Tag Archives: Thriller

“Ścigana” Tess Gerritsen

Nigdy nie udaje mi się przejść obojętnie obok książek Tess Gerritsen, nawet wznowień tych dawniejszych, choć nie są one aż tak porywające, jak nowsze powieści autorki. Tym razem było podobnie i w moje ręce trafiła powieść pt.: “Ścigana”.

Bohaterami powieści są Clea Rice i Jordan Tavistock. Ona, parająca się złodziejskim fachem i on, dżentelmen pochodzący z arystokratycznego rodu. Los postanowił zetknąć ich ze sobą w bardzo niekonwencjonalnych okolicznościach, niewygodnych dla obojga. Clea, wplątana w poważną międzynarodową aferę, usiłuje znaleźć sposób na ocalenie własnego życia, a zafascynowany nią Jordan, postanawia zrobić wszystko, by jej pomóc. Brzmi jak romans? Słusznie. Trudno przeoczyć, że po raz pierwszy wydana w 1995 roku powieść odbiega od nowszych powieści Tess, jednak warto pamiętać, że właśnie od tego gatunku zaczynała się pisarska kariera autorki.

Połączenie romansu i kryminału to bardzo wciągające kombo. Książka właściwie czyta się sama, a ponieważ akcja płynie wartko, a powieść ma niewiele ponad 200 stron, jest to lektura na kilka godzin, na dwa, trzy wieczory bądź na jeden weekend. Szybkie tempo i brak nudy to zalety “Ściganej”. Ciekawi bohaterowie i tajemnicza fabuła dopełniają całości, choć zarówno jedno i drugie bywa tu przewidywalne. Według mnie jednak czytanie tej pozycji to przyjemność. Tess Gerritsen ma lekkie pióro, dzięki któremu od książki ciężko się oderwać, a czytelnikowi towarzyszy poczucie, że koniecznie trzeba się dowiedzieć, co dalej.

str. 16 – “Przysunęła się bliżej do otworu i wytężyła wzrok ponad ramieniem włamywacza, by zobaczyć, co wkładał do kieszeni. Wpatrywała się tak intensywnie, że nie miała czasu zareagować, kiedy mężczyzna nieoczekiwanie schwycił drzwi szafy i ją zamknął”.

Bohaterowie, zarówno główni, jak i poboczni, obdarzeni zostali trochę wyidealizowanymi cechami charakteru, odniosłam wrażenie, że niektórzy są zbyt doskonali, ale myślę, że to taka przypadłość tego gatunku z lat dziewięćdziesiątych, co akurat nie wpływa jakoś mocno negatywnie na całość. Współczesny bohater literacki jest bliższy czytelnikowi, posiada zarówno wady, jak i zalety i się tego raczej nie wstydzi. W ubiegłych latach bohaterowie, zwłaszcza ci z arystokratycznych rodzin, bywali mocno wybielani, a ich jedynymi wadami był altruizm, nadmierne zaufanie do ludzi i nierzadko alkoholizm. A poważnie: wiodące postaci w “Ściganej”, pomimo wszystko, zostały nakreślone dość dobrze, nie są sztuczne, zdają się być jak najbardziej prawdziwe. A ponieważ akcja w powieści cały czas posuwa się naprzód, nie mamy czasu na psychologiczne analizy osobowości i charakteru ludzi, o których przygodach właśnie czytamy. Sama autorka również nie rozkłada cech charakteru wiodących postaci na czynniki pierwsze, ona zwyczajnie daje im żyć własnym życiem i co za tym idzie, my również pozwalamy im być takimi, jakimi są.

