Tag Archives: Thriller

“Droga do piekła” Przemysław Piotrowski

Nie sposób przeoczyć tej książki na półce, a to za sprawą mrocznej i bardzo sugestywnej okładki. Grube łańcuchy, jakaś grota, blask ognia liżący chropowate ściany. Zaprojektowana przez Dariusza Kocurka okładka jest ogromnym atutem książki i czymś, co na dzień dobry przyciąga wzrok czytelnika.

Bohaterem “Drogi do piekła” jest były żołnierz amerykańskiego oddziału Seals – John Pilar. Niesłusznie skazany na śmierć za wyjątkowo bestialskie morderstwo swej żony i trojga dzieci, otrzymuje zabójczy zastrzyk. I w tym momencie jego życie bardzo nieoczekiwanie się komplikuje… Kiedy John przytomnieje, do jego nozdrzy dociera przykra i gryząca woń siarki…

Tymczasem jego młodszy brat, Lukas, nie wierzy w winę Johna i wraz ze znajomą dziennikarką, Rose, zaczyna prywatne śledztwo, by oczyścić brata z zarzutów. Im głębiej wspólnie kopią, tym więcej zamieszania powodują, a to, co udaje im się znaleźć, mrozi im krew w żyłach.

A potem jest tylko coraz gorzej.

Czy John na pewno jest niewinny? Komu i dlaczego zależało na jego śmierci? Czy piekło, którego jest on świadkiem, istnieje naprawdę? Czy jest tylko koszmarnym wytworem jego wyobraźni? Jak daleko może posunąć się człowiek dla władzy i pieniędzy? I – odwieczne pytanie dręczące ludzkość od zarania – co nas czeka na samym końcu? Czy przyjdzie nam zapłacić za grzechy?

Autor snuje bardzo dobrze zawiązaną intrygę, w której nawet my nie możemy być do końca pewni, co jest fikcją, a co prawdą. Nowatorskie podejście do tematu i osadzenie powieści w realiach Nowego Jorku, czynią z niej lekturę ciekawą, mroczną i bardzo wciągającą.

str. 155 – “Tysiące myśli przelatywało mu przez głowę. Szarpały jego świadomością jak szmacianą lalką, nie chciały się ujarzmić i pozwolić na opamiętanie. Kołatały się w takt rytmicznych bębnów, bijących kilofów, skwierczącej lawy i tysięcy zawodzeń cierpiących katusze grzeszników. Z każdą kolejną sekundą doprowadzały go do coraz większego szaleństwa”.

Powieść wciągnęła mnie od pierwszych stron. Nie ma tu rozwleczenia akcji, nie ma przegadania, nie ma zbędnych ozdobników, które zaburzałyby tylko i niepotrzebnie zwalniały akcję. A ta płynie tu wartko, dynamicznie i ciekawie. I choć co jakiś czas przeskakujemy od bohatera do bohatera, to nie wybija nas to z rytmu i książkę czyta się naprawdę szybko i przyjemnie. Styl autora to nie to, co nazywa się lekkim piórem, za to jest nienaganny, a i temat, jakiego ów się podjął, wcale nie należy do prostych i lekkich. Postaci mówią językiem potocznym, nieskomplikowanym, trochę za dużo tu wulgarności, ale rozumiem, ponieważ miejsca, środowiska oraz nierzadko osoby, z jakimi mamy tutaj do czynienia, wymagały ostrzejszego języka, a głaskanie po głowie i uprzejmości wyglądałyby po prostu nienaturalnie.

Autor bardzo skutecznie potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika. Nawet sceny z pozoru statyczne trzymały mnie w napięciu i nie pozwalały odłożyć książki na bok. Piekielne ognie, sceny pełne pożogi i okrucieństwa, to tutaj chleb powszedni i dlatego nie jest to książka dla czytelników o słabszych nerwach. Skwar, krew, odór siarki i smród fekaliów stanowią często tło zdarzeń, o jakich czytamy w “Drodze do piekła”.

