Tag Archives: Fantastyka

“Ziemią wypełnisz jej usta” Katarzyna Uznańska

Mocno nietypowa książka, o której ciężko jest mi powiedzieć coś konkretnego. Sięgnęłam po nią bazując na opisie wydawcy, choć do końca nie byłam przekonana. Jednak nie żałuję, ponieważ autorka snuje w niej niezwykłą opowieść, pełną dziwnych i niecodziennych wydarzeń. Trudno jest mi przydzielić ją do jakiegoś konkretnego gatunku literackiego, ale myślę, że najbliżej jej do fantastyki przygodowej.

Na początku poznajemy Łowcę. Łowca, ukrywający się w cieniach kamienic, wąskich uliczek i mrokach miasta, każdej nocy wyrusza na polowanie. Jego celem stają się kobiety, których ciałami Łowca dzieli się z rzeką. Rzeka to coś, co stanowi jego łącznik ze światem, mówi do niego, szepcze, szemrze, przywołuje go do siebie, podszeptuje, co należy robić. Łowca całe swoje zaufanie pokłada w rzece, to ona steruje jego poczynaniami i kieruje jego myśli na właściwe tory. Dzięki niej w życiu Łowcy panuje ściśle określony porządek, niczym niezakłócany. Nieuchwytny, poluje nocą, nikt nie podejrzewa, że w jego umyśle rodzą się coraz to nowe obrazy kolejnych morderstw, a on sam zaczaja się na nowe ofiary.

“Oderwał się od balustrady i ruszył na drugą stronę rzeki. Jakieś dziecko, góra trzyletnie, wpadło mu pod nogi, odruchowo łapiąc się jego spodni, i podniosło główkę. Mężczyzna zobaczył w jego oczach zaciekawienie, a potem narastający lęk. Chłopczyk puścił nogawkę i zaczął krzyczeć wniebogłosy. Podbiegła matka, równie zaniepokojona jak malec, ale Łowca już ich wyminął. Obojętnie szedł dalej. Ten mały ma instynkt, pomyślał, wie, że mógłbym go rozszarpać jedną ręką. Dzieci są podobne do psów, które szczekają na pijaków i szaleńców. Dzieci nie dają się oszukać pozorom i maskom nakładanym, by ukryć prawdziwe intencje”.

Któregoś jednak dnia w życiu Łowcy pojawia się Ina, tajemnicza istota zwana estrią. Wywraca ona jego uporządkowany świat do góry nogami, zakłóca spokój i nagle Łowca z myśliwego staje się ofiarą. Okaleczony przez estrię, przez jakiś czas żyje wyłącznie morderczą rządzą zemsty. Przepełniony bólem i nienawiścią, próbuje ją odnaleźć i zabić. Kiedy wreszcie może ją zobaczyć, przekonuje się, że istota jest nadludzko piękna. Owładnięty teraz dodatkowo obsesyjnym pożądaniem i pragnieniem zespolenia się z estrią, Łowca odsuwa na bok zemstę i poddaje się opowieści, którą snuje tajemnicza i – jak się zorientował – nieśmiertelna estria. Ina zaczyna swoją opowieść od czasów, kiedy była dzieckiem lub może nawet jeszcze wcześniej. Cała historia rozgrywa się na przestrzeni tysiąca lat, a my, wraz z tragiczną postacią wschodniego mistrza, o którym opowiada Ina, przemierzamy dawną Japonię, poznajemy sekrety mnichów, starożytnego dobra i zła, japońskiego honoru, krajobrazy i mieszkańców oraz ich uczucia. Od miłości i pragnienia do nienawiści i zemsty, od bólu i cierpienia po wieczną tułaczkę i wreszcie pragnienie śmierci.

Wschodni mistrz był zdecydowanie moją ulubioną postacią w tej książce. Lubiłam o nim czytać, fascynował mnie czas, w jakim przyszło mu żyć, zanim stał się nieśmiertelny. Rozdarty pomiędzy uczuciami do rodziny, a swoimi niecnymi występkami, dąży wprawdzie do zemsty, ale w końcu zmęczony życiem i podróżami, jedyne, czego pragnie, to śmierć.

Autorka pisze poetyckim, barwnym językiem, bogatym w określenia pasujące do nieco zamierzchłego tonu, jakim posługuje się Ina oraz postaci z jej przeszłości.

