Author Archives: Papuzie pióro

“Początek” Nora Roberts

str. 7 – “Kiedy Ross MacLeod pociągnął za spust i zastrzelił bażanta, nie mógł wiedzieć, że zabija także siebie. I miliardy innych osób”.

Przeczytałam już blisko 200 książek Nory Roberts. Były wśród nich takie, do których lubię wracać po kilka razy, są też takie, o których zapomniałam zaraz po lekturze. Do moich ulubionych należą te, w których współczesność miesza się z magią, więc “Początek” od razu zwrócił moją uwagę.

Podobne opowieści można zapewne mnożyć, takich, które mówią o końcu świata, o apokalipsie, o końcu ludzkości. Żadna jednak z tych, po które dotąd sięgnęłam, nie wciagnęła mnie tak, jak “Początek”.

Świat opanowuje dziwny wirus, który rozprzestrzenia się szybciej niż Ebola. Ludzie umierają tak szybko, że lekarze nie nadążają przeprowadzać większości niezbędnych badań. Garstka tych, którzy się nie zarazili, usiłuje przetrwać na zdziesiątkowanym świecie, na którym teraz zaczyna wszystkiego brakować. I nie chodzi tylko o leki i żywność, ale o wszystko to, z czego niezbędności na co dzień nie zdajemy sobie sprawy: transportu, prądu, internetu, rządzących, porządku czy schronienia. Wśród ocalałych nie ma już nikogo, kto nie straciłby kogoś bliskiego. Nikogo, kto nie odczuwałby lęku na myśl o przyszłości, nikogo, kto nie potrzebowałby jakiejś pomocy.

str. 268 – “Przyjmijmy jakiś kompromis między założeniami optymistycznymi a pesymistycznymi (…). Nawet wtedy będzie ten cholerny bałagan. Ciała, których nie ma komu usuwać, staną się rozsadnikiem różnych innych chorób. Wskutek paniki i ogólnej przemocy nastąpi dalszy wzrost zgonów. Rozpacz doprowadzi do samobójstw. Dodaj do tego niedziałającą infrastrukturę, zepsute jedzenie, brak energii elektrycznej, niedziałającą komunikację”.

Wygląda też na to, że istnieje pewna znaczna grupa osób, która przejawia nietypowe, magiczne cechy. I – co najdziwniejsze – tych wirus się nie ima.

Niesamowici – bo tak ich nazwano – podobnie, jak zwykli ludzie, dzielą się na tych dobrych i złych. Do tego to, co pozostało z władz, resztki dowodzących, uznają za słuszne wyłapać wszystkich Niesamowitych i poddać ich testom. Bez znaczenia, czy tamci się na to zgodzą, czy też nie.

str. 45 – “Zaroiło się od plotek o dziwnych, tańczących ognikach, o ludziach obdarzonych dziwnymi zdolnościami, leczących oparzenia bez żadnych maści i dla rozgrzewki rozpalających ogień w beczkach bez paliwa. Niektórzy zapalali je dla samej przyjemności wpatrywania się w płomień. Inni twierdzili, że widzieli jakąś kobietę, która przeszła przez ścianę, jeszcze inni przysięgali, że widzieli mężczyznę podnoszącego samochód jedną ręką tudzież tańczącego szkocką gigę pół metra nad ziemią”.

Lana, Jonah, Katie, Fred, Eddie, Arlys, Max – to tylko garstka bohaterów, których tu poznamy. Jest ich wielu, ale to wcale nie sprawia, że gubimy się w labiryncie imion i nazwisk. Autorka zapoznaje nas z nimi stopniowo i tak umiejętnie, że nie mamy żadnego problemu, by później kogoś skojarzyć.

Tytuł oryginału to “Chronicles of the One. Year One”, co znaczy “Kroniki Jedynej. Rok Pierwszy”. Łatwo się więc domyślić, że akcja rozgrywa się w przeciągu roku. Pierwszego roku po apokalipsie, podczas której ginie osiemdziesiąt procent ludności świata. Ludzie osiedlają się w różnych miasteczkach, które ocalały, starają się zakładać małe społeczności. Kibicujemy im gorąco, obserwując, jak próbują odbudować – choć częściowo – naszą cywilizację. W obliczu zagłady większość się ze sobą solidaryzuje, współpracuje, dzieli z innymi. Niestety obok jasnych stron odbudowywania starego świata, pojawiają się te ciemne. Czarna magia, przerażająca, zimna, destrukcyjna.

