Category Archives: Moja książkowa pisanina

Promocja mojej książki

Akcja Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają wzięła mnie pod swoje skrzydła i zorganizowała tydzień promocji mojej najnowszej powieści “Goniąc cienie”. Pojawiło się już kilka recenzji książki, w planach czeka wywiad, spot reklamowy oraz czat (już w najbliższy czwartek, o 17.00). Zainteresowanych czatem odsyłam tutaj: CZAT Z MARTĄ BILEWICZ.

A czy ja już w ogóle tutaj pisałam, o czym jest książka “Goniąc cienie”? Poza stroną główną o książkach, chyba raczej nie…

Bohaterem “Goniąc cienie” jest Lucas Scarlett, który wraz z kumplem i jego dziewczyną prowadzi agencję detektywistyczną w Chicago. W trakcie śledztwa, w jednej z akcji, poznaje tajemniczą Chelsea, która udziela schronienia jemu i jego rannemu przyjacielowi. Na pierwszy rzut oka dziewczyna wydaje się być zwyczajna i niegroźna. Jednak w miarę odkrywania tajemnic wokół niej, Lucas nie jest już niczego pewny. Kiedy nagle zagląda w lufę pistoletu dzierżonego w jej dłoni, jest już pewien, że Chelsea nie jest zwyczajną dziewczyną. Czy to ona postrzeliła jego przyjaciela? Kto telefonuje do niej po nocach? Akcja książki w zaskakujący sposób przenosi się z Chicago i małego miasteczka Crystal City, aż do Meksyku. Brawurowa ucieczka plażą na wybrzeże oraz motorówką przed uzbrojonymi zabójcami, rzuca naszych bohaterów na jakąś – bliżej nieokreśloną – wyspę. Kim tak naprawdę jest Chelsea? Jaka jest jej rola we wszystkim, co właśnie spotkało Luke’a? Czy uda im się rozwiązać wszystkie tajemnice? Czy będzie stać ich oboje na szczerość?

Luźne myśli o tworzeniu

Już kiedyś zamieszczałam podobne wywody na fb, ale ostatecznie blog zmienił swój kierunek dopiero kilka miesięcy temu, a ja lubię mieć wszystko poukładane i uporządkowane i najlepiej w jednym miejscu.

Dawniej, jeszcze parę lat temu, największy problem w moim pisaniu stanowił dla mnie tytuł książki. A może nawet nie największy, ale taki, nad którym najmocniej i najdłużej musiałam się zastanawiać i często nie miałam jeszcze tytułu, pomimo napisania połowy powieści. Tytuł często przychodził sam pod koniec pisania książki albo nie przychodził wcale i musiałam wręcz na niego czekać jakiś czas, zanim się pojawił. Moje dwie pierwsze książki miały z początku inny tytuł niż w chwili obecnej, a trzeciej, najnowszej, sama zmieniłam tytuł tuż przed tym, jak posłałam książkę do wydawnictwa. Ostatnie dwie powieści (jeszcze nie zostały wydane) dostały tytuł z marszu. Pojawił się i został. I jest trafiony w samo sedno.

Teraz najdłużej trwa samo planowanie i początek. Dobieranie imion bohaterów, tworzenie ich teł, czyli rodzin, domów, historii, muszę sobie poukładać w głowie, jak ma wyglądać ich otoczenie, oni sami, muszę ich sobie dokładnie wyobrazić – na ogół piszę w notatkach imię i nazwisko i obok opisuję, jacy są. Notuję, jak wyglądają, jak się zachowują, jaki mają charakter, temperament, ile mają lat, zapisuję sobie ważniejsze wydarzenia z ich życia. Później, już w trakcie pisania, łatwo mi wrócić do notatek i przypomnieć sobie to wszystko, choć w miarę pisania i tak już to wszystko wiem. Notatki to mój najważniejszy plik. Generalnie tworzę sobie folder o nazwie takiej jak tytuł książki, a w nim mam plik notatki, w którym jest wszystko: zarys akcji, opis bohaterów, ogólny plan całości, jakieś dodatki. Obok niego również mapki z Google Maps, poglądowe opisy miast i miasteczek i tak dalej, i tak dalej, co tylko jest mi potrzebne.

Samo tworzenie nowej historii, pisanie planu, wymyślanie bohaterów – zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowych, dopracowywanie szczegółów, a później zamykanie wątków i zakończenie, zajmuje mi przeciętnie jakieś 6-8 tygodni. I niejednokrotnie jest to praca trudniejsza i wymagająca ode mnie więcej samozaparcia niż samo pisanie powieści. Jak to już ktoś powiedział: “Plan już mam, teraz będzie z górki – wystarczy to tylko napisać”.