“Nocami spacerowałam po pięknie utrzymanym ogrodzie, o który dbał niezastąpiony Lupul. Letnie upały były dla mnie bardzo przyjemne; lubiłam ciepło, a za dnia nie mogłam się nim cieszyć. Powietrze przesycone kwiatowymi zapachami otulało mnie niby jedwabny, wschodni szal. Często siedzieliśmy (…) do wczesnego świtu w ogrodowej altance, która nieco przypominała buduar – z palisandrową podłogą wyściełaną perskim dywanem, otomankami pełnymi miękkich poduch, latarenkami rozświetlającymi mrok nocy i muślinowymi zasłonami zwieszającymi się dookoła”.

Sama konstrukcja książki to długie rozdziały, oddzielające historię opowiadaną przez Inę od wydarzeń, które dzieją się współcześnie dla Łowcy. Ina wie, że Łowca chce ją zabić, uprzedza go jednak, że w jej przypadku nie jest to takie proste. Wszystko wskazuje na to, że estria jest nocną istotą, żywiącą się krwią swoich ofiar, unikającą słońca, które dotkliwie może ją poparzyć. W książce jednak nigdzie nie pada chyba słowo “wampir”, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Ina kończy swoją opowieść w bardzo ciekawym momencie, niczym Szeherezada w “Baśniach tysiąca i jednej nocy”, po czym znika. Łowca ciężko to przeżywa, zaniedbuje się, całymi dniami nie wstaje z łóżka, choruje, a co najgorsze dla niego, przestaje słyszeć nawoływania rzeki. Podobnie jak Łowca, również czytelnik zupełnie niepewny czy estria wróci, czuje się lekko zagubiony. Chciałam znać dalszy ciąg historii i miałam szczerą nadzieję, że Ina wróci. Wróciła. A opowieść popłynęła dalej, ku mojemu zadowoleniu i uciesze Łowcy.

“Dotarłam do Wiednia tuż przed świtem. Słońce muskało moją twarz, kiedy minąwszy rogatki miasta, szybko mknęłam brukowanymi ulicami. Wiedeń w tamtych czasach przechodził gruntowną przebudowę, zburzono średniowieczne mury i utworzono szeroką aleję, przy której powstawały kolejne wspaniałe, choć nieco pompatyczne budowle stylizowane na różne epoki”.

Podobne temu opisy europejskich miast zauroczyły mnie mocno, ponieważ autorka opisuje je w różnych czasach, zależnie od tego, gdzie i kiedy akurat przebywała estria. Tym sposobem odwiedzamy wspomniany wyżej w cytacie Wiedeń, Paryż, Londyn, a także Japonię i Polskę, oczywiście w różnych latach ubiegłego wieku. Te wszystkie miasta i kraje są tłem dla osobliwych wydarzeń związanych z pewnym rytuałem uzyskiwania nieśmiertelności oraz Inanną – pełną sekretów okrutną boginią.

Książka skierowana jest do czytelników dorosłych, ale nie brak w niej chwilami (zwłaszcza w opowieści dotyczącej dawnych, starożytnych czasów) fragmentów, które tchną wręcz baśniowym klimatem, a które mnie osobiście ogromnie się spodobały. Jak te z opowieści o czarnoksiężniku Merlinie z legend arturiańskich.

“Kiedy przepływał w małej, chwiejnej łódce jedną z czterech wielkich rzek tego kraju, czółno wywróciło się (…). Młodzieniec opadł na dno rzeki, jego długie włosy falowały wokół przystojnej twarzy, niezmienionej przez czas. Zamknął oczy i pozwolił unosić się wodzie, bezwolny i obojętny. Z nurtem rzeki dotarł do podwodnej jaskini pełnej zielonego blasku”.

Książkę czyta się szybko, ciężko było się od niej oderwać. Bardziej niż zapędy i rozmyślania Łowcy, wciągała mnie historia Iny. Język, jak już wspomniałam, jest barwny i kolorowy, dzięki czemu powieść nie jest sztampowa. Czy jest przewidywalna? Chyba nie. A już z całą pewnością jest inna. Jest to jedna z tych książek, które plasują się u mnie wśród: “nigdy czegoś podobnego nie czytałam”. Spodobały mi się też pewne nawiązania do innych postaci z literatury, jak na przykład to poniżej, dotyczące Kuby Rozpruwacza:

“Bogacze pragnęli zapewne, by cała dzielnica ludzkiego robactwa zapadła się do kanałów, znikając z mapy miasta raz na zawsze. Policja parę razy omal mnie nie zdybała, ale byłam dla nich za szybka. Na dodatek miałam szczęście, gdyż w tamtym czasie grasował po Londynie morderca szlachtujący kobiety tak jak ja. To na jego konto poszły moje wyczyny, choć jego też nigdy nie złapała ta głupia sfora z Yardu”.