Napisałam na początku, że głównym bohaterem powieści jest John. Owszem, ale na równi z nim stoi jego młodszy brat, Lukas, a może nawet ustawiłabym go nieco wyżej, bo jednak scen z nim jest więcej. Lukas to były policjant, któremu powinęła się w życiu noga i który popadł w alkoholizm. Walka Lukasa z nałogiem idzie w parze z obsesyjną wręcz potrzebą odkrycia prawdy. Lukas za wszelką cenę chce udowodnić niewinność brata, ale czy zależy mu na tym aż tak bardzo, by wygrać z nałogiem? Czy mężczyzna będzie na tyle silny, by temu sprostać?

“Droga do piekła” to mocny i bardzo mroczny thriller, nie brakuje w nim też scen, których nie powstydziliby się najlepsi autorzy krwawych horrorów.

str. 206 – “Kilka następujących po sobie oślepiających błysków znów sprowadza go w mrok. Trzyma coś w rękach, to, co znajdowało się w rozbitym pojemniku z formaliną. Czuje jej gryzący zapach. Nie wie, skąd, ale jest pewny, że zaraz znów rozbłyśnie światło, a on ujrzy, co ma w dłoniach. Tak naprawdę już to wie, choć boi się do tego przyznać. Nie chce utwierdzać się w swoim przekonaniu”.

Klimat grozy ogarnia czytelnika już na samym początku lektury i trzyma go mocno aż do ostatnich słów, a piekielna atmosfera robi niesamowite wrażenie. Nasza wyobraźnia nijak nie daje się oszukać i pewnych scen nie sposób już wymazać z pamięci. Nie jest to powieść dla wrażliwców, a nawet ci twardsi mogą mieć później kłopoty z zaśnięciem.

Polecam, jeśli nie macie oporów przed scenami pełnymi grozy i jeśli lubicie ten specyficzny dreszcz podczas czytania tego gatunku. Jest to pozycja godna uwagi i na pewno spodoba się wszystkim lubującym się w grozie, thrillerze i horrorze.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Videograf


“Zimne ognie” Simon Beckett

Po serii z doktorem Hunterem, zapoczątkowanej przez “Chemię śmierci” oraz “Ranach kamieni”, niezwiązanych żadnym cyklem, wiedziałam już, że wezmę w ciemno każdą książkę Becketta. I wcale nie musi to być thriller, bo po prostu odpowiada mi styl pisania autora, prawdziwy, dosadny, niezwykle plastyczny.

“Zimne ognie” ukazały się już w roku 1997, ale później autor zredagował powieść na nowo i wydał w formie takiej, jaką możemy czytać dzięki Wydawnictwu Czarna Owca.

Bohaterką książki jest Kate Powell. Kate kieruje własną agencją PR i odnosi pierwsze sukcesy. Ma paru znajomych, oddaną przyjaciółkę i byłego faceta, który czasem lubi uprzykrzać jej życie. Kate nie chce wiązać się z żadnym mężczyzną, ale bardzo chce mieć dziecko. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, zamieszcza w paru specjalistycznych periodykach ogłoszenie, w którym poszukuje dawcy nasienia. Na ogłoszenie odpowiada psycholog kliniczny, Alex Turner. Na pierwszy rzut oka nieco nieśmiały, za to sympatyczny, miły i przystojny. Kate odnosi wrażenie, że Alex będzie idealnym kandydatem do roli ojca jej dziecka.

Ale czy na pewno?
Czy pozory rzeczywiście mylą?
A może jednak Kate powinna uwierzyć w siłę swej intuicji i zaufać nieznajomemu?

W międzyczasie w życiu Kate nie brakuje różnych zawirowań, zarówno na gruncie zawodowym, jak i prywatnym. Dziewczyna ma mnóstwo wątpliwości w związku z decyzją, jaką podjęła. Karuzela emocji, jaka jest jej udziałem, mocno komplikuje jej codzienność.

“Zimne ognie” to thriller psychologiczny, przynajmniej tak głosi okładka. Nie jestem pewna, czy można tę książkę ochrzcić mianem thrillera. Ja bym raczej powiedziała – zwłaszcza na tle poprzednich książek autora, które czytałam – że jest to powieść z dreszczykiem. No ale nie zamierzam się kłócić.