Moi bohaterowie są z początku obdarzeni jakimiś tam cechami charakteru, zwyczajnymi osobowościami, które w miarę upływu czasu i treści w jakiś sposób ewoluują i się zmieniają. Bywa, że w pewnych sytuacjach bohater zachowuje się zupełnie inaczej, niż z początku sobie założyłam – zupełnie jakby zaczął własne życie i nie był uzależniony ode mnie. Zaskakuje mnie samą, jakby wymuszał na mnie pewne zmiany w treści i czasem faktycznie zmieniam dla jego potrzeb jakieś wątki. Wtedy wiem, że bohater jest autentyczny i prawdziwy: oddycha, żyje, czuje.

Często jest też tak, że już w trakcie pracy wracam do planu, by coś dopracować, dopisać i nagle wpada mi do głowy pomysł. Pojawia się z początku malutki i mało istotny, taki, że właściwie nie zwracam na niego uwagi. Brzęczy gdzieś z tyłu głowy jak natrętny komar i irytuje mnie podobnie jak on. Muszę się wówczas zatrzymać. Przestaję wtedy czytać, pisać i słucham tego brzęczenia. Tak się klują dobre idee, które wykorzystuję w książkach. Lubię to. Lubię czuć, że książki, zwłaszcza podczas pisania, często żyją własnym życiem. Fragmenty piszą się same, układają się w jakąś logiczną całość – mam wrażenie, że to często magiczny wręcz proces.

Zaczynałam pisać, kiedy nie było komputerów w każdym domu i u mnie też go wtedy nie było. Kupowałam wkłady do segregatorów A4, mnóstwo atramentu i pisałam wiecznym piórem. Mozolnie wypełniałam strony, jedną po drugiej, zapełniając całe grube tomiszcza. W taki sposób powstała książka “Zdążyć przed świtem”. Pamiętam te kartki i te skreślenia, które robiłam, a potem, kiedy już dorobiłam się w końcu komputera, przepisywanie wszystkiego – matko, jaka to była masakra! Zwłaszcza, że po blisko dziesięciu latach i tak napisałam tę książkę jeszcze raz i dopiero w takiej formie zdecydowałam się wydać. W podobny sposób napisałam i przepisałam trzy, czy cztery książki i do dziś mam awersję do przepisywania czegokolwiek :) Dzisiaj jest łatwiej i szybciej. Mam laptopa, który jest moją ogromną pomocą w procesie pisania, wyszukiwania informacji i który umożliwia mi kontakt choćby z wydawnictwami. Na pewno prościej, ale czy lepiej? Osobiście właśnie tak wolę, więc dla mnie lepiej. Jak to już mówiłam na początku, lubię mieć wszystko uporządkowane w jednym miejscu :)

O czym piszę?

Kiedy ludzie dowiadują się, że piszę książki, reagują w bardzo różny sposób. Na ogół bardzo entuzjastycznie i pozytywnie, zwłaszcza ci, którzy lubią czytać i czytają naprawdę dużo. Ostatnio pewna znajoma usłyszała, jak rozmawiałam z koleżanką o nowej okładce. Opowiadałam, że bardzo mi się podoba, bo grafik świetnie ujął to, o czym myślałam. Znajoma zapytała, czy to prawda, że piszę książki. Mówię, że tak. Zapytała: – Ale takie normalne? Lubię tego rodzaju reakcje :) I najczęściej zadawane wówczas pytanie brzmi: “A o czym piszesz?”. No właśnie, o czym?

 No bo przecież za każdym razem piszę o czymś innym. I nawet jeśli, najprościej rzecz ujmując, powiem, że piszę o ludziach, to i tak za każdym razem będzie to co innego. Ale rzeczywiście, piszę o ludziach. Takich, jak my wszyscy, choć może często rzuconych w wir różnych zbiegów okoliczności, na potrzeby książki często umiejscowionych w oddalonych od naszych realiów światach. Najczęściej sięgam po różne gatunki, głównie sensację i przygodę z nutą romansu lub opowieść romantyczną z thrillerem w tle. Nie pisuję powieści fantasy, nie pisuję cukierkowych, ckliwych, różowych romansów, nie pisuję klasycznych kryminałów, choć te ostatnie uwielbiam wręcz czytać.

 Nie osadzam swoich powieści w Polsce – nie zrobiłam tego ani razu, dopiero akcja niedawno zaczętej przeze mnie książki (tym razem dla dzieci), będzie się rozgrywała w Polsce i będzie miała polskich bohaterów. Niektórzy poczytują to za poważny minus powieści pisanej przez polskiego autora, choć zupełnie nie rozumiem dlaczego. To znaczy, inaczej, rozumiem, że to się może komuś nie podobać, ale nie rozumiem, skąd ta konieczność i ograniczenie stawiane polskiemu pisarzowi. Kiedy ja coś czytam, nie ma dla mnie znaczenia czy autor i akcja jego powieści pokrywają się z krajem pochodzenia danego autora. Jak to się mówi: dobra książka wybroni się sama, niezależnie od tego, skąd pochodzi autor i gdzie osadzi on akcję powieści. Na pocieszenie dla wszystkich, którym się to nie podoba, mogę rzec, że w moim przypadku jeszcze nic nie jest przesądzone i wcale nie wykluczam napisania czegoś o polskich bohaterach.

