Tag Archives: Fantastyka

“Order” Marcin Jamiołkowski

“Order” to drugi tom trylogii o warszawskim magu Herbercie Kruku. O pierwszej części pt.: “Okup krwi” pisałam tutaj: http://marta.kolonia.gda.pl/connieblog/?p=2175.

Kiedy poznajemy Herberta w “Okupie krwi”, jest on krawcem, spokojnym i żyjącym raczej na uboczu, z dala od ludzi. Teraz, gdy rozpoczynamy lekturę “Orderu”, zyskał on już miarę Obrońcy Warszawy. Podczas jednej z gonitw konnych na warszawskim Służewcu kontaktuje się z Herbertem przedstawiciel Kapituły. Z początku Kruk słucha go niechętnie, nie chce się bowiem mieszać w sprawy wątpliwej przyszłości. Nadal ma świeżo w pamięci ostatnie wydarzenia i starcie z bazyliszkami, kiedy to zginął jego ojciec, a on sam stracił rękę. Metalowa proteza, wprawdzie silna i przydatna, to jednak nie jest to samo. Tak więc Herbert słucha swego towarzysza tylko jednym uchem, wcale nie zamierzając wchodzić z nim żadne układy. Kiedy jednak słyszy, że ktoś ukradł Order Virtuti Militari należący do stolicy, całą swą uwagę kieruje ku przedstawicielowi Kapituły. Bo czy mieliście świadomość, że Order Virtuti Militari, może zostać przyznany miastu? Nie? No cóż, Herbert też nigdy o tym nie słyszał. Zdumiony i zaintrygowany, postanawia przyjrzeć się owej kradzieży z bliska.

Niestety ani Kapituła, ani Kruk, nie mają pojęcia, kto może stać za kradzieżą. Odzyskanie skradzionego orderu to rzecz trudna. Kruk, wraz ze swymi przyjaciółmi – Anną i Zezelem (znanymi nam już z “Okupu krwi”), z uwagą wertuje pozostawione przez ojca mapy. Nad sprawą pracują w mieszkaniu Kruka, które ten również odziedziczył po ojcu. Początkowo Herbert nie mógł przywyknąć do owego mieszkania, które zdaje się żyć własnym życiem i w którym stale dzieją się dziwne, magiczne rzeczy. A ponieważ we trójkę spędzają tam naprawdę dużo czasu, to pomimo niepokoju, jakie w niektórych z nich mieszkanie budzi, pozostało do jego dziwności zwyczajnie przywyknąć.

Herbert zaczyna poważnie się obawiać, kiedy wychodzi na jaw, że zniknięcie orderu wiąże się z dziwnymi porwaniami kilkorga dzieci, a te – z kolei – z bazyliszkami. A tych również już mieliśmy nieprzyjemność poznać w “Okupie krwi”. Po co bazyliszkom dzieci? Z początku Herbert tego nie wie, ale kiedy dokonuje odkrycia ich kryjówki oraz makabrycznej przyczyny, dla której dzieci są porywane, postanawia je wszystkie odnaleźć i uwolnić.

” – O tym, że w naszych rękach znajduje się krzyż stolicy, nie każdy wie, sprawa zawsze trzymana była może nie w sekrecie, ale… Nie ukrywajmy, niewielu wierzy w magię. Myśli pan, że ktokolwiek w rządzie chciałby słuchać historii o magicznym Orderze, który ochrania miasto? Czy daliby wiarę? Nie – odpowiedział sam sobie i pokiwał głową ze smutkiem”.

W połowie powieści stwierdziłam, że jak na książkę o magu, to tej magii tutaj jest zdecydowanie za mało. Potem jednak, w trakcie czytania, zmieniłam zdanie. Herbert Kruk to postać ze wszech miar magiczna. I choć stroni od magii, stara się jej nie używać i posiłkuje się nią naprawdę rzadko, to ona ciągle przy nim jest, stale go otacza, ciągle mu towarzyszy. Czasem objawia się w subtelnych drobiazgach, a czasem wybucha z siłą bomby atomowej, ale zawsze i niezmiennie jest przy nim. To jego przeznaczenie, jego istota, od której nie może się – nawet gdyby chciał – już odżegnać.

To, co najmocniej w książce wciąga, to jej klimat, choć nie jest to coś, co towarzyszy nam tutaj non stop, ale kiedy już się zdarza, to łapie nas wręcz za gardło i mocno ściska.

“Teraz dopiero dostrzegłem, że ubrany był w za dużą na niego, wojskową kurtkę. Obok, pośród szaro-czerwonego pyłu i ułamków cegieł, leżał hełm, który okalała biało-czerwona opaska. Świat zwolnił, wiatr ustał, światła latarni rozgorzały jaśniej i po chwili przygasły prawie zupełnie. Dźwięk miasta obniżył się do buczących tonów, a przejeżdżający samochód zatrzymał jak stop-klatka w filmie (…). Ciepły wiatr rozwiał mi włosy przynosząc zapach duszącego dymu (…).