To dobra książka, która od samego początku, aż do ostatnich zdań, trzyma czytelnika w napięciu. To jest Simon Beckett, który mówiąc o szarych, przyziemnych sprawach, potrafi pisać po mistrzowsku, a wszelkim sytuacjom potrafi nadać pasującą do nich oprawę.

str. 168 – “W japońskiej restauracji z głośników płynęły subtelne dźwięki egzotycznych instrumentów strunowych. W jadalni panował półmrok, ale każdy stolik był oświetlony przez dwie grube świece, co nadawało wnętrzu wygląd świątyni. W powietrzu unosił się zapach cytryny i smażonych owoców morza”.

“Zimne ognie” nie wprowadzą czytelnika w mroczny nastrój, w którym ten się gubi i autentycznie czuje lęk, jak miało to miejsce w serii z  doktorem Hunterem. Ta książka to powieść w większej części statyczna. Jednak jest w niej coś, co nie daje jej odłożyć, coś, co nie pozwala nam o niej zapomnieć, kiedy zajmujemy się czymś innym. Jest to coś bardzo szczególnego, co mają w sobie dobre książki i co sprawia, że czytając,  za każdym razem wracamy do nich z prawdziwą radością i podekscytowaniem. I nawet kiedy autor pisał o bohaterce jedzącej śniadanie, ja czekałam na jakiś wybuch. Te krótkie zdania, ten milczący spokój, ta cisza przed burzą, nieuchronnie i ciągle zapowiadały COŚ.

Chwil z dreszczykiem tu oczywiście też nie brakuje, w końcu nie jest to powieść obyczajowa, i nazwisko autora do czegoś zobowiązuje.

str. 199 – “Kate odniosła wrażenie, jakby ciśnienie w pokoju nagle gwałtownie spadło. W uszach miała przeraźliwy pisk i widziała, że stary detektyw patrzy na nią z przejętym wyrazem twarzy”.

Prawdziwie i realistycznie nakreślone postaci, sprawiają że książkę czyta się bardzo szybko. Przyczepiłabym się do małej ilości powołanych przez Becketta do życia bohaterów, ale nie jest to absolutnie coś, co jest minusem powieści. Cudowna okładka – to ona jako pierwsza zwraca tutaj uwagę czytelnika. Kręte schody, stare deski, tajemniczy cień, nie wiemy, czyj – to wszystko buduje niesamowitą atmosferę grozy.

str. 220 – “Kiedy tego dnia wróciła do domu, w telefonie stacjonarnym migała lampka. Wyświetlacz informował o jednej nagranej wiadomości. Kate patrzyła przez chwilę na mrugające uparcie światełko i w końcu odtworzyła wiadomość. W głośniku zabrzmiał szum, ale nikt się nie odezwał. Cisza trwała kilka sekund, po których nagranie dobiegło końca. Kate puściła ją jeszcze raz, żeby lepiej się w nie wsłuchać, ale nic to nie dało. Głuchy telefon, pomyślała i usunęła wiadomość”.

Wydawnictwo Czarna Owca, jak zwykle zresztą, wydało powieść z wszelką starannością – brak w niej błędów, a tłumaczenie Piotra Kalińskiego, pozostaje bez zarzutu.

“Zimne ognie” to książka dla tych, którzy lubią te szczególne powieści, od których trudno się oderwać. Bardzo gorąco polecam.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

*cytaty pochodzą z książki

Zapisz

“Rzeźbiarz śmierci” Chris Carter

“Krucyfiks”, “Egzekutor”, “Nocny prześladowca” – te trzy thrillery pochłonęłam z prędkością światła. Każdy z nich trzymał mocno w napięciu i ciężko było go odłożyć. Z niecierpliwością więc czekałam na “Rzeźbiarza śmierci”, którego nie dostałam ani w Matrasie, ani w Empiku. Znalazłam go dopiero na półce jednej z mniejszych księgarni i szybko kupiłam.

Miałam wobec tej książki dość duże oczekiwania i zaczęłam czytać prawie od razu. Trochę się obawiałam, że po trzech powieściach w podobnym do siebie stylu, autor nieco teraz zwolni i przystopuje z akcją. Nic bardziej mylnego. “Rzeźbiarz śmierci” nadal trzyma czytelników w napięciu, a jego klimat i zbrodnia, która porusza detektywa Huntera i jego policyjnego partnera Carlosa Garcię, być może nawet nie da Wam spać przez kilka najbliższych nocy.

