Tag Archives: Książki

10 książek, które są dla mnie ważne

Do zabawy nominowała mnie Sylwia z bloga “Moje spojrzenie na kulturę”, a jeszcze wcześniej koleżanka z fb. Dzięki, dziewczyny 🙂

Oczywiście podchodziłam już kiedyś do tego tematu, ale jak spośród blisko dwóch tysięcy książek, które się przeczytało, wybrać tylko marne dziesięć sztuk? Nawet kiedy już się porządnie ograniczałam, to i tak wychodziło mi sporo ponad dwadzieścia. No ale jak wyzwanie, to wyzwanie. Wybrałam w końcu dziesięć i przedstawię je Wam w kolejności chronologicznej, w jakiej je poznawałam. Nie ma wśród nich książki najważniejszej, ani tej mniej ważnej. Wszystkie te, które tutaj wymieniam, w jakiś sposób wpłynęły na moje życie i na mnie samą. Każda jest szczególna, każdą cenię, egzemplarz każdej z nich mam na półce. Do niektórych wracałam już dziesiątki razy, inne przeczytałam tylko raz (na razie). No to do rzeczy.

1. “W pustyni i w puszczy” Henryk Sienkiewicz

Mam do niej szczególny sentyment. Była to pierwsza taka gruba książka, jaką przeczytałam samodzielnie. Miałam wówczas dziewięć lat, tyle samo, co Nel, bohaterka książki. Pamiętam, że byliśmy z rodzicami na wakacjach w Kołobrzegu, dorośli siedzieli w pokoju, a ja leżałam w łóżku i czytałam. Wszystko przeżywałam wraz z Nel, z politycznych zawiłości nie rozumiałam wiele, podejrzewam, że tutaj też nie różniłam się od Nel. Staś był dla mnie taaaki dorosły i odważny, a same przygody wzbudzały we mnie moc emocji, od przestrachu, po podziw, lęk, że się nie uda, smutek, że dzieci zostały same gdzieś w puszczy. “W pustyni i w puszczy” przeczytałam minimum dwadzieścia razy i nadal nie mam jej dość.

2. “Babcia Katarzyna” Andjelka Martić

“Babcię (…)” wygrzebała z półki moja mama, kiedy zapewne marudziłam, że nie mam co czytać. Myślę, że nie miałam wtedy więcej niż dziesięć lat. Od pierwszych kart czułam dreszczyk, kiedy główna bohaterka słyszała w nocy chrobotka albo kiedy wraz z przyjaciółmi obserwowała z daleka dom tytułowej babci Katarzyny. Dzieci postrzegały ją jako czarownicę, więc ja też sądziłam, że babcia jest straszna i groźna. Książka była wówczas dla mnie dziwna, trochę straszna, no i po raz pierwszy zetknęłam się tu z tematem śmierci. Po latach przeczytałam ją ponownie i muszę przyznać, że odbiór teraz jest zupełnie, ale to zupełnie inny, niż kiedyś, kiedy byłam dzieckiem. Sentyment pozostał, książka jest dla mnie szczególna. Wspominam ją z rozrzewnieniem.

3. “O chłopcu, który szukał domu” Irena Jurgielewiczowamoja recenzja

Och, nigdy nie zapomnę tych dni, kiedy czytałam tę powieść po raz pierwszy. To niezwykła książka. Jednocześnie smutna i radosna, pełna strachu i miłości, tchnie ciepłem, sercem i tkliwością. Powstała dawno temu, a mimo to, wartości, jakie porusza, są uniwersalne jak wówczas i nic się do tej pory nie zmieniło. Czytałam z wypiekami na twarzy, jak chłopiec, w imię miłości do przybranej matki, wyrusza w świat, by odnaleźć jej zaginione w czasie wojny córki. Nie wiadomo, jaka to była wojna, nie wiadomo, w jakich miastach i lasach akcja się rozgrywa – to wszystko nie ma znaczenia. Piotruś, bo tak ma na imię bohater książki, zawiera pakt z wróżką Miłoradą, która zmienia go w małego jak krasnoludek i obdarza umiejętnością porozumiewania się ze zwierzętami. Dla mnie, jako dziecka, było to coś tak niesamowitego, tak magicznego, że książka zapadła mi w pamięć i serce na tyle mocno, by po latach, podczas czytania jej córce, znowu przeżywać ją tak samo. Kocham ją miłością bezgraniczną.

