Tag Archives: cykl: David Hunter

“Zapach śmierci” Simon Beckett

Są dwaj autorzy, na których książki czekam zawsze z ogromną niecierpliwością. Jednym z nich jest Chris Carter, drugim: Simon Beckett. Przeczytałam każdą powieść, jaka tych właśnie autorów ukazała się na polskim rynku.

“Zapach śmierci” to najnowsza powieść Simona Becketta, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca. Jest to kontynuacja losów antropologa sądowego, Davida Huntera.

Szósty tom serii ani trochę nie odbiega klimatem od poprzednich, trzyma w napięciu od pierwszej strony i nie pozwala oderwać się od czytania. Tym razem jednak nasz bohater nie wyjeżdża nigdzie z miasta, w którym mieszka, a rzecz dzieje się lokalnie.

W opuszczonym szpitalu zostają odnalezione zwłoki, Hunter zostaje poproszony o zbadanie kości ofiary. Szpital jest opuszczony już od bardzo dawna, a upiorne wrażenie, jakie wywiera, przydaje całej książce klimatu grozy. Plastyczność opisów Becketta to dla mnie majstersztyk. Nikt, tak jak on, nie potrafi przenieść czytelnika w miejsca akcji, ukazać otoczenia na tyle dokładnie i tak sugestywnie, że czujemy się jak w grze VR. Otaczają nas obskurne mury, popękane ściany, gruz, kurz, bród, pył, a wokół unosi się zapach zbutwiałego drewna, pleśni i słodki, niepokojący zapach śmierci…

Jak każda powieść Simona Becketta, również ta jest perfekcyjnie skonstruowana, opowiadana przez bohatera. Dbałość o szczegóły, drobiazgowość i plastyczność opisów sprawiają, że powieści Becketta czyta się jednym tchem. Trudno przerwać w połowie rozdziału, a te kończą się zawsze jakimś przełomem, przez co chcemy czytać ciągle dalej i dalej. Osobiście zawsze siadam do powieści Becketta podekscytowana i najchętniej w samotności i ciszy, by delektować się stronami, które mam przed sobą, atmosferą, niepowtarzalnością opisów i akcją, którą pcha naprzód najkrótszy nawet dialog.

str. 89 – “Nieruchoma postać w poplamionych dżinsach i bluzie leżała na wznak na gołym, zanieczyszczonym materacu. Słuszna postura ciała sugerowała płeć męską, chociaż wiedziałem, że niekoniecznie tak musiało być. Było przymocowane do łóżka dwoma szerokimi gumowymi pasami, w rodzaju tych, jakimi się unieruchamia pacjentów podczas operacji”.

Ci, którzy polubili postać głównego bohatera, Davida Huntera, na pewno się nie zawiodą, ponieważ sporo akcji dotyczy jego spraw prywatnych i odczuć na polu zarówno zawodowym, jak i osobistym.  Osobiście bardzo lubię wątki dotyczące spraw prywatnych Huntera, tego rodzaju sceny pozwalają poznać bohatera jeszcze lepiej i zbliżyć się do niego, a tym samym przeżywać z nim jego perypetie, razem z nim doświadczać lęków i frustracji. Sam klimat “Zapachu śmierci” nie jest może tak mroczny, jak w poprzednich tomach powieści o doktorze Hunterze, jednak podobnie, jak wszystkie poprzednie książki, także ta ma w sobie to “coś” i także tę czyta się szybko i przyjemnie. “Zapach śmierci” to ponad 420 stron bardzo dobrze poprowadzonej akcji, świetnie i trafnie opisanych bohaterów i interesująco zakrojonej intrygi kryminalnej. Doskonale sklecone wątki prowadzą nas do zaskakującego zakończenia, a wszystkie fragmenty układanki zaczynają się nagle układać w logiczną i spójną całość, a każdy z nich zaczyna do innych idealnie pasować. Bardzo to cenię u Becketta, że nigdy nie zostawia on niedokończonych spraw, wszystkie wątpliwości zostają rozwiązane, a kwestie zakończone.

