Tag Archives: Prószyński i S-ka

“Nora” Katarzyna Puzyńska

“Nora” to już dziewiąty tom znanej wszystkim sagi o policjantach z Lipowa. Przeczytałam wszystkie i choć stanowią one całość i warto poznać każdy chronologicznie, to każdy zawiera w sobie osobną historię. Na tę chwilę nie wiem, czy planowane jest wydanie dziesiątego tomu (pewnie tak) i czy saga nadal będzie kontynuowana (pewnie tak), jednak ja już podziękuję i na tej dziewiątej części zakończę moją przygodę z Lipowem.

Kilka pierwszych książek bardzo mnie wciągnęło, “Łaskun” był dla mnie szczytem góry lodowej, po której reszta – niestety – spadała już coraz niżej. Po “Czarnych narcyzach” już się poważnie zastanawiałam czy brnąć dalej, a “Norę” właściwie kupiłam z przyzwyczajenia… No bo jak to tak, tyle książek z cyklu przeczytałam, ta się ukaże i jej nie wezmę? I to był błąd, trzeba było posłuchać intuicji.

“Nora” to właściwie klon wszystkich innych książek z serii. Oczywiście historia jest inna, trupy są inne, tło wydarzeń też, jednak cała reszta to dokładnie to samo, co już było i o czym czytaliśmy już jakieś… osiem razy.

To, co mogło mi się podobać poprzednio, teraz tylko irytowało, bo też ile razy można czytać początki rozdziałów w stylu: “Aspirant Daniel Podgórski (…)”, “Młodsza aspirant Emilia Strzałkowska (…)”. Przecież my ich już znamy! Zdążyliśmy poznać ich słabości i zalety w ciągu tych tysięcy przeczytanych stron, setek rozdziałów i kilku historii. Generalnie irytowało mnie to od czasów “Motylka”, czyli od pierwszego tomu, ale po kilku kolejnych… Zwyczajnie nie idzie tego znieść, jest wytarte, nudne, oklepane.

Postaci nadal jak na karuzeli. Weronika ciągle nie wie, czego chce od życia, jest tak bezbarwna, że aż nieciekawa, nużyły mnie sceny, w których występowała. Daniel znowu stara się być miły i dobry, ciągle pali papierosy, a jak ich nie pali, to myśli o tym, że strasznie by chciał zapalić. I niestety też nie wie, czego właściwie chce. Emilia ciągle boi się ciasnych pomieszczeń, a Klementyna… Perełka pierwszych kilku tomów, tak inna, tak dziwna, niesympatyczna do tego stopnia, że nie sposób było jej nie lubić. Nadal rzuca tymi samymi, wytartymi do cna, frazesami, nie wnosi do treści kompletnie niczego nowego, bo zwyczajnie jesteśmy w stanie przewidzieć, co i jak powie i jak się zachowa w obliczu takiej czy takiej sytuacji.

Powieść ma ponad osiemset stron, co przy takim, a nie innym formacie, jest strasznie niewygodne w użytkowaniu, poza tym uważam, że schudnięcie o jakąś jedną trzecią stron, książce wyszłoby tylko na dobre. Za dużo tu gadaniny. Ktoś coś robi, przesłuchuje świadka, po czym wraca na komendę i powtarza całemu zespołowi to, czego dowiedział się od świadka. Tego naprawdę można było uniknąć. Akurat to ostatnie drażniło mnie już w poprzednich tomach, bo jest to moim zdaniem zbędne (chyba że wniosłoby coś nowego do sprawy). Ledwie dotarłam do 300-setnej strony i miałam już ochotę porzucić lekturę, ale zaparłam się i czytałam dalej. Akcja się wprawdzie rozkręciła, ale niesmak już pozostał i niecierpliwie wyczekiwałam końca.

Jeśli chodzi o historię, to jest tu sporo nawiązań do “Czarnych narcyzów”, co akurat średnio mi się podobało ze względu na niemożność przeczytania książek nie po kolei. Jedna z miejscowych dziewczyn – Berenika – znika któregoś dnia i nikt nie wie, gdzie się podziała. Sprawa wygląda podejrzanie tym bardziej, że w szpitalu psychiatrycznym ginie pacjentka, która odegrała dość poważną rolę w poprzednim dochodzeniu policji. Czy wydarzenia te mają jakiś wspólny mianownik? I czy Berenika ponownie zwiała z domu, jak to robiła już wielokrotnie?  Czy tym razem jednak stało się coś poważniejszego?

