
wśród półek jaśnieje.

– Biorę wszystkie – wskazał dłonią
za szóstym regałem.
– Jestem całkiem przekonany,
że tego szukałem (…)”.

To chyba mój ulubiony wiersz z całego tomiku i czytałam go już wiele razy. Tyle w nim takiej specyficznej pogody ducha, radości, szczęścia. Do tego mnóstwo książek, więc jak tu go nie lubić.

Książeczka – jak to zbiór wierszy dla dzieci – nie jest obszerna, ma troszkę ponad pięćdziesiąt stron, a wiersze są pisane w bardzo ciekawy sposób, zwrotka pod zwrotką, ale nieregularnie, co wyraźnie je od siebie oddziela i nadaje dynamiki utworom, co z kolei na pewno przypadnie dzieciom do gustu. Dzięki temu łatwiej obserwować czytany tekst i o wiele milej śledzić całość. Do tego duże, kolorowe tytuły, wszędzie jakaś grafika, jak nie obrazki, to kolorowe plamy i szlaczki, dzięki czemu książka nie jest nudna, przyciąga wzrok maluchów i wydaje się być dopracowana i wypełniona barwami po brzegi.

“Wierszyki dla Ksawerego” to bardzo udana pozycja, żywy i ekspresyjny obraz, pełen dynamiki, plastycznych postaci i humoru. Na moje oko to książeczka dla dzieci od trzech do ośmiu lat, w zależności oczywiście od preferencji danego dziecka. Moja jedenastolatka również przeglądała ją z ciekawością. Polecam dzieciakom i ich opiekunom, na pewno zauroczą Was te krótkie, dowcipne i budujące wierszyki.

Za książkę i patronat bardzo dziękuję Wydawnictwu Dlaczemu.

*cytaty pochodzą z książki

“Samobójca” Agnieszka Ziętarska

Generalnie nie czytuję książek dla młodzieży, powieści z nurtu Young Adult, ani książek obyczajowych. Zdarzają się jednak takie perełki, których opis wydawcy sprawia, że pędem piszę maila z prośbą o egzemplarz, w obawie, że dla mnie nie wystarczy. I “Samobójca” należy właśnie do takich perełek. Nie musiałam zagłębiać się w treść, nie potrzebowałam przedpremierowych recenzji, wystarczył opis wydawcy, kilka zdań, bym wiedziała, że to jest coś, co muszę przeczytać i coś, co na sto procent mi się podoba.

Cóż, mogło być różnie, bo nie znam autorki – książka to autorski debiut Agnieszki Ziętarskiej – a czytuję raczej kryminały i thrillery, jednak przeczucie mnie nie myliło, bo książka jest naprawdę warta uwagi.

Bohaterką powieści jest Flora Silva. Ot, raczej niczym się nie wyróżniająca dziewczyna, nastolatka, która zwyczajnie chodzi do szkoły, uczy się, żyje swoim życiem i zajmuje się wszystkim tym, czym zajmuje się młodzież w jej wieku. Jeszcze do niedawna Flora miała brata. Fiore był od niej nieco starszy i niestety zginął w wypadku samochodowym. Flora do dziś obwinia się za ów wypadek, do dziś czuje wyrzuty sumienia i nie może sobie darować, że przez niejako jej głupotę i nastoletni wybryk, Fiore zginął. Czy faktycznie była to jej wina, czytelnik stwierdzi już sam, w czasie lektury. Nie zmienia to jednak faktu, że niezależnie od tego, co będzie sądził czytelnik, zdanie Flory nie ma szans się zmienić. Sumienie nie daje jej spokojnie żyć, nie pozwala się na niczym skupić, nie daje wytchnienia nawet nocą. Koszmary, jakie ją nawiedzają, nie pozwalają wypocząć, nie dają oddechu skołatanym nerwom. Flora myśli o tym, że gdyby jej nie było na tym świecie, wszystkim wokół żyłoby się lepiej. Poczucie winy to strasznie destrukcyjne uczucie. Flora właściwie nie ma przyjaciół, nie dogaduje się z rówieśnikami, nie nadaje na tych samych falach i nie ma z nimi wspólnych spraw. Uważana za odludka i dziwaczkę, wcale nie chce nawiązywać przyjaźni, a już na pewno nie z ludźmi, którzy jej dokuczają. Stara się oczywiście nie zwracać na nich za bardzo uwagi, ale nie zawsze się to udaje.