I pojawia się odwieczne pytanie: czy dobro zwycięży zło? Czy światło pokona ciemność? Czy ludzkość przetrwa?

Jak to u Nory Roberts bywa, powieść jest przesycona magią. Ponieważ jednak wszystko osadzone jest współcześnie, nie odbieramy tej książki jako fantasy. Osobiście miałam wrażenie, że czytam powieść postapokaliptyczną, choć może mniej tą wizją postapo nasyconą. Nie brakuje tu wybuchów i fajerwerków, nagłych zwrotów akcji i opisów tego niezwykłego świata, który właśnie się rodzi.

str. 283 – “(…) rozłożyła ramiona, a te naraz stały się skrzydłami, równie jasnymi jak jej włosy, a ich krawędzie przypominały ostre zęby. Uniosła się i zaczęła obracać. Wirujący wiatr unosił dym z płomieni”.

Książka podzielona jest na kilka części, dwadzieścia pięć rozdziałów i liczy blisko 440 stron. Mimo dość pokaźnej objętości, czyta się ją migiem. Połknęłam ją w dwa dni i trwało to aż tak długo tylko dlatego, że człowiek ma dom, dzieci, zwierzęta i własne życie.

Nora Roberts ma niezwykle lekkie pióro, a do tego kreowane przez nią postaci są do bólu prawdziwe. Nawet te, które obdarza skrzydłami, syrenim ogonem czy umiejętnością zapalania świecy pstryknięciem palcami. Ten realizm bohaterów, prostota wypowiedzi, lekkość dialogów i bardzo wciągająca fabuła, składają się na świetną, nie dającą się odłożyć na bok książkę. To jedna z tych historii, o których myślicie stale, nawet wówczas, gdy chwilowo jej nie czytacie.

Do tego ta niezwykła okładka: skromna, nieprzeładowana. Tylko ten czarny ptak, wrona czy kruk, który nigdy – w całej literaturze – nie wróżył nigdy niczego dobrego.

I jeśli nazwisko Nory Roberts kojarzy Wam się wyłącznie z romansami, to bardzo polecam sięgnąć po “Początek”. Owszem, spotkamy tu miłość: pomiędzy dwojgiem ludzi, miłość matki do dziecka, specyficzną miłość do przyjaciół, ale do romansu to tej książce bardzo daleko.

A najbardziej raduje mnie to, że “Początek” jest dopiero pierwszym tomem serii “Kronik tej Jedynej” i przede mną dalszy ciąg. Kolejna książka pt.: “Z krwi i kości” ukaże się już lada dzień.

Bardzo gorąco polecam “Początek”. To doskonale skonstruowana powieść, z ciekawą fabułą, rewelacyjną historią i nietuzinkowymi bohaterami. Ode mnie otrzymuje dziesięć gwiazdek na dziesięć.

*cytaty pochodzą z książki

“Pocałunek kata” Mons Kallentoft

Mons Kallentoft zadebiutował w 2000 roku powieścią “Pesetas”, za którą zgarnął prestiżową nagrodę i został uznany za jednego z przodujących pisarzy szwedzkich. Osobiście o nim aż do teraz nie słyszałam, być może dlatego, że powieści skandynawskie omijam szerokim łukiem. Podchodziłam do nich kilka razy, ale zarówno książki Camillii Lackberg, jak i Jo Nesbo, nie wciągnęły mnie zupełnie. Miałam więc drobne obiekcje przed lekturą “Pocałunku kata”. Na szczęście udało mi się z książką zaprzyjaźnić, choć spodziewałam się czegoś znacznie lepszego.

Szwecja. Zwykły dzień. Jakiś szaleniec porywa samolot i trzymając w ręce “bukiet” granatów, grozi wysadzeniem wszystkiego w powietrze. Chwilę później policja znajduje nagie zwłoki nastolatki w zgniatarce do samochodów. Policjanci są bezradni, bo zanim zdołają wykonać jakiś ruch, ginie kolejna osoba.

Inspektor Malin Fors usiłuje powiązać zabójstwa ze sobą, szukając czegokolwiek, co mogłoby je łączyć. Niestety niczego takiego nie może znaleźć. Sprawy zupełnie nie ułatwia fakt, że kobiecie mocno daje się we znaki jej uzależnienie od alkoholu.

str. 107 – “Nad wzgórzem zwieszają się korony starych dębów i gdy Malin lekko obraca głowę, widzi plac zabaw, gdzie niecałe dziesięć lat temu znaleziono zgwałconą dziewczynę”.