– Pomóż nam – powiedział chłopiec chórem tysiąca głosów (…)”.

“Order” to powieść o odwadze i poświęceniu, o przyjaźni i o przeznaczeniu. To książka fantastyczna, ale tak idealnie i trafnie osadzona w naszym, współczesnym świecie, że ta fantastyczność – nawet jeśli nie lubicie tego gatunku – wynika tutaj z całości i jest na tyle naturalna, że wciągnie Was tak czy tak. Osobiście nie czytuję fantastyki, ale “Order” czyta się dobrze i szybko. Do tego mamy tu lekkie pióro autora, potoczny, prosty język, humor i dowcipne dialogi, dzięki czemu książkę czyta się nie tylko szybko, ale również bardzo przyjemnie.

Jak wspomniałam Herbert Kruk jest magiem warszawskim. Jak więc się domyślacie, akcja powieści rozgrywa się w Warszawie. I dla mnie jest to oczywiście kolejna z jej zalet, jako że Warszawa to moje rodzinne miasto, w którym przemieszkałam dwadzieścia pięć lat swojego życia. Kruk spaceruje – a czasem ucieka – ulicami, które znam, mija skwery i pomniki, które swego czasu również i ja mijałam. Znajome parki, domy, kamienice, nadwiślańskie ścieżki – to moje klimaty, zawsze mi bliskie.

“Poniedziałek przywitał Warszawę mgłą. Jej kłęby przewalały się ponad budynkami, pochłaniając wieżę Pałacu Kultury, i spadały miękkimi tumanami pod nogi przechodniów (…). Słońce nie miało dość siły, żeby przebić się przez mgłę i Warszawa skąpana była w sinej, płynącej z nieba poświacie, rozciągającej się aż po granice miejskiego horyzontu”.

Wady i niedociągnięcia? Mam wrażenie, że w przypadku “Okupu krwi” było ich chyba więcej. “Order” to dobrze i ładnie wydana powieść, bez błędów i literówek, a jedno, co rzuciło mi się w oczy i drażniło ucho, to słówko “wypluło”. Słowo użyte w odniesieniu do taksówki, metra czy tramwaju. I za pierwszym razem wydało się nawet pomysłowe. Niestety zostało użyte czterokrotnie, jakoś blisko siebie, dlatego postanowiłam się do owego “wyplucia” przyczepić. Ot, tak dla zasady. I wyłącznie dla zasady, bo “Order” to książka naprawdę dobra. I nie martwcie się, jeśli nie znacie pierwszej części cyklu o Kruku – książki można czytać osobno. Jeśli jednak macie za sobą lekturę “Okupu krwi”, to po “Order” też sięgnijcie. Jeśli pierwsza książka Wam się spodobała, druga spodoba Wam się na pewno. A jeśli jeszcze nie znacie Herberta Kruka, a lubicie powieści z humorem, ze szczyptą nietuzinkowej, zupełnie nieszablonowej magii oraz ciekawą fabułą, zainteresujcie się twórczością Marcina Jamiołkowskiego i sięgnijcie po jego książki. Polecam.

*cytaty pochodzą z książki

“Okup krwi” Marcin Jamiołkowski

Zwyczajny na pozór mężczyzna, bohater “Okupu krwi”, Herbert Kruk, mieszka w Podkowie Leśnej, gdzie wiedzie spokojne i w miarę ustabilizowane życie niezłego krawca. Spotyka się z piękną Melanią, z którą wiąże swoją przyszłość i choć skrywa pewne sekrety, wiedzie żywot przeciętnego, szarego człowieka – a przynajmniej właśnie za takiego chce uchodzić.

Jego spokój zostaje zakłócony w chwili, gdy w pracowni krawieckiej pojawia się dziwny jegomość w eleganckim wydaniu, trzyczęściowym garniturze, o dość specyficznych manierach i nietypowym wyglądzie. Przedstawia się jako Gerhard Schrödinger. Wręcza on Herbertowi kopertę, którą poleca dostarczyć w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie. Wraz z kopertą krawiec otrzymuje dość makabryczną przesyłkę. Okazuje się, że Melania została uprowadzona, a od tego czy Herbert dostarczy kopertę na czas, zależy życie dziewczyny. Zszokowany i przerażony, Herbert nie wie, jak powinien teraz postąpić. W kopercie znalazł tylko dziwną, tajemniczą płytkę, której przeznaczenia nawet się nie domyśla.