Tym razem ginie starszy pan, bardzo schorowany, któremu zostało raptem kilka – może kilkanaście – tygodni życia. Martwego staruszka znajduje opiekująca się nim pielęgniarka. Morderca był wyjątkowo okrutny. Zanim ofiara zmarła, bardzo długo cierpiała. Nie to jednak najbardziej zszokowało policjantów, gdy ci przybyli na miejsce zbrodni. Najbardziej wstrząsająca była wiadomość, którą zbrodniarz zostawił dla policji – przerażająca i paskudna. Robert Hunter widział już w swym życiu niejedno ohydne zabójstwo, tym razem jednak nawet on jest mocno wstrząśnięty, zniesmaczony i poruszony. Kiedy pojawia się druga ofiara, Hunter wie już, że to z pewnością nie koniec i że musi się śpieszyć. Zostaje mu przydzielona dodatkowa śledcza, Alice Beaumont, która pomaga w odczytaniu wiadomości od mordercy oraz w jej odszyfrowaniu.

Jak to już bywa u Cartera, w książce nie brakuje akcji i nagłych zwrotów sytuacji. Nie jest to powieść dla wrażliwców, ponieważ autor ma w zwyczaju bardzo dokładnie i z wszelkimi detalami opisywać zarówno miejsca zbrodni, jak i same zwłoki.

str. 182 – “Hunter zaczął podejrzewać, że Alice miała rację. Może obraz w ogóle nie krył żadnego znaczenia. Nie nawiązywał do żadnej religii. Może jego znaczenie było tak proste, jak zasugerowała – zły zabójca patrzący na swoje ofiary. Dwie były martwe, dwie czekały na śmierć. A to oznaczało, że zabije ponownie”.

W porównaniu do poprzednich książek z cyklu, w “Rzeźbiarzu śmierci” Carter mniej miejsca i czasu poświęcił prywatnemu życiu Roberta Huntera. Niewiele go tutaj, choć ja bardzo te osobiste wstawki lubiłam i mam nadzieję, że w kolejnych książkach autor jeszcze do tego wróci.

Opisy pełne strachu, przerażenia i dosadności, to u Chrisa Cartera norma. On bardzo chce wywołać u czytelnika lęk i dyskomfort psychiczny. Trudno nie wyobrażać sobie okrucieństwa, o jakim tu czytamy i nie współczuć ofiarom brutalnego i wyrachowanego zabójcy.

str. 286 – “- Za pierwszym razem zabójca podał ofierze kilka związków chemicznych. Chciał ustabilizować pracę serca i krążenie krwi, żeby biedak za szybko się nie wykrwawił. Nie zastosował jednak żadnych środków znieczulających. (…) drugim razem (…) Zabójca celowo pozbawił ofiarę czucia, czyniąc ją otępiałą na ból. (…) Zmuszono go do tego, żeby patrzył, jak zabójca odcina kolejne części jego ciała. Wiedział, że umiera, ale niczego nie czuł”.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to muszę nadmienić, że bardzo lubię książki Wydawnictwa Sonia Draga: świetna czcionka na białym, wysokiej jakości, papierze, dzięki czemu powieść dobrze i szybko się czyta. Lekkie pióro autora i potoczny język to już charakterystyczne cechy thrillerów Chrisa Cartera. Każdy z nich trzyma czytelnika mocno w garści i nie daje mu odpocząć.

“Rzeźbiarz śmierci” to powieść dla czytelników o mocnych nerwach, miłośnicy gatunku na pewno się nie zawiodą. Bardzo gorąco polecam.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

“Psy” Allan Stratton

Pierwsze, co niesamowicie w tej książce przyciąga, to okładka. Stary, zniszczony dom, zbroczone krwią pole połowicznie zżętej kukurydzy, tajemnicze, dzikie chmury. Okładka jest wprawdzie statyczna, ale wywołuje niepokój i powoduje gęsią skórkę.