Nad śledztwem pracują dodatkowo ściągnięci policjanci, usilnie próbujący odnaleźć jakieś powiązania pomiędzy ofiarami oraz miejscami zbrodni. Niestety – póki co – kompletnie nic do siebie nie pasuje i napotykają tylko masę niewiadomych.

Przełom nastąpi dopiero później.

Powieść pisana jest w trzeciej osobie, w czasie teraźniejszym. Wydaje mi się, że byłaby o wiele lepsza i bardziej przystępna, gdyby autor poprowadził ją w czasie przeszłym. Jest bardzo niewiele książek napisanych w formie takiego właśnie reportażu, w czasie teraźniejszym, które mi się podobały. To jest styl typowy dla sprawozdań, który tutaj akurat nieszczególnie pasuje. Wprawdzie w trakcie czytania można się trochę przyzwyczaić, ale jednak powieść zyskałaby wiele bez tego.

Piękne wydanie przywołało wspomnienia, kiedy to wszystkie książki były wydawane z dbałością o każdy szczegół: twarda okładka z obwolutą, przejrzysty druk, żadnych błędów.

Zabrakło mi większej ilości opisów miasta, otoczenia, miejsc, ale być może jest to związanie z akcją prowadzoną w czasie teraźniejszym, gdzie nie ma po prostu żadnej dodatkowej chwili na zbędne opisy.

Skomplikowane śledztwo prowadzi do zaskakującego zakończenia, a to – z kolei – do szokującego epilogu. Akcja, mimo iż nie gna na łeb na szyję, cały czas trzyma w napięciu. Klimat grozy idealnie współgra z osobistymi problemami głównej bohaterki.

str. 15 – “Wyrwali mi oddech z piersi i uszło im to na sucho. Zabili tą, którą najbardziej kochałem, i nie spotkała ich żadna kara. Za arogancję. Bezwzględność”.

str. 123 – “Niech mi ktoś pomoże kochać wszystkich ludzi, myśli Malin. Proszę, niech mi ktoś pomoże, ktokolwiek”.

Autor jest raczej oszczędny w słowach, książka nie jest przegadana i wszystko w niej doskonale się zazębia. Dopracowana historia, wszechobecna groza oraz realistyczni bohaterowie, składają się na dobrą, kryminalną powieść o dusznej, gęstej atmosferze.

Mons Kallentoft nie ma lekkiego pióra. Książka nie należy do lektury prostej w odbiorze, wymaga od czytelnika skupienia. Czasem musiałam się cofnąć do nazwisk czy miejsc, by je sobie przypomnieć. Skandynawskie nazwy to chyba element nieco ponad moje siły, jak choćby nazwa parku, przy której w kółko się zacinałam. Oczywiście mówię to z przymrużeniem oka.

“Pocałunek kata” to pozycja dla czytelników lubujących się w thrillerach oraz skandynawskich kryminałach. Polecam wszystkim miłośnikom kryminalnych zagadek. Warto również nadmienić, że autor stworzył cały cykl o Malin Fors, więc można się spodziewać wielu zagadkowych, intrygujących perypetii inspektorki szwedzkiej policji w kolejnych książkach z serii.

Za książkę i możliwość zrecenzowania bardzo dziękuję serwisowi JakKupować.pl


*cytaty pochodzą z książki

“Furia” Sandra Brown

Czytam książki Sandry Brown od ponad dwudziestu pięciu lat. Nie pamiętam takiej, która by mi się nie spodobała, za to pamiętam kilka takich, które wbiły mnie w fotel i również takie, które nie pozwalały iść spać. Bywało, że czytałam do trzeciej czy czwartej rano. I przyznaję, że do dziś nie przechodzę obojętnie wobec książek autorki, bo każda niemal jest gwarancją naprawdę dobrej, trzymającej w napięciu, lektury. Zwłaszcza, że kilkanaście lat temu trafiałam raczej na romanse z dreszczykiem sensacji, a teraz są to powieści sensacyjne z dodatkiem romansu, co pasuje mi o wiele bardziej.