Myśli, jakie ją nachodzą, ciemne i mroczne, samobójcze sceny, jest to coś, z czym dziewczyna boryka się na co dzień i przez co nie potrafi myśleć o niczym innym. Żyje jak we mgle, chwilami czuje się tak, jakby patrzyła na siebie cudzymi oczami i – co najgorsze – nie poznaje samej siebie.

Na drodze Flory pojawia się nagle Felis, młody, dorastający chłopak, beztroski i pozytywnie nastawiony do życia, ukrywający jeden ważny sekret, o którym Flora nie wie. Felis nie jest człowiekiem, jest Niezmiennym, posiadającym wyjątkowy dar. Flora nie powinna go widzieć, ludzie przecież nie mają pojęcia o istnieniu Niezmiennych i na ogół ich wokół siebie nie dostrzegają. Z jakichś jednak przyczyn chłopaka zauważa, co z kolei jemu mocno utrudnia zadanie, jakie otrzymał. Z początku dziewczyna go nie lubi, wydaje jej się dziwny, niesympatyczny i natarczywy.

Skąd może wiedzieć, że Felis to jej opiekun?

Felis wie, że Flora jest potencjalnym samobójcą i że jej życiu zagrażają jej własne decyzje. Oczywiście to od niej samej zależy, jak potoczą się jej losy, a Felisowi nie wolno w podejmowane przez nią decyzje ingerować, z czasem jednak, zaczyna mu na niej mocno zależeć. Ukrywa to, bo jeśli inni Niezmienni się o tym dowiedzą, opieka nad Florą zostanie mu odebrana. A tego Felis nie chce. Nocami dotrzymuje Florze towarzystwa w postaci czarnego kota, Noxa, by swoim mruczeniem przywoływać pozytywne sny, a ją samą uspokajać, jak tylko potrafi.

str. 80 – “Właśnie wtedy dotarło do mnie, dlaczego to zrobiłem. Byłem opiekunem. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, ból zaczął ustępować”.

Książka pisana jest dwutorowo. Część rozdziałów opowiada Flora, część Felis. Wszystko w pierwszej osobie, co pozwala nam wczuć się zarówno w jej uczucia i emocje, jak i w jego. To daje całkiem udaną mieszankę, dwa punkty widzenia, dwa kompletnie różne spojrzenia na wiele spraw. Na ogół mnie to do książki zniechęca, ale tutaj pasuje i jest o wiele ciekawszym zabiegiem, niż ustanowienie narratorem tylko jednej postaci.

Lekkie pióro autorki, niedługie rozdziały, bardzo zgrabny kunszt pisarski oraz ciekawie ujęty temat, to plusy tej powieści, dzięki którym czyta się ona szybko i przyjemnie, a strony przewraca się machinalnie, jedna po drugiej. Muszę przyznać, że książka pozytywnie mnie zaskoczyła, bo polubiłam bohaterów, polubiłam całą tę historię i poza jedną czy dwiema literówkami, nie znalazłam żadnych błędów. Autorka pisze bardzo przyjemnie w odbiorze, nie zatrzymywałam się tutaj, by wrócić do poprzedniej strony, bo coś mi uciekło, bo trzeba było przeczytać jeszcze raz. Nie musiałam wracać do tego, co się wydarzyło, bez problemu zagłębiałam się w treść dalej i dalej. Prosty język, choć nie jakoś mocno potoczny, ale jednak taki, do jakiego przywykliśmy na co dzień, z domieszką literackiego polotu, kunsztu, arabesek – wszystko na poziomie i z klasą. Bardzo przypadł mi do gustu styl autorki, podoba mi się bez zarzutu, a czas spędzony z książką napisaną w takim stylu, to naprawdę ogromna przyjemność.

Wydawnictwo również spisało się na medal. Książka wydana jest bardzo ładnie, w treści nie znalazłam błędów, zagubionych znaków interpunkcyjnych, uchybień graficznych czy innych tego typu chochlików drukarskich. Jedno, czego do końca nie pojęłam, to okładka. A ściślej mówiąc: grafika na niej. Wygląda bardzo ładnie i schludnie, złoto ciekawym kontrastem odbija się od czerni okładki, jednak symbole i sam okrąg, średnio pasowały mi do całej historii. Jest to jednak moje prywatne, subiektywne, odczucie, które nie ma wpływu ani na moją opinię o książce, ani o jej treści.

