Tag Archives: Amber

“Rany kamieni” Simon Beckett

Po zachwycającej serii książek o doktorze Davidzie Hunterze, którą pochłonęłam w mgnieniu oka, przyszła pora na osobną powieść Becketta, zupełnie niezwiązaną żadnym cyklem. “Rany kamieni” korciły mnie od dawna. Miałam ogromne wymagania co do tej książki, bo też poprzednie powieści Becketta bardzo wysoko zawiesiły poprzeczkę. Przeglądając różne opinie o niej, trafiałam na takie, które odradzały lekturę. Dlaczego? Bo inna od poprzednich, bo gorsza, bo to już nie to samo. No ale – pomyślałam – w sumie to chyba dobrze, że inna… Uznałam, że ktoś, kto TAK pisze, nie może napisać złej i nieciekawej książki.

I nie rozczarowałam się.

“Rany kamieni” to powieść z gatunku tych, które kompletnie nie przypominają żadnej innej książki, z którą miałam do tej pory do czynienia. Nie da się jej do niczego porównać. Jest napisana w czasie teraźniejszym, czego generalnie nie lubię, uparcie twierdząc, że to styl zarezerwowany niemal wyłącznie dla dobrego reportażu. Tymczasem w wydaniu Becketta nie tylko się takie rozwiązanie sprawdziło, ale i wypadło wręcz rewelacyjnie. I choć z początku sądziłam, że wyjdę z tego zmęczona i znużona, to wręcz przeciwnie: czytało się szybko, a każde zdanie niezmiennie i mocno trzymało w napięciu.

Bohaterem książki jest Sean. Z początku nie znamy jego imienia. Nie wiemy, kim jest. Nie wiemy, skąd przybywa, ani dokąd zmierza. Nie wiemy, czy jest postacią pozytywną czy negatywną. Nie mamy pojęcia, czy jest ofiarą czy zabójcą. Wiemy tylko, że musi uciekać i że bardzo się boi.

Przemierzając bezkresne lasy Francji, Sean trafia na pewną farmę, na której prosi o wodę. Zaraz potem rusza dalej. Niestety jednym nieostrożnym krokiem skazuje siebie samego na pomoc i litość innych ludzi, co w obecnej sytuacji jest mu bardzo nie na rękę. Wraca na farmę, gdzie przez kilka dni leży w gorączce, cierpiąc z bólu. Dopiero później, kiedy ponownie zaczyna kontaktować, orientuje się, że mieszka tutaj ojciec z dwiema córkami i malutkim wnukiem.

Sean nie wie, co myśleć o tym dziwnym domu. Ludzie, którzy tu mieszkają, są co najmniej dziwni. Milczący, ponurzy, odizolowani od innych. Nasz bohater nie wie też jeszcze, czy zostanie tu na dłużej, czy odejdzie zaraz, jak tylko odzyska siły. Z czasem na jaw wychodzą pewne głęboko skrywane przez rodzinę sekrety. Tajemnice, których zdają się oni strzec nawet kosztem własnego życia.

str. 317 – “Ta farma to makabryczny zestaw matrioszek, myślę oszołomiony. Za każdym razem, kiedy już sądzę, że dotarłem do ostatniej tajemnicy, pojawia się kolejna, jeszcze obrzydliwsza”.

Sean nie jest pewien, czy właściwie nie byłoby lepiej donieść o pewnych sprawach na policję, ale zaraz sądzi, że jednak lepiej nie. Praktyczniej i bezpieczniej będzie trzymać język za zębami i siedzieć cicho. Chwilami się waha. Chwilami dochodzi do wniosku, że to w sumie nie jego sprawa. A potem do głosu dochodzi jego własne sumienie i mężczyzna znowu niczego nie jest pewien.

Książka, poza tym, że napisana w pierwszej osobie (czego nie lubię) i w czasie teraźniejszym (czego wręcz nie znoszę), porwała mnie od pierwszej strony. Dlaczego? Bo według mnie Simon Beckett jest autorem wybitnym. Niezmiernie utalentowanym, po mistrzowsku operującym słowami, opisami, suspensem i niedomówieniami. Wyrafinowany, bogaty i elegancki język idzie tu w parze z lekkim piórem, dzięki czemu od książki trudno się oderwać. Beckett hipnotyzuje czytelnika, przyciąga go do siebie niczym magnes plastycznymi opisami, zderzeniem jakże różnych emocji. On nawet sceny dynamiczne potrafi opisać spokojnie, z dystansem. I przeciwnie, kiedy opisuje codzienne, przyziemne czynności, dzieje się z czytającym coś niezwykłego. Czytamy je z duszą na ramieniu, dopatrując się w zwyczajnej scenie ciszy przed burzą. Bohater co rusz ogląda się za siebie. A my z nim. Jego przechodzą dreszcze na dźwięki za plecami, nas również, choć słyszymy je tylko uchem wyobraźni.