“Furia” dotarła do mnie w tajemniczej czarnej kopercie. Od razu wiedziałam, że będzie to coś specjalnego. Zwłaszcza, że w ślad za książką, z koperty wypadł woreczek strunowy, a w nim… No cóż, jako stała bywalczyni strzelnicy, nie musiałam zgadywać dwa razy: łuski po nabojach z glocka. To był dopiero smaczek, dziękuję bardzo Wydawnictwu Edipresse Książki :)

Bohaterka “Furii”, Kerry Bailey, dziennikarka, znana, lubiana i ceniona przez opinię publiczną, uparcie próbuje przeprowadzić wywiad ze znanym bohaterem narodowym, majorem Franklinem Trapperem. Dwadzieścia pięć lat temu major wyprowadził kilka ocalałych osób z hotelu Pegasus w Dallas, w którym wybuchło kilka ładunków wybuchowych, a na własnych rękach wyniósł małą dziewczynkę. Niestety Trapper jest uparty i nie ma zamiaru udzielać żadnych wywiadów, nie robi tego już od lat. I nawet niespotykany upór i dziesiątki telefonów Kerry nie mogą tego zmienić. Dlatego też nieugięta kobieta decyduje się dotrzeć do majora przez jego syna, prywatnego detektywa, który wcale nie jest tym faktem zachwycony. Jego układy z ojcem pozostawiają wiele do życzenia, dawne niesnaski i animozje sprawiają, że na samą myśl o rozmowie z ojcem, Johnowi cisną się na usta same niecenzuralne słowa. Jednak z kilku powodów – znanych wyłącznie jemu samemu – w końcu postanawia przedstawić dziennikarkę ojcu.

To, co wydarzy się później zaważy na całym życiu Kerry oraz syna majora Trappera. Nieznani sprawcy napadają bowiem na dom majora, w którym Kerry przeprowadza wywiad. Kim są sprawcy? I dlaczego włamali się do domu? I czego tak naprawdę chcieli od bohatera narodowego i dziennikarki? Kerry, która cudem unika śmierci, nie od razu zaczyna lękać się o własne życie, jednak splot wydarzeń, które następują później, daje jej namacalnie odczuć, że jej bezpieczeństwo wisi na włosku.

Nagle się okazuje, że nikomu nie można zaufać.
Nagle każdy jest podejrzany.
Nagle w każdym człowieku upatruje się wroga.

Kerry Bailey i John Trapper muszą połączyć siły, by dowiedzieć się, kto tak naprawdę stoi za zamachem bombowym w Dallas sprzed dwudziestu pięciu laty. John wprawdzie ma swoje podejrzenia, niestety prawie nikt mu nie wierzy. Czuje, że jest sam, a jedynym jego sprzymierzeńcem nieoczekiwanie staje się Kerry.

Typową i charakterystyczną rzeczą u Sandry Brown jest nieopuszczające czytelnika napięcie, trzymające go od samego początku do końca. I mimo, iż znamy pewnych podejrzanych, a o innych z kolei nie mamy pojęcia, to czyta się świetnie. A może wcale nie znamy podejrzanych? Autorka przez cały właściwie czas trzyma nas w niepewności i tak naprawdę nie wiemy do końca, czy nasze przypuszczenia są słuszne.

Główna bohaterka to pewna siebie, zdecydowana i zdeterminowana kobieta, profesjonalnie podchodząca do swojej kariery i tego, czym się zajmuje. Swoje sukcesy zawodowe zawdzięcza wyłącznie sobie i może być z nich dumna. W obliczu niebezpieczeństwa nie panikuje, zachowuje zimną krew, co wpływa na naszą dla niej sympatię. Da się ją po prostu lubić, racjonalna i praktyczna, jest przy tym bardzo kobieca i z miejsca wpada w oko Johnowi.

str. 159 – “Kerra Bailey wyznaczała sobie cele i trzymała się programu pozwalającego je osiągnąć. To nie w jej stylu uciekać nocą w towarzystwie mężczyzny o wątpliwej reputacji, który działał impulsywnie, któremu zdarzało się kręcić i kłamać, o czym dobrze wiedziała, którego zresztą poznała zaledwie tydzień wcześniej i to wtedy, kiedy był zbyt skacowany, by stanąć prosto. No więc co tutaj, do diabła, w tej chwili robiła?”.

Pożądanie i namiętność na tle śmiertelnego niebezpieczeństwa to znak rozpoznawczy Sandry Brown. Tutaj uczucie przeplata się z sensacją, z zagrożeniem czającym się w cieniu, z obawą napotkania wycelowanej w nas lufy pistoletu. Wraz z upływem czasu sprawy komplikują się coraz bardziej, wartka akcja nie pozwala się nudzić nawet na chwilę i choć z całą pewnością czytałam już bardziej wciągające powieści autorki, to tej również niczego nie brakuje. Nie jest przegadana, nie jest za długa, czyta się szybko i dobrze, styl autorki to lekkie pióro, niezwykle przystępne dla czytelnika w odbiorze, a język prosty i codzienny.