Przeszłość Herberta, tajemnicza i przesiąknięta magią, stanowi zamkniętą księgę dla jego znajomych, przyjaciół oraz dla samej Melanii. Warszawa od lat nie jest już magicznym miejscem i moce Herberta w niej nie działają. Przynajmniej tak sądzi nasz bohater. Tymczasem to właśnie do Warszawy ma trafić sekretna koperta i to w przeciągu kilku godzin. Jeśli Herbertowi się nie uda, Melania zginie. Śladem krawca ruszają wysłannicy Bractwa Miast, a niedługo później Herbert trafia w ręce wyznawców Bazyliszka. Biorąc jeszcze pod uwagę depczącą mu po piętach policję, dostarczenie przesyłki wydaje się niemalże niemożliwe. Na szczęście w drodze Herbert zyskuje paru sojuszników, między innymi detektyw Annę, która pomaga mu wypełnić zadanie.

str. 59 – “Zastanowiłem się ponownie nad Bractwem Miast. Znali mnie, śledzili, wiedzieli, czym się zajmuję i jakie mam plany. Ja o nich nie wiedziałem nic. Poza tym, że są dość zdeterminowani”.

Kiedy książka do mnie trafiła, nie miałam pojęcia, że będzie “magiczna”. Już w pierwszym rozdziale okazało się, że Herbert Kruk nie jest takim sobie zwyczajnym krawcem. Przyznaję, że początkowo mnie to zniechęciło, ale na szczęście książka okazała się na tyle wciągająca, by to moje zniechęcenie zwyczajnie zatrzeć.

Ciekawie i zupełnie nieszablonowo nakreślona fabuła sprawia, że powieść czyta się szybko i przyjemnie. Krótkie rozdziały, akcja poganiająca akcję, nieźle nakreśleni bohaterowie, prosty język z dużą dozą poczucia humoru – to zdecydowanie najmocniejsze atrybuty “Okupu krwi”. Mimo iż chwilami w książce wcale nie brakuje scen grozy, to humor, ironia i sarkazm są tu wszechobecne i bardzo się na tle akcji wyróżniają. Powieść pisana jest w narracji pierwszoosobowej, za czym osobiście nie przepadam, ale Herbert Kruk jest postacią na tyle intrygującą, że czytelnik chce wiedzieć o nim więcej i więcej, a wiedzę tę najlepiej pozyskać, jeśli poobserwujemy akcję z punktu widzenia głównego bohatera.

Herbert to postać z krwi i kości. Pełna autoironii, dystansu do samego siebie i samokrytycyzmu. Pomimo potężnych zdolności i ogromnej magicznej wiedzy, wcale nie rwie się szczególnie do tego, by z owej magii korzystać. Żyje spokojnie, pracuje jako zwyczajny krawiec i nawet jego dziewczyna nie zdaje sobie sprawy z tego, kim tak naprawdę jest mężczyzna, z którym się spotyka. A jemu wcale się nie śpieszy do wyjawiania swoich sekretów. Lubi swoje życie w takiej formie, w jakiej je prowadzi. Pojawienie się w zakładzie Schrödingera, kompletnie wywraca spokojnie życie krawca Kruka do góry nogami. Wydarzenia, które następują później, uświadamiają mu, że spokój i szarość dnia życia codziennego, właśnie się skończyły.

str. 61 – “Rzuciłem się na niego. Złapałem za szyję, ale nie natrafiłem na żaden opór. Palce zapadły się, poczułem pod nimi coś oślizłego, wijącego się, pękającego pod naciskiem. (…) rozpadał się w rękach. Na tysiące, miliony robaków”.

Spokojny i opanowany, w obliczu wszelkiego zagrożenia, Herbert stara się zachować zimną krew. I na ogół mu się to udaje. Bywają jednak chwile, kiedy jest to niemożliwe. Kruk, owładnięty Szałem Krwi, postrzega świat wszystkimi zmysłami. On go czuje, smakuje, a kolory i światła bombardują jego zmysły z prędkością myśli. Wówczas mag może bardzo wiele. O wiele więcej niż inni magowie, których spotyka w drodze.

str. 71 – “Poczułem, jak wzbiera moc. Zimno popłynęło do łokcia, ramienia i przez klatkę piersiową sięgnęło do gardła i twarzy. Zanim zrobiłem dwa kroki, lód zmroził całe ciało. Ale to nie było paraliżujące zimno. Ani usypiające odrętwienie, które zabija nieostrożnych himalaistów”.

Akcja książki jest dynamiczna i wartka, nie ma tu czasu na nudę. Napisana prostym językiem, z nietypowymi bohaterami i równie nietypową historią, wciąga i sprawia, że koniecznie chcemy wiedzieć, co będzie dalej. W tekście nie ma błędów, tu i ówdzie zaginął co najwyżej jakiś przecinek. Warsztat autora również pozostaje bez zarzutu i powieść czyta się naprawdę bardzo przyjemnie i lekko. Niektóre rozwiązania i pomysły wydały mi się na tyle nowatorskie, by nie dało się tej powieści przyrównać do żadnej innej, co – według mnie – jest jej niewątpliwą zaletą. Bo znaleźć książkę, która choć w pewnym stopniu różni się od innych i nie powiela znanych wszystkim schematów, to nie lada wyzwanie.

str. 150 – “Cofnąłem rękę i wsłuchałem się w miasto. Poczułem, jak przemawia do mnie. To było jak skarga. Jakby tysiące ludzi nagle zaczęło narzekać na zły los”.

