“Katastrofa i ametysty” Andrzej Wąsiewicz

Bardzo niewiele jest książek, po które sięgnęłam i nie dałam rady przeczytać ich do końca. Nawet te, którymi w jakiś sposób się rozczarowałam, spodziewając się czegoś lepszego czy wręcz innego, jakoś tam męczyłam do końca, ewentualnie z mniejszą pasją kończyłam i w końcu odkładałam. Wiele było też takich, które rozkręcały się w trakcie czytania, po pięćdziesięciu czy stu stronach i kończyłam je usatysfakcjonowana, że wytrwałam i się nie poddałam.

Tutaj niestety poległam.

Byłam bardzo wytrwała. Trwało to dwa tygodnie z przerwami (na jedną powieść obyczajową i jeden thriller). Przykro mi to pisać, ale książka “Katastrofa i ametysty” w ogóle mnie nie wciągnęła. Sięgnęłam po nią, bo bardzo mało wiem o Indiach i pomyślałam, że powieść osadzona w tamtejszych klimatach, będzie ciekawym doświadczeniem. Tymczasem o samych Indiach niczego się z niej nie dowiemy. Już sam początek książki, opis kolacji, rozciągający się na przeszło trzydziestu stronach, kompletnie mnie nie zainteresował. Pomyślałam jednak, że w końcu każda książka jakoś się zaczyna i niekoniecznie zawsze musi być to trzęsienie ziemi. Przeczekałam więc ową międzynarodową kolację, ale dalej wcale nie było lepiej.

W książce znajdziemy bardzo niewiele dialogów. Prowadzona jest ona w formie bardzo opisowej, nawet rozmowy są często po prostu opisane, kto co powiedział i dlaczego i jak zareagował ten drugi. Do mnie osobiście to nie przemawia, takim rozmowom brakuje emocji, przez co zarówno akcja, jak i bohaterowie, strasznie się spłaszczyli i nabrali dziwnej bezbarwności, która mnie zupełnie nie przekonała. Przez wspomnianą opisowość książka brzmi jak raport z katastrofy i jej zawiłości, a nie jak powieść, którą w końcu książka jest. Podczas samej katastrofy zabrakło fajerwerków, sensacji, akcji. Tutaj większość informacji podawana jest sucho i zimno – jak w wieczornych “Wiadomościach”.

Po względem wydania nie jest źle, tu i tam brakowało jakiegoś przecinka, ale ogólnie wygląda to dobrze. Mam jednak poważne zastrzeżenie co do okładki. Okładka, czyli tajemniczy fragment twarzy pewnej kobiety, wygląda identycznie jak okładka wydanej przez wydawnictwo Prószyński i S-ka powieści “Panna młoda” (Nike Farida, http://ksiegarnia.proszynski.pl/product,70836), którą można kupić od przeszło pół roku w wydawnictwie i księgarniach. Zmieniły się tylko kolory chusty i tęczówki oka. Przyznaję, że przyjrzałam się obu okładkom bardzo dokładnie, policzyłam nawet rzęsy na obu powiekach i właściwie mogę stwierdzić, że jest to ta sama grafika, tylko ze zmienioną kolorystyką. Cóż, nie podoba mi się taki zabieg. Wydanie książki z niemal identyczną okładką po pół roku od tej, która ukazała się poprzednio, jest mocno niesmaczne. A myślę, że wydawcy dobrze wiedzą, co ukazuje się w konkurencji na rynku i tych konkurencyjnych wydań nie przegapiają.

“Katastrofa i ametysty” to książka wyłącznie dla miłośników awiacji. Opisy kolejnych technicznych zagwozdek samolotu i jego usterek, są na dłuższą metę mocno nużące i przypominają dokumentalny serial “Katastrofy w przestworzach”, tylko że bez tego dreszczyku emocji i są tutaj bardziej rozwleczone.

Pomimo przeczytania dwustu stron (książka ma ich czterysta), nie zdołałam się wciągnąć w akcję. Przykro mi to pisać, ale w tej powieści właściwie nie ma żadnej akcji. Przyznaję bez bicia, że nie doczytałam jej do końca i już nie doczytam.

*książkę przeczytałam dzięki akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.