Pomimo wiszącym nad Cleą i Jordanem niebezpieczeństwem, książka ta należy do tych lekkich, bez rozlewu krwi i strzelanin, choć oczywiście napięcie nas nie opuszcza, sekrety i tajemnice czające się za każdym rogiem też robią swoje. Clea jest kobietą bardzo skrytą, mającą za sobą wiele kryminalnych doświadczeń i uważa siebie samą za gorszą od innych. Jej życie poukładało się tak, a nie inaczej, ale dziewczyna stara się wyjść na prostą i to, co właśnie robi, ma być jej ostatnim tego rodzaju wyskokiem. Tymczasem życie pisze własne scenariusze, których Clea wcale nie chce zaakceptować. Niestety to, czy uda jej się zacząć spokojne, zwyczajne, uczciwe życie, nie zależy wyłącznie od niej. Co będzie dalej i jak poukłada się życie dziewczyny, to już kwestia najbliższych dni.

str. 111 – “Ja też czuję się rozczarowana, że nie mogę pozbyć się przeszłości. Jakkolwiek bym próbowała, wlecze się za mną jak deszczowa chmura”.

Myślę, że ta książka spodoba się zarówno miłośnikom kryminałów, jak i tym, którzy lubią powieści romantyczne. W tym przypadku połączenie obu tych gatunków wypada bardzo dobrze, a powieść nie nuży, akcja szybko gna naprzód, a bohaterowie dają się lubić. Książkę polecam, choć przede wszystkim miłośnikom pióra Tess Gerritsen, ale myślę, że spodoba się również innym. Nie spodziewajcie się lektury wysokich lotów, ale za to szybkiej, dobrej i ciekawej powieści na jeden raz.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Harper Collins Polska
 

 

“Milcząca żona” Karin Slaughter

Książki Karin Slaughter to dla mnie zawsze gwarancja wielu emocji, mocnej, solidnej akcji, braku nudy i z całą pewnością świetnie spędzonego czasu z lekturą. Zarówno serie, jak i pojedyncze powieści (“Miasto glin”, “Dobra córka”) to zawsze mniejsze i większe bestsellery. No i jest to jedyna autorka (kobieta), której książki biorę zawsze w ciemno, niezależnie od opisu wydawcy czy opinii w Internecie.

“Milcząca żona” to już nasze dziesiąte spotkanie z Willem Trentem, agentem GBI. Już sam początek powieści przykuwa uwagę. W więzieniu stanowym dochodzi do rozruchów, w wyniku których ginie jeden z więźniów, a kilku z nich oraz paru strażników zostaje rannych. Tymczasem jeden z osadzonych, Daryl Nesbitt, oskarżony o brutalne morderstwo, utrzymuje, że jest niewinny. Twierdzi, że winny zbrodni, za którą go posadzono, nadal przebywa na wolności i że jest nim seryjny zabójca kobiet. Stawia Trentowi warunek: jeśli Will wznowi śledztwo w jego sprawie, by go oczyścić z zarzutów i uniewinnić, on przekaże GBI informacje o zabójstwie i rozruchach w więzieniu. Daryl próbuje udowodnić, że podczas jego odsiadki tamten morderca działał w najlepsze dalej i mordował kolejne kobiety.

Will nie ma właściwie wyboru i decyduje się wznowić śledztwo. Niestety obawia się, że na jaw mogą wyjść bardzo niepochlebne rzeczy o Jeffrey’u Tolliverze, który zginął osiem lat temu. Jeffrey Tolliver, były mąż Sary Linton, szef policji, który został okrzyknięty niemalże bohaterem. No i Sara, która bardzo długo leczyła się z żałoby po mężu, a która teraz, od jakiegoś czasu, spotyka się z Willem. Co najgorsze cała sprawa nie obejdzie się bez zaangażowania w nią Leny Adams, dawnej współpracownicy Jeffrey’a, którą Sara zawsze obwiniała o śmierć męża. Lena w dziwny sposób przynosi pecha ludziom, którzy pojawiają się w jej pobliżu… W przeszłości zdarzyło jej się podjąć kilka złych decyzji i teraz ani Sara, ani Will, Lenie nie ufają. Szczerze mówiąc moje odczucia wobec Leny również są mieszane. Odnoszę wrażenie, że autorka jeszcze nie zdecydowała, po której stronie barykady stoi postać Leny Adams i nadal czeka, w którą stronę ewoluuje. Zwłaszcza, że obecnie Lena jest w ciąży, więc ostatniego słowa na jej temat pisarka jeszcze nie powiedziała.

