Tag Archives: Novae Res

“Za zieloną bramą” Piotr Wielgosz

UWAGA: jest to recenzja egzemplarza przedpremierowego, przed korektą i – jak wspomina wydawnictwo – z roboczą jeszcze okładką. Zdjęcie okładki – moje własne.

Miało być ciekawie, o demonach, o tajemnicach i o ogarniających umysł i ciało istotach, pełnych nadprzyrodzonych mocy. O czym było? Wierzcie mi, że naprawdę ciężko mi to określić.

Bohaterką książki jest Elli, młoda dziewczyna oraz jej przyjaciel Tomek. Elli ma dziwne sny, w których nachodzą ją okrutne demony, pragnące posiąść jej umysł. Elli nie ma już siły z nimi walczyć i za namową przyjaciela, bierze udział w spotkaniu z ciotką Tomka, która ponoć zna się na demonach i może jej pomóc. Niestety coś chyba idzie nie tak i dziewczyna traci przytomność.

Jest tu potencjał na ciekawą historię, ale niestety zabrakło całej reszty, by ją sklecić w całość. Przede wszystkim ciężko jest mi ocenić tę książkę przez pryzmat tego, iż otrzymałam egzemplarz przed korektą. Większość tekstu to zbyt długie zdania, w których chwilami wręcz można się zgubić. Czytałam początek i zanim dotarłam do końca, już zapominałam, o czym to czytałam na początku. Przykładowo:

“Czuła na sobie tak silne, przenikliwe i magnetyczne spojrzenie, że niczym osaczone zwierzę, mimo że skazane na porażkę, rzucające się w desperacji na znacznie silniejszego przeciwnika, odwróciła głowę w stronę postaci”.

“Częściowo pozrywane i poodklejane ze ścian tapety, poruszane co chwilę gwałtownymi, lodowatymi podmuchami przedostającego się tu wiatru, niczym stado uwięzionych w sidłach ptaków próbujących zerwać się do lotu, by po chwili rezygnacji ponowić swoją próbę, trzepotało skrzydłami wyblakłych płacht”.

“Od tygodnia siedział na podłodze, zdając się wpatrywać w gasnące i zapalające się słońce, którego promienie co dzień wyławiały z cienia kamienną twarz, omiatając ją delikatnie czerwonawą mgiełką, by potem rozgrzewać coraz bardziej, wyciągniętą w ich stronę skórę i wyciskać z niej drobne kropelki potu, zbierające się w większe, rozpędzające się po pomarszczonej skórze i turlające się w dół, ku podłodze”.

Kropelki potu z ostatniego akapitu spadają tak jeszcze przez pół strony. Przez nadmiernie wydłużone zdania, ich rytm jest w wielu miejscach poważnie zaburzony, przez co zwyczajnie utrudnia rozumienie tekstu. To samo tyczy się opisów. Opisy, zarówno miejsc, jak i zdarzeń, są zbyt rozwleczone, przy tym często nie wnoszą do tekstu niczego istotnego i nie posuwają akcji w ogóle naprzód. Tak naprawdę książkę tę można było zamknąć w stu paru stronach (w chwili obecnej ma ich 330) i myślę, że byłby to dla niej zabieg bardzo korzystny. Do tego masa powtórzeń, błędy stylistyczne, rażące (mnie osobiście) śmiechy w stylu “ha, ha, ha” w tekście, nagminne powstrzymywanie łez przez wszystkich bez wyjątku bohaterów i rozpoczynanie większości rozdziałów otwieraniem oczu któregoś z nich. Do kompletu wiele rozdziałów kończy się traceniem przytomności przez którąś z postaci.

Co się zaś tyczy bohaterów… Wszystkie postaci są jednakowe. Odniosłam wrażenie, że żaden od drugiego niczym się nie różni. Wszyscy podobnie mówią, używają podobnych słów, podobnie się zachowują, mają podobne myśli. Żaden z nich nie został przedstawiony na tyle sugestywnie, by jakoś przyciągnąć moją uwagę. Nie wiem nawet, jak poszczególne osoby wyglądają, ich charaktery i osobowości są płytkie i chwilami zdawało mi się, że dialogi prowadzone są przez grupkę dzieci bawiących się w zainscenizowane historyjki o demonach.

Być może typowy fan fantastyki odnalazłby w tej powieści coś, co przyciągnęłoby jego uwagę, jednak te nagminnie rozbudowane zdania psują całą zabawę i najzwyczajniej w świecie czytelnika męczą. Być może autor silił się na poetycki język i postawił na ładne, kwieciste słownictwo, ale w ten sposób jedynie udało mu się zagmatwać akcję, uwikłać przodującą myśl książki w zbyt barwne opisy i za bardzo koronkowe porównania. Pełno tu arabesek i psujących efekt ozdobników.

Poza mocno przydługimi zdaniami, w tekście pojawiają się stylistyczne niedociągnięcia sprawiające, że całe zdanie nie tylko traci sens, ale też brzmi śmiesznie lub dziwnie. Poniżej dwa takie stylistyczne kwiatki:

“Może nie była to rewolucja, ale to, co właśnie usłyszał bardzo go zainteresowało, by po chwili zaintrygować do tego stopnia, że postanowił zrobić coś, co mu się prawie nie zdarzało, albo też nie zrobić czegoś, co robił stale”.

