Książki mojego dzieciństwa

Czy pamiętacie, co czytaliście będąc dziećmi? Jakie książki towarzyszyły Wam w długie, zimowe wieczory? Jaka była Wasza pierwsza samodzielnie przeczytana książka?

Ja pamiętam.

Książki towarzyszą mi przez całe życie. W wieku sześciu lat już płynnie czytałam, pamiętam, jak w zerówce czytałam dzieciom na głos opowiadania z “Elementarza” Falskiego i jak nauczycielka zawsze zachęcała innych, by również starali się czytać samodzielnie. Nie pamiętam chwili, kiedy zaczęłam czytać, a moja mama na to pytanie wzrusza tylko ze śmiechem ramionami. Opowiada, że kiedyś była zajęta, a ja podczas obiadu lubiłam, kiedy mi czytała. No i któregoś razu na moje jęki i marudzenie odpowiedziała niecierpliwie: “Naucz się wreszcie czytać”. Z dalszej opowieści wynika, że po prostu tak się stało, ale żadna z nas nie pamięta szczegółów.

Pierwszą książką, jaką przeczytałam samodzielnie, było opowiadanie Andrzeja Grabowskiego (jednego z moich ulubionych pisarzy dzieciństwa) pt.: “Reksio i Pucek”. Coś wtedy idealnie dla mnie, dla dziecka od zawsze marzącego o własnym psie. Reksio i Pucek to historia dwóch szczeniaków, które poznają świat, myślę, że większość dzieci ją znała, ponieważ weszła chyba do kanonu lektur tamtych czasów i po prostu każdy ją czytał. Inna sprawa, że książeczka jest prosta i bardzo zabawna, a same psy dość głupiutkie, jak to szczenięta, przeżywają różne śmieszne przygody i sprawiają mnóstwo kłopotów. Nigdy tej książki nie zapomnę, jest tą, która odkryła przede mną cudowny świat książki.

Pierwszą lekturą, jaką pamiętam ze szkoły podstawowej, były “Przygody Filonka Bezogonka” Gosty Knutsson. Czytywałam ją już leżąc w łóżku, przeżywając wraz z małym kociakiem jego przygody i wierzcie mi, były to fantastyczne i niesamowite historie.

Jakiś czas później jęczałam mamie, że nie mam co czytać. Mama wygrzebała z półki na samej górze grubą, małą książkę i dała mi mówiąc, żebym spróbowała przeczytać ze trzy pierwsze rozdziały. Zachwyciłam się i w późniejszych latach wracałam do niej wiele razy. Dzisiaj czytam ją córce. Mowa o “Dzieciach z Bullerbyn” Astrid Lindgren. I choć do innych książek autorki nie zapałałam nigdy miłością, ani nawet zbytnią sympatią, to “Dzieci (…)” odwiedzałam z prawdziwą i szczerą radością. Do dziś widzę oczami wyobraźni golusieńkiego Lassego siedzącego na kamieniu i grającego balladę na grzebieniu :)

A później odkryłam bibliotekę w szkole. Och, to był po prostu raj! Masa książek w jednym miejscu, tyle naraz i wszystkie dostępne natychmiast, od razu zaczęłam przesiadywać w niej na każdej długiej przerwie, a niedługo potem zaangażowałam się w pracę w bibliotece. Godzina wśród książek po lekcjach lub w czytelni, to była moja norma każdego prawie dnia. Tutaj właśnie wygrzebałam z półki wspaniałą “Cudowna podróż” Selmy Lagerlof, o zmniejszonym chłopcu podróżującym wraz ze stadem dzikich gęsi, poznającym ich życie i przygody, czasem wesołe, czasem smutne. Ta książka zaczarowała mnie bardzo głęboko, choć nie należała do wybitnie wesołych i beztroskich.

Również z biblioteki szkolnej przyniosłam jedną z moich najukochańszych książek – nie tylko dzieciństwa – “O chłopcu, który szukał domu” Ireny Jurgielewiczowej. To książka magiczna ze wszech miar. Żeby się nie powtarzać, przytoczę fragment recenzji, którą napisałam jakiś czas temu:

“Jak większość książek dla dzieci, ta również kończy się dobrze, ale wierzcie mi, nie jeden raz będziecie mieli łzy w oczach… Nie raz ściśnie się Wam żołądek i nie raz chwyci Was coś za serce. To piękna książka. I mimo, iż ma już swoje lata (została napisała w roku 1947), to pokazuje, że pewne wartości nigdy się nie zestarzeją, niezależnie od tego, w jakich czasach i w jakich realiach przyjdzie nam żyć. A to przecież bardzo ważna nauka dla naszych dzieci.”

