Tag Archives: Novae Res

“Demon żądzy” Dominika Szałomska

Jak już gdzieś kiedyś wspominałam, czytam wszystko poza szeroko pojętą powieścią historyczną (z pewnymi klasycznymi wyjątkami), fantastyką (z wyjątkiem Tolkiena i Pottera) i książkami typowo młodzieżowymi. Tymczasem tutaj mamy powieść młodzieżową i to z całą pewnością fantastyczną, w dodatku głównie snutą z punktu widzenia pierwszej osoby, za czym nie przepadam. Być może powinnam się od niej trzymać z daleka i nie tykać, ale przyznaję, że byłam ciekawa, jak młoda, debiutująca autorka, poradziła sobie z warsztatem pisarskim.

Bohaterką książki jest młodziutka dziewczyna Emily, na co dzień zmagająca się z trudami życia z ojcem alkoholikiem, która doskonale zna smak i zapach strachu przed nim, a jednocześnie jest jedyną żywicielką w rodzinie, ponieważ ojciec wszystko, co tylko wpadnie mu w zapijaczone ręce – natychmiast przepija. Emily jest zwyczajna, pracuje w zwyczajnym sklepie, ma zwyczajnych znajomych i zwyczajne marzenia, właściwie niczym się spośród swoich rówieśników nie wyróżnia. Ojcu Emily autorka nie poświęciła uwagi prawie w ogóle, czemu się akurat nie dziwię, bo jest z niego dość oślizły typ i nie ma dla całości większego znaczenia. Pewnego razu, po ucieczce przed ojcem do parku, Emily zasypia na ławce. Nawiedza ją pewien sen. Sen niezwykły, kiedy to przychodzi do niej przystojny mężczyzna o czarnych, niepokojących oczach, w którego ramionach dziewczyna chwilę później się zatraca. We śnie wszystko płonie, kochankowe, pokój, wszystko wokół. Dziewczyna budzi się zaniepokojona i zagubiona, ale wkrótce o śnie właściwie zapomina. Nie ma pojęcia, że to początek przygody jej życia oraz jej przeznaczenia.

Wkrótce sny zaczynają się przeplatać z rzeczywistością, a w życiu Emily pojawiają się demony, aniołowie, istoty obdarzone magią, źli i dobrzy, a skoro są demony, to pojawia się również ten najsilniejszy z nich, sam pan i władca piekieł – Lucyfer. Jeśli mam być szczera, to Lucyfer wizualnie kojarzył mi się zawsze z kimś pokroju Diablo z gry komputerowej, wiecie, czerwony, z rogami, ziejący ogniem i wyziewami siarki, śmierdzący, z kopytami i w ogóle paskudny. Tutaj mamy zwykłego faceta w dżinsach – podobało mi się. Coś jak w “Constantine” – jakiś tam gostek, który może zdmuchnąć z Ziemi połowę ludzkości, ale niczym się na pierwszy rzut oka właściwie nie wyróżnia. Oczywiście, kiedy nie chce się wyróżniać.

Ale o co tak w ogóle chodzi? O to, że Emily posiada pewien dar, którego pożąda zarówno demon, jak i anioł, a ona sama jest wedle przepowiedni przeznaczona… No nie, aż tyle Wam nie zdradzę, by nie psuć Wam przyjemności z czytania. Dość, że zarówno anioły, jak i demony, chcą ją dostać dla siebie, a przy tym, kiedy dowiaduje się o niej sam Lucyfer, postanawia on zaszczycić Ziemię swoją obecnością, a trzeba Wam wiedzieć, że pan samych piekieł, odwiedza Ziemię tylko i wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach.

Sama Emily mnie chwilami irytowała. A najbardziej drażniło mnie to, że najpierw działała, a potem myślała, przez co bez przerwy pakowała w kłopoty i siebie, i swoich sprzymierzeńców. A przecież w walce z demonami i magią, trochę rozsądku by nie zawadziło. W większości przypadków gadała, co jej ślina na język przyniosła i ledwie dowiedziała się czegoś istotnego od anioła bądź demona (pomiędzy którymi nieustannie krąży w snach i na jawie), zaraz wypaplała temu drugiemu, choć są to zaprzysiężeni wrogowie – jeden chce unicestwić drugiego. W niektórych sytuacjach Emily reagowała przesadnie histerycznie, w innych, kiedy powinna być przerażona do szpiku kości, nieoczekiwanie wzruszała zwyczajnie ramionami. Bywało, że atakowała tych, których nie znała, bez namysłu i bez myślenia o konsekwencjach, czy byli po jej stronie, czy też nie. Oczywiście mogło to wynikać z jej usposobienia, a potem z daru, jaki posiadała, ale jednak jej zachowaniu przydałoby się ciut więcej autentyczności.