“My jako cywilizacja dużo, znaczniej bardziej niż dużo, wyżej rozwinięta wykorzystaliśmy tylko ich niewiedzę i nie wyprowadzając ich z błędu, tymi bogami zostaliśmy”.

Niestety potykanie się o tego rodzaju gramatyczne wyboje nie tylko utrudnia samo czytanie, ale zwyczajnie odbiera na nie chęć.

Mam nadzieję, że wydawca postara się z korektą, bo w formie takiej, w jakiej trafiła do mnie książka, nie widzę dla niej miejsca na rynku wydawniczym. Ponieważ jest to egzemplarz przed korektą, nie będę jej oceniać w portalu lubimyczytac.pl, co dla książki może i lepiej, bo więcej niż jednej gwiazdki, raczej by ode mnie nie dostała.

*cytaty pochodzą z książki

“Tami z krainy pięknych koni” Renata Klamerus

Bardzo lubię bajki dla dzieci i chętnie po nie sięgam. Na ogół czytam razem z córką, ale zawsze i ja mocno się wciągam w bajkowy, kolorowy świat, a do niektórych baśni i opowieści wracamy kilkakrotnie.

Tytułowa Tami, czyli Tamara Suremalk, mieszka razem z rodzicami i młodszym bratem w Kapadoclandii, odległej krainie, o której autorka pisze, że znajduje się ona “daleko stąd, za górami, rzekami, za morzem”. Tami ma dziesięć lat i jest zwyczajną dziewczynką. Chodzi do szkoły, uczy się, bawi, pomaga rodzicom w domu, a teraz, kiedy właśnie ją poznajemy, ma akurat wakacje. Najlepszym przyjacielem Tami jest nieco starszy od niej chłopiec – Rume, który mieszka niedaleko, więc dzieci często się ze sobą spotykają i razem bawią. Pewnego dnia Tami zostaje w domu sama i opiekuje się młodszym braciszkiem Borim. Chłopczyk pod jej nieuwagę wydłubuje pod łóżkiem siostry dziurę w ścianie. Tami z początku jest o to zła, ale później zauważa, że z dziury wpada do pokoju łuna światła. Zaniepokojona, ale jednocześnie zafascynowana owym dziwnym światłem, Tami zaczyna powiększać dziurę, aż nagle okazuje się, że za nią znajduje się duża, jasna grota. Grota emituje światło sama z siebie i Tami nie jest pewna, czy wejście do niej jest na pewno bezpieczne. Ciekawość jednak zwycięża i Tami zagląda do środka. Co tam znajdzie? I co ją tam spotka? Tami dzieli się swoim odkryciem z Rume i jeszcze jednym chłopcem – Keliem, po czym cała trójka postanawia odkryć tajemnicę groty. A grota, jak to na baśń przystało, skrywa wiele tajemnic i sekretów.

Dzieci przeżywają wiele ciekawych przygód, trafiają w kilka dziwacznych miejsc, poznają paru nietypowych mieszkańców krainy, których nigdy dotąd nie spotkali. Czary, magiczne księgi i zaklęcia towarzyszą im od prawie pierwszych kart książki aż do samego końca. Trzeba przyznać autorce, że wymyśliła ona świat zupełnie odmienny od wszystkich innych, jakie dotychczas w literaturze dla dzieci powstały. Tę odmienność widać wyraźnie od pierwszych słów bajki i w moim odczuciu jest to niewątpliwie zaleta. Sugestywne, bogate opisy, tworzą bajkową atmosferę i sprawiają, że dzieciom łatwiej będzie wyobrazić sobie miejsca, w których rozgrywa się akcja książki.

“W tym rajskim ogrodzie, pełnym ślicznych roślin, żyły dziwaki. Każdy z nich był wypaczeniem tego, co dzieci już znały i widziały. Dżdżownice jeździły na kółkach, były długie i wielkie jak kolejka wąskotorowa, żółwie miały długie nogi i chodziły w oficerkach (…). Ryby zamiast płetw miały ręce i nogi, ptaki nosiły okulary przeciwsłoneczne, raki zamiast szczypiec miały nożyczki i kosiły bordową trawę. Olbrzymie mrówki pospołu z termitami zbierały ją i układały w kopki. Pancernik miał emaliowany korpus i udeptywał ścieżki, jeżdżąc na gąsienicach”.

Wspólnie przeżywane przygody zbliżają dzieci do siebie, pokazują im, jaką potęgę ma magia przyjaźni, współpraca, wsparcie drugiej osoby oraz to, o ile łatwiej jest się zmagać z przeciwnościami losu, kiedy obok siebie mamy przyjaciela. Pod wpływem wielu zdarzeń, dzieci patrzą na różne sprawy zupełnie inaczej niż przedtem, dojrzalej, mądrzej, jednocześnie zachowując charakterystyczny dla dzieci pogląd, że tak naprawdę nic nie jest niemożliwe. Wystarczy tylko mocno czegoś pragnąć, by to coś się spełniło.

