Tag Archives: Sensacja

“Ekspozycja” Remigiusz Mróz

Dość głośno jest ostatnio o młodym, polskim pisarzu, którego książki szybko zyskują popularność i na których premiery czytelnicy czekają z wielką niecierpliwością. Koniecznie chciałam sprawdzić, jak i o czym pisze pan Remigiusz Mróz, a “Ekspozycja” to moja pierwsza książka autora. Jest to zarazem pierwszy tom trylogii o Wiktorze Forście, komisarzu polskiej policji.

Pewnego ranka, na giewonckim krzyżu, policja odnajduje ciało starszego mężczyzny. Śledztwo ma poprowadzić Forst, ale nagle okazuje się, że nieoczekiwanie i w trybie natychmiastowym, zostaje on odsunięty od sprawy. Nie chce się z tym pogodzić i usiłuje dociec, kto i z jakiego powodu to zrobił. Upór, z jakim Wiktor poszukuje winnych, zaprowadzi go w miejsca, w których policjant wolałby się nigdy nie znaleźć. Tymczasem morderca uderza po raz kolejny, a ofiary pierwszego i drugiego zabójstwa na pozór nie mają ze sobą nic wspólnego. Kiedy Forst odkrywa, co tak naprawdę łączy oba morderstwa, jest już za późno, by się wycofać i tak po prostu spokojnie wrócić do domu.

str. 133 – “Mijały minuty i składały się powoli na kolejne godziny. Cała trójka opuściła las i wyszła na rozległe pola, nigdzie nie dostrzegając żadnych zabudowań. Szrebska uznała, że jeśli gdzieś w Polsce istnieje raj dla uciekinierów, to tylko na ścianie wschodniej. Może jeszcze na Mazurach, względnie w Bieszczadach”.

Wiktor prowadzi dochodzenie na własną rękę, zagłębiając się w sprawę coraz bardziej. Morderca jest człowiekiem bardzo przebiegłym, na miejscu zbrodni nie pozostawia tropów, odcisków palców ani śladów DNA. Forst sięga do metod bardzo kontrowersyjnych, by poznać tożsamość zabójcy i jego motywy. Za niektóre z nich przyjdzie mu zapłacić bardzo wysoką cenę, a także przyjąć na swe barki ogromny ciężar bólu, strachu i poniżenia. Wszystko komplikuje się coraz bardziej, a Forst przekonuje się, że z pewnych sytuacji nie ma wyjścia, choćby człowiek się dwoił, troił i wychodził z siebie.

Wiktor Forst to postać bezkompromisowa. Jest on człowiekiem zawziętym, upartym, prącym naprzód za wszelką cenę, odważnym i twardym, wybuchowym i narwanym. Większość z tych cech sprawia, że w policji jest jednym z najlepszych. Być może z jego metodami wielu się nie zgadza, ale to właśnie dzięki nim Forst jest taki skuteczny. A być może, gdyby nie nawracające i uciążliwe migreny, byłby jeszcze lepszy. Bywa nerwowy, bo jakiś czas temu rzucił palenie i musi zadowalać się gumą do żucia. Ma też specyficzne poczucie humoru, które być może zaważy na tym czy czytelnik go polubi, czy też nie. Ja polubiłam. Wzbudził zarówno moją sympatię, jak i chwilami wywołał zniesmaczenie, ale zyskał moje zrozumienie dla wszystkiego, co zrobił.

str. 205 – “Był jednak wdzięczny białoruskiemu lekarzowi za to, że się z nim nie cackał. Bez zastanowienia podał mu tramadol, lekki opioid, który w Polsce dostępny był wyłącznie na receptę. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Forst poczuł, jakby ktoś ściągnął mu imadło z głowy. Migrena zniknęła, a zastąpiła ją cudowna błogość. Nie potrafił nawet martwić się tym, że jeśli w Moskwie im się nie powiedzie, natychmiast wrócą na Białoruś i zostaną postawieni przed plutonem egzekucyjnym”.