4. “Szara Wilczyca” James Oliver Curwood

Ta książka nie istnieje dla mnie bez drugiej części, więc przytaczam tutaj jej tytuł wraz z drugim tomem serii pt.: “Bari, syn Szarej Wilczycy”. Cóż mogę rzec… To kolejne książki, które podkradałam mamie. W moim rodzinnym domu było wiele książek tego autora, przeczytałam je wszystkie, ale te dwie szczególnie chwyciły mnie za serce. Wielokrotnie przeżywałam przygody psa Kazana i Szarej Wilczycy. Szara Wilczyca, oślepiona przez rysia, całkowicie prawie uzależniona od swojego towarzysza oraz Kazan, mieszaniec wilka i psa husky, przemierzają wspólnie Kanadę i przeżywają całe mnóstwo przygód. Chciałam mieć takiego psa, jakim był Kazan. I najchętniej tak samo bym go wtedy nazwała.

5. “Cichym ścigałam go lotem” Joe Alex

Pierwsza książka autora, po jaką sięgnęłam, czy raczej jaką wcisnęła mi w ręce mama, twierdząc że na pewno mi się spodoba. Miałam jakieś trzynaście lat. Czy mi się spodobała? Na tyle, by wciągnąć szybko kolejne. Wszystkie, jakie mama miała w swojej biblioteczce. Równie dobrze mogłabym tutaj przytoczyć tytuły reszty kryminałów Alexa (Macieja Słomczyńskiego), bo to od nich zaczęła się moja miłość do owego gatunku. Klasycznego, prawdziwego, doskonale skonstruowanego, idealnego.

6. “Trzej muszkieterowie” Alexander Dumas (ojciec)

Pokochałam tę książkę miłością godną nastolatki. Wypożyczyłam z biblioteki i wypożyczałam jeszcze chyba z dziesięć razy, do chwili, kiedy udało mi się upolować własny egzemplarz, chyba w jakimś antykwariacie. Po raz pierwszy przeczytałam ją w pierwszej klasie liceum, w wieku piętnastu lat i od tamtego czasu wracałam do niej setki razy. Moje pierwsze zderzenie z autorem i pierwsza książka historyczna. Wprawdzie nie zapałałam miłością do powieści historycznych, ale ta książka, wraz z kontynuacjami – “W dwadzieścia lat później” i “Wicehrabia de Bragelonne” – to moje skarby najdroższe.

7. “Zielona mila” Stephen King

Nie była to moja pierwsza książka Kinga. Ani ostatnia. Ale powieść połknęłam w jedną noc. Pamiętam tę noc. Jak siedziałam na łóżku i chłonęłam stronę za stroną. Niesamowita powieść, niesamowite postaci, niezwykła książka. Chyba nie potrafię wyrazić słowami, jak mocno mnie zachwyciła i jak silnie mnie wzruszyła.

8. “Wyznania gejszy” Arthur Golden

Nie ma chyba wśród czytaczy osób, które nie słyszałyby o tej książce. Nie wiem, czy w ogóle znajdzie się ktoś, kto jeszcze jej nie czytał. Nietuzinkowa opowieść napisana w oparciu o prawdziwe życie japońskiej gejszy, Mineko Iwasaki. Cudownie przedstawione realia wschodu, tamtejsze zwyczaje, tamte czasy. Uwielbiam wracać do tej powieści, to książka, podczas czytania której zapomina się o całym świecie i nie sposób jej tak po prostu odłożyć. Trzeba czytać dalej, nawet jeśli czytamy ją już po raz piaty i dobrze wiemy, co się dalej wydarzy.

9. “Złodziejka książek” Markus Zusak moja recenzja

Cóż. To jest powieść, o której nie potrafię ładnie opowiedzieć. To jedna z najcudowniejszych książek na świecie. Najwspanialej napisana, najpiękniej przedstawiona, niesamowita i niezwykła. To książka, której nie sposób zapomnieć. Nie da się. Ona zapada w pamięć, serce i zmysły i zostaje tam na całe życie. Zmienia w człowieku coś głęboko w duszy. Na zawsze.