W książce nie brakuje specyficznych postaci takich jak: trochę napuszona pani Petra prowadząca sklep i wzruszająca, mądra babcia Fuoco, która pilnuje pieca. I właśnie babcia Fuoco jest zdecydowanie moją faworytką, jeśli chodzi o bohaterów “Tami (…)”. Kiedy dzieci ją poznają, babcia ciężko pracuje przy piecu. Dziwny i niecodzienny splot wydarzeń sprawia, że później jeszcze babcia pojawia się w treści, z czego osobiście bardzo się ucieszyłam. Babcia Fuoco to ciepła, przepełniona dobrocią osoba – wniosła do książki mnóstwo koloru i serdeczności.

“Dla babci Fuoco najważniejsze było, żeby dzieci się nie bały. Strach według niej nie był potrzebny, nie chciała, by dziewczynka zrywała się w nocy z powodu gnębiących ją koszmarów. Uważała, że dzieciństwo powinno być pogodne, radosne i szczęśliwe, jak bardzo długie święto, jak trwające kilkanaście lat Boże Narodzenie”.

Tami ma kilka marzeń, marzy o tym, by zobaczyć konie, marzy o tym, by śpiewać – w osobie Tami i jej pragnieniach swoje odbicie znajdą dziewczynki ośmioletnie i starsze, z pewnością będą uważnie, z zapartym tchem i z ciekawością śledziły jej losy i przygody. Myślę, że ją polubią, podobnie jak moja siedmiolatka, która z rozdziału na rozdział niecierpliwie czekała na dalszy ciąg.

Książka dzieli się na dwie części, ale szczerze mówiąc jakoś nie dociera do mnie podział zastosowany przez autorkę, bo ja bym podzieliła całość na przygodę dzieci w jaskini i na to, co działo się potem. To, co przeżyją dzieci po wejściu do groty, będzie miało ogromny wpływ na to, co wydarzy się potem w ich rodzinnych domach i we wsi oraz na to, jak zmienią się same dzieci. W moim odczuciu o wiele za krótko trwała przygoda w grocie w stosunku do tego, co wydarzyło się na kartach powieści później. Czułam spory niedosyt po przygodzie, a potem lekkie znużenie akcją po niej. Są to odczucia osoby dorosłej, bo z kolei moja córka nie miała uwag i książka podobała jej się w formie takiej, jaka jest. Obie troszeczkę żałowałyśmy, że w książce zabrakło kolorowych obrazków krainy, którą przemierzają dzieci. Autorka dodała wprawdzie do publikacji kolaże zdjęć własnego pomysłu, które, owszem, są udane, jednak ta książka aż się prosi o bogate, kolorowe, cudne ilustracje.

Było po drodze kilka zgrzytów, które uważałam za niepotrzebne zabiegi autorskie, ale nie wpłynęły one jakoś znacząco na odbiór powieści, więc pozostało mi je po prostu zaakceptować. Niestety pojawił się również błąd ortograficzny, którego zjawienie się w tekście – w moim mniemaniu – nie powinno w ogóle mieć miejsca, gdzieś jest też na moment zmieniony czas (z przeszłego na teraźniejszy). Pod koniec powieści nastąpił lekki chaos, po kilku statycznych, spokojnych rozdziałach, nagle wydarzyło się sporo naraz. Końcówka jakby urwana, mam wrażenie, że książka skończyła się nagle i za szybko, jakby zabrakło pomysłu na pełne zakończenie. Nie czytałam jeszcze drugiego tomu, więc zostawiam sobie otwartą furtkę i czekam na więcej, tak samo ciekawie, mam nadzieję.

“(…) w życiu jak w bajce: wszystko może się zdarzyć, urzeczywistnić. Marzenia mają (…) moc sprawczą. Mogą się spełniać, ale to zależy od nas”.

Korci mnie, by napisać coś o tytule. Otóż, wbrew tytułowi, Tami nie mieszka wcale w krainie koni. Tu, gdzie mieszkają dzieci, nie ma nawet koni, ludzie trzymają co najwyżej osły, które pomagają w gospodarstwie. Tami jednak z całego serca marzy o tym, by zobaczyć konie, by móc na nich pojeździć, by choć przebywać w ich pobliżu. Czy to marzenie się ziści? Przekonajcie się sami. Zachęcam do sięgnięcia po tę książkę, zwłaszcza jeśli macie dzieci w wieku od 8 do 13 lat. Podziemia Kapadoclandii odkryją przed nimi swoje czary i sekrety i na długo pozostaną w ich pamięci.

“Tami w krainie pięknych koni” to książka pełna nietypowych, ale zarazem ciekawych pomysłów autorki. Dzieci docenią kolorowe opisy i bogatą wyobraźnię pisarki. Z pewnością spodoba im się kraina pełna magii i dziwnych istot – mnie osobiście zauroczyły rybki w sweterkach. Książkę polecam z czystym sumieniem, ponieważ jest zupełnie nietuzinkowa i niespotykana. Ja w każdym razie chętnie sięgnę po drugi tom i z przyjemnością jeszcze spotkam się z Tami i jej przyjaciółmi.