Bardzo polubiłam głównego bohatera – za jego opanowanie, skromność, odwagę i humor. “Okup krwi” to powieść dla tych, którzy lubią w książkach powiew magii i dobrą, ciekawą, a jednocześnie niepospolitą przygodę. Warto nadmienić, że “Okup krwi” to pierwszy tom perypetii Herberta Kruka, drugi, pod tytułem “Order”, już wkrótce ukaże się na rynku wydawniczym. Polecam!

*cytaty pochodzą z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Za zieloną bramą” Piotr Wielgosz

UWAGA: jest to recenzja egzemplarza przedpremierowego, przed korektą i – jak wspomina wydawnictwo – z roboczą jeszcze okładką. Zdjęcie okładki – moje własne.

Miało być ciekawie, o demonach, o tajemnicach i o ogarniających umysł i ciało istotach, pełnych nadprzyrodzonych mocy. O czym było? Wierzcie mi, że naprawdę ciężko mi to określić.

Bohaterką książki jest Elli, młoda dziewczyna oraz jej przyjaciel Tomek. Elli ma dziwne sny, w których nachodzą ją okrutne demony, pragnące posiąść jej umysł. Elli nie ma już siły z nimi walczyć i za namową przyjaciela, bierze udział w spotkaniu z ciotką Tomka, która ponoć zna się na demonach i może jej pomóc. Niestety coś chyba idzie nie tak i dziewczyna traci przytomność.

Jest tu potencjał na ciekawą historię, ale niestety zabrakło całej reszty, by ją sklecić w całość. Przede wszystkim ciężko jest mi ocenić tę książkę przez pryzmat tego, iż otrzymałam egzemplarz przed korektą. Większość tekstu to zbyt długie zdania, w których chwilami wręcz można się zgubić. Czytałam początek i zanim dotarłam do końca, już zapominałam, o czym to czytałam na początku. Przykładowo:

“Czuła na sobie tak silne, przenikliwe i magnetyczne spojrzenie, że niczym osaczone zwierzę, mimo że skazane na porażkę, rzucające się w desperacji na znacznie silniejszego przeciwnika, odwróciła głowę w stronę postaci”.

“Częściowo pozrywane i poodklejane ze ścian tapety, poruszane co chwilę gwałtownymi, lodowatymi podmuchami przedostającego się tu wiatru, niczym stado uwięzionych w sidłach ptaków próbujących zerwać się do lotu, by po chwili rezygnacji ponowić swoją próbę, trzepotało skrzydłami wyblakłych płacht”.

“Od tygodnia siedział na podłodze, zdając się wpatrywać w gasnące i zapalające się słońce, którego promienie co dzień wyławiały z cienia kamienną twarz, omiatając ją delikatnie czerwonawą mgiełką, by potem rozgrzewać coraz bardziej, wyciągniętą w ich stronę skórę i wyciskać z niej drobne kropelki potu, zbierające się w większe, rozpędzające się po pomarszczonej skórze i turlające się w dół, ku podłodze”.

Kropelki potu z ostatniego akapitu spadają tak jeszcze przez pół strony. Przez nadmiernie wydłużone zdania, ich rytm jest w wielu miejscach poważnie zaburzony, przez co zwyczajnie utrudnia rozumienie tekstu. To samo tyczy się opisów. Opisy, zarówno miejsc, jak i zdarzeń, są zbyt rozwleczone, przy tym często nie wnoszą do tekstu niczego istotnego i nie posuwają akcji w ogóle naprzód. Tak naprawdę książkę tę można było zamknąć w stu paru stronach (w chwili obecnej ma ich 330) i myślę, że byłby to dla niej zabieg bardzo korzystny. Do tego masa powtórzeń, błędy stylistyczne, rażące (mnie osobiście) śmiechy w stylu “ha, ha, ha” w tekście, nagminne powstrzymywanie łez przez wszystkich bez wyjątku bohaterów i rozpoczynanie większości rozdziałów otwieraniem oczu któregoś z nich. Do kompletu wiele rozdziałów kończy się traceniem przytomności przez którąś z postaci.

Co się zaś tyczy bohaterów… Wszystkie postaci są jednakowe. Odniosłam wrażenie, że żaden od drugiego niczym się nie różni. Wszyscy podobnie mówią, używają podobnych słów, podobnie się zachowują, mają podobne myśli. Żaden z nich nie został przedstawiony na tyle sugestywnie, by jakoś przyciągnąć moją uwagę. Nie wiem nawet, jak poszczególne osoby wyglądają, ich charaktery i osobowości są płytkie i chwilami zdawało mi się, że dialogi prowadzone są przez grupkę dzieci bawiących się w zainscenizowane historyjki o demonach.