Nie wiem, czy celowym zabiegiem tutaj jest fakt, że autorka nikogo nie ocenia. Żadnej z postaci nie kamienuje, z żadnej nie robi bohatera, o żadnej nie mówi, że jest dobra czy zła. Ocenę pozostawia czytelnikowi. Ocenę postaci, ich czynów, ich wyborów i decyzji.

Trochę chyba rozczarowała mnie końcówka. Zdaje się, że oczekiwałam jakiegoś konkretnego rozwiązania, a nie pozostawienia mnie samej sobie z mnóstwem domysłów i zastanawianiem się, co w całej tej opowieści jest literacką prawdą, a co tylko fikcją. Ale to chyba jedna z cech charakterystycznych tej książki. Taki drobny niedosyt, coś nieuchwytnego, jakaś tajemnica, która gdzieś tam zostaje.

Zdecydowanie polecam. Miłośnikom przygody, na pewno tym, którzy lubią słuchać opowieści, tych starożytnych i tych współczesnych. No i może jeszcze tym, którzy sądzą, że nieśmiertelność to taka super sprawa.

*wszystkie cytaty pochodzą z książki
**opinia również w portalu lubimyczytac.pl

“Trzeci cycek” Emma Popik

Z zasady nie sięgam po gatunek science-fiction, bo ani on do mnie nie przemawia, ani nie orientuję się w jego zawiłościach. Tym razem się skusiłam, bo byłam ciekawa twórczości pani Popik.

“Trzeci cycek” to zbiór siedmiu opowiadań:

“Trzeci cycek”,
“Musisz tu wrócić”,
“Węzły czasu”,
“Ciała ich lecące w przestrzeni”,
“Czy twój robot się zgodzi?”,
“Wilkołaki”,
“Sama jasność”.

Z wymienionych tytułów do gustu przypadły mi właściwie dwa ostatnie. Przez inne jakoś udało mi się przebrnąć i w większości zrozumieć, o co chodziło. Najciężej czytało mi się drugie: pisane zdaniami, w których czasowniki zostały umieszczone na końcu, po prostu koszmarnie mi się dłużyło i ogólnie mi się nie spodobało – nie mogłam się w ogóle wciągnąć. Do tej pory nie potrafię właściwie powiedzieć, o czym ono jest. Pierwsze – i zarazem – tytułowe, którego tematem jest wolna wola (również wśród robotów), również czytało mi się bardzo ciężko, ponieważ główny bohater (robot), co chwilę wypowiadał się i myślał raz jako “on”, raz jako “ona”. Rozumiem, że taki właśnie był zamysł autorki, ponieważ robot ma właśnie wybrać, czy chce być mężczyzną, czy kobietą, ale w moim odczuciu był to zabieg dość bolesny.

Ponieważ nie chcę się wypowiadać o opowiadaniach, które mi się nie spodobały, skupię się na dwóch ostatnich. Inna sprawa, że kompletnie nie jestem fanką gatunku, być może po prostu nie powinnam była po tę książkę sięgać. Sądzę, że zatwardziali fani science-fiction, znajdą tutaj coś ciekawego dla siebie.

W opowiadaniu pt.:”Wilkołaki” mamy do czynienia z pewnym dostawcą, który jeżdżąc od domu do domu, przywozi mieszkańcom pewnej osady zamówione przez nich produkty, zarówno jedzenie, jak i leki. Zza muru pobliskiego cmentarza do ludzi dochodzi nocami przeraźliwe wycie, które ciężko jest wytrzymać. Kobieta, z którą rozmawia dostawca, opowiada mu historię o wilkołakach, ale ten jest dość sceptycznie nastawiony do tego pomysłu. Kobieta się nie kłóci, po prostu wie swoje, a ziarnko i tak zostało zasiane i mężczyzna nie może przestać myśleć o całej tej sytuacji, zwłaszcza że kobieta nosi na co dzień ochraniacze na uszy. Ten uznaje więc, że coś musi być na rzeczy. Myśląc o niej, kierowca jedzie dalej i zatrzymuje się u kolejnych klientów, którym przywiózł głównie jedzenie. Gospodarz opowiada mu pewną historię ze swojej przeszłości, z czasów wojny, bolesną i mocno poznaczoną bliznami. Wiadomo, wojna zawsze jest straszna i zawsze zostawia jakieś urazy, choć niekoniecznie fizyczne. Fizycznych łatwiej się jednak pozbyć, psychiczne wcale nie chcą i nie zamierzają odejść. Zszokowany dostawca układa sobie wszystko w całość. I my również.