Will ma nie lada zagadkę do rozwikłania. Z jednej strony jest fachowcem w swojej dziedzinie, profesjonalistą, któremu zależy na rozwiązaniu sprawy, z drugiej zależy mu na bezpieczeństwie Sary. Wyciąganie z przeszłości brudów i nieprawidłowości dochodzeń prowadzonych przez jej byłego męża, to ostatnia rzecz, na jaką ma ochotę. Czuje, że to ogromne ryzyko, a sama gra może kosztować go więcej, niż jest gotów poświęcić.

Akcja książki biegnie dwutorowo: w czasach dzisiejszych w Atlancie i dziesięć lat wstecz w Grant County. Oczywiście nie jest to nic niezwykłego i zdarzało się już, że autorka wprowadzała dwutorowość powieści – całkiem niedawno zrobiła to w “Zbrodniarzu”, szóstym tomie cyklu o Trencie, ale tutaj, po raz pierwszy wracamy do postaci Jeffrey’a. Przyznaję, że tego się zupełnie nie spodziewałam i wzbudziło to we mnie mnóstwo nowych emocji. Zwłaszcza, że przecież swoją przygodę z Karin Slaughter rozpoczynałam parę lat temu od pierwszego tomu serii z Jeffrey’em, czyli od “Hrabstwa Grant” i książki “Zaślepienie”. Dopiero po ukończeniu cyklu z Jeffreyem i Sarą, autorka kontynuuje wątki w serii z Willem Trentem. Tak więc ponowne spotkanie z Tolliverem było dla mnie dość ciekawym doświadczeniem, podobnie jak samo przeniesienie się bohaterów dziesięć lat wstecz.

“Milcząca żona” to – jak wszystkie powieści Karin Slaughter – dopracowany, przemyślany thriller, choć na pewno mniej krwawy od innych. Autorka przyzwyczaiła nas już do specyficznych dla niej mrocznych sekretów oraz krwawych obrazów zbrodni. Tutaj mamy do czynienia z o wiele mniej brutalnym thrillerem. Książka przez cały czas trzyma w napięciu i będzie nie lada gratką dla wszystkich czytelników, którzy mają za sobą “Hrabstwo Grant” i na bieżąco śledzą losy Willa w kolejnych tomach powieści. “Milczącą żonę”, jak większość powieści Karin, można przeczytać jako osobną książkę, jednak o wiele lepiej jest czytać je wszystkie po kolei, tak, jak zostały wydane. Po prostu o wiele ciekawiej jest poznawać losy Sary, Jeffrey’a, Willa i innych bohaterów w kolejności chronologicznej.

Ta powieść to realistycznie nakreślone postacie, z krwi i kości, z ich wadami i zaletami, z całym bagażem doświadczeń i z przeszłością, nierzadko bardzo bolesną. Mimo iż to Sara i Will wysuwają się tu na pierwszy plan, to i tak z zainteresowaniem śledzimy również losy Faith (partnerki Willa), Amandy (jego szefowej) czy choćby wspomnianej już Leny Adams. U Karin Slaughter czasem nie do końca wiadomo, czy danemu bohaterowi bliżej jest do postaci pozytywnej, czy też negatywnej. Zwłaszcza jeśli chodzi o postaci drugoplanowe. Z czasem sami docieramy do sedna, a nawet i wtedy bywa tak, że się mylimy, że autorka nas w ostatniej chwili zaskakuje. Zresztą nagłe zwroty akcji to wizytówka Slaughter. Podobnie jak i to, że niektóre rzeczy i sprawy okazują się zupełnie inne, niż nam się zdawało lub niż na to wyglądają. Tego rodzaju zaskoczenia były zawsze bardzo typowe dla autorki. Tutaj – jak odniosłam wrażenie – takich zaskoczeń trochę zabrakło. Zwłaszcza na końcu. Przyzwyczaiłam się już, że w obu seriach (jak i osobnych książkach pisarki), zakończenie przypomina kolejkę górską. Myślę, że część czytelników może się czuć nieco zawiedziona brakiem takiej kolejki w “Milczącej żonie”, jednak nie uważam tego za wadę czy jakiś straszny brak książki.

