Category Archives: Recenzje książek

“Opuszczone miasto” Ben H. Winters

“Niestety nie mam już czasu. Siedemdziesiąt siedem dni, w zasadzie już tylko siedemdziesiąt sześć, mniej niż trzy miesiące… ale kto by to liczył?
Nie mam już czasu”.

Co można zrobić w ciągu siedemdziesięciu sześciu dni? Może wiele… Jednak kiedy się zastanowić, to czy bylibyśmy w stanie zdążyć zrobić wszystko, o czym dotąd marzyliśmy? Czy wystarczyłoby nam czasu, żeby się pożegnać z bliskimi, z przyjaciółmi, by przytulić rodziców, dzieci, psa? Powąchać kwiaty?

Maja, gigantyczna asteroida, która nieubłaganie zmierza do Ziemi, na zawsze zmieniła przyszłość wszystkich ludzi na świecie. Większość z nich porzuciła pracę, domy, plany i wyjechała do ciepłych krajów, gdzie w dostatku – przepuszczając oszczędności swego życia – czekają na koniec świata.

Henry Palace nie pracuje już w policji, więc kiedy o pomoc zwraca się do niego jego dawna znajoma, Martha Milano, podchodzi on do jej sprawy mocno sceptycznie. Martha prosi, by Henry odnalazł jej zaginionego męża. Henry nie jest pewien, czy w ogóle powinien dawać jej jakieś nadzieje. Czasy są niespokojne, wielu ludzi zaginęło i wielu z nich nie chce dać się odnaleźć.

Wiadomo już, że po zderzeniu asteroidy z naszą planetą, wszelkie życie przestanie istnieć. Większość ludzkości zginie w wyniku uderzenia, reszta zmierzy się z konsekwencjami katastrofy, z pożarami, trzęsieniami ziemi i zapewne ten kompletnie nierówny pojedynek z siłami natury, przegra. Nie ma innej możliwości.

str. 111 – “Najbardziej wiarygodne dowody naukowe mówią, że w dniu zderzenia atmosfera Ziemi zapłonie jak podczas niewyobrażalnie silnej eksplozji nuklearnej. Niemal całą planetę pochłonie upiorny żar. W wybrzeża kontynentów uderzą fale tsunami wyższe od wieżowców, topiąc każdego człowieka w promieniu setek kilometrów od punktu zero. Cały glob ucierpi także podczas łańcuchowych erupcji wulkanów i przepotężnych trzęsień ziemi, po tak mocnym uderzeniu przemieszczą się bowiem wszystkie płyty tektoniczne. Na koniec popioły przesłonią na całe lata słońce, co spowoduje zniknięcie procesu fotosyntezy, magicznego triku, dzięki któremu istnieje cały łańcuch pokarmowy.

Tak mówią, ale jak będzie, tego nie wie nikt”.

Czy lepiej byłoby wiedzieć dokładnie, co się stanie i móc się przygotować? Czy może jednak lepiej nie wiedzieć i nie myśleć? Tylko czy to w ogóle możliwe, by stając twarzą w twarz z końcem wszystkiego, co znamy, zamknąć swój umysł na to, co będzie?

Henry zgadza się poprowadzić śledztwo – postara się odszukać męża dawnej znajomej. Czuje się nie do końca w porządku wobec niej, ale przez wzgląd na stare czasy i znajomość, rozpoczyna poszukiwania. Zadanie okazuje się być trudniejsze, niż Palace sądził, że będzie. Po drodze wychodzą na jaw sprawy i zagadki, o których dotąd nie miał pojęcia i które zmieniły jego postrzeganie pewnych wydarzeń oraz zachowań ludzkich. Henry’emu przyjdzie się zmierzyć z własnymi słabościami i lękami, które mimo nadchodzącego kataklizmu, każdy człowiek nadal posiada. Towarzyszy mu we wszystkim psiak Houdini, który jest prawdziwą ozdobą powieści i bez którego nie wyobrażam sobie już Henry’ego Palace’a.

str. 231 – “Szczeka tam, na dole. Houdini, piękny wierny pupil, nawołuje mnie. Hałasuje tak bardzo, abym nie zasnął, albo dlatego, że dostrzegł na niebie ciekawie wyglądającą chmurę, a może po prostu upaja się brzmieniem własnego głosu, jak to psy mają w zwyczaju”.