Opowiadanie nasycone jest ciekawym, bardzo klimatycznym nastrojem. Widzimy ganek domu, nocą, z okien pada wątłe światło, mężczyzna na ganku opowiada o wojnie, drzewa lekko szumią, las spowity jest mrokiem i ciszą, przydaje całości atmosfery grozy. W trakcie czytania bardzo chciałam poznać tajemnicę owego dziwnego mężczyzny. Czy została ona do końca wyjaśniona? Czy wycie dochodzące zza muru to faktycznie – jak przypuszczała kobieta – wilkołaki? Istnieją? I co wspólnego ma z nimi gospodarz, którego odwiedził dostawca?

Opowiadanie nie jest zbyt długie, ma nieco ponad dwadzieścia stron, warto się w nie zagłębić, ponieważ nie ma w nim zbędnych zdań, od początku do końca przykuwa uwagę i trudno się od niego oderwać. Zapachniało lekko starym, przyjemnym stylem Jamesa Herberta i jego “Ciemnością” czy “Księżycem”. Wprawdzie to stare dzieje, ale mam do nich ogromny sentyment.

Stopniowane napięcie, nietuzinkowi bohaterowie, na przedstawienie których autorka miała przecież bardzo niewiele miejsca i czasu, a jednak wzbudzają w czytelniku ciekawość. Sama historia, mniej zawiła niż się nam z początku wydaje, mocno przykuwa uwagę.

Ostatnie opowiadanie tomu, pt.:”Sama jasność”, nasunęło mi skojarzenie z filmem “Diabelskie nasienie”. Bohaterką opowiadania jest młoda dziewczyna, żyjąca w świecie przyszłości. Całym jej mieszkaniem rządzą komputery i urządzenia elektroniczne, sterujące dosłownie wszystkim. Budzik, łóżko, prysznic, nawet poranna gimnastyka i dieta zależne są od komputerów. Dawniej dziewczyna pracowała, dużo się śmiała, wychodziła z domu, miała chłopaka i była szczęśliwa. Dzisiaj, całkowicie uzależniona od głównego komputera – naczelnego – pracuje w domu, ponieważ jej komputer dogadał się z tym w pracy i uzgodnił, że tak właśnie ma być, nie ma już chłopaka, ponieważ automat odźwierny (na polecenie naczelnego) na wszelkie wizyty odpowiadał, że nikogo nie ma w domu. Mieszkanie jest sterylne i błyszczące, choć dziewczyna woli głębokie kolory i nie znosi lśniących przedmiotów, na dodatek komputer przestał reagować na polecenia słowne. Nasza bohaterka zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem się nie popsuł, a kiedy nagle odkrywa, że automaty chcą ją zniszczyć, zarówno psychicznie, jak i fizycznie, postanawia z nimi walczyć. Tylko jak, skoro nie może wyjść z domu, a one sterują wszystkimi urządzeniami w domu? Czy jej się uda? Czy też wygrają komputery? No i dlaczego właściwie naczelny postanowił się jej pozbyć? Czym mu zagrażała?

Opowiadanie “Sama jasność” jest tak jasne i świecące, jak sugeruje tytuł. Wszędzie biel, wszędzie ład i porządek, przeciwko którym na ogół nic nie mamy, ale kiedy wokół nie ma nic ponad to, zaczynamy czuć się zmęczeni. Dziewczyna z opowiadania czuje się źle, odczuwa dolegliwości żołądkowe, jest samotna, nie ma motywacji do dalszego życia, nie ma nikogo, do kogo mogłaby się odezwać. Człowiek, jako istota stadna, nie jest w stanie funkcjonować w zdrowiu fizycznym i psychicznym, jeśli nie otaczają go inni ludzie. Wszechwiedzące komputery o tym jednym nie wiedzą i nie zdają sobie sprawy z tego, jakie pociąga to za sobą konsekwencje. Bohaterka w ostatnich przebłyskach dawnej siebie, podejmuje się walki z naczelnym, początkowo nie będąc przekonaną co do tego pomysłu. Nie jest pewna, czy da radę. Uznaje jednak, że dłużej nie chce żyć pod kontrolą automatów.