“Ekspozycja” nie porwała mnie od razu. Szczerze mówiąc pierwsze strony czytałam trochę na siłę. Nie mogłam wczuć się w akcję ani przekonać do bohaterów, irytowały mnie rozbudowane dialogi. Jednak po tym, jak przebrnęłam przez pierwsze podrozdziały i akcja się rozkręciła, przeczytałam powieść w kilka godzin. Mamy tu wątek kryminalny, mocno rozbudowany, ale prym wiedzie mroczny wątek sensacyjny, dzięki któremu książka przykuwa czytelnika do siebie na wiele długich godzin. Piszę “wiele”, bo powieść wcale do krótkich nie należy – liczy sobie w całości ponad 470 stron.

“Ekspozycja” to kawał świetnego pisarskiego warsztatu. I choć chwilami odnosiłam wrażenie, że niektóre dialogi można było skrócić, uważam że to nieustannie trzymająca w napięciu bardzo dobra lektura. Autor ma lekkie pióro, dopracowany styl i pokłady talentu, z których powinien intensywnie korzystać.

Wydanie Filii bez zarzutu, w tekście natknęłam się raptem na dwie drobne literówki. Ciekawa okładka, dobry druk, przejrzyste rozdziały.

Brak tutaj wyidealizowanych postaci, które raczej nie byłyby wówczas autentyczne. Wiktor nie pracuje sam, zawiera on niepisaną umowę z dziennikarką Olgą Szrebską. Olga ma doświadczenie w pracy dziennikarskiej i bardzo wielu pożytecznych znajomych. Dzięki nim uda się ruszyć ze śledztwem z miejsca. Sama Olga nie wzbudziła mojej sympatii. Nie bardzo nawet potrafię ją opisać. W sprawie Forsta widzi szansę dla siebie, szansę na wybicie się w świecie dziennikarskim oraz – rzecz jasna – szansę na nagrodę. Z tych powodów brnie wraz z policjantem coraz głębiej w zagmatwane śledztwo, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że może ją to kosztować karierę. A kto wie czy nawet nie życie? Współpracując ze sobą Olga i Wiktor dokopują się do przerażających informacji z dalekiej przeszłości, powiązanych ze współczesnymi zabójstwami.

str. 257 – “Olga przypuszczała, że proces będzie tylko teatrzykiem, a wyrok zapadł na długo przed pierwszą rozprawą. Szybko jednak przekonała się, że było zupełnie inaczej. Już od pierwszych dni sprawa była relacjonowana przez rosyjskie media. Chełpiono się tym, że FSB ujęła dziennikarkę, której poszukiwały polskie służby i Interpol. W dodatku zaraz po tym, jak rzekomo nielegalnie przekroczyła rosyjską granicę”.

“Ekspozycja” zawiera kilka zwrotów akcji, które dosłownie wbiły mnie w fotel. Podobało mi się, że książka jest absolutnie nieprzewidywalna i kompletnie niesztampowa. Czytywałam już sensacje, różne, polskie i zagraniczne, ale ta jest – i mówię to z całym przekonaniem – jedną z najlepszych, jakie przeczytałam. Warto nadmienić, że w styczniu 2016 roku, miała swą premierę druga książka z cyklu o Forście, pt.: “Przewieszenie”.

Bardzo gorąco polecam, jeśli lubicie kryminały, thrillery i sensację oraz dobrą i bardzo wciągającą literaturę.

*cytaty pochodzą z książki

“Telefon o północy” Tess Gerritsen

Jest to kolejna po thrillerach medycznych powieść tej autorki, po którą sięgnęłam. I nie ukrywam, że thrillery mocniej trzymają czytelnika w napięciu i bardziej wciągają. Mimo to “Telefon o północy” bardzo polecam, bo jest to świetnie skonstruowana powieść sensacyjna. Taka do przeczytania w jeden weekend – mnie zajęła jedno niedzielne popołudnie.

