Tag Archives: Horror

“Droga do piekła” Przemysław Piotrowski

Nie sposób przeoczyć tej książki na półce, a to za sprawą mrocznej i bardzo sugestywnej okładki. Grube łańcuchy, jakaś grota, blask ognia liżący chropowate ściany. Zaprojektowana przez Dariusza Kocurka okładka jest ogromnym atutem książki i czymś, co na dzień dobry przyciąga wzrok czytelnika.

Bohaterem “Drogi do piekła” jest były żołnierz amerykańskiego oddziału Seals – John Pilar. Niesłusznie skazany na śmierć za wyjątkowo bestialskie morderstwo swej żony i trojga dzieci, otrzymuje zabójczy zastrzyk. I w tym momencie jego życie bardzo nieoczekiwanie się komplikuje… Kiedy John przytomnieje, do jego nozdrzy dociera przykra i gryząca woń siarki…

Tymczasem jego młodszy brat, Lukas, nie wierzy w winę Johna i wraz ze znajomą dziennikarką, Rose, zaczyna prywatne śledztwo, by oczyścić brata z zarzutów. Im głębiej wspólnie kopią, tym więcej zamieszania powodują, a to, co udaje im się znaleźć, mrozi im krew w żyłach.

A potem jest tylko coraz gorzej.

Czy John na pewno jest niewinny? Komu i dlaczego zależało na jego śmierci? Czy piekło, którego jest on świadkiem, istnieje naprawdę? Czy jest tylko koszmarnym wytworem jego wyobraźni? Jak daleko może posunąć się człowiek dla władzy i pieniędzy? I – odwieczne pytanie dręczące ludzkość od zarania – co nas czeka na samym końcu? Czy przyjdzie nam zapłacić za grzechy?

Autor snuje bardzo dobrze zawiązaną intrygę, w której nawet my nie możemy być do końca pewni, co jest fikcją, a co prawdą. Nowatorskie podejście do tematu i osadzenie powieści w realiach Nowego Jorku, czynią z niej lekturę ciekawą, mroczną i bardzo wciągającą.

str. 155 – “Tysiące myśli przelatywało mu przez głowę. Szarpały jego świadomością jak szmacianą lalką, nie chciały się ujarzmić i pozwolić na opamiętanie. Kołatały się w takt rytmicznych bębnów, bijących kilofów, skwierczącej lawy i tysięcy zawodzeń cierpiących katusze grzeszników. Z każdą kolejną sekundą doprowadzały go do coraz większego szaleństwa”.

Powieść wciągnęła mnie od pierwszych stron. Nie ma tu rozwleczenia akcji, nie ma przegadania, nie ma zbędnych ozdobników, które zaburzałyby tylko i niepotrzebnie zwalniały akcję. A ta płynie tu wartko, dynamicznie i ciekawie. I choć co jakiś czas przeskakujemy od bohatera do bohatera, to nie wybija nas to z rytmu i książkę czyta się naprawdę szybko i przyjemnie. Styl autora to nie to, co nazywa się lekkim piórem, za to jest nienaganny, a i temat, jakiego ów się podjął, wcale nie należy do prostych i lekkich. Postaci mówią językiem potocznym, nieskomplikowanym, trochę za dużo tu wulgarności, ale rozumiem, ponieważ miejsca, środowiska oraz nierzadko osoby, z jakimi mamy tutaj do czynienia, wymagały ostrzejszego języka, a głaskanie po głowie i uprzejmości wyglądałyby po prostu nienaturalnie.

Autor bardzo skutecznie potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika. Nawet sceny z pozoru statyczne trzymały mnie w napięciu i nie pozwalały odłożyć książki na bok. Piekielne ognie, sceny pełne pożogi i okrucieństwa, to tutaj chleb powszedni i dlatego nie jest to książka dla czytelników o słabszych nerwach. Skwar, krew, odór siarki i smród fekaliów stanowią często tło zdarzeń, o jakich czytamy w “Drodze do piekła”.

