“Za zieloną bramą” Piotr Wielgosz

UWAGA: jest to recenzja egzemplarza przedpremierowego, przed korektą i – jak wspomina wydawnictwo – z roboczą jeszcze okładką. Zdjęcie okładki – moje własne.

Miało być ciekawie, o demonach, o tajemnicach i o ogarniających umysł i ciało istotach, pełnych nadprzyrodzonych mocy. O czym było? Wierzcie mi, że naprawdę ciężko mi to określić.

Bohaterką książki jest Elli, młoda dziewczyna oraz jej przyjaciel Tomek. Elli ma dziwne sny, w których nachodzą ją okrutne demony, pragnące posiąść jej umysł. Elli nie ma już siły z nimi walczyć i za namową przyjaciela, bierze udział w spotkaniu z ciotką Tomka, która ponoć zna się na demonach i może jej pomóc. Niestety coś chyba idzie nie tak i dziewczyna traci przytomność.

Jest tu potencjał na ciekawą historię, ale niestety zabrakło całej reszty, by ją sklecić w całość. Przede wszystkim ciężko jest mi ocenić tę książkę przez pryzmat tego, iż otrzymałam egzemplarz przed korektą. Większość tekstu to zbyt długie zdania, w których chwilami wręcz można się zgubić. Czytałam początek i zanim dotarłam do końca, już zapominałam, o czym to czytałam na początku. Przykładowo:

“Czuła na sobie tak silne, przenikliwe i magnetyczne spojrzenie, że niczym osaczone zwierzę, mimo że skazane na porażkę, rzucające się w desperacji na znacznie silniejszego przeciwnika, odwróciła głowę w stronę postaci”.

“Częściowo pozrywane i poodklejane ze ścian tapety, poruszane co chwilę gwałtownymi, lodowatymi podmuchami przedostającego się tu wiatru, niczym stado uwięzionych w sidłach ptaków próbujących zerwać się do lotu, by po chwili rezygnacji ponowić swoją próbę, trzepotało skrzydłami wyblakłych płacht”.

“Od tygodnia siedział na podłodze, zdając się wpatrywać w gasnące i zapalające się słońce, którego promienie co dzień wyławiały z cienia kamienną twarz, omiatając ją delikatnie czerwonawą mgiełką, by potem rozgrzewać coraz bardziej, wyciągniętą w ich stronę skórę i wyciskać z niej drobne kropelki potu, zbierające się w większe, rozpędzające się po pomarszczonej skórze i turlające się w dół, ku podłodze”.

Kropelki potu z ostatniego akapitu spadają tak jeszcze przez pół strony. Przez nadmiernie wydłużone zdania, ich rytm jest w wielu miejscach poważnie zaburzony, przez co zwyczajnie utrudnia rozumienie tekstu. To samo tyczy się opisów. Opisy, zarówno miejsc, jak i zdarzeń, są zbyt rozwleczone, przy tym często nie wnoszą do tekstu niczego istotnego i nie posuwają akcji w ogóle naprzód. Tak naprawdę książkę tę można było zamknąć w stu paru stronach (w chwili obecnej ma ich 330) i myślę, że byłby to dla niej zabieg bardzo korzystny. Do tego masa powtórzeń, błędy stylistyczne, rażące (mnie osobiście) śmiechy w stylu “ha, ha, ha” w tekście, nagminne powstrzymywanie łez przez wszystkich bez wyjątku bohaterów i rozpoczynanie większości rozdziałów otwieraniem oczu któregoś z nich. Do kompletu wiele rozdziałów kończy się traceniem przytomności przez którąś z postaci.

Co się zaś tyczy bohaterów… Wszystkie postaci są jednakowe. Odniosłam wrażenie, że żaden od drugiego niczym się nie różni. Wszyscy podobnie mówią, używają podobnych słów, podobnie się zachowują, mają podobne myśli. Żaden z nich nie został przedstawiony na tyle sugestywnie, by jakoś przyciągnąć moją uwagę. Nie wiem nawet, jak poszczególne osoby wyglądają, ich charaktery i osobowości są płytkie i chwilami zdawało mi się, że dialogi prowadzone są przez grupkę dzieci bawiących się w zainscenizowane historyjki o demonach.

Być może typowy fan fantastyki odnalazłby w tej powieści coś, co przyciągnęłoby jego uwagę, jednak te nagminnie rozbudowane zdania psują całą zabawę i najzwyczajniej w świecie czytelnika męczą. Być może autor silił się na poetycki język i postawił na ładne, kwieciste słownictwo, ale w ten sposób jedynie udało mu się zagmatwać akcję, uwikłać przodującą myśl książki w zbyt barwne opisy i za bardzo koronkowe porównania. Pełno tu arabesek i psujących efekt ozdobników.

Poza mocno przydługimi zdaniami, w tekście pojawiają się stylistyczne niedociągnięcia sprawiające, że całe zdanie nie tylko traci sens, ale też brzmi śmiesznie lub dziwnie. Poniżej dwa takie stylistyczne kwiatki:

“Może nie była to rewolucja, ale to, co właśnie usłyszał bardzo go zainteresowało, by po chwili zaintrygować do tego stopnia, że postanowił zrobić coś, co mu się prawie nie zdarzało, albo też nie zrobić czegoś, co robił stale”.

“My jako cywilizacja dużo, znaczniej bardziej niż dużo, wyżej rozwinięta wykorzystaliśmy tylko ich niewiedzę i nie wyprowadzając ich z błędu, tymi bogami zostaliśmy”.

Niestety potykanie się o tego rodzaju gramatyczne wyboje nie tylko utrudnia samo czytanie, ale zwyczajnie odbiera na nie chęć.

Mam nadzieję, że wydawca postara się z korektą, bo w formie takiej, w jakiej trafiła do mnie książka, nie widzę dla niej miejsca na rynku wydawniczym. Ponieważ jest to egzemplarz przed korektą, nie będę jej oceniać w portalu lubimyczytac.pl, co dla książki może i lepiej, bo więcej niż jednej gwiazdki, raczej by ode mnie nie dostała.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.