Trzynastoletni Cameron mieszka z mamą. Od wielu lat, co jakiś czas, matka zarządza szybkie pakowanie i przeprowadzkę. Tylko tak może uchronić siebie samą i syna przed atakiem psychopatycznego ojca, który ściga ich i chce zabić. Cameron nie ma zbyt wielu wspomnień związanych z ojcem, a te, które ma, nie do końca są dla niego jasne. Nie wolno mu się z ojcem kontaktować.

str. 199 – “Głównie leżę w łóżku i patrzę na fotografię w ramce na nocnym stoliku przedstawiającą mamę i dziadków. Wyobrażam sobie ukryte pod nią zdjęcie taty. Czy on wygląda na nim tak, jak pamiętam? Tak bardzo chcę sprawdzić, ale co będzie, jeśli na widok jego twarzy ogarnie mnie przemożne pragnienie, by do niego zadzwonić? Pragnienie, któremu nie zdołam się oprzeć?”.

Kiedy go poznajemy, chłopak wraz z matką przeprowadza się teraz do starego, zniszczonego domu na farmie. Za oknem falują pola kukurydzy. Przy szopie Cameron dostrzega postać chłopca, ale uznaje, że to jakieś dziwne przywidzenie. Kiedy jednak ów chłopiec nagle się do niego odzywa, Cameron zaczyna wierzyć w to, że widzi ducha chłopca, który tu kiedyś mieszkał. Czy ma rację? Czy to raczej jego umysł szuka ucieczki od stresu i zmęczenia, które nieustannie towarzyszą ciągłym przeprowadzkom?

str. 241 – “Kurczowo ściskam brzeg biurka i liczę do dziesięciu. To nie pomaga. Nagle coś innego budzi we mnie lęk. Ktoś lub coś jest w stodole i mnie obserwuje”.

Specyficzna narracja: pierwszoosobowa i w czasie teraźniejszym, mocno podkręca klimat. Powieść stale i nieprzerwanie trzyma w napięciu. Postrzeganie tego, co się dzieje, oczami trzynastoletniego chłopca, buduje świetną atmosferę grozy. Wszechobecny lęk, napięcie i niepewność, to zalety tego – bardzo dobrze napisanego – thrillera. W pewnym momencie i my nie jesteśmy pewni, czy to, co widzimy – czytamy – to prawda, czy też urojenia.

Cameron też nie jest do końca przekonany, co widzi i czy wszystko, czego jest świadkiem, wydarzyło się naprawdę. Zagadka z przeszłości, sprzed wielu lat, zdaje się nie mieć rozwiązania. Skrywa przy tym sporo niedomówień i nieścisłości. Cameron boi się, że umysł płata mu figle, a on sam wariuje. Lata uciekania i ukrywania się przez oszalałym ojcem, odcisnęły na nim swoje piętno. On już aż za dobrze wie, że zagrożenie może czaić się wszędzie: w miasteczku, w szkole, w ich własnej piwnicy czy też nawet na polu kukurydzy za oknem. Z pozoru jest ono wprawdzie ciche i spokojne, ale pozory przecież mogą mylić.

Jak już wspomniałam, na wszystko patrzymy z punktu widzenia głównego bohatera, Camerona. To on opowiada nam o wszystkim, co go spotyka, o czym myśli, czego się boi… Opowiada w czasie teraźniejszym. Nie lubię w książkach ani pierwszej osoby, ani czasu teraźniejszego, ale tutaj (ponownie) doskonale się to sprawdziło i w dodatku wypadło rewelacyjnie. Książka przez cały czas trzyma w napięciu, a czytelnikowi bez przerwy towarzyszy tajemnicza, mroczna atmosfera.

Cameron jest miłym chłopcem, inteligentnym i mądrym, ale niezbyt wesołym i pogodnym, bo też i jego sytuacja do takich nie należy i niestety nie jest godna pozazdroszczenia. Boi się ojca i jednocześnie bardzo za nim tęskni. Przerażają go pewne sytuacje i zdarzenia, ale też obawia się o nich rozmawiać z dorosłymi, by nie uznali go oni za wariata.

str. 224 – “Są sprawy, o których chcesz wiedzieć, i takie, o jakich nie chcesz. Teraz moja głowa jest pełna spraw, o których nie chcę wiedzieć, których nie mogę znieść”.

Bywało, że w trakcie czytania, zastanawiałam się, czy przypadkiem to matka Camerona nie postradała zmysłów i czy to jej nie przydałaby się terapia i pomoc psychiatry.