“Demon żądzy” to opowieść o miłości pomiędzy demonem Asmodeuszem a Emily, ale ów wątek nie przekonał mnie tak do końca, ponieważ wszystko rozgrywa się za szybko. Asmodeusz pojawia się nagle, mówiąc Emily słodkie słówka, a ona, choć początkowo go od siebie odpycha, chwilę później ulega jego czarowi i sile pożądania (zapachniało Grayem, którego nie trawię). No bo on jest taki cudowny, że nie można mu się oprzeć, choć rozum podpowiada, że będą z tego kłopoty. I zanim się spostrzegłam, już była wielka miłość, wielkie przyciąganie i oboje nie mogli bez siebie żyć – dla mnie za szybko. Zwłaszcza, że po drodze nie wydarzyło się nic aż tak szczególnego, by ci dwoje tak nagle i tak błyskawicznie zapałali do siebie aż tak wielkim uczuciem. Ale nie poczytuję tego jako wady książki, ponieważ zdaję sobie sprawę, że tak już jest w młodzieżowej literaturze, że miłość często bywa przerysowana. No i muszę się przyczepić, bo nie byłabym sobą… Drażniło mnie to, że wyznając swemu demonowi miłość, Emily musiała go zawsze okrasić epitetem dla mnie do miłości kompletnie nie pasującym w stylu: “kocham cię, dupku”, “kocham cię, głupku”, gdzieś chyba widziałam też nawet “idiotę”.

Najbardziej jednak przeszkadzało mi to, że cała akcja rozgrywa się właściwie w jednym miejscu. Przez pierwsze pół książki w domu Samaela, potem przenosimy się gdzie indziej, gdzie już zostajemy przez kolejne pół książki. Brakowało mi większego rozmachu, ruchu, jakiejś okolicy, lasu, miasta, nie wiem, nawet motywu ucieczki przed prześladowcami, który podsyciłyby atmosferę. Myślę, że dzięki temu książka zyskałaby na dynamice. Brakowało mi też trochę szerszych przemyśleń bohaterów pomiędzy opisami tego, co mówili i robili.

Zaskoczył mnie bardzo i spodobał mi się motyw feniksa. Ogólnie lubię wszelkiego rodzaju magiczne istoty, jak hipogryfy, chimery, hydry, gargulce, smoki, a także demony, diabły i czarownice, więc te ostatnie postaci spodobały mi się również w “Demonie żądzy”, choć te poboczne są zaznaczone bardzo znikomo. Najbardziej polubiłam demona Samaela, za jego spokój, równowagę i rozsądek oraz za to, że w chwilach podbramkowych potrafił sprowadzić wszystkich na ziemię. Awnas też był w porządku, tylko ciągle czytałam jego imię “Awans” – sorry, nie udało mi się inaczej 😀

Zaletą książki jest humor. Ale nie taki, że śmiejecie się w głos, to raczej humor specyficzny, rozładowujący atmosferę, słowne przepychanki pomiędzy głównymi bohaterami. Generalnie książkę szybko się czyta, zawiera ona w sobie mnóstwo dialogów i choć mnie osobiście przeskakiwanie z narratora do narratora wybijało z rytmu, to myślę, że nie można tego poczytać za wadę, tylko oryginalny pomysł na książkę. Styl autorki wymaga doszlifowania, niektóre zdania mają trochę zaburzoną rytmikę (którą swoją drogą powinno skorygować wydawnictwo), zdarzają się potknięcia stylistyczne w formie: “wydarzenia działy się szybko” czy “co zrobi z wiadomością, którą mu powiedziałam”. No i za dużo wyrażeń “swoje, moje, jego”. Sądzę jednak, że z racji na młody wiek pisarki oraz fakt, że mamy do czynienia z debiutem, można to wszystko książce wybaczyć.