Napisałam na początku, że głównym bohaterem powieści jest John. Owszem, ale na równi z nim stoi jego młodszy brat, Lukas, a może nawet ustawiłabym go nieco wyżej, bo jednak scen z nim jest więcej. Lukas to były policjant, któremu powinęła się w życiu noga i który popadł w alkoholizm. Walka Lukasa z nałogiem idzie w parze z obsesyjną wręcz potrzebą odkrycia prawdy. Lukas za wszelką cenę chce udowodnić niewinność brata, ale czy zależy mu na tym aż tak bardzo, by wygrać z nałogiem? Czy mężczyzna będzie na tyle silny, by temu sprostać?

“Droga do piekła” to mocny i bardzo mroczny thriller, nie brakuje w nim też scen, których nie powstydziliby się najlepsi autorzy krwawych horrorów.

str. 206 – “Kilka następujących po sobie oślepiających błysków znów sprowadza go w mrok. Trzyma coś w rękach, to, co znajdowało się w rozbitym pojemniku z formaliną. Czuje jej gryzący zapach. Nie wie, skąd, ale jest pewny, że zaraz znów rozbłyśnie światło, a on ujrzy, co ma w dłoniach. Tak naprawdę już to wie, choć boi się do tego przyznać. Nie chce utwierdzać się w swoim przekonaniu”.

Klimat grozy ogarnia czytelnika już na samym początku lektury i trzyma go mocno aż do ostatnich słów, a piekielna atmosfera robi niesamowite wrażenie. Nasza wyobraźnia nijak nie daje się oszukać i pewnych scen nie sposób już wymazać z pamięci. Nie jest to powieść dla wrażliwców, a nawet ci twardsi mogą mieć później kłopoty z zaśnięciem.

Polecam, jeśli nie macie oporów przed scenami pełnymi grozy i jeśli lubicie ten specyficzny dreszcz podczas czytania tego gatunku. Jest to pozycja godna uwagi i na pewno spodoba się wszystkim lubującym się w grozie, thrillerze i horrorze.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Videograf


“Zombie.pl” Robert Cichowlas, Łukasz Radecki

Każdy chyba, przynajmniej raz w życiu, oglądał film o zombie. Każdy też mniej więcej wie, jak zombie wygląda, jak się zachowuje i co jest jego celem. Noce żywych trupów i inne tego typu produkcje, całkiem obrazowo zaznajomiły nas z zombiakami. Podobnie gry komputerowe, zwłaszcza seria “Resident Evil”, w której mamy do czynienia z uwolnionym z korporacji Umbrella wirusem i hordami zombie w mieście. A książki o zombie? Znacie? A ile znacie takich, których akcja osadzona jest w Polsce? Osobiście znam “Infekcję” Andrzeja Wardziaka (http://marta.kolonia.gda.pl/connieblog/?p=1698), której akcja toczyła się w Warszawie, no i teraz znam “Zombie.pl”.

Ciekawy tytuł? Na pewno wiele mówi.

Akcja książki rozpoczyna się w Gdańsku, w Brzeźnie, tuż przy plaży, gdzie dwóch partnerów w interesach – a prywatnie również dobrych kumpli – świętuje otwarcie swojej kolejnej restauracji.

Karol Szymkowiak, bo to on jest głównym bohaterem powieści, przesadza tego wieczoru z alkoholem i budzi się rano w hotelowym pokoju z potwornym bólem głowy i złymi przeczuciami. Wokół panuje nietypowa – jak na środek plażowego sezonu – cisza. Kiedy Karol trafia na zmasakrowane resztki swego kumpla, a potem zauważa nietypowe zachowanie postaci krążących wokół samochodów na ulicy, domyśla się, że stało się coś okropnego. Ma wprawdzie nadzieję, że to tylko zły sen, ale pierwsze napotkane zombie skutecznie utwierdzają go w przekonaniu, że to wszystko dzieje się naprawdę. Później Szymkowiak zastanawia się tylko, czy zombie opanowały Gdańsk i okoliczne miasteczka, czy też całą Polskę, a może nawet cały świat? Nie działają telefony, ani transport, więc możliwość jakiegokolwiek kontaktu ze światem zmalała praktycznie do zera. Karol wie już, że jedyną szansą na ratunek jest ucieczka. Dokąd? Dokądkolwiek, byle dalej od zombiaków. Karol za wszelką cenę chce się dostać do Poznania, gdzie zostawił żonę i synka.