Spójna fabuła, lekkie pióro, autentyczne postacie, ciągłe napięcie i dopracowana akcja to mocne strony powieści. Dla wiernych fanów obu serii (Hrabstwa i Willa) będzie to wyjątkowa książka łącząca w sobie oba cykle. To pozycja głównie dla nich, a jeśli ktoś lubi styl Karin Slaughter, a tych serii jeszcze nie poznał, to kto wie, może sięgnie po nie właśnie po tej książce. Zapewniam, że dalej będzie tylko coraz lepiej. Gorąco polecam.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Harper Collins Polska

 

“Zapach śmierci” Simon Beckett

Są dwaj autorzy, na których książki czekam zawsze z ogromną niecierpliwością. Jednym z nich jest Chris Carter, drugim: Simon Beckett. Przeczytałam każdą powieść, jaka tych właśnie autorów ukazała się na polskim rynku.

“Zapach śmierci” to najnowsza powieść Simona Becketta, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca. Jest to kontynuacja losów antropologa sądowego, Davida Huntera.

Szósty tom serii ani trochę nie odbiega klimatem od poprzednich, trzyma w napięciu od pierwszej strony i nie pozwala oderwać się od czytania. Tym razem jednak nasz bohater nie wyjeżdża nigdzie z miasta, w którym mieszka, a rzecz dzieje się lokalnie.

W opuszczonym szpitalu zostają odnalezione zwłoki, Hunter zostaje poproszony o zbadanie kości ofiary. Szpital jest opuszczony już od bardzo dawna, a upiorne wrażenie, jakie wywiera, przydaje całej książce klimatu grozy. Plastyczność opisów Becketta to dla mnie majstersztyk. Nikt, tak jak on, nie potrafi przenieść czytelnika w miejsca akcji, ukazać otoczenia na tyle dokładnie i tak sugestywnie, że czujemy się jak w grze VR. Otaczają nas obskurne mury, popękane ściany, gruz, kurz, bród, pył, a wokół unosi się zapach zbutwiałego drewna, pleśni i słodki, niepokojący zapach śmierci…

Jak każda powieść Simona Becketta, również ta jest perfekcyjnie skonstruowana, opowiadana przez bohatera. Dbałość o szczegóły, drobiazgowość i plastyczność opisów sprawiają, że powieści Becketta czyta się jednym tchem. Trudno przerwać w połowie rozdziału, a te kończą się zawsze jakimś przełomem, przez co chcemy czytać ciągle dalej i dalej. Osobiście zawsze siadam do powieści Becketta podekscytowana i najchętniej w samotności i ciszy, by delektować się stronami, które mam przed sobą, atmosferą, niepowtarzalnością opisów i akcją, którą pcha naprzód najkrótszy nawet dialog.

str. 89 – “Nieruchoma postać w poplamionych dżinsach i bluzie leżała na wznak na gołym, zanieczyszczonym materacu. Słuszna postura ciała sugerowała płeć męską, chociaż wiedziałem, że niekoniecznie tak musiało być. Było przymocowane do łóżka dwoma szerokimi gumowymi pasami, w rodzaju tych, jakimi się unieruchamia pacjentów podczas operacji”.