Jak już pewnie dobrze wiecie – bo powtarzam to przy każdej książce Becketta – biorę go zawsze w ciemno. Nie czytam opinii w necie, nie patrzę na to, który wydawca decyduje się wydać powieść na polski rynek, nie przeglądam blurbów. Po prostu wiem, że każda książka tego autora jest dla mnie i z całą pewnością mnie nie zawiedzie. Niewielu jest takich pisarzy, Simon Beckett do nich właśnie należy i zawsze żałuję, że jego książki pojawiają się na polskim rynku tak rzadko.

“Zapach śmierci” to pozycja dla wszystkich, którzy lubują się w thrillerach, sekretach i zagadkach i oczywiście dla każdego, kto niecierpliwie czekał na kolejny tom perypetii doktora Huntera. To świetna, wciągająca, trzymająca w napięciu książka, którą z czystym sumieniem bardzo gorąco polecam.

*cytat pochodzi z książki

“Chemia śmierci” Simon Beckett

O autorze “Chemii śmierci” usłyszałam całkiem niedawno, a że chętnie sięgam po thrillery, jego książki znalazły się na czele listy tych, które chcę przeczytać w pierwszej kolejności.

“Chemia śmierci” to pierwszy tom cyklu powieści o doktorze Davidzie Hunterze, antropologu sądowym, który po traumatycznych przeżyciach z przeszłości osiedla się w małym angielskim miasteczku Manham. Tutaj podejmuje pracę lekarza rodzinnego, nikomu nie mówiąc gdzie i jako kto pracował wcześniej. Pewnego dnia w spokojnym i żyjącym własnym życiem Manham, dwójka dzieci znajduje zwłoki kobiety. Policja prosi o pomoc doktora Huntera, ten jednak nie chce wracać do swojej bolesnej przeszłości i odmawia. Niestety instynkt i umiejętności dają o sobie znać i Hunter nie jest w stanie nie myśleć o tym, co się stało i w końcu decyduje się pomóc policji. Sądzi, że to będzie tylko ten jeden raz, potem ponownie zamknie się w gabinecie wiejskiego lekarza i zajmie zwykłymi, prostymi sprawami. Niestety wkrótce morderca uderza po raz kolejny.

Simon Beckett jest bez wątpienia niekwestionowanym mistrzem plastycznych, bogatych opisów. I to opisów wszystkiego: zarówno okolicy, jak i miasteczka, a także miejsc zbrodni. Równie doskonale nakreśla charakter i osobowość postaci. Bohaterowie w jego książkach to nie plastikowe lalki, oni żyją własnym życiem, ewoluują, nie ma wśród nich dwóch postaci podobnych do siebie nawet w najmniejszym stopniu. Każda jest inna, każda ma inny sposób wypowiedzi, każda ma też zupełnie inny zestaw cech osobowości. Bohaterowie są żywi, namacalni, barwni, pełni emocji. Samo miasteczko nie wyróżnia się za bardzo niczym szczególnym, jest zwyczajne i mieszkają w nim zwyczajni ludzie. Mimo tej codziennej szarości, upalnej rzeczywistości letniego Manham, Beckettowi udało się je namalować w taki sposób, że znamy każdy jego kąt, każdy opisany dom, każdy zaułek.

“Nie licząc kościoła, pub Pod Czarną Owieczką był najstarszym domem w miasteczku i jako jeden z nielicznych już budynków w Manham miał kryty słomą dach. Wszędzie indziej, a już na pewno w bardziej uczęszczanych okolicach Broads, doprowadzono by go do stanu cukierkowatej szacowności, ale ponieważ bywali tam tylko miejscowi, pub powoli popadał w ruinę i nikt nie próbował temu zapobiec. Słoma gniła, niepomalowane ściany były brudne i popękane”.

Doktor Hunter zaczyna swoją współpracę z policją, a jako wybitny znawca, kieruje policjantów na dość zaskakujący, choć słuszny trop. Jest bardzo inteligentny, doświadczony w tym, co robi, pewien swoich umiejętności. Nie waha się powiedzieć, że niemożliwym jest, by się pomylił.