Powieść ta to nie tylko historia o nastolatkach, choć po opisie wydawcy oraz pierwszych kilku stronach, tego właściwie moglibyśmy się spodziewać. To jednak coś głębszego, to zmaganie się z własnymi demonami, to poszukiwanie siły do tego, by rano wstać i wyjść do ludzi. To również zgłębianie tego, co w życiu ważne, sprawdzanie własnych możliwości, odnajdowanie drogi, którą warto by podążać nawet w chwilach, gdy wyboje na niej sprawiają, że opadamy z sił. To w końcu dokonywanie wyborów, od których zależy nasza przyszłość, nasze ja, nasze życie. To także szukanie drobnych rozwiązań nawet wówczas, gdy jedyne, o czym marzymy to to, by znaleźć się w zamkniętej szafie pachnącej lawendą…

To huśtawka emocji. I solidna dawka niepewności, rozterek, rozdarcia, niezdecydowania. Niektóre decyzje bohaterów nie będą szły po myśli czytelnika, z niektórymi być może się nie zgodzimy.

str. 94 – “Nie powinnam tak zbliżać się do nikogo. Nie zasłużyłam na to, żeby czuć chociaż namiastkę szczęścia”.

Książka jest głównie kierowana do młodzieży, ale myślę, że starsi odbiorcy również znajdą w niej coś, co ich zainteresuje. Ja sama nie należę już od lat do młodzieży, a powieść wciągnęła mnie na tyle, bym zarwała noc na jej dokończenie i by teraz niecierpliwie czekać na dalsze tomy cyklu.

Akcja powieści osadzona jest we współczesnych czasach, we współczesnym świecie, bohaterów otaczają zwyczajni ludzie, jakich możemy spotkać w każdym otoczeniu. Dzięki temu cała historia nabiera autentyczności, choć klimatowi wcale magii nie brakuje. Osobiście nie przepadam za książkami fantastycznymi, gdzie gubię się w nadmiarowych nazwach z kosmosu, niezrozumiałych opowieściach i światach. Tutaj w akcję można się bez problemu zagłębić, a wszelkie niuanse związane z Niezmiennymi nie sprawiają żadnych problemów.

To zdecydowanie udana opowieść, choć na rynku pewnie podobnych nie brakuje. Mimo to historia ta jest jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna. I za to wielki plus dla autorki. „Samobójca” zostaje w pamięci na długo, pozostawia miłe wspomnienie dobrze spędzonego czasu przy wciągającej lekturze i pozostawia po sobie lekki dreszczyk podekscytowania powodowany świadomością istnienia kolejnych tomów cyklu.

Nie jest to książka dla miłośników szybkich zwrotów akcji, pościgów, sensacji ani strzelanin. Tu akcja toczy się dość spokojnie. Nie jest to wcale nużące, czytelnik nie nudzi się podczas przechodzenia od postaci do postaci, a poznawanie osobowości Flory i jej samej, sprawiało mi przyjemność. Również życie Felisa wśród Niezmiennych, ich układy w rodzinie, zadania, jakie mają do wykonania i wyzwania, przed którymi stają, budzą ciekawość czytelnika. To wszystko sprawia, że powieść bardzo przyjemnie się czyta, a to w książkach przecież jest najważniejsze. Bez tego nie ma pasjonującej lektury.

Myślę, że z czystym sumieniem mogę powieść polecić nie tylko nastolatkom, ale również starszym odbiorcom, a jeśli następna książka z cyklu będzie napisana w podobnym klimacie, to z niepisaną przyjemnością po nią sięgnę. Ogromnie się cieszę, że mam przyjemność być jednym z patronów medialnych tej książki, to naprawdę cudowne i bardzo wyjątkowe wyróżnienie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Dlaczemu.

*cytaty pochodzą z książki

“Widmo Pana Stopka” Pamela Butchart

Nie mogłam się doczekać tej książki, każdy bowiem z kolei tom, to gwarantowane salwy śmiechu, nowa przygoda i nowe szalone pomysły czwórki przyjaciół.