Być może typowy fan fantastyki odnalazłby w tej powieści coś, co przyciągnęłoby jego uwagę, jednak te nagminnie rozbudowane zdania psują całą zabawę i najzwyczajniej w świecie czytelnika męczą. Być może autor silił się na poetycki język i postawił na ładne, kwieciste słownictwo, ale w ten sposób jedynie udało mu się zagmatwać akcję, uwikłać przodującą myśl książki w zbyt barwne opisy i za bardzo koronkowe porównania. Pełno tu arabesek i psujących efekt ozdobników.

Poza mocno przydługimi zdaniami, w tekście pojawiają się stylistyczne niedociągnięcia sprawiające, że całe zdanie nie tylko traci sens, ale też brzmi śmiesznie lub dziwnie. Poniżej dwa takie stylistyczne kwiatki:

“Może nie była to rewolucja, ale to, co właśnie usłyszał bardzo go zainteresowało, by po chwili zaintrygować do tego stopnia, że postanowił zrobić coś, co mu się prawie nie zdarzało, albo też nie zrobić czegoś, co robił stale”.

“My jako cywilizacja dużo, znaczniej bardziej niż dużo, wyżej rozwinięta wykorzystaliśmy tylko ich niewiedzę i nie wyprowadzając ich z błędu, tymi bogami zostaliśmy”.

Niestety potykanie się o tego rodzaju gramatyczne wyboje nie tylko utrudnia samo czytanie, ale zwyczajnie odbiera na nie chęć.

Mam nadzieję, że wydawca postara się z korektą, bo w formie takiej, w jakiej trafiła do mnie książka, nie widzę dla niej miejsca na rynku wydawniczym. Ponieważ jest to egzemplarz przed korektą, nie będę jej oceniać w portalu lubimyczytac.pl, co dla książki może i lepiej, bo więcej niż jednej gwiazdki, raczej by ode mnie nie dostała.

*cytaty pochodzą z książki

“Moherfucker. Hell-P” Eugeniusz Dębski

Skusiłam się na książkę, która w moim mniemaniu obiecywała mi coś pokroju prozy H.P. Lovecrafta, mity Cthulhu, a do tego pomioty owego potwora i to gdzie? W Polsce. Jak już niejednokrotnie wspominałam, nie czytuję fantastyki i tę książkę wzięłam do rąk pod wpływem chwili.

“Hell-P” otwiera cykl “Moherfucker”, na który składają się trzy powieści. Guimony, odpryski Cthulhu, przemierzają świat, sycąc się ludzkimi emocjami, a wyglądają tak, jak każdy z nas. Aspirant Kamil Stochard zostaje oddelegowany z ABW do tajnej misji, trafiając pod rozkazy amerykańskiego agenta Jerry’ego. Jerry (Jerzy) jest specem od wykrywaniu i uśmiercania guimonów, które najczęściej przyjmują postać staruszków lub nastolatków. Rozpoczyna się polowanie na niebezpiecznego i przerażającego wroga.

Książka obfituje w sceny pościgu, walk i strzelanin, które akurat osobiście bardzo lubię, nie brakuje jej również nagłych zwrotów akcji, niestety na dobre wciągnęła mnie dopiero w okolicach dwusetnej strony (całość ma 324 strony), wcześniej w powieści panował chaos. Być może tak właśnie miało być, chaos był potrzebny, ale trwał zbyt długo, co mnie skutecznie zniechęciło, powodując bałagan myślowy, a niektóre porównania i zbyt długie zdania wybijały mnie wręcz z rytmu.

Niewiele dowiedziałam się o bohaterach, choć zarówno Stochard, jak i jego amerykański przełożony, stanowią dość duże pole do popisu i są postaciami z pewnością ciekawymi. Zabrakło tu szerszego studium postaci, bo właściwie nie potrafię określić, jacy są obaj mężczyźni. Owszem, można rzec, że nie było tu na to czasu, ale to nieprawda. Autor zawarł w powieści sporo przemyśleń głównego bohatera, więc zmieściłoby się z pewnością jeszcze trochę więcej.

“I ja – pracownik Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Racjonalista, agnostyk… Rozejrzałem się dookoła. Nadal nikt do nas nie ciągnął, ani policja, ani straż miejska (…). I nagle dotarło do mnie, że to wszystko może być snem: Jerry Wilmowsky, guimony, Fn’thal, Wadowice… To by tłumaczyło, dlaczego traktuję stwory nie z tej ziemi jak bandziorów z Kijomłotów, dlaczego mnie nie dziwią”.