Akcja książki rozpoczyna się w Gdańsku i przyznaję, że to był główny powód, dla którego bardzo chciałam ją przeczytać. Ucieczka książkowych postaci ulicami, które znam, na których czasem bywam i które potrafię umiejscowić topograficznie, to nie lada doświadczenie. Później bohaterowie przenoszą się do Malborka i okolic zamku krzyżackiego, które też znam, więc jeśli chodzi o samo tło wszystkiego, co się w powieści działo, to książkę czytało mi się świetnie.

“Zombie.pl” to lektura dla tych, którzy lubią dynamiczną, pełną nagłych zwrotów akcję. Nie brakowało tu zaskakujących scen, których zupełnie się nie spodziewałam i dzięki którym książka wciągała coraz mocniej i bardziej. Oczywiście, jak na powieść o zombie przystało, pełno w niej krwawych opisów i to opisów dość drobiazgowych, nieźle działających na wyobraźnię czytelnika:

str. 112 – “(…) dolna część ciała nieszczęśnika została po prostu zgnieciona i się oderwała. Mimo że nogi i miednica odpadły, a wnętrzności wylewały się z korpusu niczym spaghetti ze słoika, zombie dalej bezmyślnie stukał w szybę, zupełnie nieświadom tego, co się z nim dzieje”.

Karol, biznesmen, kompletnie nienawykły do rozwiązywania problemów w sposób siłowy, ma z początku kłopot z atakowaniem zombiaków. Wprawdzie usiłuje przekonać samego siebie, że to już nie są ludzie, jednak pozbawienie zombie głowy, nadal wydaje mu się dalece niemoralne i zwyczajnie niemożliwe. Dopiero później, kiedy przychodzi mu walczyć o własne życie i o bezpieczeństwo kompanów, jest gotów pogwałcić kilka własnych zasad i nagiąć reguły, których w innych okolicznościach nigdy by nie nagiął. Bo kiedy przychodzi taki moment, że człowiek jest zdolny złamać niemal wszystkie swoje zasady i posunąć się do czynów co najmniej strasznych, wówczas najbardziej tym przerażony jest on sam.

str. 81 – “W ciągu zaledwie kilku godzin, od kiedy obudził się skacowany w hotelu, stracił ogromnie dużo empatii. Wciąż przeżywał brutalną śmierć dziewczyny, ale dlatego, że obawiał się o swoją żonę i syna. Fakt, że zginęła w zasadzie obca mu osoba, nic dla niego nie znaczył.
I zaczynało go to przerażać”.

“Zombie.pl” to książka, która wciągnie Was mocno i nie pozwoli się odłożyć, dopóki nie dotrzecie do końca. Nie ma tu zbędnych scen, opisów, przegadania, nie ma bezsensownego zagłębiania się w prywatne życie każdego z bohaterów – tutaj naprawdę brakuje na to czasu, a pełna napięcia akcja zaczyna się już w okolicach trzydziestej strony i nie zwalnia aż do końca.

Zawsze zastanawiałam się, jak autorzy razem piszą jedną książkę. Czy jest to wspólna burza mózgów, czy może każdy działa na swoim podwórku? Albo każdy pisze własne rozdziały? Jakkolwiek to nie wyglądało, w powieści kompletnie nie widać, że pracowało nad nią dwóch pisarzy. Tekst jest dopracowany i jednolity, nie ma w nim scen, które różniłyby się jakoś od innych i po których byłoby widać dwa odmienne style. Jak też przystało na książkę wydaną przez Wydawnictwo Zysk i S-KA, w powieści nie ma błędów, literówek, ani innych tego rodzaju chochlików. Do tego wygodna czcionka, no i ta niepokojąco trafna, makabryczna okładka, zaprojektowana przez Mariusza Kulę. Lekkie pióro autorów i specyficzne poczucie humoru czynią z tej książki idealną lekturę na weekend czy na kilka wolnych wieczorów.