Sarah Fontaine odbiera w swoim domu telefon, spodziewając się wieści od męża, który aktualnie przebywa w Londynie w sprawach służbowych. Niestety zamiast głosu Geoffreya, słyszy obcy, męski głos, informujący ją o pożarze w hotelu, w którym zatrzymał się Geoffrey. Niestety w wyniku owego pożaru mężczyzna zginął. Sarah czuje, że świat się właśnie skończył. Ona i Geoffrey pobrali się dopiero cztery miesiące temu. Tak naprawdę nie zdążyli się jeszcze sobą nacieszyć. Początkowo Sarah nie wierzy w śmierć męża, jednak w obliczu wymienionych przez przedstawiciela Departamentu Stanu dowodów, przestaje negować to, co się wydarzyło. Nick O’Hara, który powiadomił Sarah o pożarze, mówi jej o obrączce, którą znaleziono w pokoju hotelowym. Obrączka jest wyjątkowa, z grawerką. Ciało niestety zostało zwęglone i nie da się zidentyfikować zwłok. Sarah akceptuje ów fakt, ale spokoju nie daje jej jedna myśl. Dlaczego zwłoki jej męża znaleziono w pokoju hotelowym w Berlinie, podczas gdy ona sądziła, że Geoffrey przebywa w Londynie? Mimo wielu pytań i wątpliwości, Sarah zaczyna godzić się ze śmiercią najbliższej sobie osoby. Kilka dni później jednak odbiera połączenie telefoniczne. W słuchawce słyszy dobrze sobie znany głos męża, proszący, by do niego przyjechała. Kobieta rzuca wszystko i leci do Europy.

Nick O’Hara, któremu w całej tej sprawie mocno coś nie pasuje, szybko rusza jej tropem. Sarah natomiast odkrywa, że tak naprawdę chyba nie znała swojego męża. I że okazał się on być zupełnie kimś innym, niż dotąd sądziła. Sarah i Nick będą musieli stanąć twarzą w twarz z siatką szpiegowską i ich spiskiem, agentami Mossadu oraz CIA.

Co gorsza, ich śladem podąża zabójca.

Sarah i Nick nie wiedzą już, komu ufać. Każdy, kogo spotykają, może być szpiegiem, każdy może ich zdradzić, każdy może ich wydać w ręce mordercy, każdy napotkany po drodze człowiek, może być kłamcą. Nie wiedzą już, kto mówi prawdę i czy w ogóle taka prawda istnieje. Nie wiedzą, dokąd uciekać, by wymknąć się z rąk zabójcy, nie mają pojęcia, dokąd się udać, by spokojnie przetrwać kolejną noc.

Książka cały czas trzyma w napięciu. Wciąga od pierwszej strony. Styl autorki, znany mi już z poprzednich jej książek, również tutaj jest lekki i przyjemny, dzięki czemu książkę czyta się bardzo szybko. Akcja goni akcję, a to jest coś, co w książkach uwielbiam. Do tego zagmatwana intryga, w którą zostają wplątani bohaterowie, ucieczka przed mordercą, ciągła niepewność, strach przed przyszłością, przed kolejnym dniem, przed kolejną nocą.

W pewnej chwili Sarah nie jest nawet pewna, czy powinna właściwie ufać Nickowi. Przecież on też pracuje w Departamencie… I co z Geoffreyem? Jeśli żyje, dlaczego kazał jej myśleć, że jest inaczej? A jeśli zginął, to kto dzwonił do niej tamtego wieczora?

“Telefon o północy” to bardzo udana powieść sensacyjna, idealna dla wszystkich fanów gatunku. I choć książka z pewnością jest słabsza od mojego ulubionego “Chirurga” Tess Gerritsen, to i tak polecam jako ciut lżejszą lekturę na wakacje, weekend czy wolne popołudnie.

“Na krańcach luster” Piotr Ferens

Dawno już żadna książka nie wciągnęła mnie na tyle mocno, bym nie mogła przestać o niej myśleć nawet wówczas, gdy zajmowałam się czymś zupełnie innymi niż czytaniem. Nawet kiedy ją odkładałam, moje myśli fruwały wokół niej. Wciągająca od pierwszych słów, z intrygującym początkiem i równie bogatym ciągiem dalszym, nie pozwalała skupić się na dłużej na zwykłych, codziennych rzeczach.