No właśnie, jak mówi powyższy fragment, w książce zabrakło tej szczypty realizmu. Mimo, że naszym bohaterom udało się dopaść po drodze wielu guimonów, to ani razu nikt się tym nie zainteresował. Nikogo nie zdumiał fakt, że słychać strzały, że na ziemię pada nagle nastolatek, po czym po chwili znika. No ale ponieważ jest to książka fantastyczna, to może można przymknąć na to oko.

Na stronie 275 mamy całkiem spory fragment tekstu po angielsku, który nie został przetłumaczony na język polski. Ponieważ jest to polskie wydanie polskiej książki, takie tłumaczenie – w moim przekonaniu – powinno się tu znaleźć.

Generalnie książkę czyta się szybko, można ją potraktować jako lekką lekturę na kilka zimowych wieczorów. Sam pomysł mnie zainteresował, głównie ze względu na Cthulhu, ale to, co najbardziej mnie od tej książki odstręczało, to język. Nie ma tu bowiem strony bez wulgaryzmów. Nie przeszkadzają mi one, kiedy pojawiają się tam, gdzie trzeba, gdzie to koniecznie, gdzie inaczej się nie da. Uważam nawet, że przydają one książce pewnej autentyczności. Tutaj jednak są nadużywane, aż do przesady, do znudzenia, do zniesmaczenia. I to jest największa wada “Hell-P”. Gdyby nie to, pewnie uznałabym, że książka jest całkiem niezła i że warto ją przeczytać. Zwłaszcza, że obfituje w specyficzny humor, który wyciąga powieść z głębin horroru i dzięki niemu książka wcale horrorem nie jest – sami musicie zdecydować czy to wada, czy zaleta.

“Jeśli miałem jakieś wątpliwości, to wyparowały w tej właśnie chwili. Majtnąłem chłopakiem i choć nienaturalnie mocno jak na swoją posturę się opierał, udało mi się ustawić go bokiem do siebie, po czym z całej siły kopnąłem go w klatkę piersiową. Nie zdołałem go utrzymać, choć taki miałem zamiar. Wyrwał mi się, przeleciał przez niskie ogrodzenie ze skrzynkami begonii, opadł na czworaki i nie podnosząc się, pomknął wzdłuż płotka. Jerzy dusił drugiego przeciwnika lewą ręką, prawą wykręcając mu jednocześnie głowę… Czekałem na trzask kręgów, ale ciągle go nie było, choć dzieciak patrzył już niemal na swoje plecy”.

Tak, humor jest z pewnością zaletą tej książki, mnie osobiście przypadł do gustu, choć jeśli ktoś spodziewał się powieści grozy, horroru czy czegoś w ten deseń, to raczej tego tutaj za sprawą właśnie owego humoru, nie znajdzie. Rozładowuje on za każdym razem napięcie i sprawia, że się uśmiechamy, a nie drżymy, co nie znaczy, że powieści brakuje scen wywołujących gęsią skórkę na ramionach. W większości jednak są one łagodzone (być może celowo) przez ogólny słowny humor. Zresztą w moim odczuciu już samo wepchnięcie odrzutu potwornego Cthulhu, jakim jest guimon, w ciało staruszka, jest posunięciem daleko humorystycznym. Dlaczego? No bo wyobraźcie sobie podpierającą się laseczką nobliwą staruszkę, która nagle, na Wasz widok, przyspiesza kroku i wyraźnie wybierając Was sobie na ofiarę, prężnym krokiem się do Was zbliża. Straszne? Tak! Ale i zabawne w niezwykły – z lekka pokręcony – sposób.

“Para staruszków wracała, ale już nie struchlałym drobnym dreptaczkiem, tylko sprężystym energicznym krokiem łowców. To było… tak, przerażające – stare ciała, wiotka skóra, wyblakłe spojrzenia i do tego ostry drapieżny krok”.

“Hell-P” to książka wyłącznie dla fanów fantastyki. Myślę, że reszta raczej nie znajdzie tutaj niczego interesującego dla siebie. Pewnie dlatego powieść nie trafiła w moje gusta i po kolejne tomy już nie sięgnę. W “Hell-P” możecie na końcu przeczytać fragmenty tomów drugiego i trzeciego: “Moherfucker” i “Russian Impossible”.

* cytaty pochodzą z książki
** książkę przeczytałam dzięki Autorowi i Akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Ziemią wypełnisz jej usta” Katarzyna Uznańska

Mocno nietypowa książka, o której ciężko jest mi powiedzieć coś konkretnego. Sięgnęłam po nią bazując na opisie wydawcy, choć do końca nie byłam przekonana. Jednak nie żałuję, ponieważ autorka snuje w niej niezwykłą opowieść, pełną dziwnych i niecodziennych wydarzeń. Trudno jest mi przydzielić ją do jakiegoś konkretnego gatunku literackiego, ale myślę, że najbliżej jej do fantastyki przygodowej.