 Całkiem niedawno wypełniałam ankietę autorską związaną z promocją mojej najnowszej książki. Przy pytaniu do kogo (w moim odczuciu) kierowana jest powieść, zatrzymałam się na dłużej. No bo znowu, jak określić coś takiego, skoro ilu ludzi, tyle gustów? Bo przecież film “Dziennik Bridget Jones” to typowa babska pozycja, a za każdym razem, kiedy nadaje go któraś stacja, mój mąż ogląda go ze mną, choć generalnie nie lubi komedii romantycznych. Osobiście nie przepadam za powieściami historycznymi, ale “Hrabiego Monte Christo” mam wyczytanego w tę i z powrotem. No więc jak określić, do kogo kierowana jest moja powieść? Na pytanie oczywiście odpowiedziałam, ale z takim jakimś dziwacznym ociąganiem, bo nie byłam do końca przekonana. Napisałam, że książka jest kierowana głównie do kobiet (niezależnie od ich wykształcenia, wieku i pochodzenia – dobrze, że nie pytano o rasę, wyznanie, preferencje seksualne i rozmiar noszonych ubrań 😉 ). Uważam, że faktycznie piszę przede wszystkim dla kobiet, choć nie uważam, że mężczyzna nie może sięgnąć po moją książkę. Być może oni również wśród bohaterów znajdą kogoś inspirującego, zwłaszcza, że na ogół moim głównym bohaterem jest właśnie mężczyzna. Wszystko zależy od osobistych gustów, od tego, co czytamy i co nam się podoba.

 Z pisaniem jest podobnie, jak z czytaniem. Niektórzy traktują to jak sposób na życie. Inni jak hobby, jeszcze inni uważają, że takie jest ich przeznaczenie i MUSZĄ to robić, bo po to się urodzili. A jeszcze inni czują, że jeśli przestaną, będą bardzo nieszczęśliwi. Bo pasji nie da się zagłuszyć, nie da się z niej zrezygnować ot tak, jak z jedzenia czekolady. Tutaj silną wolą nie da się niczego osiągnąć. Ale czy ktokolwiek, dla kogo pisanie jest pasją, zechciałby sam z siebie z tego zrezygnować? Nie sądzę. Rozumiem pasjonatów, bo po prostu sama nim jestem. I choćbym miała już nigdy niczego nie wydać, pisać i tak nie przestanę.

 Tutaj powinnam się jeszcze rozpisać na temat wydawania w Polsce książek, na temat ich sprzedaży i ogólnie na temat rynku wydawniczego i drukarskiego, który na tle innych państw wypada nie tyle blado, co właściwie nie wypada wcale… Ale to już temat na inną notatkę…

272.

Otrzymałam wczoraj informację z wydawnictwa, że właśnie dostali nakład mojej książki z drukarni. Tak więc lada dzień pojawi się ona w sprzedaży, a do mnie dotrą egzemplarze autorskie :) Cudnie :)

W radio przed chwilą powiedzieli, że idzie zima. Na razie zapowiedzieli burze śnieżne na południu, a później również u nas. Do końca stycznia mają wystąpić mrozy i przelotne opady śniegu – ciekawe, czy faktycznie uświadczymy nieco zimy… Ale nic, na zimowe wieczory zaopatrzyłam się w pyszną herbatę – czarną, aromatyzowaną z posmakiem cytryny, w kształcie piramidek – pyszna. Tak więc żadna zima mi nie straszna 😉

265.

Dziękuję Wam za miłe słowa :) To wyjątkowa dla mnie powieść, włożyłam w nią wiele lat pracy, czasu i serca. A, i zapomniałabym, ze względu na moją pierwszą, również ta zostanie wydana pod moim panieńskim nazwiskiem.

Dla wszystkich zainteresowanych: książka pojawiła się już w zapowiedziach, premiera przewidziana jest na 7 grudnia. Zapowiedzi tutaj: Zaczytani.pl oraz w Empiku.

A tymczasem u nas dzisiaj pierwszy bury i szary dzień od bardzo dawna, nawet mży. Do tego zimno i wietrznie. A wczoraj, kiedy jechałam sobie tramwajem, było tak cudnie, że specjalnie wysiadłam wcześniej, żeby przespacerować się przez park. Jesień jak z obrazka :)

Copyright © 2019. Powered by WordPress & Romangie Theme.