Bohaterem powieści jest Daniel Naderski, Polak, który związany z Paryżem zarówno prywatnie, jak i zawodowo, udaje się właśnie w podróż do stolicy Francji na wezwanie notariusza. Smutne i niepokojące wieści o śmierci wieloletniego przyjaciela, wpędzają Daniela w nostalgiczny nastrój. Na razie nikt nie wie, co się stało i dlaczego Augusto Sentire, wybitny pianista, został zamordowany, a jego żona przepadła w tajemniczych okolicznościach. Daniel jedzie do Paryża z nadzieją na rozwiązanie owych zagadek. Na miejscu okazuje się, że wszystko jest jeszcze mocniej skomplikowane, niż wydawało się na początku i Daniel zostaje we Francji trochę dłużej niż zamierzał. Ze względu na przyjaźń i wspólnie spędzone lata, Danielowi bardzo zależy na wyjaśnieniu okoliczności śmierci przyjaciela, zwłaszcza że towarzyszy jej wiele niejasności. Okazuje się bowiem, że Augusto został znaleziony w swoim mieszkaniu, połowicznie przewieszony przez duże lustro i ledwie go wyciągnięto. To, czego dowiaduje się Daniel później, sprawia, że krew krzepnie mu w żyłach, a jego wiara w zwyczajne rzeczy tego świata, ulega poważnemu zachwianiu.

“Miałem wrażenie, że świat zatrzymał się nagle i nadstawił ucha, jednocześnie wstrzymując wszystkie oddechy życia. Coś w mojej pamięci poruszyło się i przypomniało pewne dość odległe zdarzenie z czasów mojego dzieciństwa (…). Boimy się w życiu różnych rzeczy, ale chyba najgorzej jest wtedy, kiedy to właśnie dziecięce lęki dorastają wraz z nami i stają się w naszej świadomości niemniej dorosłe, niż my sami”.

Daniel jest świadkiem niezwykłych i tajemniczych zdarzeń, które wychodzą poza ramy szarości dnia codziennego i które mocno potrząsają powałami jego racjonalnego świata. W rozwiązaniu tych tajemnic pomaga mu dziennikarka z “Le Monde” Arnette, która razem z nim postanawia przeprowadzić małe śledztwo w sprawie śmierci Augusto i zniknięcia jego żony Elizabeth. Nieoczekiwanie sprzymierzeńcem naszego bohatera zostaje również komisarz paryskiej policji Alex Degonre. Docierają oni do dowodów na to, że na krańcach luster również istnieje świat. Równoległy. Zupełnie inny, choć podobny, pełen istot – niby podobnych do nas – a jednak różniących się od ludzi jak noc od dnia. To – zarówno Daniela, jak i czytelnika – jednocześnie fascynuje, jak i przeraża.

“Lustra są trochę podobne do ludzi. Widzą wiele, ale nie wszystko zapamiętują. Czasami zwyczajnie zasypiają i nie mają pojęcia, co też odbija się w ich zwierciadłach. Z pewnością w ich pamięci znajdują się wydarzenia, które zwróciły ich uwagę. Tak samo jak w naszym życiu, bywa, że jesteśmy świadkami scen, które tkwią w naszym umyśle, aż do śmierci, każdego dnia tak samo żywe, jak wtedy, kiedy je ujrzeliśmy”.

Razem z Danielem i jego przyjaciółką coraz mocniej zagłębiamy się w tajemnice i sekrety, nie tylko luster, ale i samego Daniela oraz Augusta. Augusto Sentire bowiem, nawet po swojej śmierci, skrywa mroczne sekrety, o których nawet Daniel – jego bliski i długoletni przyjaciel – nie miał pojęcia i które teraz mocno nim potrząsają. Niewiarygodny splot wydarzeń ujawnia również tajemnicę Daniela, o której on sam także nie ma zielonego pojęcia. Zaskakuje go ona na tyle mocno, że jest on teraz w stanie uwierzyć naprawdę we wszystko.

“No, ale trudno zaprzeczać czemuś, co widziało się na własne oczy i to nie przez jakieś tam mgnienie oka, tylko zdecydowanie dłużej. Może i jest to jakaś magiczna sprawka”.

Daniel postanawia odszukać żonę przyjaciela, Elizabeth, o ile ta jeszcze żyje, bo niestety co do tego nikt nie ma pewności. Nic bowiem konkretnego nie wiadomo o jej zniknięciu. Policja przypuszcza, że ktoś mógł ją porwać, ale nie potrafi wysnuć hipotezy, kto mógł to zrobić i po co.