Poza głównym wątkiem mamy tu mnóstwo wątków pobocznych, co na ogół ciekawie rozwija akcję, ale w “Norze” można się pogubić w tłumach bohaterów i licznych historii z nimi związanych. Poza tym, szczerze mówiąc, ileż można zamordować ludzi w tym niewielkim, biednym Lipowie? I ilu zwyrodnialców się tam może kręcić?

Historia sama w sobie może i jest ciekawa, intryga nieźle utkana, a dochodzenie interesujące, jednak książka ogólnie przegadana, rozwleczona, a krótkie rozdzialiki zamiast potęgować klimat i napięcie, mnie osobiście tylko irytowały. Nie potrafiłam polubić żadnego z bohaterów, to niezdecydowanie każdego z nich powoduje, że żaden nie jest nakreślony wyraźnie, żaden się nie wyróżnia, każdy jest taki sam. Mam wrażenie, że większość z nich nawet wyraża się w podobny do siebie sposób.

I dlatego jest to moje ostatnie spotkanie z sagą o policjantach z Lipowa. Nie będę książki polecać, nie będę odradzać, sami musicie zdecydować. Myślę, że jeśli ktoś czyta od początku, będzie czytać dalej (choć ja też czytałam od samego początku i zawsze na bieżąco). Myślę też, że jeśli któraś kolejna książka zacznie Was denerwować, nużyć bądź uznacie, że “to już było, tylko w innych okolicznościach”, to dotrzecie do momentu, do którego właśnie dotarłam ja i skończycie na którymś z kolei tomie…

Sądzę, że winien jest tu popyt. Wydawnictwo wydaje i zarabia, autorka również, więc trzeba wydawać więcej i więcej, żeby zarobić więcej i więcej. I tak następuje jakieś wypalenie i zmęczenie materiału. A moim zdaniem o wiele korzystniej byłoby napisać i wydać coś zupełnie nowego – też by się sprzedało. Każdy fan Katarzyny Puzyńskiej kupiłby pewnie coś, co by się ukazało na rynku wydawniczym. I o ileż ciekawiej byłoby przeczytać coś nowego, coś innego, coś ciekawego, poznać nowych bohaterów, obejrzeć nowe miejsca i wciągnąć się w wir nowych, fascynujących historii. Jeśli ukaże się coś takiego, to pewnie jeszcze dam szansę autorce, bo do Lipowa już na pewno nie wrócę.

“Motylek” Katarzyna Puzyńska

Naczytałam się pozytywnych opinii o tej książce, do tego sama postać autorki wzbudziła we mnie sympatię, więc w końcu książkę kupiłam. Lubię kryminały, a ten zapowiadał się bardzo obiecująco. Książka czekała na swoją kolej kilka miesięcy, zanim wreszcie po nią sięgnęłam. Cudna, trochę ponad sześćset stron, ładne wydanie, prawdziwa gratka.

“Motylek” wciągnął mnie już od pierwszych stron. Lekkie pióro autorki pozwoliło przebrnąć przez początkowe podrozdziały, w których poznajemy bohaterów książki, a wierzcie mi, trochę ich jest. Bez zbiorowego bohatera, nie ma według mnie dobrego kryminału. Żeby dobrze się bawić podczas czytania takiej książki, musimy mieć kogo podejrzewać o morderstwo, a im więcej podejrzanych, tym lepiej. I tak jest właśnie u Katarzyny Puzyńskiej.

We wsi Lipowo ginie zakonnica. Zostaje znaleziona tuż przy drodze i wszystko wygląda tak, jakby potrącił ją jakiś samochód, a kierowca zbiegł z miejsca zdarzenia. Niestety okazuje się, że kobieta została zamordowana, a na domiar złego kilka dni później ginie kolejna osoba. W małej wsi takie rzeczy się nie zdarzają, więc mieszkańcy zaczynają się denerwować. Kim jest morderca? I czy obie ofiary zostały zamordowane przez jednego sprawcę? Co miały ze sobą wspólnego? I dlaczego zginęły?