W Manham nie brak zwykłej ludności, ludzi jak każdy z nas, przesiąkniętych małomiasteczkową atmosferą, w której wszyscy o sobie wszystko wiedzą i przed którymi niewiele się ukryje. Tutaj nawet kiedy ktoś stara się coś ukryć, to i tak prędzej czy później sekrety wyjdą na jaw – bo tak tam po prostu jest. I kiedy nagle w tej uporządkowanej społeczności ktoś popełnia morderstwo, ludzie tracą grunt pod nogami. Nam, jako czytelnikom, momentalnie udziela się klimat grozy i napięcia obecny teraz w każdym słowie, w każdym spotkaniu książkowych bohaterów, bo prawie do końca nie wiemy, jakimi motywami kieruje się zabójca i kiedy ponownie uderzy.

Powieść pisana jest w pierwszej osobie, większości dowiadujemy się od samego doktora Huntera, ale pewne rozdziały pisane są z punktu widzenia osoby trzeciej. Dzieje się tak zwłaszcza w chwilach, kiedy narrator opowiada o ofiarach mordercy. I choć bardzo nie lubię takiego przemieszania narracyjnego, to – wierzcie mi – tutaj w ogóle się tego nie odczuwa. Zupełnie nie zauważamy, że nagle zmienia się styl narracji. W każdym razie mnie to zupełnie nie przeszkadzało.

“Wyciągnąwszy przed siebie ręce, zaczęła badać granice więzienia na tyle, na ile pozwalał jej sznur. Tuż za nią była szorstka ściana, ale wszędzie indziej ręce napotykały tylko powietrze. Macając na oślep w ciemności, zawadziła o coś nogą. Głośno krzyknęła i odskoczyła do tyłu. Gdy nic się nie stało, ponownie przykucnęła, ostrożnie przesunęła ręką po ziemi, dotknęła tego palcami i stwierdziła, że to but. Sportowy, za mały jak na męski…”.

“Chemia śmierci”, jak na dobry thriller przystało, zaczyna się morderstwem. A potem – niczym u Hitchcocka, tempo akcji ciągle rośnie, aż do zaskakującego i błyskotliwego finału. W akcji nie ma miejsca na nudę, nawet na krótką chwilę. Autor potrafi nawet mniej ciekawe zdarzenia opisywać w sposób na tyle sugestywny i wciągający, że naprawdę ciężko jest odłożyć tę książkę choć na krótki moment. Jest to jedna z tych powieści, które – kiedy już zaczniemy czytać – musimy po prostu skończyć jak najszybciej. I oczywiście od razu nabieramy ochoty na kolejne części.

Jest to jedna z niewielu powieści, o których mam przyjemność pisać i uznać, że książka nie posiada wad ani nieścisłości. Nie potrafię wskazać nawet fragmentów, które wydawały się sztuczne lub nielogiczne. Tutaj takich po prostu nie ma. To jest powieść dopracowana od początku do końca, zarówno przez autora, jak i przez wydawcę i nie ma się do czego przyczepić. Skromna, nawet uboga, ale jednocześnie fascynująca okładka, dopełnia całości.

“Nagle ktoś nimi szarpnął. Mroczny cień odepchnął mnie na bok i wypadł z pokoju. Ciężko dysząc, rzuciłem się w jego stronę. Poczułem lekki powiew powietrza, zacisnąłem rękę na szorstkiej, zatłuszczonej kurtce i wtedy coś grzmotnęło mnie w twarz. Zatoczyłem się do tyłu i cień pomknął do kuchni. Gdy tam wpadłem, zobaczyłem tylko kiwające się na zawiasach wahadłowe drzwi”.

Polecam miłośnikom mocnej literatury, thrillera i kryminału. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać Becketta, to czas to nadrobić, na pewno się nie zawiedziecie.

Copyright © 2020. Powered by WordPress & Romangie Theme.