Książka wciąga od pierwszego zdania. Prolog napisany jest z punktu widzenia trzeciej osoby, cała reszta książki – w pierwszej osobie. I choć nie przepadam za narracją pierwszoosobową, tu po prostu nie mogło być inaczej. Lekkie pióro autora, a przy tym poetyckie, chwilami wręcz elokwentne słownictwo, barwne i bogate, sprawiają, że czytanie tej powieści, to po prostu czysta przyjemność. Czyta się ją bardzo dobrze, autor stosuje ciekawe i kolorowe porównania, posługuje się pięknym, literackim językiem i nawet ze zwykłego opisu, potrafi on uczynić coś nietuzinkowego. Poniżej cytat, który wpadł mi niesamowicie w ucho – cały Paryż Piotr Ferens zamknął w jednym zdaniu:

“Pamiętam, że zachwyciłem się wówczas tym wspaniałym miastem, ową metropolią tętniącą skumulowanym życiem, tchnącą oddechem historii dawnych wydarzeń, zapisanych w wąskich uliczkach, zdobnych kamienicach i szerokich mostach spajających miasto nad spokojną wstęgą leniwej Sekwany”.

Autor ma talent do sugestywnych opisów i choć mogłoby się zdawać, że chwilami tworzy zbyt długie zdania, to potrafi to robić na tyle dobrze, by ze zwykłej gry na pianinie stworzyć piękny, poetycki obraz. Jestem oczarowana barwnością tej poetyckiej strony książki i uważam, że jest to jej największa zaleta. Bo – jak już wspomniałam – czytanie tej książki to naprawdę coś bardzo przyjemnego.

Sam pomysł z lustrem bardzo mnie wciągnął, choć być może nie jest wcale niepowtarzalny i pojawiał się już wcześniej w literaturze, a sama historia skojarzyła mi się z niektórymi książkami Grahama Mastertona (choć o bardziej wysublimowanym języku). Przedstawiona została bardzo dobrze i interesująco, od książki ciężko się oderwać i osobiście czytałam w każdej wolnej chwili, rezerwując sobie na nią niedzielę i kilka wieczorów. Ku mojej radości nie jest wcale taka krótka, bo liczy sobie prawie pięćset stron i za każdym rogiem czekało na mnie coś nowego. Nie wiem, czy zgodnie z opisem wydawcy, nazwałabym tę powieść sensacyjną. Waham się, ale fakt faktem, że tutaj sporo się dzieje, ale nie ma biegania z bronią w ręku po paryskich ulicach i strzelanin w wąskich, brukowanych uliczkach. Jest jednak ciągła atmosfera z dreszczykiem, jakby czyjaś obecność w tle w pustym mieszkaniu, wyczuwalna, choć nie do końca widoczna. Jakbyśmy w ciemnym pokoju słyszeli czyjś oddech i nie potrafili go zlokalizować.

“Odbicie było poszarpane i blade. Miejscami niepełne, jak na starym, zniszczonym, przez czas filmie. Przydymione kolory opływały wszystkie widziane przez nas kształty, kreśląc ich granice wypłowiałymi, słabo odznaczającymi się barwami”.

Wadą książki są przecinki pojawiające się nagminnie w miejscach, gdzie nie powinno ich być. Zdań, w których ich nadużyto jest sporo, podobnie jak tych, w których ich brakuje. Przykładowo:

“Zapomniał, pan, nam jeszcze powiedzieć (…)”.

“Niech się, pan, nie martwi”.

“Ja też tak, to wtedy odebrałam (…)”.

Znalazłam też jeden błąd ortograficzny. Wracając jeszcze do wspomnianej interpunkcji… Pierwszy raz zdarzyło mi się, że nadmiar owych przecinków w ogóle nie zepsuł mi przyjemności z czytania. Na ogół irytują mnie tego rodzaju błędy i przeszkadzają w lekturze, jednak tutaj, ten język, jego barwność i – zapierające chwilami dech w piersiach – opisy, pozwalają skupić się wyłącznie na akcji i na bohaterach.

O, właśnie, jeszcze słówko o bohaterach. Po przeczytaniu pierwszych stu stron uznałam, że są dość ubogo wykreowani. Może poza Danielem, którego poznajemy poprzez jego myśli, działania i to, co sam nam o sobie mówi. Później jednak zmieniłam zdanie, ponieważ te pierwszoplanowe postacie dają nam się poznać właśnie poprzez akcję książki i wzajemne interakcje.