Ci, którzy polubili postać głównego bohatera, Davida Huntera, na pewno się nie zawiodą, ponieważ sporo akcji dotyczy jego spraw prywatnych i odczuć na polu zarówno zawodowym, jak i osobistym.  Osobiście bardzo lubię wątki dotyczące spraw prywatnych Huntera, tego rodzaju sceny pozwalają poznać bohatera jeszcze lepiej i zbliżyć się do niego, a tym samym przeżywać z nim jego perypetie, razem z nim doświadczać lęków i frustracji. Sam klimat “Zapachu śmierci” nie jest może tak mroczny, jak w poprzednich tomach powieści o doktorze Hunterze, jednak podobnie, jak wszystkie poprzednie książki, także ta ma w sobie to “coś” i także tę czyta się szybko i przyjemnie. “Zapach śmierci” to ponad 420 stron bardzo dobrze poprowadzonej akcji, świetnie i trafnie opisanych bohaterów i interesująco zakrojonej intrygi kryminalnej. Doskonale sklecone wątki prowadzą nas do zaskakującego zakończenia, a wszystkie fragmenty układanki zaczynają się nagle układać w logiczną i spójną całość, a każdy z nich zaczyna do innych idealnie pasować. Bardzo to cenię u Becketta, że nigdy nie zostawia on niedokończonych spraw, wszystkie wątpliwości zostają rozwiązane, a kwestie zakończone.

Jak już pewnie dobrze wiecie – bo powtarzam to przy każdej książce Becketta – biorę go zawsze w ciemno. Nie czytam opinii w necie, nie patrzę na to, który wydawca decyduje się wydać powieść na polski rynek, nie przeglądam blurbów. Po prostu wiem, że każda książka tego autora jest dla mnie i z całą pewnością mnie nie zawiedzie. Niewielu jest takich pisarzy, Simon Beckett do nich właśnie należy i zawsze żałuję, że jego książki pojawiają się na polskim rynku tak rzadko.

“Zapach śmierci” to pozycja dla wszystkich, którzy lubują się w thrillerach, sekretach i zagadkach i oczywiście dla każdego, kto niecierpliwie czekał na kolejny tom perypetii doktora Huntera. To świetna, wciągająca, trzymająca w napięciu książka, którą z czystym sumieniem bardzo gorąco polecam.

*cytat pochodzi z książki

“Szeptacz” Alex North

Już od jakiegoś czasu szukałam w thrillerach powiewu świeżości, czegoś innego, czegoś nieprzewidywalnego. Czytam ich sporo, tymczasem przewidywalność pewnych sytuacji w książkach sprawia, że akcja traci momenty zaskoczenia tak ważne dla swojej ciągłości i wartości. “Szeptacz” od razu zwrócił moją uwagę, nie tylko ciekawym blurbem, ale przede wszystkim okładką.

I nie pomyliłam się, bo już od pierwszych słów wiedziałam, że jest to właśnie taka powieść, jakiej szukałam. Wystarczyło kilka zdań, by zainteresować mnie jako czytelnika i wciągnąć mnie w historię głównego bohatera.

A nasz bohater jest postacią bardzo ciekawą.

Tom Kennedy, pisarz, stracił niedawno żonę i stał się jedynym opiekunem swego kilkuletniego syna, Jake’a. Nie za dobrze radzi sobie ze zrozumieniem chłopca i nie za bardzo potrafi się z nim porozumieć. Marzy o tym i boleśnie tęskni za żoną, która miała o wiele lepszy kontakt z synem.

Przeprowadzka do Featherbank ma być lepszym jutrem dla nich obu, początkiem optymistycznej przyszłości i czymś, dzięki czemu wreszcie nawiążą głębszy kontakt. Miasteczko wydaje się ciche i spokojne, idealne dla takiej rodziny, jak rodzina Toma, jednak kryje w swojej przeszłości mroczne sekrety, przerażające i nie do końca wyjaśnione.

“Jeśli drzwi nie zamkniesz w porę, szeptać zacznie ktoś wieczorem…”.

Policja prowadzi obecnie śledztwo dotyczące porwania małego chłopca i zaczyna podejrzewać, że uprowadził go ten sam porywacz, który porywał i mordował dzieci w Featherbank przed dwudziestoma laty. Tylko czy to w ogóle możliwe? Tom oczywiście słyszał o tym wszystkim i dziwi go niezmiernie nieznajomy mężczyzna interesujący się jego garażem, zaglądający do niego przez okno. Jednak prawdziwe przerażenie dopada go w chwili, gdy Jake oznajmia, że pewnego wieczoru jakiś człowiek szeptał do niego przez okno…

str. 336 – “Przez kilka sekund panowała kompletna cisza. Potem rozległ się hałas, którego Jake nie potrafił zidentyfikować. Jakby ktoś przesuwał meble”.