Jeśli czytaliście “Ostatniego policjanta”, pierwszy tom trylogii, pamiętacie zapewne, że powieść była raczej statyczna, tutaj już akcja zdecydowanie przyspiesza, nie brakuje jej zwrotów, napięcia, gęsiej skórki i dreszczyku emocji.

str. 97 – “Próbuję się wyrwać. Usiłuję coś powiedzieć, lecz nie mogę. W przydymionym świetle widzę zmrużone błyszczące oczy napastnika”.

Jak i poprzednia, również ta książka pisana jest w pierwszej osobie, w czasie teraźniejszym. Sprawia to wrażenie napięcia, ciągłego podenerwowania, stresu i lęku przed tym, co ma w bliskim czasie nadejść. Siedemdziesiąt sześć dni to już tak niewiele… Świadomość nieuniknionej katastrofy pozwala nam przyjrzeć się zarówno bohaterom, jak i wydarzeniom z zupełnie innej – jakże innowacyjnej – perspektywy. Tutaj dosłownie wszystko wygląda inaczej.

Okładka przyciąga wzrok, zniszczone miasto, zrezygnowany człowiek i pies rasy biszon, który na tym ciemnym, przytłaczającym tle, wygląda co najmniej dziwnie. Bardzo udana grafika, pasująca i oddająca klimat całości. Klimat świata bez przyszłości…

Jak to jest nie mieć przyszłości? Polecam sięgnąć po książkę. Koniecznie zacznijcie jednak od pierwszego tomu, by nie przeoczyć żadnego zdarzenia z życia Henry’ego, zwłaszcza że warto przyjrzeć się, jak rośnie napięcie w miarę upływającego czasu. Asteroida nie czeka, gna naprzód, by zakpić sobie z ludzkości i bardzo dosadnie pokazać ludziom, że nie są oni niezniszczalni, a samo życie potrafi być bardziej kruche od szkła.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu RM.

*cytaty pochodzą z książki

“Wtyczka” Duane Swierczynski

Sarie to na pozór zwykła nastolatka. Chodzi do szkoły, czasem imprezuje, zawiera przyjaźnie. Mieszka z ojcem i młodszym bratem, stara się uczyć oraz wywiązywać z innych swoich obowiązków. Ot zwykła, przeciętna dziewczyna, jakich wszędzie wiele… Znacie pewnie takie dziewczyny…

Czy wiecie jednak, jak to jest znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie?

Otóż Sarie dotąd nie wiedziała.

Aż do feralnego dnia, kiedy to dziwny zbieg okoliczności zaprowadził ją w miejsce, w którym wcale znaleźć się nie chciała. Ów zbieg okoliczności zmienia w życiu Sarie wszystko i chwilami dziewczynie wydaje się, że już nic nigdy nie będzie takie, jak kiedyś, a ona sama nigdy nie wyjdzie na prostą. I że nigdy nie wróci do beztroskich chwil, zwyczajnych problemów nastolatki i dylematów w stylu: “które spodnie dzisiaj włożyć”…

Podczas gdy inne dziewczyny chodzą na zakupy, umawiają się w parku czy też spotykają się w dyskotece, Sarie zostaje policyjną wtyczką. I muszę przyznać, że bardziej podoba mi się oryginalne określenie tego, czym od teraz będzie się zajmować nasza bohaterka: Canary, czyli “kanarek”. Tak brzmi również oryginalny tytuł książki – być może stąd także żółty kolor okładki. Ma ona ogromną zaletę; możecie być pewni, że nie przegapicie tej książki na półce w księgarni – żółta okładka niezwykle rzuca się w oczy.

str. 385 – “Serafino… piękne imię, na marginesie… Dobra, powiem ci, czego się domyślam, a ty mnie w razie czego popraw. Ale jesteś szpiclem, prawda?”.
“Wolę określenie kanarek”.