10. “Cięcie” Veit Etzold moja recenzja

Może dziwny wybór wpisywać na tę listę książkę tego rodzaju. “Cięcie” to mocny thriller, brutalny i chwilami przerażający. Już wcześniej lubiłam thrillery, ale ta powieść podniosła poprzeczkę bardzo wysoko i teraz każdą książkę tego typu, automatycznie porównuję do tej. I nieustannie poszukuję takiej, która będzie lepsza w tym gatunku od “Cięcia”. Mocniejsza, bardzo mroczna, która jeszcze silniej mną potrząśnie.

Tak wygląda moja lista 10 książek, które są dla mnie ważne. Myślę, że dziesięć lat temu wyglądałaby ona inaczej, choć te pierwsze powieści na pewno by na niej zostały. Może za kolejnych dziesięć lat ta lista nieco się zmieni, nie wiem, ale chętnie porównam 🙂

Książki mojego dzieciństwa

Czy pamiętacie, co czytaliście będąc dziećmi? Jakie książki towarzyszyły Wam w długie, zimowe wieczory? Jaka była Wasza pierwsza samodzielnie przeczytana książka?

Ja pamiętam.

Książki towarzyszą mi przez całe życie. W wieku sześciu lat już płynnie czytałam, pamiętam, jak w zerówce czytałam dzieciom na głos opowiadania z “Elementarza” Falskiego i jak nauczycielka zawsze zachęcała innych, by również starali się czytać samodzielnie. Nie pamiętam chwili, kiedy zaczęłam czytać, a moja mama na to pytanie wzrusza tylko ze śmiechem ramionami. Opowiada, że kiedyś była zajęta, a ja podczas obiadu lubiłam, kiedy mi czytała. No i któregoś razu na moje jęki i marudzenie odpowiedziała niecierpliwie: “Naucz się wreszcie czytać”. Z dalszej opowieści wynika, że po prostu tak się stało, ale żadna z nas nie pamięta szczegółów.

Pierwszą książką, jaką przeczytałam samodzielnie, było opowiadanie Andrzeja Grabowskiego (jednego z moich ulubionych pisarzy dzieciństwa) pt.: “Reksio i Pucek”. Coś wtedy idealnie dla mnie, dla dziecka od zawsze marzącego o własnym psie. Reksio i Pucek to historia dwóch szczeniaków, które poznają świat, myślę, że większość dzieci ją znała, ponieważ weszła chyba do kanonu lektur tamtych czasów i po prostu każdy ją czytał. Inna sprawa, że książeczka jest prosta i bardzo zabawna, a same psy dość głupiutkie, jak to szczenięta, przeżywają różne śmieszne przygody i sprawiają mnóstwo kłopotów. Nigdy tej książki nie zapomnę, jest tą, która odkryła przede mną cudowny świat książki.

Pierwszą lekturą, jaką pamiętam ze szkoły podstawowej, były “Przygody Filonka Bezogonka” Gosty Knutsson. Czytywałam ją już leżąc w łóżku, przeżywając wraz z małym kociakiem jego przygody i wierzcie mi, były to fantastyczne i niesamowite historie.

Jakiś czas później jęczałam mamie, że nie mam co czytać. Mama wygrzebała z półki na samej górze grubą, małą książkę i dała mi mówiąc, żebym spróbowała przeczytać ze trzy pierwsze rozdziały. Zachwyciłam się i w późniejszych latach wracałam do niej wiele razy. Dzisiaj czytam ją córce. Mowa o “Dzieciach z Bullerbyn” Astrid Lindgren. I choć do innych książek autorki nie zapałałam nigdy miłością, ani nawet zbytnią sympatią, to “Dzieci (…)” odwiedzałam z prawdziwą i szczerą radością. Do dziś widzę oczami wyobraźni golusieńkiego Lassego siedzącego na kamieniu i grającego balladę na grzebieniu 🙂