Tom jest zagubiony, nie potrafi skupić się na pracy, nie potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości bez żony, w innym mieście, które przecież miało być jego ostoją spokoju i bezpiecznym domem. Podobnie czuje się jego syn, również tęskni za mamą, do tego prześladuje go trauma związana z jej śmiercią, boi się, ucieka w świat wyobraźni. Jego drogi z ojcem się rozmijają, przez co obaj mają wrażenie wyobcowania i niedopasowania. Chłopiec czuje się inny nawet przebywając pośród swoich rówieśników. I jeszcze ten obcy głos za oknem…

Powieść trzyma w napięciu od początku do samego końca. Wprawdzie akcja nie gna tu w zawrotnym tempie, jednak wciąga i porywa na tyle, by od książki ciężko się było oderwać. Autor w bardzo ciekawy sposób poprowadził narrację. niektóre rozdziały są opowiadane w formie pierwszoosobowej i mamy wówczas do czynienia z przemyśleniami głównego bohatera, inne rozdziały są poprowadzone w formie trzecioosobowej i są to wówczas różne zdarzenia poboczne. Autor ma bardzo lekkie pióro, dzięki czemu książkę czyta się szybko, nie trzeba wracać do poprzednich stron, wszystko jest przejrzyste, jasne i nieskomplikowane.

Uwagę zwraca bardzo sugestywna, wręcz niepokojąca okładka. Mimo swojej prostoty i monochromatyczności na pewno przyciągnie wzrok niejednego czytelnika w księgarni.

Książka podzielona jest na sześć części, ale szczerze mówiąc, ja nie widzę celu zastosowania takiego podziału, tym bardziej że rozdziały i tak idą po kolei od 1 do 70.

“Szeptacz” to bardzo dobrze skonstruowana intryga, a krótkie rozdziały sprawiają, że książkę czyta się bardzo szybko. Realistyczne postaci dopełniają całości i wszystko razem czynią z “Szeptacza” powieść mocno trzymającą w napięciu, jedną z tych, po które warto sięgnąć. Na pewno nie raz poczujecie dreszczyk. Polecam każdemu, kto lubuje się w thrillerach.

*cytaty pochodzą z książki

“Kolekcjoner motyli” Dot Hutchison

Ta niepokojąca okładka to kwintesencja tej przerażającej powieści. To jest właśnie to, co znajdziemy w środku. Piękne, poranione motyle…

Wszystko tutaj rozgrywa się właściwie podczas jednego przesłuchania, podczas rozmowy agentów specjalnych z jedną tylko kobietą. Nie do końca wiadomo, jak kobieta ma na imię, przedstawia się ona jako Maya, ale w miarę upływu czasu, poznajemy ją trochę lepiej. To piękna, bardzo delikatna, młoda dziewczyna, która jednocześnie odznacza się niezwykle mocnym i silnym charakterem To, co przeżyła i o czym dzisiaj opowiada, nie mieści się w głowie nie tylko słuchającym jej policjantom, ale również czytelnikowi.

FBI odkrywa pewną posiadłość, którą otaczają piękne, duże ogrody. Ogrody wypełnia zapach kwiatów, a po urokliwych alejkach spacerują młode kobiety. Ich plecy, pokryte tatuażami, przypominają kolorowe skrzydła motyli. Podobnie jak motyle, również te dziewczyny wiodą krótkie, bardzo niebezpieczne życie… A co dzieje się potem? Co dzieje się z dziewczętami, kiedy ich życie dobiegnie końca? Kiedy zachorują? Kiedy uszkodzą się ich motyle skrzydła?