Dużym plusem książki są czarno-białe rysunki Tomasza Lipki, który skromną, prostą kreską, potrafił zbudować nastrój i napięcie tak samo umiejętnie jak autor powieści. Świetnie wpasowują się w całość i bardzo mi się spodobały. Podobnie jak okładka: piękna, trafna i klimatyczna.

“Na krańcach luster” to książka, do której na pewno jeszcze kiedyś wrócę. Warto, ponieważ za każdym razem można w niej odkryć coś nowego, doszukać się czegoś, czego za pierwszym razem nie wyłuskaliśmy. Powieść wędruje na moją półkę oznaczoną opisem “ulubione”. Ma niesamowitą atmosferę, lekko ezoteryczną, często wywołującą ciarki na plecach. I do tego Paryż i jego klimatyczne uliczki – cudowny.

Polecam z czystym sumieniem i czekam na kolejne książki spod pióra Piotra Ferensa. Jeśli będą podobne do tej, wezmę w ciemno.

*cytaty pochodzą z książki
**recenzja ukazuje się w ramach akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Mężczyzna z tatuażem” Jack Sharp

Uwielbiam powieści sensacyjne, w których nie ma czasu na bezsensowne dialogi i w których bohaterowie nie tracą cennych godzin na wpatrywanie się w rozgwieżdżone niebo. Lubię, kiedy za akcją goni akcja, a sama książka mnie nie nudzi. Nie lubię czytać tekstów, których kolejne słowa i zdania nie posuwają akcji naprzód, a nad powieścią zaczynają mi się zamykać oczy, a ją samą mogę określić jednym słowem: nużąca. Jack Sharp to pseudonim polskiego autora, którego nazwiska teraz nie będę zdradzać.

W “Mężczyźnie z tatuażem” przyciągnął mnie opis wydawcy:

 

“Mężczyzna z tatuażem” jest typową powieścią sensacyjną. Tu nie ma czasu na barwne opisy miejsc, w których rozgrywa się akcja książki, czy na szczegółowe opisy bohaterów, tu postaci nie zmieniają się psychologicznie. Tu liczy się tempo akcji, jej zaskakujące zwroty i nieraz zupełnie przypadkowe zdarzenia (…)”.

Zdawało się, że to książka idealna dla mnie, taka, przy której absolutnie nie będę się nudzić. Zdecydowałam się ją przeczytać bez zastanowienia, zdając się wyłącznie na przeczucie i opis. Czy słusznie?

Bohaterem książki jest francuski dziennikarz z gazety “Le Tours”, Paul Lemaitre, który spędza urlop wraz z żoną Jacqueline w Portugalii. Udało im się wygrać wycieczkę, z której bardzo chętnie skorzystali. Zwiedzali akurat pewne klifowe wybrzeże, gdy naraz jakiś mężczyzna zepchnął drugiego z klifu, po czym ulotnił się jak kamfora. Paul, obdarzony szóstym zmysłem dziennikarza, węsząc jakąś większą sprawę, zabiera ze sobą portfel ofiary. Tym samym uruchamia machinę, której nikt i nic już nie zatrzyma. Już wkrótce okazuje się, że morderstwo to zmusi naszego bohatera do podróży po Europie (i nie tylko), między innymi do Madrytu, Paryża, Berlina czy Łodzi. Każda wskazówka, na jaką natyka się dziennikarz, pcha go w śledztwie dalej i dalej, jednocześnie odkrywając przed nim coraz to nowe zagadki. Paul dociera do tajemnic, które od lat skrycie są skrywane przez Watykan oraz inne organizacje, a ujawnienie ich może przypłacić nawet własnym życiem. Śladem Paula podąża tajemniczy mężczyzna z tatuażem. Kim jest? Czy jest Paulowi przychylny czy raczej wręcz przeciwnie? Śledzi go uparcie od miasta do miasta, uważnie przyglądając się jego postępom, czyżby czekał tylko na jakieś jego potknięcie? Zapachniało mi powieściami Dana Browna i jego zagadkowymi odkryciami, również szybkość akcji jest tu podobna.