Trudno mi też nie wspomnieć tutaj szerzej o tym, że początek książki, gdy Karol wędruje ulicami Gdańska w poszukiwaniu ocalałych z masakry ludzi, choć właściwie lepiej będzie powiedzieć: przemyka się ulicami, do złudzenia przypominał mi początek wspomnianej już gry komputerowej z 1998 roku pt.: “Resident Evil 2″. Tam też musimy uciec zombiakom i ulicami Racoon City dotrzeć do posterunku policji. Karol również dociera na posterunek i w tym miejscu podobieństwa się kończą, za to sympatia zostaje, zwłaszcza że wspomniana gra była bardzo, ale to bardzo grywalna.

Jeśli więc lubicie filmy o zombie, a także książki o dynamicznej, pełnej zwrotów akcji, do tego z naszego rodzimego podwórka, polskich autorów, to ta książka na pewno Wam się spodoba. A dla smaczku Wam zdradzę, że Robert Cichowlas i Łukasz Radecki nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i planują ciąg dalszy.

A na koniec przytaczam mój ulubiony cytat z “Zombie.pl”, który ma szansę stać się jednym z ulubionych cytatów z książek w ogóle:

str. 256 – “Szanuję wasze zdanie, każdy bowiem ma prawo do swoich przekonań, o ile nie przeszkadzają one innym. Religii, żadnej religii, powiadam, nie można nauczać i wprowadzać siłą czy strachem”.

Bardzo gorąco polecam.

*cytaty pochodzą z książki

“Siódma dusza” Andrzej Wardziak

Przyznaję, że czekałam na tę książkę dość niecierpliwie. Z zasady lubię powieści grozy i horrory, a poprzednia książka Andrzeja Wardziaka pt.: “Infekcja” bardzo mi się spodobała.

Już okładka “Siódmej duszy” buduje klimat. Samotny dom, gdzieś w otoczeniu drzew, poraniona twarz, zakrwawiony bandaż. Jest mroczna, budząca lęk i jednocześnie zastanawiająca, budzi ciekawość czytelnika, który natychmiast chce wiedzieć, co i jak się stało i w ogóle o co w tym chodzi.

Sama historia nie stanowi raczej podmuchu świeżości w literaturze grozy. Jest duży dom, jest w nim bohater – Marcin, są znajomi, których zaprosił. Kilka miesięcy temu zginął tragicznie wuj Marcina, a dom trafił w ręce rodziców chłopaka. Dalej wszystko toczy się tak, jak w amerykańskim horrorze z lat dziewięćdziesiątych w stylu “Nawiedzonego”. Alkohol i skręty, młodzi ludzie nadużywający tego i owego, a wśród nich Nadia, wyczuwająca w domu obecność czegoś dziwnego, jakiegoś bytu. Potężnego, o wielkiej mocy, niebezpiecznego, ale dziewczyna nie potrafi sprecyzować, czym to coś (czy ktoś) może być.

W domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, Marcin ma przywidzenia, widzi swoich rodziców, którzy aktualnie wyjechali w sprawach służbowych. Co najdziwniejsze, Nadia również zdaje się ich widzieć. Wkrótce młodzież odnajduje w bibliotece wuja ukryty pokój i odtąd poczucie, że w domu przebywa ktoś jeszcze, mocno przybiera na sile.

Nastrój grozy towarzyszy czytelnikowi przez cały czas, choć moim zdaniem można było uniknąć nieco niepotrzebnych dialogów. Bywa, że niektóre nie pchają akcji naprzód i są zwyczajnie jałowe.