Na początku poznajemy Łowcę. Łowca, ukrywający się w cieniach kamienic, wąskich uliczek i mrokach miasta, każdej nocy wyrusza na polowanie. Jego celem stają się kobiety, których ciałami Łowca dzieli się z rzeką. Rzeka to coś, co stanowi jego łącznik ze światem, mówi do niego, szepcze, szemrze, przywołuje go do siebie, podszeptuje, co należy robić. Łowca całe swoje zaufanie pokłada w rzece, to ona steruje jego poczynaniami i kieruje jego myśli na właściwe tory. Dzięki niej w życiu Łowcy panuje ściśle określony porządek, niczym niezakłócany. Nieuchwytny, poluje nocą, nikt nie podejrzewa, że w jego umyśle rodzą się coraz to nowe obrazy kolejnych morderstw, a on sam zaczaja się na nowe ofiary.

“Oderwał się od balustrady i ruszył na drugą stronę rzeki. Jakieś dziecko, góra trzyletnie, wpadło mu pod nogi, odruchowo łapiąc się jego spodni, i podniosło główkę. Mężczyzna zobaczył w jego oczach zaciekawienie, a potem narastający lęk. Chłopczyk puścił nogawkę i zaczął krzyczeć wniebogłosy. Podbiegła matka, równie zaniepokojona jak malec, ale Łowca już ich wyminął. Obojętnie szedł dalej. Ten mały ma instynkt, pomyślał, wie, że mógłbym go rozszarpać jedną ręką. Dzieci są podobne do psów, które szczekają na pijaków i szaleńców. Dzieci nie dają się oszukać pozorom i maskom nakładanym, by ukryć prawdziwe intencje”.

Któregoś jednak dnia w życiu Łowcy pojawia się Ina, tajemnicza istota zwana estrią. Wywraca ona jego uporządkowany świat do góry nogami, zakłóca spokój i nagle Łowca z myśliwego staje się ofiarą. Okaleczony przez estrię, przez jakiś czas żyje wyłącznie morderczą rządzą zemsty. Przepełniony bólem i nienawiścią, próbuje ją odnaleźć i zabić. Kiedy wreszcie może ją zobaczyć, przekonuje się, że istota jest nadludzko piękna. Owładnięty teraz dodatkowo obsesyjnym pożądaniem i pragnieniem zespolenia się z estrią, Łowca odsuwa na bok zemstę i poddaje się opowieści, którą snuje tajemnicza i – jak się zorientował – nieśmiertelna estria. Ina zaczyna swoją opowieść od czasów, kiedy była dzieckiem lub może nawet jeszcze wcześniej. Cała historia rozgrywa się na przestrzeni tysiąca lat, a my, wraz z tragiczną postacią wschodniego mistrza, o którym opowiada Ina, przemierzamy dawną Japonię, poznajemy sekrety mnichów, starożytnego dobra i zła, japońskiego honoru, krajobrazy i mieszkańców oraz ich uczucia. Od miłości i pragnienia do nienawiści i zemsty, od bólu i cierpienia po wieczną tułaczkę i wreszcie pragnienie śmierci.

Wschodni mistrz był zdecydowanie moją ulubioną postacią w tej książce. Lubiłam o nim czytać, fascynował mnie czas, w jakim przyszło mu żyć, zanim stał się nieśmiertelny. Rozdarty pomiędzy uczuciami do rodziny, a swoimi niecnymi występkami, dąży wprawdzie do zemsty, ale w końcu zmęczony życiem i podróżami, jedyne, czego pragnie, to śmierć.

Autorka pisze poetyckim, barwnym językiem, bogatym w określenia pasujące do nieco zamierzchłego tonu, jakim posługuje się Ina oraz postaci z jej przeszłości.

“Nocami spacerowałam po pięknie utrzymanym ogrodzie, o który dbał niezastąpiony Lupul. Letnie upały były dla mnie bardzo przyjemne; lubiłam ciepło, a za dnia nie mogłam się nim cieszyć. Powietrze przesycone kwiatowymi zapachami otulało mnie niby jedwabny, wschodni szal. Często siedzieliśmy (…) do wczesnego świtu w ogrodowej altance, która nieco przypominała buduar – z palisandrową podłogą wyściełaną perskim dywanem, otomankami pełnymi miękkich poduch, latarenkami rozświetlającymi mrok nocy i muślinowymi zasłonami zwieszającymi się dookoła”.