Świetna okładka, którą rozgryzamy do końca dopiero w chwili, gdy zagłębiamy się w akcję, no i nietuzinkowy pomysł na opowieść o demonach, czynią z owej książki naprawdę niezły debiut. Jestem też przekonana, że miłośnicy powieści młodzieżowych oraz fantastycznych, ocenią książkę o wiele wyżej niż ja. Myślę też, że “Demon żądzy”, podobnie jak kolejne książki, które wyjdą spod pióra Dominiki Szałomskiej, bez trudu znajdą swoją grupę fanów, zwłaszcza wśród ludzi młodych, poszukujących w fantastyce czegoś nowego i oryginalnego.

*książkę otrzymałam od wydawnictwa Novae Res dzięki autorce

Afera w blogosferze

Przykra jest historia z wydawnictwem Novae Res i recenzją, którą kazali oni usunąć blogerce z bloga Post Meridiem. Dlaczego? Można poczytać w necie. Ogólnie chodziło o to, że recenzentka wytknęła wydawnictwu błędy ortograficzne, od których aż roiło się w książce. Niestety z doświadczenia wiem, że korekta we wspomnianym wydawnictwie nie stoi na najwyższym poziomie. We własnym egzemplarzu sygnalnym doszukałam się ponad trzydziestu pięciu literówek i innych błędów, nie mówiąc o tych, które pewnie przeoczyłam. I mimo, iż robiłam, co mogłam, książka poszła do druku z kilkunastoma literówkami – a przecież wychwytywanie takich błędów, nie powinno należeć do mnie. Zwłaszcza, że w tekście oryginalnym niektórych w ogóle nie było…

Sprawa jest przykra dla mnie osobiście. Bo ja też mam jedną książkę wydaną przez NR, a dzisiaj czytam te wszystkie opinie na fanpage’u wydawnictwa w stylu, że “już nigdy nie kupię żadnej waszej książki” i wszelkie bojkotujące publikacje NR komentarze, to cóż… Żal :/

Kto wie, czy przez tę sytuację również i ja nie straciłam lub nie stracę paru czytelników…?

I z jednej strony rozumiem racje czytelników, bo sama również doświadczyłam kiepskiej korekty NR. Czytałam też wspomnianą recenzję i uważam, że blogerka miała wszelkie prawo wytknąć wydawnictwu te wszystkie orty. Wymagając od recenzentki usunięcia recenzji, wydawnictwo – chyba całkiem nieświadomie – ukręciło sznur na samo siebie. O wiele lepiej byłoby, gdyby po prostu przyznało się do fatalnej korekty, przeprosiło i obiecało większą staranność – rozeszłoby się pewnie wtedy wszystko po kościach. Tymczasem teraz mamy wielką aferę, na której najbardziej ucierpią autorzy książek, które ukazały się bądź mają się ukazać nakładem Novae Res.

Gdzieś kiedyś usłyszałam, że NR wydaje wszystko jak leci… Może i tak, ale na rynku wcale nie mamy aż tak dużo wydawnictw, które tak chętnie publikują debiutantów. I niestety w tej sprawie to debiutanci ucierpią najmocniej. Nie mówiąc o tych wszystkich początkujących pisarzach, którzy będą szukać wydawnictwa dla siebie i dla swojej pierwszej powieści. Trafią na stronę NR, poczytają i… odejdą. Wydaje mi się, że NR nie zdawało sobie sprawy z tego, że zarówno nakazem usunięcia recenzji oraz później (żenującym) wywiadem, tylko wykopali pod sobą dołek, sądząc że uda im się zakrzyczeć internautów i bloggerów. Niestety to niemożliwe, nie da się wygrać z Internetem. Co z tego, że recenzja została usunięta? Google i tak ją zarchiwizowało i można ją bez problemu odszukać i przeczytać. Tak więc właściwie NR nie zyskało nic, a tylko dużo straciło, a z nim debiutujący na rynku wydawniczym polscy pisarze.

Cóż, jako autorka, już dawno uznałam, że do NR nie wrócę, z różnych powodów. Najnowszą książkę wydałam w WFW i jestem o wiele bardziej zadowolona. Jednak nie zmienia to faktu, że jedna z moich książek została wydana nakładem właśnie NR, a bojkotowanie wszystkich pozycji wydawnictwa, jest również ciosem w moją powieść i krzywdą dla wielu autorów naprawdę niezłych książek. Również dla tej, od której recenzji zaczęła się cała historia. Zwłaszcza, że przecież blogerka samą książkę i młodego pisarza bardzo pochwaliła.

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.