W ciągu trwania akcji powieści, Paul kilkakrotnie ociera się o śmierć. Nie jest wcale niezniszczalnym Jamesem Bondem, który skacze z czterech metrów w dół i nie nabija sobie nawet siniaka. Wręcz przeciwnie. Paul ma słabe serce, które działa prawidłowo jedynie dzięki wszczepionemu rozrusznikowi, czasem dodatkowo wspierane przez nitroglicerynę w aerozolu. Silne emocje, nerwy, lęk, stres oraz długotrwały wysiłek fizyczny stanowią dla Paula zagrożenie zdrowia, a nawet życia. Tak więc Paul Lemaitre nie jest żadnym superbohaterem – i to jest ogromny plus zarówno dla powieści, jak i dla jej autora oraz oczywiście dla autentyczności bohatera. Zwyczajny człowiek, dziennikarz, żonaty ze zwyczajną kobietą, mający dość przeciętną pracę w niedużej gazecie. Nagle zostaje rzucony w wir wydarzeń, które wywracają jego życie do góry nogami.

Akcja książki gna naprzód w zawrotnym tempie. Już na drugiej stronie pojawia się pierwszy trup, a potem jest tylko coraz ciekawiej. Tutaj nie ma czasu na rozwlekłe filozoficzne rozważania ani na ckliwości, romanse czy szarą codzienność. Krótkie, zwięzłe zdania, bez ozdób i arabesek poganiają akcję, a kiedy tylko coś się wydarzy, natychmiast dzieje się coś nowego. Trop, na który wpada Paul, zostaje okupiony cierpieniem wielu ludzi, a często nawet ich życiem. Czy Paul będzie następny? Czy jednak rozwikła zagadkę, która swą genezą sięga czasów II wojny światowej oraz organizacji neonazistów i może solidnie zatrząść podwałami Watykanu?

Muszę przyznać, że książka porwała mnie od pierwszych słów, od pierwszych scen na malowniczych klifach Portugalii, od pierwszego zabójstwa i pierwszego śladu, na jaki trafił Paul. Lubię takie powieści, kiedy nawet jedno, krótkie zdanie pcha akcję naprzód. Nie ma tu czasu na odpoczynek i na sen, tu ciągle coś się dzieje.

Jak w wielu książkach, także jednak tutaj nie obeszło się bez drobnych uchybień, głównie od strony redakcyjnej. W paru miejscach brakowało pojedynczego słowa lub przecinka, jednak poważniejszych błędów nie znalazłam. Jakbym bardzo chciała się przyczepić, to jest taki moment w książce, kiedy ktoś “porywa” dziennikarza spod pewnego miejsca i każe mu wsiadać do samochodu. Paul uznaje, że nie ma wyjścia, a przecież wystarczyłoby, gdyby się odwrócił i wbiegł do budynku, gdzie natychmiast znalazłby się wśród ludzi. Jednak przytoczony przykład to naprawdę tylko tak na siłę.

Jedno, co mnie mocno drażniło w powieści, to przypisy redakcji. Jest ich aż 48! Rozumiem jeszcze tłumaczenie dyktatury wojskowej w Grecji czy wyjaśnienie, czym zajmuje się Mossad, ale pisanie, czym jest jarmułka, co to jest język kataloński albo kim był Freddy Mercury, uważam za zbędne. No ale ostatecznie nie jest to też przytyk do samej akcji powieści.

Dziennikarskie śledztwo prowadzone jest wyjątkowo wnikliwie, ciekawie i chętnie kibicowałam Paulowi w odkrywaniu kolejnych fragmentów układanki. Książka bardzo mi się podobała, lektura na kilka wieczorów lub kilka godzin, liczy sobie 300 stron i jest naprawdę dobrze skonstruowaną powieścią sensacyjną, z gonitwami po miastach Europy, poszukiwaniem odpowiedzi na pytania, które wynikają w trakcie dziennikarskiego śledztwa i z grozą czającego się za rogiem tajemniczego mężczyzny z tatuażem.

*książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Varsovia oraz akcji PNGiSAM

“Lasy w płomieniach” Nora Roberts


Wartka, szybka akcja, błyskawiczne zwroty, wspaniale nakreśleni bohaterowie, malownicze, gorące wręcz opisy leśnych pożarów, do tego czający się w pobliżu morderca i romans w tle. Tym razem wątek romantyczny naprawdę prowadzony jest w tle i stanowi rolę drugoplanową.