A później odkryłam bibliotekę w szkole. Och, to był po prostu raj! Masa książek w jednym miejscu, tyle naraz i wszystkie dostępne natychmiast, od razu zaczęłam przesiadywać w niej na każdej długiej przerwie, a niedługo potem zaangażowałam się w pracę w bibliotece. Godzina wśród książek po lekcjach lub w czytelni, to była moja norma każdego prawie dnia. Tutaj właśnie wygrzebałam z półki wspaniałą “Cudowna podróż” Selmy Lagerlof, o zmniejszonym chłopcu podróżującym wraz ze stadem dzikich gęsi, poznającym ich życie i przygody, czasem wesołe, czasem smutne. Ta książka zaczarowała mnie bardzo głęboko, choć nie należała do wybitnie wesołych i beztroskich.

Również z biblioteki szkolnej przyniosłam jedną z moich najukochańszych książek – nie tylko dzieciństwa – “O chłopcu, który szukał domu” Ireny Jurgielewiczowej. To książka magiczna ze wszech miar. Żeby się nie powtarzać, przytoczę fragment recenzji, którą napisałam jakiś czas temu:

“Jak większość książek dla dzieci, ta również kończy się dobrze, ale wierzcie mi, nie jeden raz będziecie mieli łzy w oczach… Nie raz ściśnie się Wam żołądek i nie raz chwyci Was coś za serce. To piękna książka. I mimo, iż ma już swoje lata (została napisała w roku 1947), to pokazuje, że pewne wartości nigdy się nie zestarzeją, niezależnie od tego, w jakich czasach i w jakich realiach przyjdzie nam żyć. A to przecież bardzo ważna nauka dla naszych dzieci.”

Magia tej powieści, przy której zapominałam o całym świecie, sprawiła, że zapisałam się do biblioteki publicznej, bo ta szkolna przestała mi już wystarczać. A później była “Karolcia” i “Witaj, Karolciu” Marii Kruger, którą do dziś czytam z takim samym zachwytem, tym razem już mojej blisko siedmioletniej córce, “Babcia na jabłoni” Miry Lobe, z humorem, ale i piękną puentą, no i oczywiście “Doktor Dolittle i jego zwierzęta”. Wiecie, że marzyłam o tym, by tak jak doktor Dolittle, móc rozmawiać ze zwierzętami? Mało tego, nie tylko o tym marzyłam, ale przez jakiś krótki moment, miałam nawet nadzieję, że to możliwe. O doktorze opowiadałam wówczas w klasie, jako o swojej ulubionej książce.

W swoje pierwsze wakacje, miałam wtedy chyba z osiem lat, wygrzebałam z maminej biblioteczki powieść Andjelki Martić pt.: “Babcia Katarzyna”. Nie pytałam, czy mogę, po prostu zaczęłam czytać uznając, że skoro to jest o jakiejś babci… Przyznaję, że trochę mnie ta książka przestraszyła. Chyba bałam się podobnie jak główna bohaterka, tej obcej “babci”, która niczym czarownica miała czarnego kota i pewnie parała się czarną magią. To była pierwsza książka, w której zetknęłam się ze śmiercią. Tę końcową, ostateczną scenę z uśmiechniętą babcią Katarzyną, mam wyrytą w pamięci i zostanie ona tam pewnie do końca mojego życia. Podobnie jak krótka, ale wielce wzruszająca opowieść “O psie, który jeździł koleją” Romana Pisarskiego – pierwsza książeczka, przy której płakałam jak bóbr i podczas czytania której zrozumiałam dokładnie, co to znaczy wzruszyć się opowiadaniem. Tak ogromnie pokochałam tego psa, że nie mogłam się pogodzić z zakończeniem. Tak naprawdę chyba do dziś nie mogę.