Autor sięgnął po szereg sprawdzonych już rozwiązań, które znamy zarówno z powieści grozy, jak i z filmów, głównie horrorów amerykańskich. Jest tu więc nawiedzony dom, oczywiście stary, zagadkowy, jest pięcioro znajomych, lubujących się w imprezowaniu, jest również tajemnicza, zielonkawa mgła, halucynacje popychające bohaterów do okrutnych i dziwacznych zachowań, jest też tablica ouija do przyzywania duchów oraz dziwnie działające telefony, z których nie można się nigdzie dodzwonić. Halucynacje, które stają się wkrótce udziałem wszystkich bohaterów książki, są na tyle dla nich sugestywne, że doprowadzają samych zainteresowanych do okropnych rzeczy. A niestety oni sami nie zdają sobie nawet z tego sprawy. Stają się groźni nie tylko dla siebie, ale również dla innych.

str. 110 – “Ich spojrzenia zderzyły się, przerażenie trafiło na dezorientację. Jest telepatką – pomyślał. Wlazła mi do głowy i szepcze w niej, jakby mówiła wprost do mojego ucha. Chciał rozchylić usta i wypowiedzieć tę myśl, ale nie potrafił. Zaskoczenie było zbyt przygniatające, odbierało trzeźwość umysłu i krępowało ruchy niczym gęsta, lepka maź”.

Najbardziej spodobała mi się scena przywoływania ducha i wszystko to, co wydarzyło się potem. Tutaj właśnie akcja mocno przyspiesza, a czytelnika przenika prawdziwy, lodowaty dreszcz. Szkoda trochę, że dzieje się to dopiero około strony 190. Cała książka ma trochę ponad 230 stron i te ostatnie 40 połknęłam szybko i z ogromnym zainteresowaniem. Wcześniej oczywiście też coś się dzieje, jednak dość często natrafiałam na sceny, które mnie nużyły. Oczywiście książka absolutnie nie jest nudna, chwilami po prostu akcja nieco się wlecze, a kolejne sceny można zwyczajnie przewidzieć. Późniejsze wydarzenia obfitują w szybką akcję i gwałtowne jej zwroty, dzięki czemu czytelnik nie ma nawet czasu zastanowić się, co może nastąpić dalej i daje się książce po prostu porwać.

str. 182 – “Schody prowadzące na pierwsze piętro wydawały się długie i równie przyjazne, co droga wiodąca na stryczek. Z ich osadzonego w mroku szczytu zdawał się wiać nieprzyjemnie zimny wiatr, ale równie dobrze mogło to być tylko wyobrażenie dziewczyny”.

Omamy i halucynacje prowadzą do dość przewidywalnego finału, choć dobrze napisanego i mimo całej swej przewidywalności – ciekawego. I akurat sam finał napisany jest oszczędnie, bez zbędnych ozdób. Autor ma lekkie pióro, dzięki czemu książkę czyta się szybko i przyjemnie. To lektura na jeden, góra dwa, wieczory, niezobowiązująca i prosto napisana. Coś dla miłośników horrorów sprzed dwudziestu lat.

str. 184 – “Jego oczom ukazał się pistolet i znany już teraz mechanizm otwierający zamaskowane drzwi, które prowadziły do najbardziej osobliwego miejsca, jakie dane mu było oglądać. Popatrzył chwilę na broń, ale wątpił, aby mogła okazać się pomocna. Wyciągnął rękę i bez zbędnych ceregieli pociągnął za wajchę”.

Co do wydania, to pozostaje ono bez zarzutu. Nie znalazłam żadnych błędów, a wyraźna i spora czcionka umila i ułatwia czytanie. Do tego wspomniana przeze mnie już okładka, intrygująca i przyciągająca wzrok fana horroru – to z pewnością dodatkowe atuty książki.