Czytając, zastanawiałam się właściwie, czy to na pewno Serafina jest tu główną bohaterką. Równie dużo i często towarzyszymy Benowi Wildey’owi, policjantowi, który kontaktuje się z Sarie. Na dodatek, w trakcie czytania, co chwilę zmienia nam się perspektywa. Raz na wszystko patrzymy z punktu widzenia Sarie, a za chwilę Bena. W kolejnym rozdziale wszystko oglądamy z perspektywy trzeciej osoby. Jest to początkowo trochę mylące, potem jednak można się przyzwyczaić.

Podobnie zmienia się czas, chwilami teraźniejszy, za moment przechodzi w przeszły. Powieść napisana jest w sposób dość nietypowy, do zmian, o których wspomniałam, należy dodać jeszcze różną czcionkę, gdzieniegdzie postać pamiętnika, zmienną formę dialogów, czasem sporo wersalików.

Akcja powieści rozgrywa się w Filadelfii i choć głównie śledzimy losy Sarie, a o wielu wydarzeniach czytamy najpierw z jej punktu widzenia, a później jeszcze opowiada nam o nich narrator, to nie jest to wcale nużące. Takie spojrzenie pozwala nam przyjrzeć się wielu aspektom z różnych stron, co jest bardzo ciekawe i dość nowatorskie. Mimo iż książka nie obfituje w nagłe zwroty akcji, wszystko przebiega raczej spokojnie, nie brakuje tutaj klimatu. Chwilami przechodzą nas dreszcze, a zakończenie – mnie osobiście – bardzo zaskoczyło, bo nie było to coś, czego się spodziewałam po bohaterce, ani coś, czego w ogóle spodziewałabym się po tej książce.

str. 120 – “Rozglądam się. Ulica przypomina plan filmu o zombie, po którym włóczy się gromada sennych statystów czekających aż ktoś im powie, co robić. Naćpani wydają się wszyscy”.

Sarie nie czuje się dobrze z faktem, że została wtyczką. To dla niej coś uwłaczającego, coś, czego powinna się wstydzić. Wolałaby nie mówić nikomu o tym na głos. Cóż, teraz myśli o sobie bardziej jak o TI 137 (Tajnej Informatorce 137) niż o Sarie, zwłaszcza że Wildey wyraża się o niej i zwraca do niej per Wzorowa Studentka. Może trochę pogardliwie, może ironicznie, ale tak naprawdę nie ma on niczego złego na myśli. Zwyczajnie też nie jest raczej zachwycony ich nieoczekiwaną współpracą.

str. 89 – “(…) skoro już jestem kapusiem, to powinnam nauczyć się, jak nim być. A tak w ogóle to nie cierpię słowa “kapuś”. Sprawdzam synonimy w internecie i wszystkie są straszne (…)”.

Początkowo wszystko przebiega leniwie, ale później akcja powieści przyspiesza, pojawiają się sceny, które powodują u nas gęsią skórkę, a atmosfera przypomina tę z filmów o gangsterach z lat dziewięćdziesiątych, co mnie akurat bardzo pasowało. Jedyny minus tej książki, w moim mniemaniu, to zbyt dużo przekleństw, ale być może to moje przewrażliwienie, bo ogólnie nie lubię nadużywania wulgaryzmów.

Początkowo sądziłam, że będzie to książka dla młodzieży z racji tego, że główna bohaterka jest nastolatką, jednak teraz, po lekturze, uważam, że odbiorcą jest raczej czytelnik dorosły.

To nietypowa powieść, nieszablonowa i specyficzna, mogę ją polecić miłośnikom kryminału i powieści sensacyjnej, sądzę że się nie zawiodą.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu RM.

*cytaty pochodzą z książki

“Tamta dziewczyna” Erica Spindler

Erica Spindler to jedna z tych autorek, po których książki sięgam bez wgłębiania się w opis powieści czy ich recenzje w Internecie. I bez nich wiem, że pomysł będzie niezły, a akcja przykuje moją uwagę. Być może nie jest to coś, co wbije mnie w fotel i nie da przestać czytać, ale na pewno wciągnie, na pewno mi się spodoba i z całą pewnością nie znuży.