Magia tej powieści, przy której zapominałam o całym świecie, sprawiła, że zapisałam się do biblioteki publicznej, bo ta szkolna przestała mi już wystarczać. A później była “Karolcia” i “Witaj, Karolciu” Marii Kruger, którą do dziś czytam z takim samym zachwytem, tym razem już mojej blisko siedmioletniej córce, “Babcia na jabłoni” Miry Lobe, z humorem, ale i piękną puentą, no i oczywiście “Doktor Dolittle i jego zwierzęta”. Wiecie, że marzyłam o tym, by tak jak doktor Dolittle, móc rozmawiać ze zwierzętami? Mało tego, nie tylko o tym marzyłam, ale przez jakiś krótki moment, miałam nawet nadzieję, że to możliwe. O doktorze opowiadałam wówczas w klasie, jako o swojej ulubionej książce.

W swoje pierwsze wakacje, miałam wtedy chyba z osiem lat, wygrzebałam z maminej biblioteczki powieść Andjelki Martić pt.: “Babcia Katarzyna”. Nie pytałam, czy mogę, po prostu zaczęłam czytać uznając, że skoro to jest o jakiejś babci… Przyznaję, że trochę mnie ta książka przestraszyła. Chyba bałam się podobnie jak główna bohaterka, tej obcej “babci”, która niczym czarownica miała czarnego kota i pewnie parała się czarną magią. To była pierwsza książka, w której zetknęłam się ze śmiercią. Tę końcową, ostateczną scenę z uśmiechniętą babcią Katarzyną, mam wyrytą w pamięci i zostanie ona tam pewnie do końca mojego życia. Podobnie jak krótka, ale wielce wzruszająca opowieść “O psie, który jeździł koleją” Romana Pisarskiego – pierwsza książeczka, przy której płakałam jak bóbr i podczas czytania której zrozumiałam dokładnie, co to znaczy wzruszyć się opowiadaniem. Tak ogromnie pokochałam tego psa, że nie mogłam się pogodzić z zakończeniem. Tak naprawdę chyba do dziś nie mogę.

Ostatnią książką, o której chcę wspomnieć w tej skromnej podróży do literatury mojego dzieciństwa, jest “W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Dlaczego? Ponieważ jest to pierwsza poważna lektura, po jaką sięgnęłam i przeczytałam od początku do końca, z otwartą niemalże buzią, zafascynowana przygodami dzieci. Miałam wówczas dziewięć lat. Tyle, co Nel. Staś był dla mnie wtedy bohaterem nad bohaterami, taki mądry i odważny, taki doskonały 😉

I tak sobie myślę, że gdyby nie te wszystkie książki, które wymieniłam, moje ulubione, z lat dziecinnych, do których już nie raz i nie dwa wracałam, to chyba nie byłabym dzisiaj tą osobą, którą jestem. Światy, w które zabrały mnie te książki wtedy, te trzydzieści lat temu, będące niczym Narnia za drzwiami szafy, ukształtowały moją miłość do książek. Dzisiaj nie wyobrażam sobie bez nich życia, bez czytania, bez pisania, siebie samej bez nich. Przeczytałam w życiu ponad dwa i pół tysiąca książek, wielu tytułów już nie pamiętam, wielu bohaterów i wielu miejsc, w których rozgrywała się akcja, również nie. Niektóre z nich przychodziły i odchodziły, zostawiając strzępki informacji, jakieś fragmenty przygód i przeżyć. Jednak tych kilku z lat dzieciństwa, nie zapomnę nigdy, bo to jest mój świat, moje wspomnienia, jedne z najpiękniejszych. Zdaję sobie sprawę, że większość dzisiejszej młodzieży, wychowanej często na książkach o Harrym Potterze, nie doceniłaby pewnie tamtych – dość skromnych – książeczek. I nie zrozumcie mnie źle, nie mówię tego w negatywnym tego słowa znaczeniu, bo uwielbiam Pottera, zarówno książki, jak i filmy i bardzo lubię do nich wracać i czytać znowu i znowu, ale książki z tamtych lat były dla mnie magiczne w zupełnie inny sposób. Moje pokolenie nie miało gier komputerowych, nie było wtedy takich “wypasionych” filmów jak dziś, a wolny czas spędzaliśmy głównie na dworze. Wymyślaliśmy własne historie, rzadko kiedy inspirowane filmami czy grami. I te wieczory, kiedy mama goniła już do łóżka… Mówiła, że mam jeszcze godzinę dla siebie, podczas której mogę robić, co chcę. A ja czytałam. I zawsze było mi mało. A kiedy gasło światło, na szczęście była jeszcze latarka. Pod kołdrą czekał na mnie zaczarowany świat zapisany na kartach książek… Cudowny, fascynujący, doskonały. Totalnie i fantastycznie magiczny…

*artykuł inspirowany pomysłem akcji PNGiSAM

 
 

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.