Młodszy aspirant Daniel Podgórski, szef policji w Lipowie, prowadzi śledztwo, w trakcie którego wychodzą na jaw sekrety i sekreciki mieszkańców. Jak się okazuje, nie ma we wsi człowieka, który nie skrywałby jakichś tajemnic, każdy z nich ma na sumieniu mniejsze i większe przewinienia, czasem poważne, czasem zupełnie błahe. Przy tym nie ma tutaj postaci bezbarwnych. Każda ma swoją historię, wady i zalety i swoje życie, takie czy inne. Poznajemy ich wszystkich, co wcale nie jest nużące, choć zdawać by się mogło, że przy tak licznym bohaterze, wszystko nam się pomiesza. Książka jest jednak na tyle przejrzysta, że mnie osobiście nic się nie mieszało, a czytało się z prawdziwą przyjemnością.

Co do samych bohaterów, to mimo ich mnogości, z łatwością możemy wyłuskać spośród nich tych, po których stronie znajduje się sympatia autorki, a zarazem pewnie i nasza. Należy do nich już wspomniany wyżej Daniel Podgórski oraz całkiem nowa mieszkanka Lipowa – Weronika. Weronika Nowakowska niedawno się rozwiodła i wyprowadziła z Warszawy. Właśnie wprowadziła się do małego dworku w Lipowie, gdzie obecnie się urządza i rozpakowuje. Dworek wymaga nieco pracy, podobnie stajnia i wybieg, ponieważ Weronika chce sprowadzić do Lipowa swojego konia. Marzy o konnych przejażdżkach po okolicznych lasach. Bardzo polubiłam Weronikę, głównie ze względu na jej zamiłowanie do starych dworów i zwierząt. Pies i koń – moje dwa ulubione zwierzęta, nie miałam wyjścia, musiałam ją polubić.

“Igor ruszył przodem, machając radośnie ogonem. Lancelot był pobudzony i rwał się do biegu. Chciała dać mu chwilę na rozgrzanie (…). Koń podnosił wysoko nogi w głębokim puszystym śniegu i rozglądał się ciekawie. Kiedy wyjechali na szeroki leśny trakt, dała mu sygnał do galopu. Poczuła przepełniająca ją radość. Od prędkości napłynęły jej łzy do oczu. Koń bryknął rozbawiony. Poklepała go po szyi uspokajająco”.

Lekkość czytania sprawia, że ten sześćsetstronicowy kryminał czyta się migiem i nie ma w nim ani jednej sceny, która okazałaby się nudna, nużąca lub zbędna. Lubię książki, w których każdy dialog posuwa akcję choć minimalnie naprzód, a tutaj właśnie tak jest. Autorka podzieliła powieść na dłuższe rozdziały, których w sumie mamy tu trzydzieści cztery, a każdy z nich to kilka lub nawet kilkanaście krótszych podrozdzialików, czasem czterostronicowych, czasem dwu-, a czasem nawet krótszych. Taki podział pozwala dobrze poznać bohaterów, a jednocześnie pozwala uniknąć znudzenia konkretnymi sytuacjami, a z jednej sceny do drugiej przechodzimy płynnie, bo w każdej dzieje się właśnie coś ciekawego, do czego chcemy koniecznie wrócić.

Natrafiłam w “Motylku” na sentymentalną dla mnie scenę, gdy mowa jest o pewnym kościele na warszawskim Ursynowie.

“Jest tam taki kościół z cegły (…). Pod kościołem otworzono uroczy park z fontanną”.

Mieszkałam tam! Przez ponad dwadzieścia lat! Kościół i park mijałam praktycznie każdego dnia, nie mówiąc o tym, że pamiętam czasy, kiedy kościół dopiero był w budowie, a o parku tylko wówczas się mówiło. Wspomniana jest nawet ulica Pięciolinii, którą znam doskonale, bo bywałam w tych okolicach prawie codziennie. Normalnie poczułam się bliżej autorki 😉

Wróćmy jednak do Lipowa. Tutaj wszyscy się znają. To dość charakterystyczne dla małych miasteczek, gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Ale jest ktoś, kto wie jeszcze więcej. Otóż, ktoś w Lipowie prowadzi bloga nasze-lipowo, gdzie opisuje najświeższe ploteczki i zdarzenia. Nikt nie wie, kto owego bloga prowadzi, a sam autor nie chce i nie zamierza zdradzać swojej tożsamości. Oczywiście bloga czytają wszyscy, zarówno kury domowe, jak i bogate żony bogatych mężów, policjanci i dzieciaki. Mało tego, zdaje się, że blogger dowiaduje się wszystkiego znacznie szybciej niż inni mieszkańcy Lipowa. Niezależnie od tego czy chodzi o nową fryzurę sąsiadki, czy też o zabójstwo. Wprawdzie Podgórski domyśla się tożsamości autora, ale na razie zatrzymuje tę wiedzę tylko dla siebie. Osobiście domyśliłam się w końcu, kto jest owym tajemniczym bloggerem, ale też Wam tego nie zdradzę.

