“Chemia śmierci” Simon Beckett

O autorze “Chemii śmierci” usłyszałam całkiem niedawno, a że chętnie sięgam po thrillery, jego książki znalazły się na czele listy tych, które chcę przeczytać w pierwszej kolejności.

“Chemia śmierci” to pierwszy tom cyklu powieści o doktorze Davidzie Hunterze, antropologu sądowym, który po traumatycznych przeżyciach z przeszłości osiedla się w małym angielskim miasteczku Manham. Tutaj podejmuje pracę lekarza rodzinnego, nikomu nie mówiąc gdzie i jako kto pracował wcześniej. Pewnego dnia w spokojnym i żyjącym własnym życiem Manham, dwójka dzieci znajduje zwłoki kobiety. Policja prosi o pomoc doktora Huntera, ten jednak nie chce wracać do swojej bolesnej przeszłości i odmawia. Niestety instynkt i umiejętności dają o sobie znać i Hunter nie jest w stanie nie myśleć o tym, co się stało i w końcu decyduje się pomóc policji. Sądzi, że to będzie tylko ten jeden raz, potem ponownie zamknie się w gabinecie wiejskiego lekarza i zajmie zwykłymi, prostymi sprawami. Niestety wkrótce morderca uderza po raz kolejny.

Simon Beckett jest bez wątpienia niekwestionowanym mistrzem plastycznych, bogatych opisów. I to opisów wszystkiego: zarówno okolicy, jak i miasteczka, a także miejsc zbrodni. Równie doskonale nakreśla charakter i osobowość postaci. Bohaterowie w jego książkach to nie plastikowe lalki, oni żyją własnym życiem, ewoluują, nie ma wśród nich dwóch postaci podobnych do siebie nawet w najmniejszym stopniu. Każda jest inna, każda ma inny sposób wypowiedzi, każda ma też zupełnie inny zestaw cech osobowości. Bohaterowie są żywi, namacalni, barwni, pełni emocji. Samo miasteczko nie wyróżnia się za bardzo niczym szczególnym, jest zwyczajne i mieszkają w nim zwyczajni ludzie. Mimo tej codziennej szarości, upalnej rzeczywistości letniego Manham, Beckettowi udało się je namalować w taki sposób, że znamy każdy jego kąt, każdy opisany dom, każdy zaułek.

“Nie licząc kościoła, pub Pod Czarną Owieczką był najstarszym domem w miasteczku i jako jeden z nielicznych już budynków w Manham miał kryty słomą dach. Wszędzie indziej, a już na pewno w bardziej uczęszczanych okolicach Broads, doprowadzono by go do stanu cukierkowatej szacowności, ale ponieważ bywali tam tylko miejscowi, pub powoli popadał w ruinę i nikt nie próbował temu zapobiec. Słoma gniła, niepomalowane ściany były brudne i popękane”.

Doktor Hunter zaczyna swoją współpracę z policją, a jako wybitny znawca, kieruje policjantów na dość zaskakujący, choć słuszny trop. Jest bardzo inteligentny, doświadczony w tym, co robi, pewien swoich umiejętności. Nie waha się powiedzieć, że niemożliwym jest, by się pomylił.

W Manham nie brak zwykłej ludności, ludzi jak każdy z nas, przesiąkniętych małomiasteczkową atmosferą, w której wszyscy o sobie wszystko wiedzą i przed którymi niewiele się ukryje. Tutaj nawet kiedy ktoś stara się coś ukryć, to i tak prędzej czy później sekrety wyjdą na jaw – bo tak tam po prostu jest. I kiedy nagle w tej uporządkowanej społeczności ktoś popełnia morderstwo, ludzie tracą grunt pod nogami. Nam, jako czytelnikom, momentalnie udziela się klimat grozy i napięcia obecny teraz w każdym słowie, w każdym spotkaniu książkowych bohaterów, bo prawie do końca nie wiemy, jakimi motywami kieruje się zabójca i kiedy ponownie uderzy.

Powieść pisana jest w pierwszej osobie, większości dowiadujemy się od samego doktora Huntera, ale pewne rozdziały pisane są z punktu widzenia osoby trzeciej. Dzieje się tak zwłaszcza w chwilach, kiedy narrator opowiada o ofiarach mordercy. I choć bardzo nie lubię takiego przemieszania narracyjnego, to – wierzcie mi – tutaj w ogóle się tego nie odczuwa. Zupełnie nie zauważamy, że nagle zmienia się styl narracji. W każdym razie mnie to zupełnie nie przeszkadzało.

“Wyciągnąwszy przed siebie ręce, zaczęła badać granice więzienia na tyle, na ile pozwalał jej sznur. Tuż za nią była szorstka ściana, ale wszędzie indziej ręce napotykały tylko powietrze. Macając na oślep w ciemności, zawadziła o coś nogą. Głośno krzyknęła i odskoczyła do tyłu. Gdy nic się nie stało, ponownie przykucnęła, ostrożnie przesunęła ręką po ziemi, dotknęła tego palcami i stwierdziła, że to but. Sportowy, za mały jak na męski…”.

“Chemia śmierci”, jak na dobry thriller przystało, zaczyna się morderstwem. A potem – niczym u Hitchcocka, tempo akcji ciągle rośnie, aż do zaskakującego i błyskotliwego finału. W akcji nie ma miejsca na nudę, nawet na krótką chwilę. Autor potrafi nawet mniej ciekawe zdarzenia opisywać w sposób na tyle sugestywny i wciągający, że naprawdę ciężko jest odłożyć tę książkę choć na krótki moment. Jest to jedna z tych powieści, które – kiedy już zaczniemy czytać – musimy po prostu skończyć jak najszybciej. I oczywiście od razu nabieramy ochoty na kolejne części.

Jest to jedna z niewielu powieści, o których mam przyjemność pisać i uznać, że książka nie posiada wad ani nieścisłości. Nie potrafię wskazać nawet fragmentów, które wydawały się sztuczne lub nielogiczne. Tutaj takich po prostu nie ma. To jest powieść dopracowana od początku do końca, zarówno przez autora, jak i przez wydawcę i nie ma się do czego przyczepić. Skromna, nawet uboga, ale jednocześnie fascynująca okładka, dopełnia całości.

“Nagle ktoś nimi szarpnął. Mroczny cień odepchnął mnie na bok i wypadł z pokoju. Ciężko dysząc, rzuciłem się w jego stronę. Poczułem lekki powiew powietrza, zacisnąłem rękę na szorstkiej, zatłuszczonej kurtce i wtedy coś grzmotnęło mnie w twarz. Zatoczyłem się do tyłu i cień pomknął do kuchni. Gdy tam wpadłem, zobaczyłem tylko kiwające się na zawiasach wahadłowe drzwi”.

Polecam miłośnikom mocnej literatury, thrillera i kryminału. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać Becketta, to czas to nadrobić, na pewno się nie zawiedziecie.

Copyright © 2020. Powered by WordPress & Romangie Theme.