“Tamta dziewczyna” to najnowsza powieść autorki, w której poznajemy Mirandę Rader, policjantkę, której przeszłość pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście dzisiaj kobieta żyje zgodnie z prawem, sama go strzeże i pilnuje porządku. Niestety jako nastolatka aż nazbyt często popadała w konflikty z prawem. Pochodziła z biednej dzielnicy miasteczka Harmony w Luizjanie, wychowywała się z braćmi, a matka, której nieszczególnie leżał na sercu los nastoletniej córki, już dawno zaniechała prób sprowadzenia jej na dobrą drogę. Randi robiła, co chciała, chodziła, gdzie chciała, nie przejmowała się nikim i niczym. Aż do tamtego feralnego dnia…

Czy gdyby udało się sprowadzić wtedy pomoc, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy Randi miałaby wówczas szansę wyjść na prostą? Czy jej życie wówczas miałoby jakiś sens? Próbowała, ale że zawsze miała nie po drodze z prawem i uczciwością, kłamała na potęgę i zmyślała, by tylko ocalić własną gorącą głowę, nikt jej nie uwierzył. A przecież mówiła prawdę… To właśnie wtedy tak bardzo potrzebowała wsparcia i tego, by ktoś stanął po jej stronie, a nie patrzył na nią jak na notoryczną kłamczuchę.

Teraz, po latach, Miranda stoi po drugiej stronie, stronie prawości i uczciwości, ciężko pracuje, cieszy się szacunkiem kolegów i stara się nie wracać do przeszłości. Tylko czy to jest tak do końca możliwe?

str. 203 – “Przypomniała sobie oskarżenie, które padło z ust jej brata: “Wydaje ci się, że możesz uciec przed przeszłością?””.

Tymczasem ginie Richard Stark, profesor anglistyki na Uniwersytecie Luizjany w Harmony, syn rektora uczelni. Harmony to miasteczko uniwersyteckie, a rektor uczelni jest jak bóg, nic więc dziwnego, że poruszone tym morderstwem jest całe miasto, a policja postawiona zostaje w stan najwyższej gotowości. Randy przydzielają do sprawy i wtedy wszystko zaczyna się komplikować. Na miejscu zbrodni policja znajduje odciski palców Mirandy. Skąd się tam wzięły? Policjantka nie wiedziała, kim jest ofiara, nie miała pojęcia o jej istnieniu aż do tego dnia, gdy Starka zamordowano. Niestety, zupełnie jak przed wielu laty, teraz też nikt jej nie wierzy. Randi czuje się, jakby znowu miała piętnaście lat. Koledzy zaczynają w nią wątpić, a na jaw wyłaniają się kolejne niepokojące fakty. Miranda jest coraz bardziej podłamana i nie wie, jak z tego wszystkiego wybrnąć.

Erica Spindler buduje nastrój w sposób, jaki przykuwa naszą uwagę na długo i który sprawia, że myślimy o książce nawet wóczas, gdy nie mamy jej w rękach. Miranda to bohaterka pewna siebie, zdecydowana i na wskroś uczciwa. Polubiłam ją, choć jej pewne decyzje mnie zaskakiwały, ale przecież o to właśnie w powieści chodzi, żeby działo się coś nieoczekiwanego i niespodziewanego.Specyficzny nastrój i napięcie, które wzmaga się wraz z ilością przewracanych kartek, to plus tej książki. Nic się tutaj nie wlecze, akcja idzie wartko i dość szybko, a klimat potęguje wkradająca się w życie bohaterki niepewność, lęk i skierowane na nią podejrzenia.

str. 202 – “Zatrzymała się dokładnie tam. Wysiadła, omiotła wzrokiem okolicę. Niewiele się tu zmieniło przez czternaście lat.
Niewiarygodne. Przecież w naturze mamy ciągły ruch, ciągłą zmianę. Rośnie, kwitnie, więdnie, obumiera.
Tymczasem to miejsce wyglądało tak, jakby zatrzymało się w czasie.
Chyba że jej własny umysł płatał jej figle.
Na ołowianych nogach, pchana wyłącznie siłą woli, ruszyła w kierunku drzew.
Jej drzewo (…)”.