*za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

“Znak ostrzegawczy” Iwona Bińczycka-Kołacz

Wcale nie zacznę tej recenzji od słów, że rzadko sięgam po książki o tematyce obyczajowej, że wolę sensacyjne i thrillery lub kryminały i tak dalej…

“Znak ostrzegawczy” to powieść ze wszech miar obyczajowa, a do sięgnięcia po nią zachęcił mnie wyrwany z całości fragment, notka wydawcy oraz ładna, skromna okładka. Uznałam, że dam jej szansę. Zaczęłam czytać w sobotę wieczorem, w niedzielę skończyłam i muszę przyznać, że jestem naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczona. Oczywiście nigdy nie jest tak, że z góry klasyfikuję powieść obyczajową jako nieudaną, bo nie przepadam za gatunkiem. Nigdy nie oceniam książki po samym gatunku i chętnie sięgam po wszystko, bo nigdy nie wiadomo, czym zostanę zaskoczona. Tutaj spodziewałam się opowieści o życiu dwóch kobiet, no i właśnie to dostałam. Zwykła, obyczajowa opowieść o dzisiejszych kobietach, całkiem zwyczajnych, o ich problemach i rozterkach, o ich marzeniach, o małżeństwie, zdradzie, miłości i przyjaźni. Niby nic takiego, czemu więc mówię, że jestem pozytywnie zaskoczona?

Na przykładzie książki pani Iwony widać doskonale, ile znaczy lekkie pióro autora, zgrabny język oraz umiejętność wykreowania zwyczajnych postaci w sposób ciekawy i przyciągający uwagę. Bo nasze bohaterki: Kamila i Agata, to naprawdę zwyczajne, właściwie niczym niewyróżniające się, dziewczyny.

Kamila mieszka w małym domku za miastem, ma kilkuletniego synka Jasia oraz męża Jarka, który poza swoją pracą i telewizją świata nie widzi. Kamila pracuje jako przewodnik i oprowadza turystów po mieście. I tutaj plus ode mnie dla książki, ponieważ jej akcja w większości toczy się w Krakowie, mieście, w którym nigdy nie byłam, a bardzo bym chciała. Opisy miasta, sugestywne i klimatyczne, zgrabnie wpleciona w fabułę, skutecznie mnie zauroczyły.

“Kolejnym obowiązkowym punktem programu była Huta Sendzimira. Zajrzeli też do Opactwa Cystersów w Mogile, po czym udali się w kierunku Alei Róż – ulicy zaplanowanej na trasę pochodów. Wpadli na kawę z fusami do Stylowej – najstarszej kawiarni (obecnie restauracji) Nowej Huty, przypominającej z wyglądu te z filmów Barei. PRL się tu zatrzymał – na stołach leżały wykrochmalone obrusy, w oknach zwisały dekoracyjne firany, a puszysta kelnerka z obfitym biustem i niebieskimi powiekami odzywała się typowym znudzonym głosem bufetowej z “tamtych” czasów”.

Druga bohaterka książki, Agata, stanowi zupełne przeciwieństwo Kamili. Zarówno pod względem wyglądu, jak i zachowania oraz charakteru. Ciężko określić, czy te dwie kobiety się przyjaźnią, chyba raczej nie, ale są dobrymi koleżankami i chętnie się spotykają. Agata, wraz z mężem Szymonem, stara się o dziecko i od paru już lat nie mogą doczekać się wymarzonego potomka. Po trzech latach bezowocnych starań Agata w końcu zachodzi w ciążę, ale niestety nie wie jeszcze, że będzie to dla niej pasmo smutków, rozpaczy i łez.

Aga jest szczęśliwa w swoim małżeństwie, świetnie dogaduje się z Szymonem, oboje mają podobne oczekiwania od życia oraz marzenia. Kamila, kompletnie lekceważona przez męża, który nie potrafi (a może również nie chce) okazywać jej żadnych ciepłych uczuć, czuje się w małżeństwie samotna i nieszczęśliwa. Bardzo brakuje jej czułości, zrozumienia, przytulenia czy choćby małego buziaka na do widzenia. Niestety rywalkami Kamili w jej związku są praca męża oraz telewizja. Jarek bowiem najchętniej spędza wolny czas na kanapie, z pilotem w ręku. Chłodny i oschły, nie zapewnia żonie poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji.

Obie kobiety mają swoje sekrety, które poznamy w trakcie czytania, a ich życie zazębia się o siebie, odsłaniając nam kolejne brakujące fragmenty jednej układanki. Na jaw wychodzą niedopowiedzenia i niedokończone sprawy z przeszłości, prowadząc nas do dość zaskakującego finału.