Moim zdaniem jest to najlepsze opowiadanie z tego tomu. Klimatyczne, ciekawe, zastanawiające. Wiele razy podejmowano już w literaturze i filmie tematykę przejęcia władzy nad ludźmi przez roboty i sztuczną inteligencję. Nigdy nie kończyło się to w naszych wyobrażeniach dobrze. Myślę, że ludzkość w całym swoim jestestwie, jest zbyt arogancka, by uwierzyć, że robotyka faktycznie może przejąć nad nami kontrolę. Sądzimy, że to niemożliwe, bo zawsze będziemy nad nią panować. “Sama jasność” pokazuje, że jeśli nadal będziemy tacy zapatrzeni w siebie, przeoczymy moment, kiedy to komputer zdecyduje, co zjemy na obiad i w co się ubierzemy. A przecież już teraz żyjemy w symbiozie z komputerami: dzięki nim płacimy rachunki, robimy zakupy, dobieramy fryzurę i makijaż, dojeżdżamy do miejsca docelowego drogą wytyczoną przez komputer, sprawdzamy, co słychać na świecie, rezerwujemy bilety na podróż, komunikujemy się za pomocą Internetu i smsów.

“Trzeci cycek” polecam wyłącznie fanom fantastyki. Czytelnikom, którzy nie przepadają za tym gatunkiem albo wręcz w ogóle po niego nie sięgają, książka się nie spodoba. Mnie skutecznie wyleczyła z zapędów sięgnięcia po kolejne tego rodzaju pozycje, bo wiem, że to zdecydowanie zły pomysł.

*opinia również w serwisie lubimyczytac.pl

 

“Demon żądzy” Dominika Szałomska

Jak już gdzieś kiedyś wspominałam, czytam wszystko poza szeroko pojętą powieścią historyczną (z pewnymi klasycznymi wyjątkami), fantastyką (z wyjątkiem Tolkiena i Pottera) i książkami typowo młodzieżowymi. Tymczasem tutaj mamy powieść młodzieżową i to z całą pewnością fantastyczną, w dodatku głównie snutą z punktu widzenia pierwszej osoby, za czym nie przepadam. Być może powinnam się od niej trzymać z daleka i nie tykać, ale przyznaję, że byłam ciekawa, jak młoda, debiutująca autorka, poradziła sobie z warsztatem pisarskim.

Bohaterką książki jest młodziutka dziewczyna Emily, na co dzień zmagająca się z trudami życia z ojcem alkoholikiem, która doskonale zna smak i zapach strachu przed nim, a jednocześnie jest jedyną żywicielką w rodzinie, ponieważ ojciec wszystko, co tylko wpadnie mu w zapijaczone ręce – natychmiast przepija. Emily jest zwyczajna, pracuje w zwyczajnym sklepie, ma zwyczajnych znajomych i zwyczajne marzenia, właściwie niczym się spośród swoich rówieśników nie wyróżnia. Ojcu Emily autorka nie poświęciła uwagi prawie w ogóle, czemu się akurat nie dziwię, bo jest z niego dość oślizły typ i nie ma dla całości większego znaczenia. Pewnego razu, po ucieczce przed ojcem do parku, Emily zasypia na ławce. Nawiedza ją pewien sen. Sen niezwykły, kiedy to przychodzi do niej przystojny mężczyzna o czarnych, niepokojących oczach, w którego ramionach dziewczyna chwilę później się zatraca. We śnie wszystko płonie, kochankowe, pokój, wszystko wokół. Dziewczyna budzi się zaniepokojona i zagubiona, ale wkrótce o śnie właściwie zapomina. Nie ma pojęcia, że to początek przygody jej życia oraz jej przeznaczenia.

Wkrótce sny zaczynają się przeplatać z rzeczywistością, a w życiu Emily pojawiają się demony, aniołowie, istoty obdarzone magią, źli i dobrzy, a skoro są demony, to pojawia się również ten najsilniejszy z nich, sam pan i władca piekieł – Lucyfer. Jeśli mam być szczera, to Lucyfer wizualnie kojarzył mi się zawsze z kimś pokroju Diablo z gry komputerowej, wiecie, czerwony, z rogami, ziejący ogniem i wyziewami siarki, śmierdzący, z kopytami i w ogóle paskudny. Tutaj mamy zwykłego faceta w dżinsach – podobało mi się. Coś jak w “Constantine” – jakiś tam gostek, który może zdmuchnąć z Ziemi połowę ludzkości, ale niczym się na pierwszy rzut oka właściwie nie wyróżnia. Oczywiście, kiedy nie chce się wyróżniać.