Ostatnią książką, o której chcę wspomnieć w tej skromnej podróży do literatury mojego dzieciństwa, jest “W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Dlaczego? Ponieważ jest to pierwsza poważna lektura, po jaką sięgnęłam i przeczytałam od początku do końca, z otwartą niemalże buzią, zafascynowana przygodami dzieci. Miałam wówczas dziewięć lat. Tyle, co Nel. Staś był dla mnie wtedy bohaterem nad bohaterami, taki mądry i odważny, taki doskonały 😉

I tak sobie myślę, że gdyby nie te wszystkie książki, które wymieniłam, moje ulubione, z lat dziecinnych, do których już nie raz i nie dwa wracałam, to chyba nie byłabym dzisiaj tą osobą, którą jestem. Światy, w które zabrały mnie te książki wtedy, te trzydzieści lat temu, będące niczym Narnia za drzwiami szafy, ukształtowały moją miłość do książek. Dzisiaj nie wyobrażam sobie bez nich życia, bez czytania, bez pisania, siebie samej bez nich. Przeczytałam w życiu ponad dwa i pół tysiąca książek, wielu tytułów już nie pamiętam, wielu bohaterów i wielu miejsc, w których rozgrywała się akcja, również nie. Niektóre z nich przychodziły i odchodziły, zostawiając strzępki informacji, jakieś fragmenty przygód i przeżyć. Jednak tych kilku z lat dzieciństwa, nie zapomnę nigdy, bo to jest mój świat, moje wspomnienia, jedne z najpiękniejszych. Zdaję sobie sprawę, że większość dzisiejszej młodzieży, wychowanej często na książkach o Harrym Potterze, nie doceniłaby pewnie tamtych – dość skromnych – książeczek. I nie zrozumcie mnie źle, nie mówię tego w negatywnym tego słowa znaczeniu, bo uwielbiam Pottera, zarówno książki, jak i filmy i bardzo lubię do nich wracać i czytać znowu i znowu, ale książki z tamtych lat były dla mnie magiczne w zupełnie inny sposób. Moje pokolenie nie miało gier komputerowych, nie było wtedy takich “wypasionych” filmów jak dziś, a wolny czas spędzaliśmy głównie na dworze. Wymyślaliśmy własne historie, rzadko kiedy inspirowane filmami czy grami. I te wieczory, kiedy mama goniła już do łóżka… Mówiła, że mam jeszcze godzinę dla siebie, podczas której mogę robić, co chcę. A ja czytałam. I zawsze było mi mało. A kiedy gasło światło, na szczęście była jeszcze latarka. Pod kołdrą czekał na mnie zaczarowany świat zapisany na kartach książek… Cudowny, fascynujący, doskonały. Totalnie i fantastycznie magiczny…

*artykuł inspirowany pomysłem akcji PNGiSAM

 
 

Luźne myśli o tworzeniu

Już kiedyś zamieszczałam podobne wywody na fb, ale ostatecznie blog zmienił swój kierunek dopiero kilka miesięcy temu, a ja lubię mieć wszystko poukładane i uporządkowane i najlepiej w jednym miejscu.

Dawniej, jeszcze parę lat temu, największy problem w moim pisaniu stanowił dla mnie tytuł książki. A może nawet nie największy, ale taki, nad którym najmocniej i najdłużej musiałam się zastanawiać i często nie miałam jeszcze tytułu, pomimo napisania połowy powieści. Tytuł często przychodził sam pod koniec pisania książki albo nie przychodził wcale i musiałam wręcz na niego czekać jakiś czas, zanim się pojawił. Moje dwie pierwsze książki miały z początku inny tytuł niż w chwili obecnej, a trzeciej, najnowszej, sama zmieniłam tytuł tuż przed tym, jak posłałam książkę do wydawnictwa. Ostatnie dwie powieści (jeszcze nie zostały wydane) dostały tytuł z marszu. Pojawił się i został. I jest trafiony w samo sedno.

Teraz najdłużej trwa samo planowanie i początek. Dobieranie imion bohaterów, tworzenie ich teł, czyli rodzin, domów, historii, muszę sobie poukładać w głowie, jak ma wyglądać ich otoczenie, oni sami, muszę ich sobie dokładnie wyobrazić – na ogół piszę w notatkach imię i nazwisko i obok opisuję, jacy są. Notuję, jak wyglądają, jak się zachowują, jaki mają charakter, temperament, ile mają lat, zapisuję sobie ważniejsze wydarzenia z ich życia. Później, już w trakcie pisania, łatwo mi wrócić do notatek i przypomnieć sobie to wszystko, choć w miarę pisania i tak już to wszystko wiem. Notatki to mój najważniejszy plik. Generalnie tworzę sobie folder o nazwie takiej jak tytuł książki, a w nim mam plik notatki, w którym jest wszystko: zarys akcji, opis bohaterów, ogólny plan całości, jakieś dodatki. Obok niego również mapki z Google Maps, poglądowe opisy miast i miasteczek i tak dalej, i tak dalej, co tylko jest mi potrzebne.