Jak wspomniałam, autorka ma lekkie pióro, co sprawia, że książkę po prostu chce się czytać i chce się wiedzieć, co się dalej wydarzy. Losy Agaty i Kamili przeplatają się ze sobą w niedługich rozdziałach, chwilami łącząc się i spotykając na tej samej drodze. Ich rozterki, którymi często dzielą się jedna z drugą, przypominają kłopoty kobiet na całym świecie. Podjęcie właściwej decyzji – choć może nam wydaje się proste z naszego punktu widzenia – dla nich wcale takie jasne i proste nie jest. Każda z nich jednak dąży do tego, by próbować spełniać marzenia.

“Marzenia są nam dane po to, byśmy mogli wiedzieć, jak wyglądałoby życie przy odrobinie szczęścia. Zły los nie ma do nich dostępu, przynajmniej ich nie może nam zabrać! Wszystko inne jest zmienne, niepewne.”

Kamila jest dobrą matką, stara się też być dobrą żoną. Niestety pozostaje rozdarta, ponieważ z jednej strony postępuje tak, jak czuje, że powinna postępować, a z drugiej marzy o czułej, ciepłej miłości, jaką dawał jej Gerard, jej pierwsza miłość, której nigdy nie zapomniała. Z kolei Agata żyje od owulacji do owulacji i swoje życie (oraz życie swojego męża) podporządkowuje prawie wyłącznie pragnieniu posiadania dziecka.

“Znak ostrzegawczy” to książka o kobietach dla kobiet. To do nich jest kierowana, choć sądzę, że wielu mężczyzn też mogłoby się z nią zapoznać, choćby po to, by poszukać w niej odpowiedzi, czego w małżeństwie poszukuje kobieta, a także co tak naprawdę zapewnia jej poczucie stabilizacji, bezpieczeństwa i zaufania.

Minusem powieści są anglojęzyczne wtrącenia w tekście, czasem słowa, czasem zdania, a czasem nawet całe strofy piosenek, które nie są tłumaczone. Być może większość Polaków zna język angielski, jednak do znudzenia powtarzam, że polska książka, polskiego autora, wydana w Polsce, powinna takowe tłumaczenie zawierać.

Jak wspominałam już na początku, książka ujęła mnie urokliwymi, niezwykle klimatycznymi, opisami miasta wplecionymi w całość akcji, choćby takimi, jak ten poniżej:

“Nie mogąc dać słowa, milczała. Nie naciskał na przysięgę bez pokrycia. Odprowadził ją do wyjścia. Szła Bracką na trzęsących się nogach, serce dudniło jej głośniej niż tętent koni ciągnących bryczki po krakowskim Rynku. W głowie szumiało wypite wino, serce rozdzierały niespodziewane, zdumiewające wiadomości.

Zapadł już zmrok. Dzień gasł, ale miasto nie miało zamiaru zasypiać. Zaczynało swoje nocne życie. Szarość wieczora rozświetlały latarnie, ozdoby świąteczne i lampki na ogromnym, bogato zdobionym, bożonarodzeniowym świerku”.

Historia obu kobiet wciągnęła mnie na tyle mocno, że poświęciłam tej książce większość niedzieli. Nie jest to ciężka, niczym cegła, lektura, ale opowieść o kobietach takich, jak my. Takie kobiety jak Kama i Agata są wśród nas, spotykamy je codziennie, mijamy na ulicy, mówimy im “dzień dobry”. Kto wie, może jedna z nich właśnie spaceruje z psem blisko naszego domu? Albo co rano odprowadza dziecko do szkoły? Gorąco polecam lekturę “Znaku ostrzegawczego”. Myślę, że się nie zawiedziecie, a przyjemny styl autorki, bogaty język i umiejętność kreślenia postaci sprawią, że bardzo przyjemnie spędzicie z książką czas.

*cytaty pochodzą z książki
**za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

“Purpurowe Gniazdo” Bożena Kraczkowska

Na samym początku zostałam oczarowana i zauroczona okładką. Książka w swym zamyśle ma być kierowana do dzieci, więc tym bardziej chętnie po nią sięgnęłam. Moja córka ma siedem lat, czytamy mnóstwo, obie uwielbiamy książki magiczne, klimatyczne, takie, które nie przemijają zapomniane, a “Purpurowe Gniazdo” jest właśnie taką książką.

Zaczęłyśmy ją czytać jakoś na dwa tygodnie przed świętami, więc idealnie wpasowałyśmy się w atmosferę nadchodzących dni. Właśnie zbliżają się święta Bożego Narodzenia, wszystkie dzieci niecierpliwie wyczekują Mikołaja, a tu nagle Mikołaj oświadcza, że idzie na urlop. Znudziły mu się święta, znudziły się dzieci i rozdawanie prezentów, jest zmęczony i marzy o odpoczynku, a do tego elfy stale wypominają mu, że jest grubiutki i powinien iść na dietę, a nie objadać się ciasteczkami. Niestety pomimo namów przyjaciela Trolka, Mikołaj stawia na swoim i wychodzi z domu. Niestety zapomina o płaszczu, czym srogo obraża Piękną Zimę, a ta groźna i nieubłagana, karze go śnieżycą i zawieją. Las zamienia się w pełną niebezpieczeństw, mroźną krainę, stanowiącą dla Mikołaja zagrożenie życia.