Bohaterką książki jest Rowan Tripp, córka strażaka, Luke’a Iron Mana Trippa. Zadziorna, pewna siebie i temperamentna dziewczyna, pracująca w sezonie jako Zulie, strażak-skoczek. Wykwalifikowana, doświadczona i odważna, skacze z samolotu do pożarów lasu, które następnie gasi, odcinając ogniowi drogę. Oczywiście nie robi tego sama. Towarzyszą jej inni strażacy, tak samo wyszkoleni jak ona. W tej specyficznej społeczności, gdzie życie jednego strażaka leży często w rękach drugiego, Zulies są związani ze sobą na śmierć i życie. Są dla siebie czymś więcej niż kolegami z pracy, są więcej niż przyjaciółmi, są jak rodzina, silnie ze sobą scaleni. Znają się jak łyse konie, ufają sobie, idą za sobą w ogień:

“- Zwą nas Zulies. Kiedy jedno z nas pada, podnosimy go”.

Kiedy w bazie zawyje syrena, Zulies rzucają wszystko i pędzą do szatni, by migiem włożyć skafandry i przygotować się do skoku. Strażacy-skoczkowie skaczą w parach, lądując w samym sercu ognia, gdzieś tam, wśród płonących drzew, nie wiedząc, czy się uda i czy przeżyją tym razem. Twardzi, wytrzymali jak mało kto, odważni i zaprawieni w boju, rwą się do walki z ogniem i świętują, kiedy po kilkunastu godzinach udaje im się zdusić płomienie.

I nagle w tą zażyłą społeczność strażaków, w bazie Missouli, wkrada się ktoś mocno niepożądany. Morderca.

Rok temu Rowan straciła partnera. Mimo to, jak na Zulie przystało, nie załamała się i skacze dalej. W tym sezonie, poznaje nowego, Gulla, którego ze względu na wrodzoną szybkość, przezwała Szybkie Stopy. Gulliver jest zabawny, odważny, bezpośredni i romantyczny. No i bardzo podoba mu się piękna Rowan. Dwójka naszych bohaterów, między którymi zapłonie uczucie gorące na podobieństwa ognia, który na co dzień gaszą, będzie się musiała zmierzyć z licznymi zamachami na spokój całej załogi. Na terenie bazy dochodzi bowiem do paru aktów sabotażu. W szatni ktoś robi gigantyczny bałagan, wyciągając z szafek ubrania i skafandry, w magazynie ktoś niszczy spadochrony, kilku pompom wodnym nagle brakuje uszczelek. Uszkodzony sprzęt, byle niedokręcona śrubka lub jej brak, mogą przyczynić się do śmierci strażaków, nic więc dziwnego, że ludzie zaczynają się denerwować, co odbija się na ich stresującej pracy. A w tym, co robią, nie mogą sobie pozwolić na nerwy, muszą mieć czyste umysły, nie mogą myśleć o tym, że coś może się nie udać. Precyzja i spokój to ich broń przeciw ognistej bestii.

Książkę czyta się migiem. Zanim się obejrzałam, miałam za sobą już dwieście stron i cieszyłam się, że jeszcze drugie tyle przede mną. Nie ma tu miejsca na nudę, nie ma zbędnych opisów i zbędnych dialogów. Malownicze i pełne pasji opisy płonących lasów są tak dopracowane, że nie mamy problemu z zobaczeniem w wyobraźni gryzącego dymu, pogorzelisk, spadających gałęzi.

“Usłyszała to, zanim jeszcze zobaczyła. Najpierw rozległ się grzmot, a potem pulsujące dudnienie. I poczuła falę żaru, który ogarnął jej twarz i wdarł się do płuc.

I wszystko wybuchnęło ogniem, a świat stał się złoty, pomarańczowy i czerwony, otaczając ich duszącymi chmurami dymu. Przez upiorny blask dostrzegła sylwetki, widziała poruszające się żółte kurtki i kaski strażaków toczących wojnę”.

Powieść jest bardzo dynamiczna, nie ma czasu odetchnąć, choć wyraźnie czujemy ulgę, kiedy Zulies udaje się zgasić ogień i mogą oni odpocząć. Odpoczywamy wraz z nimi.

Książkę polecam, czyta się świetnie. Z pewnością jeszcze kiedyś do niej wrócę.

– cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.