“Widmo Pana Stopka” to już siódma część perypetii Mai i jej kolegów z czwartej klasy. Tym razem, nie wiadomo, z jakiego powodu, miejsce Pana Stopka zajmuje nowa… Pani Stopek. K woli wyjaśnienia, Pan Stopek to osoba, która pomaga dzieciom przechodzić przez ulicę. Maja, Franek, Zosia i Marysia postanawiają dowiedzieć się, skąd ta nagła zmiana i gdzie podział się “stary” Pan Stopek. Został porwany? Wyjechał do Rzymu? Umarł? Tymczasem na szkolnym boisku, za stara szopą, ukazuje się dzieciom dziwaczna mgławicowa chmura, a przecież wszyscy wiedzą, że owa szopa to NAJSTRASZNIEJSZE miejsce na całym terenie szkoły.

str. 61 – “Franek zerknął na mnie niepewnie, bo dla każdego było jasne, że stara szopa na rowery jest bezsprzecznie NAJSTRASZNIEJSZYM obiektem na boisku. Przyprawia nas o gęsią skórkę”.

W dodatku później przyjaciele dostrzegają płynącą w powietrzu tyczkę Pana Stopka, która przyprawia ich o dreszcze i wspólnie dochodzą do wniosku, że ów zaginiony z całą pewnością jest widmem i właśnie wrócił, by ich wszystkich dopaść.

Pozostaje tylko pytanie: dlaczego?

W dodatku Maja ma stale zimne stopy, mimo noszenia rajstop. Czy to sprawka ducha? Cóż, dzieciom nie pozostaje nic innego, jak wypytanie o wszystko wszechwiedzących sekretarek, co wcale nie jest takie proste, bo jak wszyscy w szkole wiedzą, niemiłych sekretarek nigdy nie poucza nawet sam pan dyrektor.

str. 28 – “Sekretarka wychyliła się jeszcze bardziej i zauważyłam pod jej brodą długi, ciemny włos, co było raczej dziwne, ponieważ była kobietą, a włos był pojedynczy i nie rozumiałam, skąd się tam wziął ani dlaczego nie został wyrwany”.

Cała historia obfituje w zabawny humor sytuacyjny, w liczne gagi, śmieszne dialogi i masę absurdalnych nieraz scen, które stają się udziałem dzieci w wyniku częstych nieporozumień. Książki Pameli Butchart to bomby energetyczne i kiedy już się zaczęło czytać, ciężko jest przerwać bez dotarcia do końca. Dlatego też przeczytanie “Widma Pana Stopka” zajęło mi raptem niecałe dwie godziny. Każde dziecko, które sięgnie po książeczki Butchart, z pewnością będzie się świetnie bawiło w trakcie czytania i przeżywania perypetii Mai. Zwłaszcza, że książka podszyta jest takim specyficznym dreszczykiem, który dzieciom na ogół bardzo się podoba i który sprawia, że książka jest nie tylko ciekawsza, ale również bardziej intrygująca, a młodzi czytelnicy przecież uwielbiają zagadki. A te, w których pojawiają się widma, duchy i zjawy, to idealne trafienie w punkt.

Dlatego też razem z bohaterami będziemy usiłowali wydedukować, co takiego naprawdę stało się z Panem Stopkiem i gdzie ów Pan przesiadywał, gdy akurat nie stał przy przejściu dla pieszych.

Warto rzec również słówko na temat samego wydania, bo choć w książce nie ma kolorowych, pięknych ilustracji, to książka wydana jest prześwietnie. Podobnie, jak inne tomy, zawiera masę prostych rysunków autorstwa Thomasa Flinthama, zabawnych, z humorem, w dodatku są one niemalże na każdej stronie. Do tego wiele słów w tekście pisanych jest wersalikami, a wielu fragmentom nie brakuje ozdobników i arabesek w postaci a to chmurek, a to gwiazdek, podkreśleń i akcentów podobnych do tych, jakie stosuje się w komiksach. To niesamowicie przyciąga uwagę najmłodszych czytelników i na pewno sprawi, że dzieci będą czytać chętniej, a te, które jeszcze samodzielnie nie czytają, na pewno będą z zainteresowaniem śledzić akcję podczas czytania przez dorosłego. To jeden z przykładów – tych dobrych – jak powinna wyglądać książka dla dzieci.