Pierwsze, co rzuca się w oczy w kontakcie z książką, to świetna okładka, jakby trochę w 3d, do tego format, który bardzo lubię – nieco większy od przeciętnego, bardzo wygodny w czytaniu i ogólnym użytkowaniu. Świetny druk, dobra czcionka, przejrzysty układ stron. Oczywiście nie to liczy się najbardziej podczas czytania, ale są to takie detale, od których zależy cała przyjemność z lektury, dla mnie wyjątkowo ważne. W tekście brak jakichkolwiek błędów, żaden chochlik nie wkradł się w treść, zresztą jak zwykle u Edipresse. Ogromny plus za to piękne wydanie.

To, co jest najlepsze w tej powieści, to oczywiście klimat. Bardzo lubię historie sensacyjne, gdzie nad bohaterami “wisi” groźba, gdzie muszą uciekać, ukrywać się, a każdy napotkany człowiek może im zagrażać. I ani oni, ani my – czytelnicy – nie wiemy, komu można, a komu nie można zaufać. Duszna atmosfera robi się coraz bardziej przytłaczająca, gdy na wierzch wypływają sprawy i machloje sprzed lat.

str. 191 – “Od strony na wpół podciągniętych żaluzji wpadało dość światła, by zobaczyć, że wszystko zostało przewrócone do góry nogami. Szuflady powyciągano z metalowej szafki, a ich zawartość leżała rozrzucona po całej podłodze. Poduszki na kanapie pocięto i wybebeszono. Krzesła i lampy były poprzewracane”.

Wiele w “Furii” jest rzeczy przewidywalnych, jest to coś jednocześnie bardzo amerykańskiego, jak i charakterystycznego dla autorki. Mimo to wcale nie czyta się książki gorzej, nie jest ona przez to mniej intrygująca. Czytam książki Sandry Brown od ćwierć wieku, znam jej styl, znam bohaterów, zdążyłam poznać to, jak myśli i jakich intryg oraz zakończeń można się po niej spodziewać, jednak mimo to, za każdym razem, czytanie jej książek to dla mnie ogromna przyjemność.

To jest powieść dla czytelników, którzy lubią powieści sensacyjne, kryminały, thrillery, a także dla wszystkich, którzy chętnie sięgają po połączenie książek sensacyjnych z romansem, z przewagą jednak sensacji. No i na pewno jest to pozycja dla każdego miłośnika Sandry Brown, jej talentu do zawiłych historii i bohaterów, takich prawdziwych, z krwi i kości.

Ze swojej strony bardzo polecam, książkę czyta się jednym tchem, a szybkie tempo i dynamiczna akcja nie pozwalają się od niej oderwać. To bardzo dobra lektura.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki

*cytaty pochodzą z książki

“Wierszyki dla Ksawerego” Barbara Szczepańska “Judyta”

Za każdym razem, kiedy trafia do mnie książka dla dzieci, patrzę najpierw, jak się ona prezentuje wizualnie. Dzieci to najbardziej wymagający odbiorca na rynku i kiedy my, dorośli, możemy przymknąć oczy na pewne szarości książek przeznaczonych dla nas, to dziecko nawet na taką nie spojrzy. Książka dla dzieci musi mieć to coś, czym przyciągnie wzrok młodego czytelnika i czym przykuje jego uwagę na tyle długo, by ten zechciał ją otworzyć i zajrzeć do środka. Dlatego też, co najważniejsze, taka pozycja musi być kolorowa i musi mieć w środku obrazki. Bez tego, to nawet nie ma po co owej oglądać…

“Wierszyki dla Ksawerego” od pierwszej chwili zwracają na siebie uwagę. Kolorowa, twarda okładka, zabawne rysunki, mnóstwo obrazków, po kilka na stronie, śmiesznych, kontrastowych, dobranych do treści poszczególnych wierszy.

A same wierszyki również zabawne, choć przekazujące sporo ciekawych informacji, nadają się do poczytania zarówno młodszym dzieciom, jak i tym nieco starszym. A podejrzewam, że większość młodszych czytelników z ochotą dowie się, o czym marzy Foka z bieguna północnego.

To barwne, pełne radości wierszyki, w większości o zwierzątkach, ale jest też wiersz o księżycu, o klaunie czy o piratach. Wszystkie są rymowane, świetnie wpadają w ucho, niektóre są króciutkie, inne dłuższe, w formie bajek. Jest wiersz o żyrafach, o motylach, o wronach. Poruszane w nich tematy zawierają często jakiś drobny, mądry morał, tak przedstawiony, by pojęły go nawet małe dzieci. To utwory pisane prostym językiem i lekkim piórem, rytmiczne i ciekawe.

str. 17 – “(…) Odlecimy, powrócimy,
niech zatęsknią podczas zimy.
Widzi pan, jak nas witają,
potem pięknie znów żegnają”.