“Nad lasem rozległ się potworny grzmot. Mikołaj stanął jak wryty. W tym samym momencie z nieba ruszyła lawina lodowych sopelków. Sople, jeden po drugim, z nieprzyjemnym świstem wpadały między gałęzie, przebijały się przez sosnowe igły i z zawrotną prędkością wbijały się w śnieg. Mikołaj odruchowo osłonił głowę rękami. Na próżno. Sopelkowe strzały dopadły także i jego. Po chwili Mikołaj wyglądał jak lodowy jeżyk – wielki, obsypany białym szronem, ze sterczącymi lodowymi kolcami na plecach. Nagle zrobiło się cicho. Mikołaj opuścił ręce. Wbite w ubranie sopelki pięknie pobrzękiwały. Mikołaj otrzepał się i rozejrzał się po lesie. Słońce dawno zaszło i Mikołaj dostrzegł tylko ośnieżone drzewa. Wtedy usłyszał chrzęst kroków”.

Wichura i mróz zastają Mikołaja przy Wielkim Dębie, wśród zwierząt, dzięki którym Mikołaj nie zamarzł w nocy. To one będą mu teraz towarzyszyły w dalszej wędrówce. Bo Mikołaj ma przed sobą niezwykle ważną misję. Otóż, jakiś czas temu Piękna Zima, która jest tyleż piękna, co i okrutna, uwięziła wszystkie ptaki i przez to teraz lasy są zupełnie nieme. Ptaki przebywają zamknięte gdzieś w Purpurowym Gnieździe, niestety nikt nie wie, gdzie się ono znajduje. Mikołaj postanawia odnaleźć gniazdo i uwolnić ptaki.

Równolegle z wątkiem dotyczącym Mikołaja autorka snuje drugi, o dziewczynce Marcysi, która właśnie czyta opowieść o… Mikołaju. Zatem czytamy z nią tę samą książeczkę. I nagle, w pewnej chwili, Marcysia odkrywa, że przeniosła się w świat czytanej przez siebie książki. My natomiast śledzimy teraz jej losy i losy Mikołaja, które idealnie się ze sobą splatają. Czy uda im się odnaleźć Purpurowe Gniazdo? Czy uda im się uwolnić uwięzione przez Piękną Zimę ptaki? W zmaganiach pomagać im będą zwierzęta: niedźwiedź, sarna, dzik, śnieżna pantera i kilka innych. W książce będziemy podróżować przez zimowy, zaśnieżony las, który autorka przedstawiła naprawdę pięknie i niezwykle malowniczo.

“Królowa nadal szalała. Była wszędzie i wszystkim. Była wiatrem, śniegiem i lodem. Była zimą. Bardzo wkurzoną zimą”.

Potencjalnymi odbiorcami książki pani Kraczkowskiej są dzieci, ale tak naprawdę to bardzo uniwersalna opowieść, w której również dorośli znajdą coś, co ich zaintryguje. To książka o potędze przyjaźni, o odwadze, o odpowiedzialności za innych. Bo nie zawsze można się odwrócić i odejść, zostawiając wszystko za sobą. Przyjaciele Mikołaja: troll Trolek, królik Chrupuś i renifer Ramon (czytane z francuska, z akcentem na ostatnią sylabę), ryzykują własnym życiem, by odnaleźć Mikołaja i pomóc mu. I wtedy właśnie Mikołaj uświadamia sobie, że nie może tak po prostu ich opuścić, nie może iść na urlop w chwili, kiedy tyle dzieci na niego liczy i na niego czeka. Do tej pory Mikołaj myślał tylko o sobie, teraz – po tym, jak pomogli mu przyjaciele – pojął, że bardziej od samego siebie, kocha swoich oddanych przyjaciół.

Bogate opisy, sugestywne i kolorowe, trafiają zarówno do młodego czytelnika, jak i do dorosłego.

“W pakowalni było najładniej. Wszędzie leżały zwoje kolorowego papieru, a z sufitu zwisały kotary złotych, srebrnych, czerwonych, niebieskich i zielonych wstążeczek. No i te wszędobylskie papierowe gwiazdeczki – były naprawdę wszędzie, bo musiały być pod ręką. Leżały na półkach, na stołach, na podłodze, kryły się w szufladach, wisiały na ścianach i suficie. Gdy tylko elf potrzebował gwiazdeczki, sięgał ręką i już ją miał!”.

Moja siedmiolatka zapytana o to, co najbardziej podobało jej się w książce, odpowiedziała, że tajemniczy klimat. Magia zawarta w opisach lasu i to, że nagle w książce znalazła się Marcysia, która z początku tylko czytała. Bardzo jej się również podobała cała akcja uwalniania ptaków, bo moja córka ogólnie kocha ptaki i wszystko, co lata. W domu zawsze były ptaki (obecnie mamy kanarka i planujemy drugiego ptaka), zimą obserwujemy całe rodziny sikorek, czyżyków, rudzików i grubodziobów przylatujących do karmnika, więc moje dziecko nie wyobraża sobie świata bez tych małych śpiewaków. Dla niej akcja książki to coś znacznie więcej niż tylko poszukiwanie Purpurowego Gniazda, dla niej uwolnienie ptaków było zadaniem kluczowym całości, bo ptaki mają być wolne i mają latać po Ziemi, śpiewać, zakładać gniazda w koronach drzew i dzielić się śpiewem z innymi mieszkańcami naszej planety. Dla niej ptaki są wyjątkowe, a biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że uwalnia je Mikołaj – postać magiczna, kochana przez wszystkie dzieci, ciekawa i owiana delikatną mgiełką tajemnicy, uznała, że była to jedna z najciekawszych książek, jakie miała okazję czytać. Rzeczywiście po zakończeniu każdego rozdziału prosiła o kolejny i widać było, że opowieść mocno trafiła do jej serca.