Ze swej strony mogę powiedzieć, że po lekturze poprzedniej książki autora, “Infekcji”, po “Siódmej duszy” spodziewałam się czegoś więcej. Nie mogę jednak stwierdzić, że powieść mi się nie podobała, bo naprawdę miło spędziłam z nią czas i myślę, że warto ją polecić. Tak więc polecam fanom horroru i powieści grozy. Osobiście też czekam na kolejne książki Andrzeja Wardziaka, po które w przyszłości bardzo chętnie sięgnę.

*cytaty pochodzą z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

“Potomek” Graham Masterton

Dawno już nie czytałam niczego autorstwa Mastertona. Kiedy więc ostatnio w bibliotece wpadła mi w ręce książka “Potomek”, nawet nie zajrzałam na tył okładki i wypożyczyłam w ciemno. Kiedy byłam nastolatką czytałam wszystko Mastertona, co tylko ukazywało się w Polsce. Do tej pory mam dość pokaźny zbiorek jego opowieści. Trafiałam już wśród nich na książki bardzo dobre i na te mniej ciekawe, zawsze jednak wracam do Mastertona z ogromnym sentymentem.

Bohaterem “Potomka” jest James Falcon, kapitan kontrwywiadu armii Stanów Zjednoczonych Ameryki. Niby żadna wyjątkowo szczególna funkcja, Falcon jednak jest specem od tropienia… wampirów. W czasie II wojny światowej wampiry były masowo wykorzystywane przez nazistów do bezpośrednich walk z przeciwnikiem. W tamtych czasach kapitan Falcon zasłynął jako wybitny spec i choć teraz, po kilkunastu latach, sprawy zdawały się nieco przycichnąć, to James ponownie jest proszony o wsparcie. W Londynie, w bardzo okrutny sposób, zostają zamordowani ludzie. Wielu ludzi. Falconowi wystarcza jeden rzut oka na okaleczone zwłoki i wydarte z piersi serca, by mieć pewność, z kim ma do czynienia. Nocni ludzie, niemal nieuchwytni, o wiele silniejsi i stokroć szybsi od zwykłego człowieka, wcale nie są łatwi do wytropienia. Wampiry, a raczej strzygi – jak nazywa je Falcon – wśród których występują zarówno te żywe, jak i martwe, to istoty nie posiadające sumienia. Opowieści o strzygach towarzyszą Jamesowi od dzieciństwa. Jego matka, która pochodziła z Rumunii, opowiadała mu wiele historii o nich, ponieważ są one niejako wpisane w historie i tradycje rumuńskie, więc siłą rzeczy nie były one dla Jamesa zbyt zaskakujące.

Falcon tropi strzygi nie tylko z wielkim poświęceniem, ale – można by rzec – z pasją maniaka pragnącego wytępić je wszystkie z powierzchni ziemi. Wie o nich niemal wszystko: o ich słabościach, o tym, jak działają, dokąd chodzą, gdzie szukają ofiar. Wie również to, co najważniejsze: wie, jak je uśmiercić. Na wszelkie akcje zabiera ze sobą zestaw pomocnych przedmiotów, dzięki którym może wampira unieszkodliwić. Zestaw zawiera w sobie między innymi srebrny pejcz, gwoździe, którymi do krzyża przybito Chrystusa, kompas do wykrywania obecności strzyg, piłę chirurgiczną, Biblię, zwykły czosnek oraz inne rzeczy, bez których walka z jakimkolwiek wampirem spaliłaby na panewce. Dużą też rolę w tropieniu strzyg spełniają odpowiednio szkolone psy wraz ze swoim przewodnikiem. Na przestrzeni tych kilku lat opisanych w książce, Falcon współpracuje z kilkoma takimi psami.

str. 166 – “Bullet podjął trop wampirów niemal natychmiast i ruszył przed nami z nosem przy ziemi. Poprowadził nas na skraj parku, zmierzając w kierunku lotniska. Od czasu do czasu natrafialiśmy na ścieżce na krople krwi, co dowodziło, że rudowłosa dziewczyna odniosła bardzo poważne rany”.