Tak właśnie w wierszu “O czym rozmawiały Bociany”, dywagują dwa ptaki. Razem z nimi i z dziećmi możemy się pozastanawiać, dlaczego bociany spędzają zimę w ciepłych krajach i dlaczego przylatują do nas na wiosnę. Dzieci chętnie się tego dowiedzą, a taka rozmowa pomiędzy boćkami na pewno spodoba im się bardziej niż suche fakty z podręcznika.

Osobiście ujął mnie cudny Księżyc w księgarni (“Księżyc w księgarni”), który pośród półek z książkami, zachwycony, nagle zaczyna pięknie świecić i cały szczęśliwy tonie w książkowych historiach:

str. 38 – “Tylko Księżyc zaczytany
już w kolejnej księdze,
odmieniony jakiś taki
wśród półek jaśnieje.

– Biorę wszystkie – wskazał dłonią
za szóstym regałem.
– Jestem całkiem przekonany,
że tego szukałem (…)”.

To chyba mój ulubiony wiersz z całego tomiku i czytałam go już wiele razy. Tyle w nim takiej specyficznej pogody ducha, radości, szczęścia. Do tego mnóstwo książek, więc jak tu go nie lubić.

Książeczka – jak to zbiór wierszy dla dzieci – nie jest obszerna, ma troszkę ponad pięćdziesiąt stron, a wiersze są pisane w bardzo ciekawy sposób, zwrotka pod zwrotką, ale nieregularnie, co wyraźnie je od siebie oddziela i nadaje dynamiki utworom, co z kolei na pewno przypadnie dzieciom do gustu. Dzięki temu łatwiej obserwować czytany tekst i o wiele milej śledzić całość. Do tego duże, kolorowe tytuły, wszędzie jakaś grafika, jak nie obrazki, to kolorowe plamy i szlaczki, dzięki czemu książka nie jest nudna, przyciąga wzrok maluchów i wydaje się być dopracowana i wypełniona barwami po brzegi.

“Wierszyki dla Ksawerego” to bardzo udana pozycja, żywy i ekspresyjny obraz, pełen dynamiki, plastycznych postaci i humoru. Na moje oko to książeczka dla dzieci od trzech do ośmiu lat, w zależności oczywiście od preferencji danego dziecka. Moja jedenastolatka również przeglądała ją z ciekawością. Polecam dzieciakom i ich opiekunom, na pewno zauroczą Was te krótkie, dowcipne i budujące wierszyki.

Za książkę i patronat bardzo dziękuję Wydawnictwu Dlaczemu.

*cytaty pochodzą z książki

“Samobójca” Agnieszka Ziętarska

Generalnie nie czytuję książek dla młodzieży, powieści z nurtu Young Adult, ani książek obyczajowych. Zdarzają się jednak takie perełki, których opis wydawcy sprawia, że pędem piszę maila z prośbą o egzemplarz, w obawie, że dla mnie nie wystarczy. I “Samobójca” należy właśnie do takich perełek. Nie musiałam zagłębiać się w treść, nie potrzebowałam przedpremierowych recenzji, wystarczył opis wydawcy, kilka zdań, bym wiedziała, że to jest coś, co muszę przeczytać i coś, co na sto procent mi się podoba.

Cóż, mogło być różnie, bo nie znam autorki – książka to autorski debiut Agnieszki Ziętarskiej – a czytuję raczej kryminały i thrillery, jednak przeczucie mnie nie myliło, bo książka jest naprawdę warta uwagi.

