“O świcie wzięłam psa i poszłam…” Kate Atkinson

Jak tylko zobaczyłam okładkę tej książki, wiedziałam że warto się nią zainteresować. No i ten niesamowicie intrygujący tytuł…

Akcja tej nietypowej powieści rozgrywa się równolegle w roku 1975 oraz w czasach współczesnych. Pewnego dnia szefowa ochrony jednego z marketów, policjantka na emeryturze, Tracy Waterhouse, widzi w tłumie kobietę z dziewczynką. Już na pierwszy rzut oka widać, że mała jest szarpana, popychana i że się boi. Tracy nie potrafi nie zareagować. Ta jedna reakcja, jedna decyzja, spontaniczna i nieprzemyślana, zmieni całe jej życie. Czy na lepsze? Czy zamiana ciepłej i raczej spokojnej posady, na życie bliskie życiu uciekiniera, to dobry wybór? Czy przehandlowanie własnego spokoju, balansowanie nad przepaścią, ryzykowanie własną wolnością, jest warte poświęcenia? Tracy podejmuje decyzję szybko, bo też okoliczności nie pozwalają jej na nic innego.

W międzyczasie, prywatny detektyw Jackson Brodie, poszukuje korzeni swojej – niegdyś adoptowanej – klientki, Hope McMaster. Kobieta chce się dowiedzieć, kim byli jej biologiczni rodzice, jak się nazywali i skąd ona sama pochodzi.

W pewnym momencie losy Jacksona i Tracy krzyżują się ze sobą.

Jednocześnie i równolegle podglądamy śledztwo policji w sprawie zabójstwa prostytutki z 1975 roku. Jest to również powrót do czasów, kiedy Tracy Waterhouse pracowała jeszcze w policji. Pamięć o tamtym dochodzeniu do dziś nie daje kobiecie spokoju. Na miejscu zbrodni bowiem znaleziono małego chłopca, który najwyraźniej przebywał ze zmarłą matką w mieszkaniu przez około trzy tygodnie. Przestraszony i głodny, całkowicie zagubiony, wydaje się być jedynym świadkiem zbrodni popełnionej na własnej matce. Czy widział mordercę? Czy widział, jak matka umierała? I czy jest w stanie wskazać winnego? Tracy usiłuje się z nim porozumieć, ale z wiadomych powodów dziecko potrzebuje teraz ciepłego posiłku i namiastki poczucia bezpieczeństwa, a nie krzyżowego ognia pytań. Po latach Tracy nadal nie zna jeszcze wielu odpowiedzi na ówczesne pytania o chłopca i tamte wydarzenia.

Jackson tymczasem podąża ślepymi tropami i wciąż nie może natrafić na żaden ślad dawnego życia swojej klientki.

str. 181 – “Jackson mógłby przysiąc, że trzyma w ręku zdjęcie młodej Hope McMaster. Odwrócił je. Nic. Żadnego nazwiska ani daty, chociaż instynkt mówił mu, że się nie myli. Było to przemożne, wypływające z głębi trzewi uczucie, które pamiętał z czasów służby w policji – reakcja psa na kość, detektywa na wiarygodny trop”.

Jakby tego było mało, gdy tylko trafia na coś, co mogłoby pokazać mu kierunek, trop, natychmiast trafia na przeszkody, na mur nie do przebicia. Brodie jednak to uparty człowiek i byle co go nie złamie.

str. 369 – “Przeżył wojnę w Zatoce, Irlandię Północną i potworną katastrofę kolejową, a teraz miał zginąć jak śmieć (w rzeczy samej jak śmieć), zmiażdżony w śmieciarce”.

Za wszelką cenę Jackson usiłuje namierzyć tożsamość Hope. Czy mu się uda? I co ma wspólnego śledztwo sprzed wielu lat z przeszłością Hope McMaster? No i jaką rolę w tej sprawie odgrywa Tracy? Co łączy ją i Hope oraz zbrodnię sprzed lat?

“O świcie wzięłam psa i poszłam…” to czwarta powieść z detektywem Jacksonem Brodiem. Od razu mówię, że nie znam jeszcze poprzednich.

Dla zainteresowanych czytelników podaję kolejne tytuły, a są to: “Zagadki przeszłości”, “Przysługa” oraz “Kiedy nadejdą dobre wieści?”.

Wszystkie tomy ukazały się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca w cyklu CZARNA SERIA. Pomimo mojej nieznajomości trzech poprzednich części o Jacksonie, nie miałam problemu z odnalezieniem się w powieści.

Nie jest to jednak książka, którą czyta się z zapartym tchem. Ale wcale nie dlatego, że jest nudna, absolutnie. To powieść dość trudna w odbiorze. Skomplikowane koligacje pomiędzy bohaterami z przeszłości i teraźniejszości, powiązania, wreszcie skoki w przeszłość – bliższą i dalszą – wcale tego odbioru nie ułatwiają. Na początku książki mamy wiele scen, które mogą nam się wydać zbędne. Następuje chaos myślowy i chwilami się gubiłam. Wierzcie mi jednak, że bez tego by się zwyczajnie nie dało. Tego rodzaju zabiegi były tu bardzo potrzebne i raczej nie można było ich uniknąć. Czasem, by zrozumieć powody, postępowanie tego czy tamtego bohatera, musimy poznać jego przeszłość oraz wydarzenia, które miały wówczas miejsce.