A co z mordercą? Po przeczytaniu mniej więcej jednej czwartej książki, uznałam że chyba wiem, kto nim/nią jest. Podejrzewałam trzy osoby. Tylko że im dalej zagłębiałam się w akcję, tym więcej mieszkańców Lipowa wydawało mi się dziwnych lub podejrzanych. Zanim dotarłam do końca i do rozwiązania, nie byłam już niczego pewna, a lista podejrzanych niebezpiecznie się wydłużyła. Łatwiej było mi wskazać tych, którzy na pewno mordercami nie są, niż tych, którzy mogliby nimi być. I to jest największa zaleta tej książki.

Samo wydanie: super. Intrygujący tytuł, rewelacyjna okładka, boska czcionka – czyta się świetnie. Znalazłam jeden błąd rzeczowy, gdzie pomylono imię zamordowanej zakonnicy.

Czy książka ma wady? Ma, bo poza “Złodziejką książek” nie ma książek idealnych. Drażniły mnie powtarzające się stopnie funkcjonariuszy policji. Młodszy aspirant Daniel Podgórski, starszy sierżant Marek Zaręba, aspirant Janusz Rosół, komisarz Klementyna Kopp – przeszkadzało to w nawiązaniu z nimi takiej bliższej znajomości bohater-czytelnik. Moim zdaniem niepotrzebne są aż tak często powtarzane te stopnie, choć nie jest to coś, co jakoś mocno przeszkadza w czytaniu.

Niezwykle irytowała mnie matka Podgórskiego, która również pracuje w komisariacie. Nadopiekuńcza, nadskakująca, wpycha w syna ciągle te swoje ciasta, których on chwilami ma dosyć, potrafi go wręcz besztać przy kolegach z pracy (co dla mnie jest niezrozumiałe i niedopuszczalne), skarcić na posterunku, co dla niego samego jest po prostu niezręczne i krępujące. Nie wzbudziła we mnie sympatii. Oczywiście nie jest to absolutnie wada książki, bo taka akurat jest ta postać i taka ma być. To tylko moje osobiste odczucie.

Akcja książki, przyspieszająca wyraźnie pod koniec, kiedy jesteśmy coraz bliżej rozwiązania, również wcześniej trzyma w napięciu. Autorka potrafi wprowadzić atmosferę tajemnicy i dreszczyku, które tak bardzo lubię w kryminałach i thrillerach. Lubię, kiedy ktoś gdzieś tam się czai i nie wiadomo, kiedy i jak da o sobie znać.

“W końcu ciekawość okazała się nie do opanowania. (…) szybkim ruchem otworzył kopertę. Teraz już nie mógł się wycofać. Za późno. W środku znalazł jedną białą kartkę rozmiaru A4. Nic niezwykłego, zaśmiał się trochę zawiedziony. Przez chwilę poddał się atmosferze tajemnicy i wyobraził sobie, że w środku znajdzie coś dziwnego lub przerażającego. Nic bardziej mylnego. Była tam jedynie zwykła biała kartka. Na środku ktoś napisał jedno słowo”.

Dynamiczna końcówka, z polotem, choć zupełnie nieoczekiwana, zaskakująca, zostawiająca czytelnikowi poczucie, że tyle szczegółów przeoczył, że przecież powinien na tyle rzeczy wpaść sam, bez pomocy. Brawo dla autorki za naszpikowaną klasyką intrygę, za kryminał w takim właśnie klasycznym i wciągającym wydaniu. Zostaję wierną fanką, w planach mam kolejne książki pani Puzyńskiej, a “Motylka” polecam wszystkim miłośnikom kryminału, bo jak widać w Polsce też mamy się czym pochwalić. Prawdziwych kryminałomaniaków książka na pewno nie zawiedzie.

*wszystkie cytaty pochodzą z książki
**opinia również w portalu lubimyczytac.pl

Copyright © 2018. Powered by WordPress & Romangie Theme.