Bohaterką powieści jest Flora Silva. Ot, raczej niczym się nie wyróżniająca dziewczyna, nastolatka, która zwyczajnie chodzi do szkoły, uczy się, żyje swoim życiem i zajmuje się wszystkim tym, czym zajmuje się młodzież w jej wieku. Jeszcze do niedawna Flora miała brata. Fiore był od niej nieco starszy i niestety zginął w wypadku samochodowym. Flora do dziś obwinia się za ów wypadek, do dziś czuje wyrzuty sumienia i nie może sobie darować, że przez niejako jej głupotę i nastoletni wybryk, Fiore zginął. Czy faktycznie była to jej wina, czytelnik stwierdzi już sam, w czasie lektury. Nie zmienia to jednak faktu, że niezależnie od tego, co będzie sądził czytelnik, zdanie Flory nie ma szans się zmienić. Sumienie nie daje jej spokojnie żyć, nie pozwala się na niczym skupić, nie daje wytchnienia nawet nocą. Koszmary, jakie ją nawiedzają, nie pozwalają wypocząć, nie dają oddechu skołatanym nerwom. Flora myśli o tym, że gdyby jej nie było na tym świecie, wszystkim wokół żyłoby się lepiej. Poczucie winy to strasznie destrukcyjne uczucie. Flora właściwie nie ma przyjaciół, nie dogaduje się z rówieśnikami, nie nadaje na tych samych falach i nie ma z nimi wspólnych spraw. Uważana za odludka i dziwaczkę, wcale nie chce nawiązywać przyjaźni, a już na pewno nie z ludźmi, którzy jej dokuczają. Stara się oczywiście nie zwracać na nich za bardzo uwagi, ale nie zawsze się to udaje.

Myśli, jakie ją nachodzą, ciemne i mroczne, samobójcze sceny, jest to coś, z czym dziewczyna boryka się na co dzień i przez co nie potrafi myśleć o niczym innym. Żyje jak we mgle, chwilami czuje się tak, jakby patrzyła na siebie cudzymi oczami i – co najgorsze – nie poznaje samej siebie.

Na drodze Flory pojawia się nagle Felis, młody, dorastający chłopak, beztroski i pozytywnie nastawiony do życia, ukrywający jeden ważny sekret, o którym Flora nie wie. Felis nie jest człowiekiem, jest Niezmiennym, posiadającym wyjątkowy dar. Flora nie powinna go widzieć, ludzie przecież nie mają pojęcia o istnieniu Niezmiennych i na ogół ich wokół siebie nie dostrzegają. Z jakichś jednak przyczyn chłopaka zauważa, co z kolei jemu mocno utrudnia zadanie, jakie otrzymał. Z początku dziewczyna go nie lubi, wydaje jej się dziwny, niesympatyczny i natarczywy.

Skąd może wiedzieć, że Felis to jej opiekun?

Felis wie, że Flora jest potencjalnym samobójcą i że jej życiu zagrażają jej własne decyzje. Oczywiście to od niej samej zależy, jak potoczą się jej losy, a Felisowi nie wolno w podejmowane przez nią decyzje ingerować, z czasem jednak, zaczyna mu na niej mocno zależeć. Ukrywa to, bo jeśli inni Niezmienni się o tym dowiedzą, opieka nad Florą zostanie mu odebrana. A tego Felis nie chce. Nocami dotrzymuje Florze towarzystwa w postaci czarnego kota, Noxa, by swoim mruczeniem przywoływać pozytywne sny, a ją samą uspokajać, jak tylko potrafi.

str. 80 – “Właśnie wtedy dotarło do mnie, dlaczego to zrobiłem. Byłem opiekunem. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, ból zaczął ustępować”.

Książka pisana jest dwutorowo. Część rozdziałów opowiada Flora, część Felis. Wszystko w pierwszej osobie, co pozwala nam wczuć się zarówno w jej uczucia i emocje, jak i w jego. To daje całkiem udaną mieszankę, dwa punkty widzenia, dwa kompletnie różne spojrzenia na wiele spraw. Na ogół mnie to do książki zniechęca, ale tutaj pasuje i jest o wiele ciekawszym zabiegiem, niż ustanowienie narratorem tylko jednej postaci.

Lekkie pióro autorki, niedługie rozdziały, bardzo zgrabny kunszt pisarski oraz ciekawie ujęty temat, to plusy tej powieści, dzięki którym czyta się ona szybko i przyjemnie, a strony przewraca się machinalnie, jedna po drugiej. Muszę przyznać, że książka pozytywnie mnie zaskoczyła, bo polubiłam bohaterów, polubiłam całą tę historię i poza jedną czy dwiema literówkami, nie znalazłam żadnych błędów. Autorka pisze bardzo przyjemnie w odbiorze, nie zatrzymywałam się tutaj, by wrócić do poprzedniej strony, bo coś mi uciekło, bo trzeba było przeczytać jeszcze raz. Nie musiałam wracać do tego, co się wydarzyło, bez problemu zagłębiałam się w treść dalej i dalej. Prosty język, choć nie jakoś mocno potoczny, ale jednak taki, do jakiego przywykliśmy na co dzień, z domieszką literackiego polotu, kunsztu, arabesek – wszystko na poziomie i z klasą. Bardzo przypadł mi do gustu styl autorki, podoba mi się bez zarzutu, a czas spędzony z książką napisaną w takim stylu, to naprawdę ogromna przyjemność.