Bohaterów w “O świcie wzięłam psa i poszłam…” jest kilku. Niby na pierwszy plan wysuwają się Jackson i Tracy, ale poza nimi występuje tu kilka innych osób, bardzo istotnych dla całości akcji. Jak już wszystkich poznamy, przebrnięcie przez tych kilkanaście skomplikowanych scen, nie będzie takie trudne.

W powieści tej nie trafimy na krwawe sceny podrzynania gardeł czy obrazowego obdzierania ze skóry. Nie na tym polega mroczność tej pozycji. Atmosfera zagęszcza się w chwilach, gdy na jaw wypełzają sekrety i tajemnice z przeszłości. Autorka w bardzo klimatycznym stylu oddała lęki i obawy bohaterów.

str. 242 – “Zapukała ponownie, tym razem głośniej, bardziej oficjalnie. Żadnej odpowiedzi. Niepewnie nacisnęła klamkę i drzwi się uchyliły. W telewizyjnych thrillerach to zawsze zwiastowało kłopoty – za otwartymi drzwiami czekała zwykle niemiła niespodzianka (…)”.

W książce nie brakuje humoru, ale nie takiego, który sprawia, że śmiejemy się w głos. To humor sarkastyczny, głównie pochodzący od Jacksona. Tak samo sarkastyczny i cyniczny jak on sam.

Jedna rzecz mnie niesamowicie ujęła. Otóż, na samym początku, Jackson ratuje psa. Pies jest mały i poprzedni właściciel się nad nim znęcał, więc Brodie mu go zwyczajnie zabiera. Pies podróżuje z nim już do końca powieści, niejako prowadząc z nim śledztwo. Gdzie trzeba Jackson przemyca go w plecaku, poza tym dzieli się z nim jedzeniem, spaceruje i tak razem już wędrują w poszukiwaniu śladów Hope McMaster.

Jak na rasowy thriller przystało, czasem wpada tu bardziej drastyczny opis jakiegoś zabójstwa. I jak w wielu podobnych książkach, również tutaj głównym celem zabójcy są prostytutki.

str. 244 – “Pokój wypełniał zaduch jatki i zgnilizny. Zapach śmierci. Nawet twarde policyjne serce Tracy stanęło na ułamek sekundy”.

str. 294 – “- Najstarszy zawód świata – podkreślił Barry tonem światowca. – Odkąd istnieją kurwy, istnieją też ci, co je mordują. Zawsze tak było i będzie”.

“O świcie wzięłam psa i poszłam…” to powieść wielowątkowa. Spraw tutaj poruszanych jest naprawdę sporo. Dopiero w trakcie czytania okazuje się, że niektóre z nich zazębiają się i łączą ze sobą. I co mi się spodobało – a muszę nadmienić, że to moja pierwsza powieść Kate Atkinson – autorka ma niesamowity dar do wplatania subtelnego lęku do zwykłych scen, do niby – na pozór – sielskich obrazków. Moje dwa ulubione cytaty poniżej – nie dość, że są klimatyczne, romantyczne i piękne, to jednak gdzieś tam, pomiędzy wierszami, wkrada się ten lekki jak mgiełka lęk.

str. 357 – “Za oknami było ciemno. Tak ciemno, jak nigdy. Ilekroć Tracy wychodziła na zewnątrz i szła krótką ścieżką do furtki – a robiła to mniej więcej co godzinę, żeby kontrolować sytuację – czuła nad sobą bezmiar czarnego nieba wysypanego milionami gwiazd, które znikały, w miarę, jak nadciągała mgła. Wyobrażała sobie, że gdzieś tam w ciemności słychać oddech jeleni”.

str. 355 – “Zaczęło się ściemniać i w pewnej chwili zdarzył się cud: z półmroku, niczym z odległej mitycznej przeszłości, wyłonił się biały rogacz, młodzieniaszek. Nie żaden tam przebieraniec, tylko prawdziwe zwierzę. Biały jeleń (…). Zwierzę czuło się tu gospodarzem, przewyższało ją pod każdym względem. Książę wśród jeleni”.

Ogólnie styl pisarki spodobał mi się, a intrygująca, wciągająca historia sprawiła, że bardzo chciałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy. Jak najprędzej chciałam poznać wszystkie sekrety i tajemnice, jakie w trakcie czytania wychodziły ciągle na jaw. Nie obyło się również bez mojego własnego, prywatnego śledztwa, kto mógł zabić, ale szczerze mówiąc, długo na to nie wpadałam. Miałam wprawdzie kilku podejrzanych, parę osób, ale nie zdecydowałam się na żadnego z nich i po prostu czekałam, co też wymyśliła autorka.

Jak na książkę wydaną przez Wydawnictwo Czarna Owca “O świcie (…)” pozbawiona jest błędów, literówek i wszelkich innych tego typu uchybień. Intrygująca okładka zachęca do zdjęcia powieści z półki. Opis z tyłu okładki nie zdradza zbyt wiele, ale zasiewa ziarno ciekawości, niepewności, tego czegoś, co sprawia, że decydujemy się daną książkę przeczytać.

Powieść polecam fanom powieści kryminalnych, thrillerów i sensacji, a także wszystkim tym, którzy lubią rozwiązania wszelkich zagadek szukać w przeszłości.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

 

*cytaty pochodzą z książki

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.