To pisarz, któremu wierzymy bez zastrzeżeń, a otoczenie, które kreuje dla swoich bohaterów i opowieści, to czysty majstersztyk. Każdy niuans pokazany jest z najmniejszymi nawet detalami i choć opisy są bardzo szczegółowe, nie dopada tu czytelnika nuda ani znużenie. Myślę, że Beckett byłby w stanie z polotem przepisać książkę telefoniczną, a my uznalibyśmy, że zarówno bohaterowie, jak i ich otoczenie, są bez zarzutu. To prawdziwy talent. To jeden z niewielu pisarzy, których książki kupię zawsze w ciemno, bez choćby uprzedniego zajrzenia na tył okładki.

“Rany kamieni” ze swoją mnogością sekretów, są bardzo dobrym thrillerem psychologicznym, mrocznym, ponurym, rozgrywającym się nad malowniczym strumykiem, w ciszy zagajnika i lasu, gdzieś we Francji. Jednak ta złudna cisza i prażący, obezwładniający upał, to tylko iluzja. W jej cieniu czai się czyste zło. I strach. Paniczny lęk o własne życie.

str. 62 – “Budzę się z krzykiem, obrazy krwi w ciemnej uliczce tkwią mi mocno w głowie. Przez kilka sekund nie pamiętam, gdzie jestem. Strych spowijają ciemności, ale upiorne światło wlewa się przez otwarte okno. Dłonie mam gorące i lepkie, koszmar nadal jest żywy, spodziewam się, że są splamione krwią. Ale to tylko pot”.

Kiedy każdy cień zdaje się nas prześladować, każdy szelest przyprawia o dreszcze, a w każdym napotkanym człowieku dostrzegamy śmiertelnego wroga, trudno jest spokojnie spać.

Sean od dawna już nie spał spokojnie.

“Rany kamieni” diametralnie różnią się od cyklu z doktorem Hunterem. To zupełnie różne książki. Nie zgadzam się jednak, że powieść nie dorównuje swoim poprzedniczkom. “Rany kamieni” to bardzo dobra książka. To świetnie skonstruowana powieść, podszyta lękiem, tajemnicami z niesamowitą atmosferą, z namacalnym, nieruchomym upałem zwiastującym coś na wskroś złego. Tutaj akcja płynie spokojnie i wolno, trup nie ściele się gęsto, a krew nie leje się strumieniami. Mimo to tę książkę się czyta i czyta i ciągle nie ma się dość.

Czytajcie, kiedy będziecie w domu sami.
Kiedy otuli Was cisza.
Kiedy Wasze myśli będą mogły mocno wsiąknąć w karty tej hipnotyzującej książki.

Bardzo gorąco polecam.

*cytaty pochodzą z książki

“Chemia śmierci” Simon Beckett

O autorze “Chemii śmierci” usłyszałam całkiem niedawno, a że chętnie sięgam po thrillery, jego książki znalazły się na czele listy tych, które chcę przeczytać w pierwszej kolejności.

“Chemia śmierci” to pierwszy tom cyklu powieści o doktorze Davidzie Hunterze, antropologu sądowym, który po traumatycznych przeżyciach z przeszłości osiedla się w małym angielskim miasteczku Manham. Tutaj podejmuje pracę lekarza rodzinnego, nikomu nie mówiąc gdzie i jako kto pracował wcześniej. Pewnego dnia w spokojnym i żyjącym własnym życiem Manham, dwójka dzieci znajduje zwłoki kobiety. Policja prosi o pomoc doktora Huntera, ten jednak nie chce wracać do swojej bolesnej przeszłości i odmawia. Niestety instynkt i umiejętności dają o sobie znać i Hunter nie jest w stanie nie myśleć o tym, co się stało i w końcu decyduje się pomóc policji. Sądzi, że to będzie tylko ten jeden raz, potem ponownie zamknie się w gabinecie wiejskiego lekarza i zajmie zwykłymi, prostymi sprawami. Niestety wkrótce morderca uderza po raz kolejny.

Simon Beckett jest bez wątpienia niekwestionowanym mistrzem plastycznych, bogatych opisów. I to opisów wszystkiego: zarówno okolicy, jak i miasteczka, a także miejsc zbrodni. Równie doskonale nakreśla charakter i osobowość postaci. Bohaterowie w jego książkach to nie plastikowe lalki, oni żyją własnym życiem, ewoluują, nie ma wśród nich dwóch postaci podobnych do siebie nawet w najmniejszym stopniu. Każda jest inna, każda ma inny sposób wypowiedzi, każda ma też zupełnie inny zestaw cech osobowości. Bohaterowie są żywi, namacalni, barwni, pełni emocji. Samo miasteczko nie wyróżnia się za bardzo niczym szczególnym, jest zwyczajne i mieszkają w nim zwyczajni ludzie. Mimo tej codziennej szarości, upalnej rzeczywistości letniego Manham, Beckettowi udało się je namalować w taki sposób, że znamy każdy jego kąt, każdy opisany dom, każdy zaułek.