Dociekliwa Maja, przebojowa i odważna Zosia, przedsiębiorczy Franek oraz delikatna i wiecznie mdlejąca Marysia – jeśli jeszcze ich nie znacie, polecam sięgnąć po książki Pameli Butchart. Na pewno nie pożałujecie czasu spędzonego z tymi specyficznymi książeczkami. Można je czytać w różnej kolejności, więc nie zaszkodzi zacząć od najnowszej. Polecam gorąco, zarówno dzieciom, jak i dorosłym, wybuchy śmiechu i doskonały humor – gwarantowane.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.

*cytaty pochodzą z książki

“Tami z krainy pieknych Koni Tom III: Magiczna Kapadoclandia” Renata Klamerus

“Magiczna Kapadoclandia” to już moje trzecie spotkanie z Tami i jej przyjaciółmi oraz ich przygodami. Mam tę przyjemność, że zostałam wybrana przez autorkę jednym z patronów książki i fragment mojej opinii o powieściach ukazał się w książce, a logo na okładce. To – jak zwykle – bardzo miłe wyróżnienie i przyjemnie jest, kiedy można owo logo zobaczyć. Dziękuję autorce, pani Renacie Klamerus :)

Tymczasem Tami to już poważna dziewczyna. Dobrze się uczy, wyjechała na naukę z domu rodzinnego i wraca przy okazji świąt i wakacji. Ćwiczy grę na skrzypcach i właśnie wybrano ją jako jedną z uczestniczek do konkursu skrzypcowego w Polsce. Nadchodzą właśnie wakacje i Tami przyjeżdża do Kapadoclandii. Trwa piękne, ale bardzo gorące lato, zaczyna brakować wody, więc nastolatkowie postanawiają skorzystać z pomocy księgi i wyczarować jezioro, by napoić zwierzęta. Po raz pierwszy też wtajemniczają w swoje sekrety Boriego, młodszego brata Tamary, dla którego wszystko, co dzieje się wokół, magia i tajemnica, są wręcz niesamowite, niczym sen.

str. 52 – “Nagle ściana w zarysie niszy zaczęła topnieć i spływać, znikając gdzieś w posadzce”.

Boriego, zresztą podobnie, jak i mnie kiedyś, ujęły te cudne rybki w sweterkach, czemu wcale się nie dziwię. Mieć tych kilka lat i zobaczyć coś, co przecież nie istnieje… A może tylko wydaje nam się, że nie istnieje? Tak, czy tak, to coś musi nas zachwycić. Zresztą ten barwny świat, jaki rysuje nam autorka, pełen kolorowych kształtów, postaci i zdarzeń, jest jedyny w swoim rodzaju. Tylko tu możemy przyjrzeć się z bliska tureckiej Kapadocji, naturalnie wykutym w skałach grotom i magicznym miejscom pełnym bardzo dziwnych postaci, choćby tych z Dyrekcji.

Muszę to powiedzieć, ale owa Dyrekcja kojarzy mi się z Orwellem i jego działaniami w książce “Rok 1984″, jednak nie mówię tego złośliwie. To raczej skojarzenie i taka luźna, humorystyczna uwaga.

Książki o Tami to z całą pewnością baśnie, jednak z nutą owego realizmu, jaki towarzyszy nam w życiu codziennym. Również i tutaj Tami prowadzi zwyczajne życie nastolatki, podczas wakacji pomaga rodzicom, a przy tym również dużo ćwiczy i uczy się gry na skrzypcach. Zbliżający się, bardzo ważny dla niej konkurs skrzypcowy, mocno ją stresuje. Po raz pierwszy bowiem weźmie w czymś tak prestiżowym udział i pierwszy raz zagra wśród dorosłych uczestników. Stara się przykładać do ćwiczeń jak tylko może, choć czasem chęć przygody i spędzenia czasu z przyjaciółmi, wygrywa. Najważniejsze jednak jest to, że Tami bardzo się stara.

Jak w poprzednich tomach, także i tu na pierwszy plan wysuwa się przyjaźń i to, co w niej ważne. Trójka przyjaciół wspiera się w każdej sytuacji, niezależnie od tego czy chodzi o jakieś prywatne sprawy domowe, czy też te związane z magią.