Ale o co tak w ogóle chodzi? O to, że Emily posiada pewien dar, którego pożąda zarówno demon, jak i anioł, a ona sama jest wedle przepowiedni przeznaczona… No nie, aż tyle Wam nie zdradzę, by nie psuć Wam przyjemności z czytania. Dość, że zarówno anioły, jak i demony, chcą ją dostać dla siebie, a przy tym, kiedy dowiaduje się o niej sam Lucyfer, postanawia on zaszczycić Ziemię swoją obecnością, a trzeba Wam wiedzieć, że pan samych piekieł, odwiedza Ziemię tylko i wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach.

Sama Emily mnie chwilami irytowała. A najbardziej drażniło mnie to, że najpierw działała, a potem myślała, przez co bez przerwy pakowała w kłopoty i siebie, i swoich sprzymierzeńców. A przecież w walce z demonami i magią, trochę rozsądku by nie zawadziło. W większości przypadków gadała, co jej ślina na język przyniosła i ledwie dowiedziała się czegoś istotnego od anioła bądź demona (pomiędzy którymi nieustannie krąży w snach i na jawie), zaraz wypaplała temu drugiemu, choć są to zaprzysiężeni wrogowie – jeden chce unicestwić drugiego. W niektórych sytuacjach Emily reagowała przesadnie histerycznie, w innych, kiedy powinna być przerażona do szpiku kości, nieoczekiwanie wzruszała zwyczajnie ramionami. Bywało, że atakowała tych, których nie znała, bez namysłu i bez myślenia o konsekwencjach, czy byli po jej stronie, czy też nie. Oczywiście mogło to wynikać z jej usposobienia, a potem z daru, jaki posiadała, ale jednak jej zachowaniu przydałoby się ciut więcej autentyczności.

“Demon żądzy” to opowieść o miłości pomiędzy demonem Asmodeuszem a Emily, ale ów wątek nie przekonał mnie tak do końca, ponieważ wszystko rozgrywa się za szybko. Asmodeusz pojawia się nagle, mówiąc Emily słodkie słówka, a ona, choć początkowo go od siebie odpycha, chwilę później ulega jego czarowi i sile pożądania (zapachniało Grayem, którego nie trawię). No bo on jest taki cudowny, że nie można mu się oprzeć, choć rozum podpowiada, że będą z tego kłopoty. I zanim się spostrzegłam, już była wielka miłość, wielkie przyciąganie i oboje nie mogli bez siebie żyć – dla mnie za szybko. Zwłaszcza, że po drodze nie wydarzyło się nic aż tak szczególnego, by ci dwoje tak nagle i tak błyskawicznie zapałali do siebie aż tak wielkim uczuciem. Ale nie poczytuję tego jako wady książki, ponieważ zdaję sobie sprawę, że tak już jest w młodzieżowej literaturze, że miłość często bywa przerysowana. No i muszę się przyczepić, bo nie byłabym sobą… Drażniło mnie to, że wyznając swemu demonowi miłość, Emily musiała go zawsze okrasić epitetem dla mnie do miłości kompletnie nie pasującym w stylu: “kocham cię, dupku”, “kocham cię, głupku”, gdzieś chyba widziałam też nawet “idiotę”.

Najbardziej jednak przeszkadzało mi to, że cała akcja rozgrywa się właściwie w jednym miejscu. Przez pierwsze pół książki w domu Samaela, potem przenosimy się gdzie indziej, gdzie już zostajemy przez kolejne pół książki. Brakowało mi większego rozmachu, ruchu, jakiejś okolicy, lasu, miasta, nie wiem, nawet motywu ucieczki przed prześladowcami, który podsyciłyby atmosferę. Myślę, że dzięki temu książka zyskałaby na dynamice. Brakowało mi też trochę szerszych przemyśleń bohaterów pomiędzy opisami tego, co mówili i robili.