Wydawnictwo również spisało się na medal. Książka wydana jest bardzo ładnie, w treści nie znalazłam błędów, zagubionych znaków interpunkcyjnych, uchybień graficznych czy innych tego typu chochlików drukarskich. Jedno, czego do końca nie pojęłam, to okładka. A ściślej mówiąc: grafika na niej. Wygląda bardzo ładnie i schludnie, złoto ciekawym kontrastem odbija się od czerni okładki, jednak symbole i sam okrąg, średnio pasowały mi do całej historii. Jest to jednak moje prywatne, subiektywne, odczucie, które nie ma wpływu ani na moją opinię o książce, ani o jej treści.

Powieść ta to nie tylko historia o nastolatkach, choć po opisie wydawcy oraz pierwszych kilku stronach, tego właściwie moglibyśmy się spodziewać. To jednak coś głębszego, to zmaganie się z własnymi demonami, to poszukiwanie siły do tego, by rano wstać i wyjść do ludzi. To również zgłębianie tego, co w życiu ważne, sprawdzanie własnych możliwości, odnajdowanie drogi, którą warto by podążać nawet w chwilach, gdy wyboje na niej sprawiają, że opadamy z sił. To w końcu dokonywanie wyborów, od których zależy nasza przyszłość, nasze ja, nasze życie. To także szukanie drobnych rozwiązań nawet wówczas, gdy jedyne, o czym marzymy to to, by znaleźć się w zamkniętej szafie pachnącej lawendą…

To huśtawka emocji. I solidna dawka niepewności, rozterek, rozdarcia, niezdecydowania. Niektóre decyzje bohaterów nie będą szły po myśli czytelnika, z niektórymi być może się nie zgodzimy.

str. 94 – “Nie powinnam tak zbliżać się do nikogo. Nie zasłużyłam na to, żeby czuć chociaż namiastkę szczęścia”.

Książka jest głównie kierowana do młodzieży, ale myślę, że starsi odbiorcy również znajdą w niej coś, co ich zainteresuje. Ja sama nie należę już od lat do młodzieży, a powieść wciągnęła mnie na tyle, bym zarwała noc na jej dokończenie i by teraz niecierpliwie czekać na dalsze tomy cyklu.

Akcja powieści osadzona jest we współczesnych czasach, we współczesnym świecie, bohaterów otaczają zwyczajni ludzie, jakich możemy spotkać w każdym otoczeniu. Dzięki temu cała historia nabiera autentyczności, choć klimatowi wcale magii nie brakuje. Osobiście nie przepadam za książkami fantastycznymi, gdzie gubię się w nadmiarowych nazwach z kosmosu, niezrozumiałych opowieściach i światach. Tutaj w akcję można się bez problemu zagłębić, a wszelkie niuanse związane z Niezmiennymi nie sprawiają żadnych problemów.

To zdecydowanie udana opowieść, choć na rynku pewnie podobnych nie brakuje. Mimo to historia ta jest jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna. I za to wielki plus dla autorki. „Samobójca” zostaje w pamięci na długo, pozostawia miłe wspomnienie dobrze spędzonego czasu przy wciągającej lekturze i pozostawia po sobie lekki dreszczyk podekscytowania powodowany świadomością istnienia kolejnych tomów cyklu.

Nie jest to książka dla miłośników szybkich zwrotów akcji, pościgów, sensacji ani strzelanin. Tu akcja toczy się dość spokojnie. Nie jest to wcale nużące, czytelnik nie nudzi się podczas przechodzenia od postaci do postaci, a poznawanie osobowości Flory i jej samej, sprawiało mi przyjemność. Również życie Felisa wśród Niezmiennych, ich układy w rodzinie, zadania, jakie mają do wykonania i wyzwania, przed którymi stają, budzą ciekawość czytelnika. To wszystko sprawia, że powieść bardzo przyjemnie się czyta, a to w książkach przecież jest najważniejsze. Bez tego nie ma pasjonującej lektury.

Myślę, że z czystym sumieniem mogę powieść polecić nie tylko nastolatkom, ale również starszym odbiorcom, a jeśli następna książka z cyklu będzie napisana w podobnym klimacie, to z niepisaną przyjemnością po nią sięgnę. Ogromnie się cieszę, że mam przyjemność być jednym z patronów medialnych tej książki, to naprawdę cudowne i bardzo wyjątkowe wyróżnienie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Dlaczemu.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.