Powieść prowadzona jest dwutorowo, w większości rozdziałów podążamy wraz z Randi tropem mordercy Starka, są też takie, w których poznajemy historię bohaterki sprzed lat. Bardzo mnie one wciągnęły, pozwoliły zrozumieć, dlaczego Miranda postępowała tak, jak postępowała, skąd wziął się jej konflikt z braćmi, z matką i dlaczego właściwie jest taka, jaka jest. Co bardzo mi się podoba, każdy otwarty wątek został zamknięty i wyjaśniony i nie pozostało w powieści żadnych niedomówień. Ogromny plus.

“Tamta dziewczyna” to dobra książka, choć nie jest najlepszą książką autorki, jaką czytałam. Erica Spindler pisze nieskomplikowanym językiem, więc powieść czyta się szybko i łatwo, nie zatrzymujemy się nigdzie na dłużej, nie wkrada się tu nigdzie nuda, a lekkie pióro sprawia, że chcemy wiedzieć, co będzie dalej. Do tego ta cudna okładka – niesamowicie wpada w oko. No i format książki również mi się spodobał, książka jest trochę większa od standardowych wydań, dobrze leży w rękach i świetnie wpasowuje się w wieczorne czytanie w łóżku 😉 W tekście nie ma błędów, literówek i innych byków, więc czyta się bardzo dobrze.

W moim odczuciu powieść nie jest thrillerem, jest na to zbyt łagodna, choć miejsce zbrodni i sam początek wskazują na coś zupełnie przeciwnego. Jest to jednak dobry kryminał, który z czystym sumieniem mogę polecić miłośnikom zarówno kryminału, thrillera, jak i powieści sensacyjnych.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Edipresse Książki

*cytaty pochodzą z książki

“Milczące dziecko” Sarah A. Denzil

Przed paroma laty Emma Price, bohaterka “Milczącego dziecka”,  straciła syna. Podczas gigantycznej ulewy sześcioletni Aiden wpadł ponoć do rzeki i utonął. Emma długo nie mogła dojść po tym wypadku do siebie, walczyła z depresją, załamaniem i rozpaczą. W końcu jednak jakoś się podźwignęła, wyszła za mąż, a teraz jest w ciąży i kiedy zdawać by się mogło, że jej życie poukładało się na nowo, Aiden powraca zza grobu. Minęło dziesięć lat. Gdzie podziewał się chłopiec przez te wszystkie lata? Co się wówczas wydarzyło? Kto uprowadził dziecko w dniu ulewy? To wie tylko Aiden, niestety nie może o tym nikomu powiedzieć, ponieważ od chwili, gdy wrócił, po prostu nie mówi. Nie chce czy może nie jest w stanie, tego nie wie nikt.

Jedno, czego jesteśmy pewni, to fakt, że Aiden był krzywdzony przez dziesięć lat. Być może bity, może molestowany, ktoś przetrzymywał go tak długo, by chłopiec nabawił się traumy tak wielkiej, by teraz nie móc nawet wskazać porywacza. Najgorsza jednak jest jego obojętność na wszystko, co w tej chwili go otacza. Machinalność i ta irytująca metodyka, z jaką wykonuje zwykłe, codzienne czynności: picie herbaty czy robienie tostów, są dla Emmy nie do zniesienia. Co chłopak przeżywa w swoim umyśle i co tak naprawdę zamierza, jest dla wszystkich tajemnicą. Owszem, reaguje on na polecenia, jest spokojny i cichy, ale kontakt z nim, poza tym, jest żaden. Czy stracił pamięć? Gdzie był przez ostatnie lata i dlaczego nie chce wskazać swego oprawcy?

Powieść pisana jest z punktu widzenia pierwszej osoby, za czym osobiście nie przepadam, jednak tutaj nie wyobrażam sobie innego stylu. Choćby dlatego, że na wszystko patrzymy tak samo, jak główna bohaterka, matka, doświadczamy jej emocji, jej strachu, jej niepewności i nie wiemy nic ponad to, co wie ona sama. A w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że tak naprawdę niczego nie jesteśmy pewni.