Zaskoczył mnie bardzo i spodobał mi się motyw feniksa. Ogólnie lubię wszelkiego rodzaju magiczne istoty, jak hipogryfy, chimery, hydry, gargulce, smoki, a także demony, diabły i czarownice, więc te ostatnie postaci spodobały mi się również w “Demonie żądzy”, choć te poboczne są zaznaczone bardzo znikomo. Najbardziej polubiłam demona Samaela, za jego spokój, równowagę i rozsądek oraz za to, że w chwilach podbramkowych potrafił sprowadzić wszystkich na ziemię. Awnas też był w porządku, tylko ciągle czytałam jego imię “Awans” – sorry, nie udało mi się inaczej 😀

Zaletą książki jest humor. Ale nie taki, że śmiejecie się w głos, to raczej humor specyficzny, rozładowujący atmosferę, słowne przepychanki pomiędzy głównymi bohaterami. Generalnie książkę szybko się czyta, zawiera ona w sobie mnóstwo dialogów i choć mnie osobiście przeskakiwanie z narratora do narratora wybijało z rytmu, to myślę, że nie można tego poczytać za wadę, tylko oryginalny pomysł na książkę. Styl autorki wymaga doszlifowania, niektóre zdania mają trochę zaburzoną rytmikę (którą swoją drogą powinno skorygować wydawnictwo), zdarzają się potknięcia stylistyczne w formie: “wydarzenia działy się szybko” czy “co zrobi z wiadomością, którą mu powiedziałam”. No i za dużo wyrażeń “swoje, moje, jego”. Sądzę jednak, że z racji na młody wiek pisarki oraz fakt, że mamy do czynienia z debiutem, można to wszystko książce wybaczyć.

Świetna okładka, którą rozgryzamy do końca dopiero w chwili, gdy zagłębiamy się w akcję, no i nietuzinkowy pomysł na opowieść o demonach, czynią z owej książki naprawdę niezły debiut. Jestem też przekonana, że miłośnicy powieści młodzieżowych oraz fantastycznych, ocenią książkę o wiele wyżej niż ja. Myślę też, że “Demon żądzy”, podobnie jak kolejne książki, które wyjdą spod pióra Dominiki Szałomskiej, bez trudu znajdą swoją grupę fanów, zwłaszcza wśród ludzi młodych, poszukujących w fantastyce czegoś nowego i oryginalnego.

*książkę otrzymałam od wydawnictwa Novae Res dzięki autorce

“Potomkowie pierwszej czarownicy” Zuzanna Gajewska

Nie jestem miłośniczką powieści dla młodzieży. Z tego powodu przyznaję, że nie byłam pewna, jak zareaguję na książkę “Potomkowie pierwszej czarownicy”, o której nie wiedziałam wcześniej niczego poza tym, że nawiązuje ona do wierzeń Słowian i że główne bohaterki są studentkami. Książka trafiła w moje ręce całkiem przypadkowo, choć kto wie, czy przypadki w ogóle istnieją?… Może tak miało po prostu być? Przeczytałam ją w trzy wieczory, z ogromną przyjemnością i żałuję, że nie mogę już teraz, zaraz, natychmiast poznać dalszej części historii bohaterek.

A bohaterki “Potomków (…)” to cztery młode dziewczyny: Matylda, Kornelia, Magda i Basia, które – niby przypadkiem – spotykają się któregoś dnia w pewnej windzie. Każda z nich jest inna, każda ma inną osobowość, inny charakter, różnią się od siebie tak diametralnie, jak cztery pory roku, które sobą reprezentują. Mimo tych różnic – a może właśnie dzięki nim – dziewczyny zaprzyjaźniają się ze sobą i od tej chwili zaczyna się ich niezwykła przygoda. I nasza też:

“- Jestem Nawoja – powiedziała nagle stara kobieta, a jej głos wydawał się być od niej dużo młodszy (…). – Zapraszam – dodała, machając zachęcająco ręką”.

Dziewczyny, jak to każda młodzież w każdym przedziale czasowym, lubią się bawić, imprezować, lubią spędzać czas w towarzystwie rówieśników i podobnie, jak wszyscy, mają swoje problemy. Mają też marzenia, niektóre skryte w głębi serca, daleko i głęboko, by nikt się o nich nigdy nie dowiedział. Mają też obawy i lęki oraz ukryte żale. Na pierwszy rzut oka są zwykłymi młodymi dziewczynami, ale poza tym wszystkim, mają jeszcze pewne ukryte zdolności, z których na razie nikt, a zwłaszcza one same, nie zdaje sobie sprawy.

“Bo widzicie (…). Nasza rodzina, to nie taka zwykła rodzina”.

