“Kwiaty na poddaszu” Virginia C. Andrews

Wiele słyszałam o tej książce, zanim w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć. I przyznaję, że krytycznych recenzji czytałam mniej więcej tyle samo, co pozytywnych. A mało co jest mnie w stanie przekonać do książki, jak takie rozchwianie recenzenckie :)

Przeczytałam powieść w kilka wieczorów, choć z powodzeniem możną ją ukończyć w dwa, góra trzy dni. I na pytanie, czy mi się podobała, odpowiadam: tak, podobała mi się. Przez chwilę po przeczytaniu książki, nie potrafiłam sprecyzować, jakie uczucia we mnie wzbudziła. Z pewnością wywołała wiele emocji, począwszy od współczucia i żalu, po przerażenie, na wstręcie i wręcz nienawiści kończąc.

Bohaterami powieści są dzieci, a zdarzenia poznajemy z punktu widzenia Cathy. W chwili, gdy zaczynamy czytać, Cathy ma dwanaście lat, jej starszy brat Chris – czternaście, a bliźniaki Cory i Carrie po cztery. Po tragicznej śmierci ojca dzieci przenoszą się wraz z matką do jej dawnego, rodzinnego domu, w którym mieszka ich babka i ciężko chory dziadek. Do domu przyjeżdżają ukradkiem, w nocy, by nikt ich nie zobaczył i od razu zostają zaprowadzone do ustronnego pokoju i tam zamknięte. Matka mówi im, że to tylko na jedną noc, dopóki nie poinformuje ona swego ojca o zaistniałych okolicznościach. Niestety z jednej nocy wkrótce robi się tydzień, potem miesiąc, w końcu rok… A dzieci nadal żyją zamknięte na poddaszu, muszą radzić sobie bez matki, która odwiedza ich coraz rzadziej. Jedzenie dostarcza im okrutka babka, pozbawiona współczucia i wszelkich ciepłych uczuć, pełna nienawiści do dzieci. W końcu dzieci dostrzegają, że matka nosi coraz ładniejsze stroje, drogą biżuterię, eleganckie fryzury, sporo podróżuje i wypytują niecierpliwie, kiedy wreszcie będą mogli wyjść ze swego – znienawidzonego już – więzienia. Matka zbywa ich za każdym razem, płacze w ich obecności, zarzuca im, że jej nie ufają, coraz mocniej gra na ich wątłych uczuciach. Jej okrucieństwo wywołało we mnie najmocniejsze emocje: ścigałabym ją na ich miejscu do końca świata, aż odpowiedziałaby za to, co zrobiła, aż zapłaciłaby za wszystkie zbrodnie, jakich dopuściła się na swoich dzieciach…

Marzenia czwórki rodzeństwa są w naszym mniemaniu drobniutkie, ale dla nich to jakby zdobyć cały świat. Marzą o tym, by wyjść na dwór, by powąchać kwiaty, by odetchnąć świeżym powietrzem, by dotknąć bosymi stopami trawy. A kiedy przychodzi czas, że za karę ich okrutna babka przestaje przynosić im jedzenie, zaczynają marzyć o ucieczce. I od tej chwili myślą o niej nieustannie. Tylko co dalej? Skąd wziąć pieniądze? Jak wyjść z zamkniętego pokoju? Jak wymknąć się spod czujnego oka babki i służby, która o istnieniu dzieci nie ma zielonego pojęcia?

Spotkałam się ze stwierdzeniami, że książka jest napisana infantylnym językiem. Może chwilami rzeczywiście jest, ale przecież oglądamy wszystko oczami dwunastolatki. Dwunastoletnie dziecko nie rozumie wszystkich zawiłości tego świata, wiele spraw postrzega zupełnie inaczej niż dorosły i ma prawo wypowiadać się w sposób taki, a nie inny. Moim zdaniem język powieści bardzo dobrze oddaje naturę dziecka, jego ciekawość, nadmiar emocji, z którymi często nie potrafi sobie poradzić, a samej książce przydaje tylko autentyczności.

Ogólnie książka jest smutna. Los dzieci, niesprawiedliwie i brutalnie wyrwanych ze świata, który przedtem znały, zdaje się być przesądzony. Z początku my też myślimy, że “kochająca” matka będzie robiła wszystko, by je stamtąd zabrać. Niestety szybko zdajemy sobie sprawę z tego, czego jeszcze dzieci nie wiedzą: że matka ma teraz inne sprawy na głowie. Pławienie się w luksusie, bogactwie i pieniądzach jej rodziców, przyćmiewa jej wszystko. Nawet miłość do własnych dzieci, które przecież kiedyś kochała. Chyba. I nawet kiedy w pewnym momencie dochodzi do tragedii, ona nadal nie robi nic, by im pomóc. Zostawione samym sobie, muszą wziąć swój los we własne ręce i robią to w chwili, kiedy już wiedzą, że zostały same na świecie.

Poruszająca lektura, warta przeczytania. Polecam.

Copyright © 2022. Powered by WordPress & Romangie Theme.