Allan Stratton to doświadczony pisarz, honorowany w przeszłości nagrodami literackimi. W tekście widać to doświadczenie, choć nie powiedziałabym, że ma on wyjątkowo lekkie pióro. Za to w każdym zdaniu zauważalna jest jego pisarska dojrzałość i umiejętności literackie.

Czym autor zaskakuje czytelnika w “Psach”? Nie powiem. Ale gorąco zachęcam do lektury, bo jest to coś, co nie pozwoli Wam się oderwać od czytania. Nie jest to krwawy horror, ani lektura przerażająca do szpiku kości. Elementów grozy w niej jednak nie brakuje, lęki Camerona udzielają się również nam, dotyka nas więc jego niepokój, zdenerwowanie i niepewność. I to wystarczy, by uznać “Psy” za dobrze napisany thriller.

Polecam miłośnikom thrillera, horroru i wszystkim, którzy lubią dobrze czytające się książki, od których ciężko jest się oderwać.

Za książkę bardzo dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal.

*cytaty pochodzą z książki

Zapisz

“Rany kamieni” Simon Beckett

Po zachwycającej serii książek o doktorze Davidzie Hunterze, którą pochłonęłam w mgnieniu oka, przyszła pora na osobną powieść Becketta, zupełnie niezwiązaną żadnym cyklem. “Rany kamieni” korciły mnie od dawna. Miałam ogromne wymagania co do tej książki, bo też poprzednie powieści Becketta bardzo wysoko zawiesiły poprzeczkę. Przeglądając różne opinie o niej, trafiałam na takie, które odradzały lekturę. Dlaczego? Bo inna od poprzednich, bo gorsza, bo to już nie to samo. No ale – pomyślałam – w sumie to chyba dobrze, że inna… Uznałam, że ktoś, kto TAK pisze, nie może napisać złej i nieciekawej książki.

I nie rozczarowałam się.

“Rany kamieni” to powieść z gatunku tych, które kompletnie nie przypominają żadnej innej książki, z którą miałam do tej pory do czynienia. Nie da się jej do niczego porównać. Jest napisana w czasie teraźniejszym, czego generalnie nie lubię, uparcie twierdząc, że to styl zarezerwowany niemal wyłącznie dla dobrego reportażu. Tymczasem w wydaniu Becketta nie tylko się takie rozwiązanie sprawdziło, ale i wypadło wręcz rewelacyjnie. I choć z początku sądziłam, że wyjdę z tego zmęczona i znużona, to wręcz przeciwnie: czytało się szybko, a każde zdanie niezmiennie i mocno trzymało w napięciu.

Bohaterem książki jest Sean. Z początku nie znamy jego imienia. Nie wiemy, kim jest. Nie wiemy, skąd przybywa, ani dokąd zmierza. Nie wiemy, czy jest postacią pozytywną czy negatywną. Nie mamy pojęcia, czy jest ofiarą czy zabójcą. Wiemy tylko, że musi uciekać i że bardzo się boi.

Przemierzając bezkresne lasy Francji, Sean trafia na pewną farmę, na której prosi o wodę. Zaraz potem rusza dalej. Niestety jednym nieostrożnym krokiem skazuje siebie samego na pomoc i litość innych ludzi, co w obecnej sytuacji jest mu bardzo nie na rękę. Wraca na farmę, gdzie przez kilka dni leży w gorączce, cierpiąc z bólu. Dopiero później, kiedy ponownie zaczyna kontaktować, orientuje się, że mieszka tutaj ojciec z dwiema córkami i malutkim wnukiem.

Sean nie wie, co myśleć o tym dziwnym domu. Ludzie, którzy tu mieszkają, są co najmniej dziwni. Milczący, ponurzy, odizolowani od innych. Nasz bohater nie wie też jeszcze, czy zostanie tu na dłużej, czy odejdzie zaraz, jak tylko odzyska siły. Z czasem na jaw wychodzą pewne głęboko skrywane przez rodzinę sekrety. Tajemnice, których zdają się oni strzec nawet kosztem własnego życia.

str. 317 – “Ta farma to makabryczny zestaw matrioszek, myślę oszołomiony. Za każdym razem, kiedy już sądzę, że dotarłem do ostatniej tajemnicy, pojawia się kolejna, jeszcze obrzydliwsza”.