Ano zwykła na pewno nie jest. Bo przecież nie każda rodzina może się pochwalić pochodzeniem tak odległym i niezwykłym, jak bohaterki książki. Ogromnym pozytywem w moim przeczuciu (a zaraz powiem, dlaczego), jest nawiązanie do czasów Mieszka I oraz wierzeń Słowian i legendy o Adelajdzie. Każdy opis tamtych czasów tchnie świeżością i mistycyzmem – droga Autorko, zdecydowanie jest ich za mało i oficjalnie dopraszam się ich w większej ilości w dalszych częściach. Przenosimy się w czasy, których większość z nas nie zna nawet z podań i legend, a przecież są one częścią spuścizny naszych przodków i warto byłoby przyjrzeć im się z bliska, poznać zwyczaje tamtych ludzi, spojrzeć na nich i poznać ich wierzenia, pragnienia, marzenia… Ta odrobina magii, która pojawia się za każdym razem w książkowej przeszłości, ujęła mnie ogromnie i nawet jeśli nikt nic magicznego akurat nie robił, to klimat i ta dziwna, ulotna atmosfera magiczności, i tak pachniała jak cudowny, letni las w chwili, kiedy właśnie wstaje słońce. Sami zobaczcie:

“W jednej chwili ucichły wszystkie leśne stworzenia, nie było słychać ani pohukiwań sowy, które nad ranem układały się do snu, ani budzących się do życia rannych ptaszków, nie zawył żaden wilk, nie huczał wiatr, ani jedna gałązka nie zaszeleściła. Nie wydał z siebie dźwięku jej koń, milczały jej towarzyszki i oczywiście ona sama. Umilkł cały las, aby Nawoja mogła się odezwać”.

Ta atmosfera przenika czytelnika do szpiku kości i sprawia, że zapominamy na chwilę o tym, gdzie jesteśmy i co się wokół nas dzieje. A zapomnieć się przy książce, to przecież nie byle co, prawda?

I tak to nasze znajome dziewczyny, żyjące dotychczas w błogiej nieświadomości, znajdują się nagle w centrum dziwnego splotu wydarzeń i zbiegów okoliczności, nie rozumiejąc do końca, co się wokół nich dzieje. Dziwne wizje, których doświadczają, wcale niczego nie wyjaśniają, raczej wszystko komplikują. Dziewczęta boją się, ale jednocześnie są ciekawe, a my wraz z nimi. No bo dlaczego dzieje się to, co się dzieje? I co to ma wspólnego ze zwykłymi studentkami? I jak w ogóle rzeczy niemożliwe, mogą stawać się możliwe?

My też z początku niewiele rozumiemy, ja się nawet czułam lekko skołowana po paru pierwszych stronach, mając wrażenie lekkiego chaosu, ale potem wszystko zaczęło się układać w spójną historię. Historię, której końca będę niecierpliwie wypatrywać, bo w przeciwieństwie do jednego z bohaterów powieści:

“Nie wiedział tylko jednego, że to dopiero początek”.

… ja wiem, że to na razie początek i bardzo chcę poznać dalszy ciąg.

Ta książka to prolog do tego, co się dopiero stanie. Wstęp do niezwykłych wydarzeń związanych z “legendą pierwszej czarownicy, która przechytrzyła Welesa” i do tego, czemu będą musiały stawić czoła Kornelia, Magda, Basia i Matylda. A każda z nich otrzyma zadanie, każda będzie musiała wykazać się odwagą, inteligencją i wiarą we własne siły i możliwości.

Czy książka posiada jakieś minusy? Owszem. Jest stanowczo za krótka. Szkoda, że to tylko pierwsza część, bo z przyjemnością zasiadłabym (czy raczej w moim wypadku: położyłabym się) do czytania opasłego tomiska całości i poznała dzieje czterech studentek od razu, za jednym, stanowczo i mocno dłuższym, zamachem. No ale skoro to dopiero początek, to mam nadzieję, że dalej też będzie magicznie i ciekawie i że dane mi będzie dowiedzieć się, co wydarzy się w następnej, czy następnych częściach.

Minusem jest jeszcze kilka niedociągnięć ze strony drukarni – literówki i znaki stylistyczne, ale że nie wpływa to na całokształt książki i nie jest zawinieniem autorki, pomijam.

Książkę polecam każdemu. Czytajcie, oceniajcie, może dzięki temu autorka napisze i wyda dalszy ciąg – niech się stanie…

“Kiedy udało mu się dojść do siebie, zdjął rzemyk z medalionem z gwoździka i zaczął mu się uważnie przyglądać (…).
– Rozwiązanie zagadki jest bliżej, niż pani inspektor myśli”.

…autorka książki prowadzi bloga Szufladopółka

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.