“Ogrodnik troszczył się o swoje eksponaty. Motyle żyją przecież tak krótko, a on chciał patrzeć na nie już zawsze. Zawsze…”.

Ogrodem zarządza kolekcjoner. To on, owładnięty chorą obsesją, sprowadza tu kobiety wbrew ich woli, po czym przetrzymuje je w ogrodzie, by cieszyć ich urodą swe oczy i zaspokajać swoje żądze. W jakiś dziwaczny, mocno popaprany sposób, ogrodnik dba o swoje motyle, stara się, by niczego im w życiu nie brakowało i aby czuły się w ogrodzie dobrze. Paradoksalnie to nie jego wizyt dziewczęta boją się najbardziej…

“Kolekcjoner motyli” to książka kompletnie niepodobna do żadnej innej, które dotychczas czytałam. Historia w niej opowiedziana mrozi krew w żyłach, powoduje ciarki, a w dodatku jest napisana w takich sposób, że czytając, mamy wrażenie, iż czas zwalnia. Tak wolno, jak płynął czas w ogrodzie, tak i my nagle zwalniamy. Czy usiłujemy postawić się w na miejscu bohaterek? Nie. Nikt by tego nie chciał.

str. 214 – “Nocą Ogród spowijały cienie i światło księżyca i można było znacznie wyraźniej usłyszeć wszystkie iluzje, które czyniły go takim, jakim był”.

To jest ten typ powieści, od której nie sposób się oderwać, o której myślimy nawet wówczas, gdy musimy ją na chwilę odłożyć. Również po tym, jak ją przeczytamy, jest ona obecna w naszych myślach i ciężko o niej zapomnieć. I wcale nie ma tu brutalnych opisów śmierci, krew nie leje się litrami, trup nie goni trupa. Ten klimat grozy i napięcie tworzy wizja więzienia, w którym przebywają kobiety oraz fakt, że nie mogą się z niego wydostać i że będą w nim tkwić aż do śmierci. Do śmierci, która może nastąpić lada moment… Tutaj lepiej nie przywiązywać się do współtowarzyszek, a już na pewno nie za mocno, nie za bardzo. Kiedy ich zabraknie, cierpienie będzie większe.

Maya to tajemnicza dla FBI postać, ale też jedyna, która może pomóc w dochodzeniu. Traktują ją z najwyższą ostrożnością wiedząc, co przeszła i z niedowierzaniem słuchając jej historii. Obaj agenci mają jednak wrażenie, że dziewczyna coś ukrywa, że na rzeczy jest coś więcej ponad to, co mówi. Czy rzeczywiście?

Połknęłam powieść w półtora dnia, już jakiś czas temu, a wstrząsającej historii Mai i innych dziewcząt z Ogrodu, nie zapomniałam do dziś, pamiętam ją ze szczegółami.

Autorka ma niezwykły talent do kreowania niesamowicie klimatycznej otoczki tego, o czym pisze. Oczami wyobraźni widzimy ten kuriozalnie piękny i cichy Ogród. Tajemniczy nocami i rozbrzmiewający rozmowami i szeptami jego mieszkanek za dnia. I ten uderzający kontrast pomiędzy pięknem tego miejsca, a jego upiornością i koszmarem, jaki zafundował kobietom… Tego nie da się streścić tutaj w kilku słowach.

Powieść czyta się migiem. Lekkie pióro autorki i plastyczny język to atuty książki, dzięki którym akcja po prostu się toczy, a my towarzyszymy bohaterkom w ich drodze. Wbrew temu, że jest to thriller i wiele w nim cierpienia, to sama powieść jest napisana pięknie, wręcz artystycznie, z dbałością o każdy szczegół. Rodzi w nas to współczucie dla ofiar Ogrodnika i żal, że to wszystko miało miejsce. Myślę też, że za jakiś czas przeczytam ją ponownie i być może odnajdę w niej coś, co za pierwszym razem mi umknęło…

Gorąco polecam.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2021. Powered by WordPress & Romangie Theme.