“Uwolnione ptaki wznosiły się do nieba. Były tak szczęśliwe, że zapomniały, iż od bardzo dawna nie latały na wolności. Po kilku minutach radosnego machania skrzydłami osłabły i bez tchu opadły na kopułę Purpurowego Gniazda”.

“Purpurowe Gniazdo” to pierwsza książka wydana przez Novae Res kierowana do dzieci, z którą mam do czynienia i muszę przyznać, że firma wydawnicza bardzo się postarała. Twarda, lakierowana okładka, pełna kolorów, świątecznych akcentów, stare, drewniane okno i ptaki – trudno nie zwrócić na nią uwagi. W środku wyraźna czcionka oraz kolorowe ilustracje wykonane przez panią Kamilę Stankiewicz – ładne, sugestywne i barwne. Jest to coś, czego nie powinno zabraknąć w książce dla dzieci. Krótkie rozdziały, tematyczne, pomagają zorientować się w akcji i nie pozwalają zgubić się w dwóch liniach czasu, z którymi z początku mamy do czynienia.

W książce nie podobała mi się jedna rzecz. Otóż, postaci (głównie na początku), zbyt dużo krzyczą, zbyt wiele rzeczy zostaje wypowiedzianych podniesionym głosem. I dzieje się tak niezależnie od tego, co i kto mówi. Na szczęście później to się jakoś rozwiewa i już się takie sytuacje nie powtarzają. I wierzcie mi, jest to jedyny minus, jakiego się tutaj dopatrzyłam.

Ogólnie książka wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie i cieszę się, że jest to początek trylogii zapowiedzianej przez Autorkę. Będę czekać z niecierpliwością na kolejne części. Pierwsza już stoi u mojej córki na półce, bo jak to napisała mi w dedykacji Autorka: “Każdy z nas jest Purpurowym Gniazdem”.

“Każdy z nas jest takim małym purpurowym gniazdem, bo w każdym z nas toczy się uwięzione życie. Sztuka polega na tym, aby to życie uwolnić.”

* za książkę bardzo dziękuję Autorce, Bożenie Kraczkowskiej
** wszystkie cytaty pochodzą z książki

“Kostka” Iza Korsaj

Podchodziłam do tej książki jak pies do jeża, nie mogąc się zdecydować, czy właściwie chcę ją przeczytać czy też nie. I właściwie kiedy nawet już odpaliłam książkę na czytniku, nadal nie byłam przekonana. Przyznaję, że zaciekawiły mnie głównie recenzje w portalu LC i oczywiście opisy w blogosferze. Wczorajszy wieczór i kawalątek nocy spędziłam z “Kostką” – czy było warto?

Bohaterem książki jest lekarz chirurg, transplantolog, Marvin Cross, który na co dzień pracuje w klinice, gdzie “naprawia” ludzkie ciała. Marvin lubi swoją pracę, ale w pewnej chwili czuje, że się wypalił i że przyszła pora, by zacząć naprawiać również ludzkie umysły. Oczywiście dla dobra tych wszystkich ludzi, którzy owym naprawom powinni się poddać.

“Gdy ciało, jak każda maszyna, ulega awariom, potrzebuje naprawdę dobrego serwisu. Potrzebuje prawdziwego fachowca. Potrzebuje speca od Naprawy”.

Marvin jest doskonałym strategiem. Zanim cokolwiek zrobi, zanim do czegokolwiek przystąpi, najpierw odpowiednio się przygotowuje. Nie ma znaczenia, czy potrwa to tydzień, miesiąc czy rok, pewne ważne przygotowania trzeba poczynić, by wszystko poszło według planu i udało się, jak trzeba. Doktor upatruje sobie pewnego człowieka, Jerry’ego, który wymaga naprawy. Aby jednak do niego dotrzeć, odnajduje w domu opieki jego ojca. Wie, że starzec znęcał się nad młodym Jerrym, lżył go, wyśmiewał, przezywał pedałem i ciotą. Jerry jest tchórzem. Obawia się życia, boi się przyszłości. Wyszydzany i wzgardzony przez własnego ojca, nie ma jakiegoś ściśle określonego celu w życiu. Długotrwałe przygotowanie, jakie poczynił sadystyczny Marvin w domu opieki, by oswoić Dzikusa Johna Savage’a, by poprzez niego dotrzeć do jego syna, wywarło na mnie niezatarte wrażenie – był to jeden z najciekawszych aspektów “Kostki”. Chciałam koniecznie wiedzieć, co będzie dalej i jak zakończy się sprawa z Dzikusem. Cóż, z pewnością się nie rozczarowałam.