Akcja książki rozgrywa się na przestrzeni kilku lat w Antwerpii, Londynie oraz Stanach Zjednoczonych. Do samego tematu wampiryzmu i wampirów autor podszedł nieco inaczej niż większość pisarzy, czyniąc z nich bestie bez serc, bez duszy, okrutne, złe, łaknące ludzkiej krwi za wszelką cenę. Pokonanie wampira to rzecz trudna, śmiertelnie niebezpieczna i do tego wymagająca sporo doświadczenia i wprawy. Poza tym, że Falcon bardzo chce chronić ludzi przed atakami wampirów oraz wybić tyle strzyg, ile się tylko da, ryzykując nawet własnym życiem, przede wszystkim musi wytropić najgroźniejszego z nich Dorina Dukę, z którym ma do załatwienia również pewne osobiste porachunki.

str. 138 – “Tylko że ja przecież wiedziałem, kto to zrobił. Nie miałem najmniejszych wątpliwości. Wiedziałem również, dlaczego tak się stało. Wczesnoporanny autobus, pełen zaspanych robotników jadących na pierwszą zmianę, musiał być dla Duki i jego żywych strzyg niemal salą restauracyjną na kołach”.

“Potomek” liczy sobie ponad trzysta dwadzieścia stron, ale książkę czyta się szybko i lekko, w ogóle nie czuć tej objętości. Przeczytałam ją w dwa dni. Nie jest rozwleczona i nużąca, akcja stale posuwa się naprzód, a co za tym idzie, żaden opis i żaden dialog się nie dłużą. Klimat grozy towarzyszący nam przez całość lektury, nie słabnie ani na moment. Nie ma tu też – drażniącego mnie osobiście – biegu ku finałowi, który zdarzył się już w kilku książkach autora. Ma się wówczas wrażenie, że autor chciał powieść szybko skończyć, więc końcówka rozpisana jest raptem na trzech czy czterech stronach i kompletnie nie trzyma już w napięciu. Bardzo tego nie lubię. Tutaj finał otrzymał tyle stron, ile powinien, przy tym jest zaskakujący, logiczny i ciekawy. Być może parę rzeczy można wywnioskować podczas lektury, bo i temat wampirów wcale nie jest nowatorski i rzadki, ale nie psuje to zupełnie przyjemności z czytania.

“Potomek” to książka z całą pewnością warta przeczytania. Polecam wszystkim, którzy lubią horrory i powieści grozy, takie z dreszczykiem i dobrym klimatem. Dla miłośników autora to pozycja obowiązkowa – przeczytajcie koniecznie.

*cytaty pochodzą z książki

“Pokłosie” – autor zbiorowy (antologia)

Na ogół trzymam się z dala od wszelkich antologii, bo szczerze mówiąc – jak dotąd – żadna mnie jeszcze nie porwała. No i nie ukrywam, że bliżej mi jednak do dłuższej formy literackiej. Tym razem się skusiłam, bo lubię sięgać po powieści grozy, no i zachęciła mnie adnotacja na okładce mówiąca o hołdzie Stephenowi Kingowi.

Na zbiór składa się siedem opowiadań pięciu różnych autorów. I choć z początku sądziłam, że chyba jednak nie przebrnę, to na szczęście antologia wybroniła się kilkoma naprawdę ciekawymi opowieściami. Ponieważ nie sposób opisać tutaj każdego z nich, skupię się na tych, które spodobały mi się najbardziej.

Mimo, że bardzo lubię powieści grozy, to tym razem najmocniej do gustu przypadło mi opowiadanie “Status Quo” Pauliny J. Król, które najmniej ma w sobie elementów horroru. Niestety niewiele mogę o nim napisać, by nie zdradzić tutaj kluczowych elementów akcji bez spoilerowania… Dwoje ludzi poznaje się przypadkiem, podczas stłuczki samochodowej. Wymieniają się numerami telefonów i następnego ranka budzą się w innej rzeczywistości. Zrozumienie tego, co się wydarzyło, nie będzie proste i na zawsze zmieni ich życie oraz postrzeganie tego, co się liczy i co jest najważniejsze. Przesycone delikatnością i jednocześnie niepewnością, nie mamy kompletnego pojęcia, co się dalej wydarzy. Końcówka zbiła mnie z nóg.