Sean nie jest pewien, czy właściwie nie byłoby lepiej donieść o pewnych sprawach na policję, ale zaraz sądzi, że jednak lepiej nie. Praktyczniej i bezpieczniej będzie trzymać język za zębami i siedzieć cicho. Chwilami się waha. Chwilami dochodzi do wniosku, że to w sumie nie jego sprawa. A potem do głosu dochodzi jego własne sumienie i mężczyzna znowu niczego nie jest pewien.

Książka, poza tym, że napisana w pierwszej osobie (czego nie lubię) i w czasie teraźniejszym (czego wręcz nie znoszę), porwała mnie od pierwszej strony. Dlaczego? Bo według mnie Simon Beckett jest autorem wybitnym. Niezmiernie utalentowanym, po mistrzowsku operującym słowami, opisami, suspensem i niedomówieniami. Wyrafinowany, bogaty i elegancki język idzie tu w parze z lekkim piórem, dzięki czemu od książki trudno się oderwać. Beckett hipnotyzuje czytelnika, przyciąga go do siebie niczym magnes plastycznymi opisami, zderzeniem jakże różnych emocji. On nawet sceny dynamiczne potrafi opisać spokojnie, z dystansem. I przeciwnie, kiedy opisuje codzienne, przyziemne czynności, dzieje się z czytającym coś niezwykłego. Czytamy je z duszą na ramieniu, dopatrując się w zwyczajnej scenie ciszy przed burzą. Bohater co rusz ogląda się za siebie. A my z nim. Jego przechodzą dreszcze na dźwięki za plecami, nas również, choć słyszymy je tylko uchem wyobraźni.

To pisarz, któremu wierzymy bez zastrzeżeń, a otoczenie, które kreuje dla swoich bohaterów i opowieści, to czysty majstersztyk. Każdy niuans pokazany jest z najmniejszymi nawet detalami i choć opisy są bardzo szczegółowe, nie dopada tu czytelnika nuda ani znużenie. Myślę, że Beckett byłby w stanie z polotem przepisać książkę telefoniczną, a my uznalibyśmy, że zarówno bohaterowie, jak i ich otoczenie, są bez zarzutu. To prawdziwy talent. To jeden z niewielu pisarzy, których książki kupię zawsze w ciemno, bez choćby uprzedniego zajrzenia na tył okładki.

“Rany kamieni” ze swoją mnogością sekretów, są bardzo dobrym thrillerem psychologicznym, mrocznym, ponurym, rozgrywającym się nad malowniczym strumykiem, w ciszy zagajnika i lasu, gdzieś we Francji. Jednak ta złudna cisza i prażący, obezwładniający upał, to tylko iluzja. W jej cieniu czai się czyste zło. I strach. Paniczny lęk o własne życie.

str. 62 – “Budzę się z krzykiem, obrazy krwi w ciemnej uliczce tkwią mi mocno w głowie. Przez kilka sekund nie pamiętam, gdzie jestem. Strych spowijają ciemności, ale upiorne światło wlewa się przez otwarte okno. Dłonie mam gorące i lepkie, koszmar nadal jest żywy, spodziewam się, że są splamione krwią. Ale to tylko pot”.

Kiedy każdy cień zdaje się nas prześladować, każdy szelest przyprawia o dreszcze, a w każdym napotkanym człowieku dostrzegamy śmiertelnego wroga, trudno jest spokojnie spać.

Sean od dawna już nie spał spokojnie.

“Rany kamieni” diametralnie różnią się od cyklu z doktorem Hunterem. To zupełnie różne książki. Nie zgadzam się jednak, że powieść nie dorównuje swoim poprzedniczkom. “Rany kamieni” to bardzo dobra książka. To świetnie skonstruowana powieść, podszyta lękiem, tajemnicami z niesamowitą atmosferą, z namacalnym, nieruchomym upałem zwiastującym coś na wskroś złego. Tutaj akcja płynie spokojnie i wolno, trup nie ściele się gęsto, a krew nie leje się strumieniami. Mimo to tę książkę się czyta i czyta i ciągle nie ma się dość.

Czytajcie, kiedy będziecie w domu sami.
Kiedy otuli Was cisza.
Kiedy Wasze myśli będą mogły mocno wsiąknąć w karty tej hipnotyzującej książki.

Bardzo gorąco polecam.

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.