Bardzo spodobał mi się motyw tajemniczego pieska, który pojawił się później w Petrze i oczywiście nie mogłam przejść obojętnie obok wspominanego tu kilka razy Gdańska, w którym mieszkam.

Najbardziej jednak urzekająca w tej książce jest magia. Wszechobecna i taka “inna” od tej, z którą mamy do czynienia w innych powieściach, baśniach, filmach. Tutaj magia ta jest dla czytelnika mocno namacalna, doskonale uchwycona przez autorkę, realna dla Tami i innych bohaterów, a co za tym idzie, nosząca również ślady realności dla czytelnika.

str. 101 – “I nagle przed oczami Tami w tej jasności zaczęły zarysowywać się schody prowadzące do otworu okiennego w niebiańską przestrzeń. Dziewczynka patrzyła z niedowierzaniem. Zaintrygowana dotknęła pierwszego schodka, do którego sięgnęła ręką. Był naturalnie twardy, jak to kamień (…). Za oknem jasność aż raziła w oczy. Gdyby miała namalować ten obraz, to niebo byłoby cudnie błękitne, a schody piaskowozłote”.

Moją ulubioną postacią nadal pozostała babcia Fuoco, ze swoją mądrością i doświadczeniami z przeszłości, z jakże długiego i ciekawego życia. Sporo stron autorka poświęciła babci Fuoco, więc każdy, kto ją polubił, będzie zadowolony.

To, co mi się nie podobało w książce, to zbyt duże naciski na modlitwy ze strony zarówno babci, jak i matki Tami. Jako ateistka jestem przeciwna takim namowom i zapewnieniom w książkach kierowanych do dzieci, że modlitwa ma pomagać, a Tami ma się do niej bardziej przykładać. Wolę podejście świeckie.

Do książki wkradł się również jeden błąd ortograficzny. Otóż kilkakrotnie pada tu słowo “cholibka”, jednak napisane przez “p”, a polegając na Słowniku Języka Polskiego, przypominam, że to słówko to “żartobliwe przekleństwo; psia mać, psiamać, cholewka, cholerka, kurczę, kurde” (Słownik Języka Polskiego, http://slownikjp.pl/21132-cholibka.html) i powinno mieć literę “b” w środku. Niestety umknęło to korekcie i pojawiło się w tekście w bodajże trzech miejscach.

Tak jak poprzednie części przygód Tami, również i ta jest wydana po prostu przepięknie, a czytanie tak przygotowanej powieści, to sama przyjemność. Twarda okładka, trochę większy format niż tradycyjny, piękna, spora czcionka i niedługie rozdziały. Dodatkowego smaczku przydają ilustracje autorki, pełne niepowtarzalnego klimatu i finezji.

“Tajemnicza Kapadoclandia” to powieść nie tylko o przyjaźni, to również rzecz o poszanowaniu drugiego człowieka, o życzliwości, o tym, że ze wsparciem rodziny, przyjaciół, wszystko w życiu może być prostsze, a i wyzwania lepiej podejmować w grupie. Uczy też, że ciężką pracą, cierpliwością i wytrwałością, a także uczciwością wobec samego siebie (nie tylko wobec innych ludzi), możemy osiągnąć sukces i spełniać marzenia.

Jeśli już znacie poprzednie tomy Tami z Kapadoclandii, sięgnijcie również i po ten. To dobra kontynuacja perypetii Tamary, Rume i Kelie’go i – muszę to powiedzieć – jest najdojrzalsza ze wszystkich. Na przestrzeni tych trzech i pół roku, bardzo dobrze widać, że pióro pani Renaty zyskało na barwności, lekkości i całość nie przedstawia się tak chaotycznie, jak to miało miejsce w pierwszym tomie. To zmiana na plus, książkę czyta się dobrze, szybko i z przyjemnością.

Bardzo polecam nie tylko dzieciom, ale również starszym czytelnikom. A jeśli nie znacie jeszcze poprzednich części o Tami z krainy Pięknych Koni, to sięgnijcie najpierw po tamte, warto przeczytać je po kolei.

Za książkę ogromnie dziękuję wydawnictwu NovaEres oraz autorce – Renacie Klamerus.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.