Marvin, jak to chirurg, jest perfekcjonistą. Skrupulatność i dokładność to jego główne cechy, a w ślad za nimi idą: genialny umysł, uporządkowany i logiczny oraz dążenie do tego, by inni – podobnie jak on – dążyli do ideału. On sam stara się być idealny w każdej sferze życia. Skłonności do sadyzmu i przemocy, przenosi na swoje kochanki oraz prostytutki, z których usług czasem korzysta. Stara się dbać o formę, o ciało, zdrowo się odżywia i ogólnie dba o siebie tak, jak to tylko jest możliwe. W całej swej mroczności i logice, jest przy tym niesłychanie inteligentny, co widać w każdym jego słowie i geście. To bohater z całą pewnością negatywny, ale uwaga czytającego zwraca się głównie ku niemu, reszta nie ma aż takiego znaczenia. W dodatku jako chirurg, obeznany z ludzką anatomią i fizjologią, jest w stanie wymyślić dla swej ofiary nie tylko torturę samą w sobie, ale również zaplanować taką pułapkę, że nawet nam, czytelnikom, włosy staną dęba ze strachu.

“Ten zastrzyk zawierał toksynę. Za godzinę umrzesz na skutek krwotoku. Będziesz wyciekać posoką ze wszystkich otworów ciała. Nawet z oczu, czerwonymi łzami, jak posążki świętych”.

Początek książki jest nieco chaotyczny. Jerry biegnie i biegnie i choć całość mocno trzyma w napięciu, to jednocześnie czekałam na to, aż ten dokądś dobiegnie (albo nie) i akcja się rozkręci. Czytałam dalej, czekając na jakiś szok, na coś, co mną zatrzęsie, ale po przeczytaniu stu stron, nadal wszystko toczyło się w podobnym tempie. Trochę rozwlekłe opisy mnie studziły, choć pani Iza posługuje się pięknym, wysublimowanym i naprawdę bogatym językiem. Kwieciste opisy, brak powtórzeń i mnóstwo synonimów, jakie ma w swoim warsztacie Iza Korsaj, nie pozwalają odłożyć książki na bok. Zaczęłam czytać wieczorem, skończyłam w nocy, choć dopiero od połowy akcja nabiera prawdziwego tempa. Jednak tak sobie myślę, że cały wstęp był tutaj potrzebny, żeby jak najdokładniej przedstawić Marvina Crossa. Inna sprawa, że czas poświęcony samej Naprawie jest dużo za krótki w porównaniu do reszty książki i tego, co działo się przed nim. Przynajmniej w moim odczuciu.

Osobiście męczy mnie czytanie w czasie teraźniejszym, a w takim właśnie napisana jest “Kostka” – moim zdaniem jest to największa jej wada. Podobnie nie lubię powieści pisanych z punktu widzenia pierwszej osoby, ale oczywiście już podczas czytania, szybko do tego przywykam. Niestety tutaj raz czytamy w pierwszej, a raz w trzeciej osobie, co mocno wybija z rytmu. Myślę jednak, że jest to przemyślany i celowy zabieg autorki, byśmy mogli jak najgłębiej wniknąć w umysł psychopatycznego doktora oraz wczuć się w to, co robi i mówi.

Wielu wulgaryzmów, które na ogół przydają książce autentyczności, tutaj można było uniknąć. Czasem można było po prostu napisać “skończyli uprawiać seks”, zamiast “skończyli się pieprzyć”.

Marvin ma cel. Jego celem jest Naprawa. A czym jest Naprawa? Cóż, ja Wam nie powiem. A grzebać w umyśle Marvina chyba nikt nie miałby ochoty. Ma on zgoła inne zdanie na każdy temat niż większość ludzi na świecie.

“Śmierć – cudza ani własna – nie stanowi dla mnie powodu do egzystencjalnych niepokojów. Nie jest moralna ani niegodziwa. Jest biologią. Esencją natury, tak jak seks i narodziny”.

A czym jest sama tytułowa kostka? Kostką oczywiście, ale jej znaczenia też nie zdradzę, powiem tylko, że Marvin ma co do jej użycia naprawdę iście szatańskie plany.

Miłośnicy thrillera psychologicznego poczują się tutaj jak w domu, to powieść głównie dla nich. Przyznam, że mnie książka nie porwała jakoś szaleńczo, ale z całą pewnością mocno mną wstrząsnęła, bo kiedy obudziłam się rano, po wieczorno-nocnej lekturze “Kostki”, miałam niejasne wrażenie, że coś mi się śniło, pozostał jakiś nieokreślony niepokój. Ulgą było i jest to, że podczas czytania znajdowałam się cały czas tutaj, po tej stronie książki, w bezpiecznym łóżku, a nie tam, gdzie Jerry i Marvin.

*cytaty pochodzą z książki
**książkę przeczytałam dzięki autorce
***opinia również w serwisie lubimyczytac.pl

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.