Samo tworzenie nowej historii, pisanie planu, wymyślanie bohaterów – zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowych, dopracowywanie szczegółów, a później zamykanie wątków i zakończenie, zajmuje mi przeciętnie jakieś 6-8 tygodni. I niejednokrotnie jest to praca trudniejsza i wymagająca ode mnie więcej samozaparcia niż samo pisanie powieści. Jak to już ktoś powiedział: “Plan już mam, teraz będzie z górki – wystarczy to tylko napisać”.

Moi bohaterowie są z początku obdarzeni jakimiś tam cechami charakteru, zwyczajnymi osobowościami, które w miarę upływu czasu i treści w jakiś sposób ewoluują i się zmieniają. Bywa, że w pewnych sytuacjach bohater zachowuje się zupełnie inaczej, niż z początku sobie założyłam – zupełnie jakby zaczął własne życie i nie był uzależniony ode mnie. Zaskakuje mnie samą, jakby wymuszał na mnie pewne zmiany w treści i czasem faktycznie zmieniam dla jego potrzeb jakieś wątki. Wtedy wiem, że bohater jest autentyczny i prawdziwy: oddycha, żyje, czuje.

Często jest też tak, że już w trakcie pracy wracam do planu, by coś dopracować, dopisać i nagle wpada mi do głowy pomysł. Pojawia się z początku malutki i mało istotny, taki, że właściwie nie zwracam na niego uwagi. Brzęczy gdzieś z tyłu głowy jak natrętny komar i irytuje mnie podobnie jak on. Muszę się wówczas zatrzymać. Przestaję wtedy czytać, pisać i słucham tego brzęczenia. Tak się klują dobre idee, które wykorzystuję w książkach. Lubię to. Lubię czuć, że książki, zwłaszcza podczas pisania, często żyją własnym życiem. Fragmenty piszą się same, układają się w jakąś logiczną całość – mam wrażenie, że to często magiczny wręcz proces.

Zaczynałam pisać, kiedy nie było komputerów w każdym domu i u mnie też go wtedy nie było. Kupowałam wkłady do segregatorów A4, mnóstwo atramentu i pisałam wiecznym piórem. Mozolnie wypełniałam strony, jedną po drugiej, zapełniając całe grube tomiszcza. W taki sposób powstała książka “Zdążyć przed świtem”. Pamiętam te kartki i te skreślenia, które robiłam, a potem, kiedy już dorobiłam się w końcu komputera, przepisywanie wszystkiego – matko, jaka to była masakra! Zwłaszcza, że po blisko dziesięciu latach i tak napisałam tę książkę jeszcze raz i dopiero w takiej formie zdecydowałam się wydać. W podobny sposób napisałam i przepisałam trzy, czy cztery książki i do dziś mam awersję do przepisywania czegokolwiek 🙂 Dzisiaj jest łatwiej i szybciej. Mam laptopa, który jest moją ogromną pomocą w procesie pisania, wyszukiwania informacji i który umożliwia mi kontakt choćby z wydawnictwami. Na pewno prościej, ale czy lepiej? Osobiście właśnie tak wolę, więc dla mnie lepiej. Jak to już mówiłam na początku, lubię mieć wszystko uporządkowane w jednym miejscu 🙂

Co z tą dystrybucją?