“Nie licząc kościoła, pub Pod Czarną Owieczką był najstarszym domem w miasteczku i jako jeden z nielicznych już budynków w Manham miał kryty słomą dach. Wszędzie indziej, a już na pewno w bardziej uczęszczanych okolicach Broads, doprowadzono by go do stanu cukierkowatej szacowności, ale ponieważ bywali tam tylko miejscowi, pub powoli popadał w ruinę i nikt nie próbował temu zapobiec. Słoma gniła, niepomalowane ściany były brudne i popękane”.

Doktor Hunter zaczyna swoją współpracę z policją, a jako wybitny znawca, kieruje policjantów na dość zaskakujący, choć słuszny trop. Jest bardzo inteligentny, doświadczony w tym, co robi, pewien swoich umiejętności. Nie waha się powiedzieć, że niemożliwym jest, by się pomylił.

W Manham nie brak zwykłej ludności, ludzi jak każdy z nas, przesiąkniętych małomiasteczkową atmosferą, w której wszyscy o sobie wszystko wiedzą i przed którymi niewiele się ukryje. Tutaj nawet kiedy ktoś stara się coś ukryć, to i tak prędzej czy później sekrety wyjdą na jaw – bo tak tam po prostu jest. I kiedy nagle w tej uporządkowanej społeczności ktoś popełnia morderstwo, ludzie tracą grunt pod nogami. Nam, jako czytelnikom, momentalnie udziela się klimat grozy i napięcia obecny teraz w każdym słowie, w każdym spotkaniu książkowych bohaterów, bo prawie do końca nie wiemy, jakimi motywami kieruje się zabójca i kiedy ponownie uderzy.

Powieść pisana jest w pierwszej osobie, większości dowiadujemy się od samego doktora Huntera, ale pewne rozdziały pisane są z punktu widzenia osoby trzeciej. Dzieje się tak zwłaszcza w chwilach, kiedy narrator opowiada o ofiarach mordercy. I choć bardzo nie lubię takiego przemieszania narracyjnego, to – wierzcie mi – tutaj w ogóle się tego nie odczuwa. Zupełnie nie zauważamy, że nagle zmienia się styl narracji. W każdym razie mnie to zupełnie nie przeszkadzało.

“Wyciągnąwszy przed siebie ręce, zaczęła badać granice więzienia na tyle, na ile pozwalał jej sznur. Tuż za nią była szorstka ściana, ale wszędzie indziej ręce napotykały tylko powietrze. Macając na oślep w ciemności, zawadziła o coś nogą. Głośno krzyknęła i odskoczyła do tyłu. Gdy nic się nie stało, ponownie przykucnęła, ostrożnie przesunęła ręką po ziemi, dotknęła tego palcami i stwierdziła, że to but. Sportowy, za mały jak na męski…”.

“Chemia śmierci”, jak na dobry thriller przystało, zaczyna się morderstwem. A potem – niczym u Hitchcocka, tempo akcji ciągle rośnie, aż do zaskakującego i błyskotliwego finału. W akcji nie ma miejsca na nudę, nawet na krótką chwilę. Autor potrafi nawet mniej ciekawe zdarzenia opisywać w sposób na tyle sugestywny i wciągający, że naprawdę ciężko jest odłożyć tę książkę choć na krótki moment. Jest to jedna z tych powieści, które – kiedy już zaczniemy czytać – musimy po prostu skończyć jak najszybciej. I oczywiście od razu nabieramy ochoty na kolejne części.

Jest to jedna z niewielu powieści, o których mam przyjemność pisać i uznać, że książka nie posiada wad ani nieścisłości. Nie potrafię wskazać nawet fragmentów, które wydawały się sztuczne lub nielogiczne. Tutaj takich po prostu nie ma. To jest powieść dopracowana od początku do końca, zarówno przez autora, jak i przez wydawcę i nie ma się do czego przyczepić. Skromna, nawet uboga, ale jednocześnie fascynująca okładka, dopełnia całości.

“Nagle ktoś nimi szarpnął. Mroczny cień odepchnął mnie na bok i wypadł z pokoju. Ciężko dysząc, rzuciłem się w jego stronę. Poczułem lekki powiew powietrza, zacisnąłem rękę na szorstkiej, zatłuszczonej kurtce i wtedy coś grzmotnęło mnie w twarz. Zatoczyłem się do tyłu i cień pomknął do kuchni. Gdy tam wpadłem, zobaczyłem tylko kiwające się na zawiasach wahadłowe drzwi”.

Polecam miłośnikom mocnej literatury, thrillera i kryminału. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać Becketta, to czas to nadrobić, na pewno się nie zawiedziecie.

Copyright © 2020. Powered by WordPress & Romangie Theme.