“Jeśli zdołaliście przeżyć swoje życie, nie doświadczając nienawiści, to jesteście szczęściarzami”.

Książkę czyta się szybko za sprawą przystępnego, prostego języka i lekkiego pióra autorki. Lektura mocno wciąga i ciężko przestać o niej myśleć, bo ciągle, ze strony na stronę, chcemy wiedzieć, co dalej. Zwłaszcza, że w miarę czytania i w miarę, jak historia się rozwija, pojawiają się pewne nieścisłości, które burzą spokój Emmy. Kobieta jest coraz bardziej zdezorientowana, co nie wpływa dobrze na jej stan, zarówno psychiczny, jak i fizyczny. Poród zbliża się szybkimi krokami, a ona, w swoim poukładanym dotąd życiu, doświadcza tak potężnej huśtawki emocjonalnej oraz hormonalnej, że zaczyna wątpić we wszystko, czego dotąd była pewna. Jej poczucie bezpieczeństwa maleje z każdym dniem, z każdą chwilą, a otaczająca ją rzeczywistość przytłacza ją coraz bardziej. Sfrustrowana, nie ma nikogo, komu mogłaby się wyżalić.

Widziałam różne opinie o książce: że jest przewidywalna, że nudna i że od początku wszystko wiadomo. Cóż, dla mnie nie wszystko było od początku jasne, a książka trzymała mnie w napięciu od początku do końca, no i z całą pewnością nie jest nudna. Wręcz przeciwnie, wciągnęła mnie i przeczytałam ją w kilka dni. Być może nie jest to literatura najwyższych lotów, ale pochłania czytelnika i nie pozwala mu się od książki oderwać. Czego więcej chcieć? Polemizowałabym tylko, czy aby na pewno “Milczące dziecko” to thriller, jednakże to tylko semantyka, więc nie będę się wdawać w żadne dyskusje i niech będzie, jak jest.

Na pierwszy rzut oka rodzina Emmy jest całkiem zwyczajna. Jakie jednak sekrety i tajemnice wyjdą na jaw przy okazji pojawienia się jej zaginionego syna? Być może czasem kobieta postępuje nieracjonalnie, niektóre jej decyzje wydawały mi się zupełnie nietrafione, a zachowanie zaskakujące, ale kto wie, jak każda z matek postąpiłaby na jej miejscu? Jak zachowałaby się w obliczu tragedii, zagubiona, przerażona? Pod wpływem hormonów? Myślę, że żaden człowiek nie powinien oceniać zachowania innego człowieka, dopóki nie znajdzie się w podobnej sytuacji i dopóki nie stanie twarzą w twarz z takimi jak tamten, problemami.

Historia Emmy i jej syna pochłonęła mnie do tego stopnia, że czytałam w każdej wolnej chwili i uważam, że jest to książka, po którą warto sięgnąć. Polecam miłośnikom kryminału, thrillera, ale również powieści obyczajowych oraz wszelkich historii rodzinnych. Na pewno zapewni czytającym kilka godzin bardzo różnych emocji, z którymi ciekawie będzie się zmierzyć.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Filia

*cytat pochodzi z książki

“Jej wszystkie śmierci” Marta Zaborowska

Marta Zaborowska to jedna z tych polskich autorek, które mają ogromny talent do tworzenia wciągających historii. Po lekturze jej poprzednich książek wiem, że warto po nie sięgać, stąd w moich rękach najnowsza powieść autorki.

Erwin Cis mieszka na stałe w Hamburgu. Od przeszłości odciął się niemal zupełnie, w Niemczech się ożenił, urodził mu się syn, a on sam prowadzi nieźle prosperującą firmę. Czy jest szczęśliwy? Chyba nie do końca, ale na razie nic nie zmienia. Jednak pewnego dnia odbiera telefon od mecenasa Nawrockiego, którego do odnalezienia Cisa zobowiązała jego dawna ukochana, Izabela. I w tym momencie życie Erwina robi nieoczekiwany zwrot. Erwin jedzie do Polski i spotyka się z prawnikiem, który przekazuje mu przesyłkę od Izabeli i informuje go o jej śmierci. Zszokowany Erwin postanawia spróbować rozwiązać zagadkę ostatnich dni Izabeli.