Kolejne opowiadanie, które zapadło mi mocno w pamięć, to “Death Metal” Kacpra Kotulaka. Krótkie, chyba najkrótsze ze zbioru, ale za to trzymające w napięciu od samego początku do końca, od pierwszego do ostatniego słowa. Pomysł z pewnością nie jest wybitnie nowatorski, ale styl autora pozostaje bez zarzutu, a do tego nastrój grozy wyłania się wręcz zza każdego zdania. To bardzo dobre opowiadanie, bez zbędnych opisów, zbytecznych słów, ozdobników i arabesek. Zawiera w sobie dokładnie to, co powinno i ani jednego słówka więcej. Tutaj akcja idzie naprzód z każdym zdaniem, każde słowo pcha ją naprzód, przez co nie ma tu czasu na znużenie i nudę. Opowiadanie dynamicznie i ciekawie wciąga czytelnika w temat i nie pozwala się oderwać od siebie ani na jedną chwilę. Z całego zbioru to jest z pewnością najbardziej wciągające.

str. 299 – “Tommy zasłonił uszy dłońmi. Nie chciał tego słuchać. To nie mogła być prawda. Tyle że wszystko układało się w spójną całość. Jak jakieś cholerne, mordercze puzzle. Myśli galopowały przez głowę. Czuł, jakby śnił koszmar, z którego nie sposób się obudzić, choćby nie wiadomo, jak próbował”.

“Świniak” Juliusza Wojciechowicza również dał się zauważyć. Być może głównie z tego powodu, że bohaterami opowiadania są chłopcy. A wiadomo, że dzieci postrzegają wszystko zupełnie inaczej niż dorośli i w ich oczach wiele spraw przybiera kompletnie inny wyraz i znaczenie. W ręce jednego z nich – Lucka – trafia rower. Rower dla biednego chłopaka z patologicznej rodziny, to istny skarb. Okazuje się, że TEN konkretny rower wcale nie jest taki zwyczajny, jak się kolegom z początku wydawało. Obdarzony dziwacznymi, magicznymi właściwościami, już wkrótce zaczyna swojego nowego właściciela śmiertelnie przerażać.

Te trzy wspomniane przeze mnie historie naprawdę warto przeczytać, choć jak dostałam książkę do rąk, spodziewałam się czegoś nieco innego. Nie ukrywam, że lepszego. Miałam nadzieję na coś w rodzaju “Horroru na Roztoczu” (moja opinia: http://marta.kolonia.gda.pl/connieblog/?p=2061), bardziej wciągającego, bardziej przerażającego i bardziej krwawego.

Co do samego wydania: moim zdaniem jest bez zarzutu. W książce nie znalazłam błędów, spora czcionka ułatwia czytanie, co – jako osoba gorzej widząca – baaardzo doceniam, okładka przyciąga wzrok, tytuł – jakby namazany krwią – również.

Czy autorzy, sięgając po pomysły i inspirację do samego mistrza, osiągnęli to, o czym marzyli? I czy seria opowiadań zbioru “Pokłosie” rzeczywiście jest hołdem dla Stephana Kinga? To już musicie ocenić sami. I choć osobiście spodziewałam się czegoś lepszego, to uważam, że miłośnik gatunku grozy, może śmiało po tę pozycję sięgnąć. Choćby po to, by upewnić się, że i w tym gatunku nasi rodzimi autorzy potrafią się odnaleźć. A wspomnienie nazwiska Kinga na okładce, to naprawdę bardzo wysoko ustawiona poprzeczka.

*cytat pochodzi z książki
**opinia powstała na potrzeby akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

Copyright © 2017. Powered by WordPress & Romangie Theme.