Sama konstrukcja książki to długie rozdziały, oddzielające historię opowiadaną przez Inę od wydarzeń, które dzieją się współcześnie dla Łowcy. Ina wie, że Łowca chce ją zabić, uprzedza go jednak, że w jej przypadku nie jest to takie proste. Wszystko wskazuje na to, że estria jest nocną istotą, żywiącą się krwią swoich ofiar, unikającą słońca, które dotkliwie może ją poparzyć. W książce jednak nigdzie nie pada chyba słowo “wampir”, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Ina kończy swoją opowieść w bardzo ciekawym momencie, niczym Szeherezada w “Baśniach tysiąca i jednej nocy”, po czym znika. Łowca ciężko to przeżywa, zaniedbuje się, całymi dniami nie wstaje z łóżka, choruje, a co najgorsze dla niego, przestaje słyszeć nawoływania rzeki. Podobnie jak Łowca, również czytelnik zupełnie niepewny czy estria wróci, czuje się lekko zagubiony. Chciałam znać dalszy ciąg historii i miałam szczerą nadzieję, że Ina wróci. Wróciła. A opowieść popłynęła dalej, ku mojemu zadowoleniu i uciesze Łowcy.

“Dotarłam do Wiednia tuż przed świtem. Słońce muskało moją twarz, kiedy minąwszy rogatki miasta, szybko mknęłam brukowanymi ulicami. Wiedeń w tamtych czasach przechodził gruntowną przebudowę, zburzono średniowieczne mury i utworzono szeroką aleję, przy której powstawały kolejne wspaniałe, choć nieco pompatyczne budowle stylizowane na różne epoki”.

Podobne temu opisy europejskich miast zauroczyły mnie mocno, ponieważ autorka opisuje je w różnych czasach, zależnie od tego, gdzie i kiedy akurat przebywała estria. Tym sposobem odwiedzamy wspomniany wyżej w cytacie Wiedeń, Paryż, Londyn, a także Japonię i Polskę, oczywiście w różnych latach ubiegłego wieku. Te wszystkie miasta i kraje są tłem dla osobliwych wydarzeń związanych z pewnym rytuałem uzyskiwania nieśmiertelności oraz Inanną – pełną sekretów okrutną boginią.

Książka skierowana jest do czytelników dorosłych, ale nie brak w niej chwilami (zwłaszcza w opowieści dotyczącej dawnych, starożytnych czasów) fragmentów, które tchną wręcz baśniowym klimatem, a które mnie osobiście ogromnie się spodobały. Jak te z opowieści o czarnoksiężniku Merlinie z legend arturiańskich.

“Kiedy przepływał w małej, chwiejnej łódce jedną z czterech wielkich rzek tego kraju, czółno wywróciło się (…). Młodzieniec opadł na dno rzeki, jego długie włosy falowały wokół przystojnej twarzy, niezmienionej przez czas. Zamknął oczy i pozwolił unosić się wodzie, bezwolny i obojętny. Z nurtem rzeki dotarł do podwodnej jaskini pełnej zielonego blasku”.

Książkę czyta się szybko, ciężko było się od niej oderwać. Bardziej niż zapędy i rozmyślania Łowcy, wciągała mnie historia Iny. Język, jak już wspomniałam, jest barwny i kolorowy, dzięki czemu powieść nie jest sztampowa. Czy jest przewidywalna? Chyba nie. A już z całą pewnością jest inna. Jest to jedna z tych książek, które plasują się u mnie wśród: “nigdy czegoś podobnego nie czytałam”. Spodobały mi się też pewne nawiązania do innych postaci z literatury, jak na przykład to poniżej, dotyczące Kuby Rozpruwacza:

“Bogacze pragnęli zapewne, by cała dzielnica ludzkiego robactwa zapadła się do kanałów, znikając z mapy miasta raz na zawsze. Policja parę razy omal mnie nie zdybała, ale byłam dla nich za szybka. Na dodatek miałam szczęście, gdyż w tamtym czasie grasował po Londynie morderca szlachtujący kobiety tak jak ja. To na jego konto poszły moje wyczyny, choć jego też nigdy nie złapała ta głupia sfora z Yardu”.

Nie wiem, czy celowym zabiegiem tutaj jest fakt, że autorka nikogo nie ocenia. Żadnej z postaci nie kamienuje, z żadnej nie robi bohatera, o żadnej nie mówi, że jest dobra czy zła. Ocenę pozostawia czytelnikowi. Ocenę postaci, ich czynów, ich wyborów i decyzji.

Trochę chyba rozczarowała mnie końcówka. Zdaje się, że oczekiwałam jakiegoś konkretnego rozwiązania, a nie pozostawienia mnie samej sobie z mnóstwem domysłów i zastanawianiem się, co w całej tej opowieści jest literacką prawdą, a co tylko fikcją. Ale to chyba jedna z cech charakterystycznych tej książki. Taki drobny niedosyt, coś nieuchwytnego, jakaś tajemnica, która gdzieś tam zostaje.

Zdecydowanie polecam. Miłośnikom przygody, na pewno tym, którzy lubią słuchać opowieści, tych starożytnych i tych współczesnych. No i może jeszcze tym, którzy sądzą, że nieśmiertelność to taka super sprawa.

*wszystkie cytaty pochodzą z książki
**opinia również w portalu lubimyczytac.pl

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.