W dzisiejszych czasach, jeśli ma się pomysł i trochę oszczędności, można wydać książkę bez większych trudności. Na ogół wygląda to tak, że po przesłaniu tekstu (większość wydawnictw wymaga całości, ale są też takie, którym wystarczą obszerne fragmenty), czeka się od trzech do sześciu miesięcy na decyzję. W wydawnictwie czyta powieść dwóch lub trzech recenzentów, jeśli wszyscy wypowiedzą się o niej… pochlebnie, to mamy szansę na wydanie. Sam proces trwa od trzech, czterech miesięcy do roku, wedle umowy, jaką podpiszemy. Potem mamy proces korekty jednej, drugiej, zaakceptowanie lub wybór okładki i pełno takich technicznych drobiazgów, przez które trzeba przejść. W końcu otrzymujemy egzemplarz sygnalny, czytamy go, oglądamy, akceptujemy (bądź nie), w końcu powieść ukazuje się drukiem. I teraz dopiero zaczynają się schody…

Niestety głównym problemem naszych wydawnictw i polskiego rynku, jest mocno kulejąca dystrybucja. Jeszcze dziesięć lat temu, kiedy wydawałam poprzednią książkę, widziałam jej egzemplarze w maleńkiej księgarence w Kołobrzegu, gdzieś tam na końcu świata, przy małej, urokliwej uliczce. Dzisiaj wydawnictwa stawiają na sprzedaż internetową, co jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Owszem internet jest siłą i mnóstwo ludzi robi w nim zakupy, ale kiedy ja osobiście idę do księgarni, to lubię wejść do stacjonarnego sklepu i popatrzeć, co w nim jest. Lubię dotykać książek, lubię ich zapach, lubię przekartkować parę stron i popatrzeć, w czym rzecz, lubię przeczytać recenzję na okładce. Tymczasem dziś, wchodząc do dużych księgarń, takich jak Empik, czy Matras, moi znajomi i rodzina, nie mogli kupić “Zdążyć przed świtem”. Na ogół słyszeli: “możemy dla państwa zamówić”. No ale to przecież nie o to chodzi! Jeśli ktoś o istnieniu danej książki nie wie, to o nią nie zapyta. A gdyby zobaczył przyciągającą wzrok okładkę, to może wziąłby ją do ręki. Może by ją obejrzał. Może przeczytałby recenzję z tyłu okładki, może by go ona zainteresowała, może by książkę zwyczajnie kupił. A jeżeli tej książki nie ma w księgarniach, to przepraszam, ale jak ma się sprzedawać? Nie każdy ma Internet, nie każdy ma internetowe konto w banku, nie każdy kupuje książki wysyłkowo. Wielu prawdziwych czytaczy lubi buszować po stolikach i półkach księgarni. Bo nigdy nie wiadomo, co można tam ciekawego znaleźć.

Tak więc, dystrybucja, to prawdziwa wydawnicza pięta achillesowa. Kiedy rozmawiałam z odpowiedzialnymi za to osobami, skarżąc się lekko na fakt, iż książki nie może kupić w księgarni w Warszawie choćby moja ciocia, usłyszałam, że to niemożliwe. Wystarczy ją ZAMÓWIĆ. Cóż… Za to w Trójmieście na pewno jest. Otóż, nie, nie ma. Nie w księgarniach stacjonarnych, nie w sklepie na rogu, na pewno nie w marketach, ani w wielkich koszach z książkami w alejkach centr handlowych. Tam jej nie ma. To w jaki sposób ma zaistnieć autor? Ma rozdawać ulotki? Napisałem to i to, zamówcie, bo warto? Przecież wydawnictwu powinno zależeć na tym, by książka się sprzedawała – ono też ma z tego dochody. A wówczas autor może miałby większą szansę ukazać się rzeszom czytaczy, których naprawdę istnieje jeszcze sporo i którzy są wręcz spragnieni dobrej lektury. Jeśli kupią książkę danego autora raz i drugi i to, co kupią, im się spodoba, będą chcieli kupić coś po raz trzeci. I czwarty. I tak dalej. Dla mnie jest to bardzo logiczne.

A dobrze znam czytaczy. Jestem jednym z nich od ponad trzydziestu lat.

Jak to jest z czytaniem?

Dostrzegam często gonitwę pod tytułem: “kto przeczyta więcej, szybciej, bardziej wartościowo”, etc.

No bo wiadomo, że nie wypada czytać byle czego, a najlepiej czytać jedną książkę na parę dni, żeby w tygodniu zmieścić przynajmniej trzy. No i najlepiej wybierać przodujących autorów, o których się mówi, pisze i wygłasza o nich same peany.