Izabela była dla Erwina kimś bardzo ważnym, co tu się oszukiwać, była tą jedyną… Dlaczego się rozstali? Co zmusiło Erwina do opuszczenia Polski i rozpoczęcia zupełnie nowego życia? Jakie sekrety wyjdą na jaw podczas jego prywatnego śledztwa?

“Jej wszystkie śmierci” to mistrzowsko poprowadzona intryga kryminalna, która wciąga czytelnika już od pierwszych zdań. Akcja nie pędzi wprawdzie na łeb na szyję, ale dość dynamicznie podąża naprzód swoim własnym tempem. W miarę jak poznajemy Erwina i jego przeszłość, a na jaw wychodzą skrywane całymi latami sekrety, my – jako czytelnicy – zatracamy się w akcji coraz bardziej i mocniej.

Marta Zaborowska jest mistrzynią budowania napięcia krok po kroku, powolutku i stopniowo. I robi w taki sposób, że w pewnej chwili stwierdzamy, iż od czytania naprawdę bardzo ciężko jest się oderwać. Lekkie pióro, prosty język i autentyczne postacie sprawiają, że powieść czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Ani razu nie miałam poczucia przegadania, żaden rozdział nie nużył, a trzeba przyznać, że książka wcale nie jest taka cienka, liczy sobie przeszło 430 stron.

str. 65 – “Jechał na oślep. Wiatr przybrał na sile i zmieszał się z siekącym deszczem. Dopiero gdy biegnący przez pasy przechodzień oparł się o przednie koło jego motocykla, wcisnął hamulec. Pieszy kopnął oponę i rozmasował bolące udo. Erwin patrzył, jak postać przechodnia oddala się ulicą, ale nie czuł ulgi. Wszystko było mu obojętne”.

Nie sposób powstrzymać się przed dywagowaniem, co się wydarzyło, dlaczego wszystko poukładało się tak, a nie inaczej i co takiego doprowadziło do rozstania Erwina z Izabelą. Przecież byli tak bardzo w sobie zakochani… Erwin nie potrafi zapomnieć, nie umie tak po prostu wrócić do domu, dopóki nie wyjaśni okoliczności śmierci dawnej dziewczyny. Tymczasem Simone, żona Erwina, rusza jego śladem i nie jest zachwycona poczynaniami męża…

Świetnie skonstruowana historia nie pozwala o sobie zapomnieć, a sekrety i tajemnice, które w miarę upływu czasu i śledztwa Erwina wydostają się na światło dzienne, zaskakują nie tylko głównego bohatera, ale i nas. Czy Erwinowi uda się rozwiązać zagadkę śmierci Izabeli?

str. 192 – “Ktoś chodził za drzwiami sąsiedniego mieszkania. Kroki były męskie, stanowcze. Podeszwy butów musiały być twarde, gdyż każde stąpnięcie odbijało się echem po podłodze z kiepskiej jakości paneli”.

Niezaprzeczalnie największym plusem powieści jest jej klimat. W tle każdej sceny, gdzieś głęboko, czai się coś, co nie pozwala nam się uspokoić. Mam wrażenie, że nawet w chwilach, gdy bohater robi zwyczajne rzeczy, jak choćby śniadanie czy herbata, wcale tak do końca nie wiadomo, czy nie wydarzy się coś, co nas zupełnie zaskoczy. Książka przez cały czas trzyma w napięciu i z całą pewnością jest to najlepsza, jak dotąd, książka Marty Zaborowskiej, jaką czytałam. Polecam wszystkim fanom thrillera i kryminału, w szczególności miłośnikom polskiej literatury współczesnej, która – jak widać na przykładzie powieści “Jej wszystkie śmierci” – w niczym nie ustępuje swoim zagranicznym odpowiednikom.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2018. Powered by WordPress & Romangie Theme.