Cóż… Szczerze mówiąc, ja osobiście, czytam to, co mi się podoba i to, co lubię. Owszem, czasem trafiam na coś, co mi się nie podoba i z zasady doczytuję do końca, po czym zapominam. Jednak główna zasada jest taka, że jak mam ochotę przeczytać coś lekkiego, zabawnego i prostego, to to robię. A jeśli mam ochotę na horror, to sięgam po coś w tym stylu. Kiedy natomiast najdzie mnie chętka na jakieś dzieło z górnych półek, osławione, super dobre i mam na nie czas, to też po coś takiego sięgnę. Niekiedy poczytam romans, innym razem klasykę, czasem kryminał.

No bo o co chodzi w samym czytaniu? O przyjemność? O schowanie się przed światem? O relaks? A może o odchamienie się i ucieczkę od codzienności? No bo w gruncie rzeczy, po co czytamy?

Mnie czytanie przede wszystkim sprawia przyjemność. Ogromną. Lubię zwinąć się w kłębek na kanapie, z kocem, książką i ciszą i zagłębić się w świat moich bohaterów, czy to mroczny, czy romantyczny. Wtedy właśnie odpoczywam. Lubię, kiedy otaczają mnie książki, lubię na nie patrzeć, lubię brać je do rąk, kartkować, wąchać, przeglądać, a te, które już znam, podczytywać fragmentami. I mam z tego taką samą przyjemność, niezależnie od tego, czy trzymam w rękach Kinga, Norę Roberts, czy też Sienkiewicza. Bo książka to książka, mój drugi świat, którego nie oceniam, a który przyjmuję takim, jakim on jest.

Dlaczego to piszę? Bo zauważyłam, że jak ktoś czyta najnowszą książkę Stephena Kinga, to jest super gość, a jak męczy coś tam Diany Palmer, to już jest nudny i w ogóle do kitu. A przecież rzecz nie w tym, co czytamy, ale w tym, że w ogóle to robimy. A jeśli czytanie ma nam sprawiać przyjemność, to czytajmy to, na co akurat mamy ochotę.

Ja sobie na przykład wzięłam wczoraj z biblioteki “Zwyciężyć mimo wszystko” Sandry Brown i “Dom kości” Grahama Mastertona. Lubię ich oboje i chętnie czytuję ich oboje. Grahama to już przez sentyment, bo jako nastolatka (czekajcie, liczę, ile to lat temu było…) kupowałam dosłownie wszystko, co się tego autora ukazało na polskim rynku.

A co piszę? Piszę to, co mi w duszy gra. Głównie są to powieści dla kobiet, bo też ich bohaterkami są (również) kobiety, ale nie tylko. Książka “Zdążyć przed świtem” została określona mianem powieści sensacyjnej (i nawet została zrecenzowana w portalu kryminalnym). Ostatnio usiłowałam określić gatunek tej, która ma się ukazać lada moment i wcale nie było mi łatwo. W końcu zdecydowałam się na powieść sensacyjną z nutą romansu, ale tak do końca mnie to określenie nie przekonuje. Nie lubię ckliwości, więc nie piszę ckliwie, a przyjęło się uważać, że jak romans, to ckliwość, różowość i cukierkowe przesłodzenie. Otóż, wcale niekoniecznie. Zawsze usiłuję stawiać na autentyczność. I jeśli mój bohater kocha, to kocha namiętnie i z pasją, a nie cukierkowo. Jeśli rzuca się w pogoń za mordercą, to robi to z narażeniem życia, jeśli ktoś go zrani, to cierpi i płacze…

Książka, którą chciałabym wydać jako następną, jest powieścią obyczajową z tłem thrillera…

Chyba nie potrafię sprecyzować gatunku moich książek. A może jestem po prostu zwykłą grafomanką, kto wie?

Wypuszczenie swojej twórczości w świat, zawsze wiąże się z ryzykiem, że nie zostaniemy dobrze przyjęci. Ale to chyba nie jest w stanie zrazić autora. Bo prawdziwy autor nie pisze dla publiczności, a na pewno nie wyłącznie dla publiczności. On pisze głównie dla siebie, a pisze dlatego, że musi, bo tak właśnie dyktuje mu serce.

Copyright © 2024. Powered by WordPress & Romangie Theme.